ani ładna, ani przyjemna / neither pretty nor nice

(ENG.BELOW) Gdy byłam małą dziewczynką, rodzice powiesili w mieszkaniu reprodukcję obrazu przedstawiającego inną dziewczynkę (bardzo popularna na początku lat osiemdziesiątych reprodukcja). Dziecko to miało rozchylone usta i senne spojrzenie. Bałam się jej nieustająco. Wydawało mi się, że wodzi za mną oczami i że do mnie mruga. Miałam na tym tle tyle lęków, że rodzice zlitowali się i obraz zdjęli. Przypomniało mi się to wczoraj, kiedy dostałam ataku psychotycznego pod wieczór – w związku z malowaniem portretów. Zdawało mi się, że one ożywają, że patrzą na mnie swoimi własnymi, a jednocześnie moimi oczami; że każdy obraz kradnie cząstkę mojej duszy, staje się szamanicznym totemem, który zaczyna wieść niezależne ode mnie życie. Mój niepokój, a potem bardzo szybko ogromny lęk rósł z każdą chwilą. Lorazepam. Mój pies zaczął obwąchiwać pędzle: na pewno coś wyczuwa, o, to znak. Nie mogę już patrzeć na te twarze, to one patrzą na mnie! Zyprexa. Niepokój. Drugi Lorazepam. I wreszcie…ulga.

Pisałam już wielokrotnie o tym, że choć w trakcie ataków psychotycznych myśli są niedorzeczne, uczucia pod nie podpięte są absolutnie realne. Strach, panika, niepokój – dojmująco głębokie. Tak, jakby NAPRAWDĘ coś strasznego się działo, mimo, że obok rzeczywistość płynie spokojnie i naturalnie. Nie dla chorego. Chory przeżywa dramat, współistniejący z kolacją, mężem klikającym na komputerze, psem zajadającym przysmaki i kojącą muzyką w tle. Cierpimy, żołądek skręca się nam ze strachu. Po godzinie wszystko wraca do stanu sprzed. Jesteśmy tylko…bardzo zmęczeni.

Malowanie autoportretów kosztuje mnie wiele emocji, których za radą psychiatry powinnam unikać. Jako że jednak nie zamierzam wieść życia rozwielitki bądź ameby, maluję i chcę malować nadal. W każdym obrazie mieszczę sporo tego, co czuję – a jest tego naprawdę dużo. Na takie obrazy trudno patrzeć, są tak intensywne. Nie powstają jednak po to, by pobudzać zmysł estetyczny. To Art Brut, malowanie z trzewi. A jednak…dla własnego dobra powinnam być może przerzucić się na krajobrazy z jeleniami i zachodami słońca?…Tworzyć coś ładnego, przyjemnego?

Lecz jak mam to zrobić, jeśli wewnątrz nie jestem ani ładna, ani przyjemna?…

When I was a little girl, my parents hung in our apartment a reproduction of a painting showing another girl (a very popular one in the early 1980s). The child had mysteriously opened lips and sleepy eyes. I was constantly afraid of her. I thought she was following me with her eyes, winking at me. I had so many fears that my parents took pity and took the painting off. I remembered it yesterday, when I had a psychotic attack in the evening – in connection with my painting portraits. It seemed to me that they come to life, that they look at me with their own eyes and at the same time with mine; that each picture steals a piece of my soul, becomes a shamanic totem that begins to lead a life independent of me. My anxiety, and then very quickly, a great fear grew with every passing moment. Lorazepam. My dog ​​started sniffing the brushes: he must sense something, oh, that’s a sign. I can’t look at these faces anymore, they are looking at me! Zyprexa. Anxiety. Second Lorazepam. And finally… peace.

I have already written many times that although thoughts are absurd during psychotic attacks, the feelings attached to them are absolutely real. Fear, panic, anxiety – painfully deep. As if something REALLY terrible was happening, even though reality flows calmly and naturally. Not for the sick. The sick person experiences a drama, coexisting with dinner, a husband clicking on the computer, a dog eating delicacies and soothing music in the background. We suffer, our stomach twists with fear. After an hour, everything returns to the state it was before. We’re just… very tired.

Painting self-portraits costs me a lot of emotions, which I should avoid on the advice of a psychiatrist. However, since I do not intend to lead the life of an amoeba, I paint and I want to continue to paint. In every painting I put a lot of what and how I feel – and there is much of it. It is difficult to look at such images, they are so intense. However, they are not created to stimulate the aesthetic sense. It’s Art Brut, a visceral painting. And yet … for my own good, should I perhaps switch to landscapes with deer and sunsets? … Create something pretty, nice?

But how am I supposed to do this if inside I am neither pretty nor nice? …

zbyt niebezpieczna / too dangerous

(ENG.below) Wczoraj najcięższy wieczór w ostatnim czasie. Jeśli nie masz pojemności na trudne treści, nie czytaj, proszę.

Mąż pojechał na zakupy, a we mnie zaczęło narastać napięcie. Wzięłam 1 mg Lorazepamu, ale nie pomógł – zaczął się atak psychotyczny. Mimo tony leków antypsychotycznych, które biorę. Chciałam sobie zrobić krzywdę, bo miałam wrażenie, że jeśli nie zadam sobie bólu, rozpadnę się na kawałki. Przypomniały mi się rady psychiatry – szybko zająć czymś mózg. Biorę więc kolejne Lorazepamy, drugi, trzeci, czwarty (czyli całą dzienną dawkę naraz) lecz nie czuję ulgi. Cytryna. Wyciskam pół cytryny prosto do gardła. Kilka sekund otrzeźwienia, lecz ból psychiczny wraca. Czas na lodowaty prysznic. Stoję w wannie, polewam się lodowatą wodą, płaczę i tłumaczę zdziwionemu psu, że pani się źle czuje. Mam tyle energii, że w wannie biegnę w miejscu, cierpiąc od strumieni zimna, łkając, lodowata woda boli, ale boli inaczej niż psychika, więc znoszę to – jakoś. Muszę się pociąć, muszę się pociąć, to pomoże…Nie! Nie mogę, nie wolno mi! Schować noże, schować żyletki. Biorę wieczorną dawkę Zyprexy. Najbezpieczniejsza będę w łóżku. Opatulam się i nie ruszam, ściskam tylko moją piłeczkę antystresową. Lorazepam w końcu zaczyna działać. Napięcie słabnie, a wraz z nim myśli o samookaleczaniu.

Wraca mąż. Mój biedny, zestresowany mąż. Zaczynamy oboje płakać. Z bezsilności, ze strachu, z żalu. Płakanie pomaga. Będę w stanie zasnąć.

Budzę się wcześnie rano prosto ze snu, w którym wali się świat – dosłownie. Ułamuje się i odpada wielki kawał góry, a w zasadzie całego pasma górskiego; lawina kamieni zalewa wioski, miasta, zalewa Wawel. Część świata dotychczas dostępna znajduje się teraz pod wodą. Świat się zmienił.

Mój świat także się zmienił. W poniedziałek zamierzam porozmawiać z moim lekarzem o hospitalizacji. Stałam się dla siebie…zbyt niebezpieczna.

Yesterday was the hardest evening in recent times. If you can’t contain difficult emotions, do not read this post please.

My husband went shopping, and my tension started building up. I took 1 mg of Lorazepam, but it didn’t help – the psychotic attack began. Despite the tons of antipsychotic drugs I take. I wanted to hurt myself because I had the feeling that if I didn’t do it, I would fall to pieces, decompose. I recalled the advice of my psychiatrist – quickly get the brain busy. So I take another Lorazepam, the second, the third, the fourth (i.e. the entire daily dose at once) but I don’t feel any relief. Lemon. I squeeze half a lemon straight down my throat. A few seconds of being back in touch with reality, but the mental pain returns. Time for an icy shower. I stand in the bathtub, pour ice-cold water over myself, cry and explain to the surprised dog that his mum is feeling unwell. I have so much energy that I jogg in my bad, standing, suffering from the streams of cold water, sobbing, the icy water hurts but it hurts differently than the psyche, so I bear it – somehow. I have to cut myself, I have to cut myself, it’ll help … No! I cannot, I must not! Hide the knives, hide the razor blades. I’m taking the evening dose of Zyprexa. I will be safest in bed. I wrap myself up and don’t move, just squeeze my stress ball. Lorazepam is finally starting to work. The tension ebbs and so does thoughts of self-harming.

Husband returns. My poor stressed husband. We both start crying. Out of helplessness, out of fear, out of regret. Crying helps. I will be able to sleep.

I wake up early in the morning straight from a dream in which the world collapses – literally. A great chunk of the mountain breaks off and falls off – in fact the entire mountain range; an avalanche of stones floods villages, cities, floods Wawel in Cracow. The part of the world available so far is now under water. The world has changed.

My world has changed too. I’m going to talk to my doctor on Monday about hospitalization. I’ve become… too dangerous for myself.

na szlaku / on a trail

(ENG.below) Wyobraź sobie halę z basenem – pustym – wypełnioną sztuką; obrazami, rysunkami, rzeźbami. W kilku miejscach hali stoją stoliki albo stelaże, a przy nich malują artyści-outsiderzy. Cały ten obiekt mieści się w hotelu na rdzawo-złotej górze. Z tarasów pokojów widać ośnieżone Alpy – na wyciągnięcie ręki. Poranek jest szaro-różowy. Dziś nie ma mrozu. Piszę na zewnątrz.

Wyobraź sobie też piękną, jedenastokilometrową trasę, wiodącą krętą ścieżką pod górę, od lasu do ośnieżonej przełęczy – i z powrotem. Maszerujesz nią, oddychasz głęboko, słońce opala ci twarz, szumi strumień, nikogo po drodze. Czujesz się zjednoczona z naturą, aż przypływa do ciebie wizja na jawie: gigantyczna kobieta z torfu, mchu i wilgoci powstaje, przeciąga się i powoli rusza na wschód, nie zwracając na ciebie uwagi. Za nią toczą się kamienie i grudki ziemi. Jest wielka jak górskie zbocze. Jesteś wzruszona jej naturalnym pięknem.

Kiedy dzielisz się tą wizją z towarzyszem podróży, zaczynacie rozmowę o szamanach, darach widzenia rzeczy, do których inni nie mają dostępu. Rozmowa jest bardzo owocna i ma intelektualny charakter; racjonalna część twojego mózgu zgadza się z rozmówcą, który twierdzi, że szamanizm to dyscyplina, wieloletnie przygotowania, rozeznanie i doświadczenie, tak bardzo spłycone w naszym kręgu kulturowym i zminiaturyzowane do rozmiarów strawnego, atrakcyjnego pop-new age hamburgera.

Wtedy zaczynasz zauważać, że twoje myślenie się zmienia. Znasz to uczucie – racjonalna część mózgu zaczyna blaknąć, a na pierwszy plan wysuwa się dziwne, obsesyjne przekonanie. Ty przecież jesteś szamanem. To twoja misja życiowa. To twoje powołanie. Twój towarzysz podróży – twój mąż – chce cię od niego odwieść. Powinnaś teraz rzucić wszystkim i udać się do Mongolii. Sprzedaj wszystko i jedź. Twój mąż cię podtruwa każdego dnia, bo chce, byś została przy nim. Twoje papierosy są zatrute narkotykami; przecież to on ci je kupił. Opłacił twojego psychiatrę, twojego asystenta psychiatrycznego – wszyscy razem są w spisku, by uniemożliwić ci realizację twojej życiowej misji, twojego powołania, twojego prawdziwego ja.

Ostatkiem racjonalnych sił zatrzymujesz się na szlaku, wyciągasz lek antypsychotyczny i połykasz go. Myślisz sobie: mój pies nie jest prawdziwy, jest tylko hologramem. Mój mąż za chwilę mnie zabije gdzieś tu w gęstwinie. Łykasz lek na uspokojenie. Jakoś dotrzecie do samochodu. Mąż cię uspokaja: to minie.

To zawsze mija.

Po to, by znów tobą owładnąć.

Może dziś, może jutro. Może w domu, może w sklepie, może w górach.

Jesteś zmęczona, prawda?

Imagine a hall with a swimming pool – empty – but filled with art; paintings, drawings, sculptures. There are tables or racks in several places in the hall, and outsider artists paint next to them. The entire property is housed in a hotel on a rusty gold mountain. From the terraces of the rooms you can see the snow-covered Alps – at your fingertips. The morning is gray-pink. There is no frost today. I’m writing outside.

Also, imagine a beautiful eleven kilometer route, taking a winding path uphill, from the forest to the snow-covered mountain pass – and back again. You march it, breathe deeply, the sun kisses your face, the stream rustles, no one on the way. You feel one with nature until a daydream vision comes to you: a gigantic woman of peat, moss and moisture rises, stretches and slowly moves eastward, ignoring you. Behind her, stones and lumps of earth roll. She is as big as a mountain slope. You are touched by her natural beauty.

When you share this vision with your traveling companion, you start talking about shamans and a gift of seeing things that others don’t have access to. The conversation is very fruitful and intellectual; the rational part of your brain agrees with your interlocutor that shamanism is a discipline, many years of preparation, insight and experience, so shallowed in our culture and miniaturized to the size of a digestible, attractive pop-new age hamburger.

Then you start to notice that your thinking is changing. You know this feeling – the rational part of the brain begins to fade, and a strange obsessive belief comes to the fore. After all, you are a shaman. This is your life mission. This is your calling. Your traveling companion – your husband – wants to dissuade you from it. You should drop everything now and go to Mongolia. Sell ​​everything and drive. Your husband poisons you every day because he wants you to stay with him. Your cigarettes are poisoned with drugs; after all, he bought them for you. He has paid off your psychiatrist, your psychiatric assistant – they are all conspiring together to prevent you from fulfilling your life mission, your calling, your true self.

With the last of your rational strength, you stop on the trail, take your antipsychotic drug and swallow it. You think to yourself: my dog ​​isn’t real, it’s just a hologram. My husband is about to kill me somewhere in the thicket. You take a sedative medicine. You’ll get to the car somehow. Your husband reassures you: it will pass.

It always passes.

Just to take over you again.

Maybe today, maybe tomorrow. Maybe at home, maybe in a shop, maybe in the mountains.

You’re tired, aren’t you?

coś z niczego / something out of nothing

(ENG.below) Tak źle jeszcze nie było – i tak dobrze zarazem.

Moje obrazy się sprzedają.

W przyszłym tygodniu idę obejrzeć moją sztukę, wystawianą na teatralnej scenie stolicy pewnego pięknego kraju.

Już jutro wernisaż kolejnej wystawy, na której pokazywane są moje prace.

Dziś wyjeżdżam na pierwszą w życiu rezydencję artystyczną.

Jednocześnie – choroba atakuje mnie aktualnie każdego dnia, nie dając mi nawet doby ulgi. Przez kilka godzin dziennie funkcjonuję normalnie, a kolejne kilka godzin to (możliwy wybór wielokrotny):

  • symptomy depresyjne
  • myśli samobójcze
  • ataki niepokoju i lęku
  • urojenia
  • derealizacja
  • depersonalizacja
  • ogromny ból psychiczny

Jestem już bardzo zmęczona.

Wczoraj wieczorem miałam atak psychotyczny, w którym ból psychiczny był tak silny, że miałam wrażenie, że MUSZĘ – po prostu MUSZĘ – zrobić sobie fizyczną krzywdę, by go zagłuszyć, przerwać. Coraz lepiej rozumiem tych chorych, którzy się tną lub kaleczą; wczoraj właśnie tam zmierzałam. Masz wrażenie, że rozpadniesz się na kawałki, albo wręcz przeciwnie – zapadniesz się do środka; całe jestestwo jakby swędzi cię, pali niemiłosiernie, nic nie przynosi ulgi; wyobraź sobie atak kamieni nerkowych, tylko psychiczny. Zamknęłam się w końcu w łazience, wzięłam maszynkę i ogoliłam włosy na zero.  Przyniosło mi to ulgę. Odjęłam sobie kilka punktów urody, ale czułam, że mam nad czymś kontrolę, i że zmieniam właśnie swoje ciało, które dostarcza mi tyle cierpienia.

Nie wiem, co zrobię kolejnym razem.

Mój psychiatra cieszy się mimo wszystko, że jadę do pięknego hotelu w cudownym miejscu, gdzie będę odpoczywać w naturze i malować. Żadnych innych bodźców. Spokój. Może mój mózg też się uspokoi. Pakuję oczywiście tonę leków na każdą okazję.

Odwołałam swój udział w kursie malarskim, więc będę mogła zostać na rezydencji dłużej. Opracowaliśmy z mężem trasy górskie w okolicy, by 2-3 godziny dziennie być na zewnątrz.

A poza tym – pędzle w dłoń i biała karta papieru, na której moja dłoń stworzy coś z niczego.

It’s never been that bad – and so good at the same time – as it is now.

My paintings are being sold.

Next week I’m going to see my play, staged in the theatre in the capital of a beautiful country.

Tomorrow is the opening of another exhibition where my works are shown.

Today I am leaving for the first artistic residency in my life.

At the same time – the disease attacks me every day, without even giving me a day of relief. I function normally for several hours a day, and the next few hours are (multiple choice possible):

– depressive symptoms

– thoughts of suicide

– attacks of anxiety and fear

– delusions

– derealization

– depersonalization

– tremendous mental pain.

I am exhausted.

Yesterday evening I had a psychotic attack in which the mental pain was so strong that I had the impression that I MUST – I just MUST – do myself a physical harm to burn it out, to stop it. I understand better and better those of mentally ill who cut or injure themselves; I was on my way there yesterday. You get the impression that you will fall to pieces, or on the contrary – you will collapse inside; the whole being itches you, burns you mercilessly, nothing brings relief; imagine an attack of kidney stones, only mental. I finally locked myself in the bathroom, took the razor and shaved my hair to zero. It brought me relief. It took away a few beauty points, but I felt I had control over something and that I was changing my body, which was giving me so much suffering.

I don’t know what I’ll do next time.

My psychiatrist is glad that I am going to a beautiful hotel in a wonderful place, where I will rest in nature – and paint. No other stimulus. Calmness. Maybe my brain will calm down too. Of course, I’ve already packed tons of medication for all occasions.

I canceled my participation in the painting course, so I will be able to stay in the residency longer. My husband and I have developed mountain routes in the area to be outside 2-4 hours a day. And besides – only brushes in my hand and a white sheet of paper on which my hand will be creating something out of nothing.

Nić Ariadny / Ariadne’s Thread

(ENG.below) Dziś w nocy byłam przekonana, że nad moim łóżkiem stoi mężczyzna i mówi coś nienawistnym głosem. To nie był sen – to były halucynacje. Towarzyszył im ogromny lęk. Bałam się spojrzeć w lewo, bałam się obudzić męża, dać jakikolwiek sygnał, że nie śpię. A nuż intruz wtedy mnie zabije? Kiedy halucynacje minęły, a pozostał tylko lęk, sięgnęłam po Lorazepam i udało mi się po nim zasnąć.

Na wczorajszej sesji u psychiatry wydawało mi się, że jest on przemienioną w człowieka żabą. Strasznie się bałam. Niepokój zmieniał moją twarz w napiętą maskę. Psychiatra zrobił coś nieoczekiwanego – zmienił swoją pozycję w pokoju, przesunął się gdzie indziej razem z krzesłem. Zamrożony obraz zaklętej żaby odpłynął. Uspokoiłam się po jakimś czasie.

Przedwczoraj wieczorem silniejszy i dłuższy atak. Najpierw przychodzi niepokój i poczucie, że nie wszystko jest na swoim miejscu; że coś się we mnie przemieszcza i chwieje. Zaczyna mi się wydawać, że mój pies – mój mały, przytulański chichuahua – zaraz wyszczerzy zęby i rzuci się na moją twarz, odgryzając mi jej części. Głaszczę go, tłumaczę sobie, że nigdy tak nie robił, że to się nie zdarzy, ale lęk narasta. Może ma w sobie demona?…W końcu nie mogę na mojego psa patrzeć, bo myślę, że ten straszny moment zdarzy się właśnie teraz, już, za sekundę. Zaczynam płakać ze strachu i proszę męża, żeby zabrał naszego chi do innego pokoju. Powoli się uspokajam. Zyprexa i Lorazepam – pomaga.

Taka intensywność ataków psychotycznych jak w ciągu ostatnich trzech tygodni nie wydarzyła się nigdy wcześniej. Psychiatra podjął decyzję: obniżamy poziom antydepresantów, które mogą przyczyniać się do takiej intensywności objawów (witamy w krainie skutków ubocznych). Z powodu problemów z pamięcią rezygnujemy też z codziennej, wieczornej dawki Seroquela (Quetiapin); biorę go już regularnie ponad trzy miesiące, a to ani w niczym nie pomaga (oprócz zmęczenia ułatwiającego zaśnięcie), a może mieć skutki uboczne – jak luki w pamięci. Zostaję więc na malutkiej dawce Venlafaxyny (antydepresant) i – objawowo, nie codziennie – Zyprexy i Lorazepamu.

To naprawdę rozczarowujące, że w XXI wieku, gdy planuje się już turystyczne loty na Marsa, nie istnieje lek ZAPOBIEGAJĄCY symptomom mojej choroby. Że mam tylko jedno wyjście – przyzwyczaić się do niej i nauczyć z nią żyć. Istnieją owszem leki, które sprawiają, że zasypiam i przesypiam ataki – ale nie istnieje żadna profilaktyka, żaden złoty środek, który mógłby mi pozwolić powiedzieć: „Jestem wolna od symptomów! Wyzdrowiałam!” Owszem, pojawia się gdzieniegdzie termin „zdrowienie”, pojawiają się też w Polsce (na razie kilkudziesięciu) „asystenci zdrowienia” (chorzy, którzy radzą sobie lepiej), jednakże z mojej perspektywy własne życie określiłabym jako Labirynt. Gdy już myślę, że jest lepiej, znów się gubię. A lęk w trakcie derealizacji czy halucynacji jest za każdym razem TAKI SAM.

Nie liczę więc na żadną nić Ariadny. Trzymam za to uzbieraną z kawałków doświadczenia latareczkę, która czasem gaśnie, a czasem świeci.

Zawsze coś.

Tonight I was convinced that a man was standing over my bed saying something in a hateful voice. It wasn’t a dream – these were hallucinations. They were accompanied by tremendous fear. I was afraid to look to the left, I was afraid to wake my husband, to give any signal that I was awake. What if this intruder would kill me then? When the hallucinations passed and only fear remained, I reached for Lorazepam and managed to fall asleep after it.

At yesterday’s session with a psychiatrist, it seemed to me that he was a frog transformed into a human. I was terribly afraid. Anxiety turned my face into a tight mask. The psychiatrist did something unexpected – he changed his position in the room, moved elsewhere with the chair. The frozen image of the enchanted frog was gone. After a while I calmed down.

The day before yesterday evening stronger and longer attack happened. First comes the anxiety and the feeling that not everything is in its place; that something in me is shifting and wobbling. I’m starting to think that my dog ​​- my little cuddly chichuahua – is about to grin its teeth and leap at my face, biting off parts of it. I caress him, tell myself that he has never done that, it won’t happen, but the fear is growing. Maybe he has a demon in him? … After all, I can’t look at my dog, because I think this terrible moment is going to happen right now, in a second. I start to cry with fear and ask my husband to take our chi to another room. I’m slowly calming down. Zyprexa and Lorazepam – helps.

The intensity of psychotic attacks as in the last three weeks has never happened before. The psychiatrist made a decision: we are lowering the level of antidepressant, which may contribute to such intensity of symptoms (welcome to the land of side effects). Due to problems with memory, we also give up the daily evening dose of Seroquel (Quetiapin); I’ve been taking it regularly for over three months now, and it doesn’t help in any way (apart from fatigue making it easier to fall asleep), and it can have side effects – like memory lapses. So I stay on a small dose of Venlafaxine (antidepressant) and – symptomatically, not every day – Zyprexa and Lorazepam.

It is really disappointing that in the 21st century, with tourist flights to Mars already being planned, there is no drug to PREVENT the symptoms of my illness. That I have only one option – to get used to it and learn to live with it. There are drugs that make me fall asleep when the attack begins and just sleep it over – but there is no prophylaxis, no golden mean that would allow me to say, “I am symptom free! I recovered!” Yes, the term „recovery” appears here and there, and there are also (so far several dozen) „recovery assistants” in Poland (patients who are doing better), but from my perspective I would describe my own life as the Labyrinth. Once I think it’s better, I get lost again. And the fear in the process of derealization or hallucination is THE SAME every time.

So I’m not counting on any Ariadne’s thread. Instead, I hold a lantern collected from pieces of experience, which sometimes goes out and sometimes shines.

It’s always something.

wielkie zagubienie / big confusion

(ENG.below) Dziwne dni. Niby nic się nie dzieje, a jednak mam wrażenie, że kropki w mojej głowie nie do końca łączą się w normalny wzór. Wczoraj zastanawiałam się, czy nie jestem przypadkiem cyborgiem. Nie wiem, czy zdrowym psychicznie ludziom towarzyszą takie rozmyślania. Gdy za tym pojawia się pomysł sprawdzenia tego organicznie, przy pomocy noża, wiem, że czas na Zyprexę.

Mam wrażenie, że widzę rzeczywistość za szkłem. Że jakaś część mojego mózgu zajęta jest nieuchwytnym procesem, a ręce, które mogłyby mocno uchwycić się tego, co namacalne, trafiają w próżnię. Niby chodzę, niby biegam (w tym tygodniu już 16km), maluję, jem, rozmawiam, ale czuję się, jakby część mnie była gdzie indziej. Problem w tym, że nie mam pojęcia, gdzie.

Gdy z dość dużą regularnością tracisz kontakt z rzeczywistością, tracisz też długofalowo zaufanie do własnej oceny sytuacji, osądów i myśli, a nawet – do własnych zmysłów. Jak na drodze w gęstej mgle, znikają punkty odniesienia. Nie wiesz już, na czym możesz się oprzeć, co jest prawdziwe, co jest ułudą, a co snem. Oniryczny stan. I potencjalnie groźny.

Lekarze zdiagnozowali u mnie bardzo niski poziom kwasu foliowego – od kilku dni biorę więc tabletki. Co ciekawe, obniżony stan tej substancji może powodować zaburzenia pamięci (które ostatnio mnie dotykały), a nawet epizody psychotyczne. Byłoby naprawdę wspaniale, gdyby małe, niewinne i zupełnie niepsychiatryczne pigułki zmniejszyły częstotliwość moich psychotycznych faz.

Tymczasem, mój kolega zrezygnował z członkostwa w stowarzyszeniu artystycznym, bo wierzy, że zalągł się w nim diabeł. Jest o tym przekonany. Odstawił leki, bo wydaje mu się, że kontroluje sytuację i prawidłowo ją ocenia; że wreszcie widzi prawdę.

Choroby psychiczne oznaczają wielkie zagubienie, kryjące się pod maską sztywnych, absurdalnych przekonań.

Strange days. Apparently nothing is happening, but I have the impression that the dots in my head are not completely merging into a normal pattern. Yesterday I was wondering if I was a cyborg. I do not know if mentally healthy people are accompanied by such reflections. When the idea of ​​checking it organically with a knife comes up, I know it’s time for Zyprexa.

I have the impression that I see the reality like from behind the glass. That some part of my brain is occupied with an elusive process, and that hands that could hold tight to the tangible end up in a void. I’m kind of walking, running (16 km this week), painting, eating, talking, but I feel as if a part of me is somewhere else. The problem is, I have no idea where.

When you lose touch with reality on a fairly regular basis, you also lose confidence in your own judgment, thoughts, assessment and even your own senses in the long term. As if on the road in thick fog, the reference points disappear. You no longer know what to lean on, what is real, what is an illusion and what is a dream. Dreamy state. And potentially dangerous.

The doctors diagnosed me with a very low level of folic acid – so I have been taking pills for several days. Interestingly, the lowered state of this substance can cause memory disturbances (which have been affecting me recently) and even psychotic episodes. It would be really great if small, innocent and completely non-psychiatric pills decreased the frequency of my psychotic phases.

Meanwhile, my friend has resigned from membership in an artistic association because he believes that the devil is in it. He is convinced of it. He quit medication because he thinks he is in control of the situation and is assessing it correctly; that he finally sees the truth.

Mental illness is a big confusion, hidden behind a mask of stiff, absurd beliefs.

witraż / stained glass

(ENG.below) Zaczyna się zwykle od niepokoju, który szybko narasta – w ciągu kilkunastu minut z osoby, która funkcjonuje jak każdy, przemieniam się w spiętą, przestraszoną mysz. Zmienia się moja twarz, zapadają i jednocześnie szeroko otwierają się oczy, skóra się naciąga, marszczą brwi. Potem zaczyna się trzęsienie, najpierw rąk, następnie całego ciała. Próbuję się uspokoić Lorazepamem, ale jest już za późno. Zaczyna się faza psychotyczna. Spróbuję opisać moje myśli w trakcie takiego ataku – jak wczoraj wieczorem.

Mój mąż próbuje mnie zabić, we współpracy z moim asystentem psychiatrycznym. Ukartowali to razem z moim psychiatrą, który wyjechał na urlop, by finalnie nie brać w tym udziału. Mój mąż gotuje mi kolację, pewnie chce mnie otruć albo dźgnąć nożem od tyłu. Może to ja powinnam go dźgnąć?…Albo siebie? Tak, siebie, bo nie wytrzymam tej niepewności i lęku…

Czuję się jak witraż, jak istota ze szkła, i to szkło zaczyna pękać i sięr rozpadać na kawałki. Nie ma już mnie. Nie wiem kim jestem, nie wiem gdzie jestem. Czy na pewno to, co widzę i słyszę, jest rzeczywiste? Co jest prawdziwe?…Mogę być gdziekolwiek i kimkolwiek. Tak naprawdę mnie nie ma.

Jestem samą głową i mam pajęcze nogi. Głowa na pajęczych nogach chodzi po mieszkaniu. W moim brzuchu mieszkają małe pająki. Będę je rodzić?…

Mąż gotuje dla mnie wegetariańsko. Czy na pewno?…Syk na patelni…Może smaży żołądki jakiegoś wstrętnego zwierzęcia?…Chce mnie otruć. Ma mnie dość.

Próbuję wrócić do rzeczywistości metodą pięciu zmysłów: zaczynam od „co widzę, co słyszę”. Wiem, co widzę i słyszę, ale nie wiem, czy to jest prawdziwe. Przecież jako że mnie teraz nie ma, to mogę być gdziekolwiek. Może to wszystko tylko sen. Co jest urojeniem, a co nie? Może mój mąż też nie istnieje?…Może jestem teraz tak naprawdę w Polsce, w jakimś szpitalu? Może jestem z kimś innym? Gdzie jest moje życie? Gdzie ja jestem? Gdzie się zaczynam, gdzie kończę?…Nie ma się na kim oprzeć…Zagubiona, zagubiona. Boję się.

Razi mnie światło. Wszędzie tak jasno. Mąż pyta: zapalić ci światło? Nie nie, zasłoń okno, ta jasność…Ale przecież robi się już ciemno, mówi on. Dla mnie jest za jasno!

Biorę dużą dawkę Zyprexy (Olanzapina). Po godzinie jest lepiej, jestem w stanie mówić. Zaraz pójdę spać, ale przedtem myślę sobie: mój boże, jak czują się ludzie, u których fazy psychotyczne trwają tygodniami lub miesiącami?…Przecież tego nie da się przeżyć…Ja po takim ataku jestem ledwo żywa, a to tylko jeden wieczór w tygodniu…

Jeden wieczór, w trakcie którego wszystko się rozpada. Wszystkie punkty odniesienia – znikają. Nie ma żadnego centrum, żadnego środka. Nic nie jest na swoim miejscu. Nie ma się czego chwycić. Powykręcana, pokrzywiona rzeczywistość, w której nie działa żaden kompas.

Mąż potężnie kicha. Jego kichanie jest tak charakterystyczne, że myślę sobie: no przecież to musi być on.

Ale zaraz przychodzi druga myśl: a jeśli i tego się nauczyli, i on jest jednak podstawiony?…

It usually begins with anxiety that builds up quickly – within a dozen or so minutes from a person who functions like everyone else, I turn into a tense, scared mouse. My face is changing, my eyes are sunken and at the same time wide open, my skin is stretched, my eyebrows furrowed. Then the shaking begins, first the hands, then the whole body. I try to calm myself down with Lorazepam, but it’s too late. The psychotic phase begins. I will try to describe my thoughts in the course of such an attack – like the one that happened yesterday evening.

My husband is trying to kill me, in collaboration with my psychiatric assistant. They made it up together with my psychiatrist, who went on vacation to finally not participate in it. My husband is cooking super for me, he probably wants to poison me or stab me from behind. Maybe I should stab him? … Or myself? Yes, myself, because I can’t stand this uncertainty and fear …

I feel like a stained glass window, like a being made of glass, and this glass starts to crack and break into pieces. I am no more. I don’t know who I am, I don’t know where I am. Are you sure what I see and hear is real? What is real? … I can be anywhere and whoever. I’m not really there.

I am only the head and I have spider legs. The head on spider legs is walking around the apartment. Little spiders live in my stomach. Will I give birth to them?…

My husband cooks vegetarian for me. Are you sure?… The smell from the pan… Maybe he is frying the stomachs of some hideous animal?… He wants to poison me. He’s sick of me.

I try to come back to reality using the five senses method: I start with „what I see, what I hear”. I know what I see and hear, but I don’t know if it is real. After all, since I’m not here now, I can be anywhere. Maybe it’s all just a dream. What is delusional and what is not? Maybe my husband doesn’t exist either? … Maybe I’m actually in Poland now, in some hospital? Maybe I’m with someone else? Where is my life? Where am I? Where do I start, where do I end?… There is nobody to lean on … Lost, lost. I’m afraid.

The light attacks my eyes. Everywhere is so bright. Husband asks: shall I turn on the light for you? No no, cover the window, the brightness is unbearable… But it’s getting dark already, he says. It’s too bright for me!

I take a high dose of Zyprexa (Olanzapine). It’s better after an hour, I’m able to speak. I will go to sleep soon, but before that I think to myself: my god, how do people with psychotic phases lasting for weeks or months feel?… It is impossible to survive it… my attacks last only a couple of hours, every week, and I can barely survive them…

One evening when everything falls apart. All reference points – disappear. There is no center. Nothing is in place. Nothing to grab on to. A twisted, distorted reality where no compass works.

The husband is sneezing vloudly. His sneezing is so characteristic that I think to myself: well, it must be him then.

But straightaway a second thought comes: what if they also learned this, and he is also substituted?…