przerwa w maratonie / a pause during a marathon

(ENG.BELOW) Jako że zbieram ostatnio odznaki „Dzielny pacjent” (podobno dają takie dzieciom w przychodniach…), kolejne doświadczenie za mną – punkcja lędźwiowa bez znieczulenia. Wiadomo, mieszkam w kraju twardzieli, po co więc znieczulać w momencie wbijania igły w kręgosłup i ściągania stamtąd płynu mózgowo-rdzeniowego. No cóż, co kraj to obyczaj. Punkcję robiłam, by wykluczyć autoimmunologiczne zapalenie mózgu, które wywołuje objawy psychotyczne i problemy z pamięcią. Wyniki na początku grudnia. Cierpliwość. Druga cecha tego dzielnego narodu.

Tymczasem same dobre wieści: wczoraj i dziś – brak symptomów. Przestałam malować na krwawoczerwono i ostroniebiesko, zaczęłam na jasnoróżowo i szaro. Jako że w poniedziałek przeżyłam poważne załamanie i wypłakałam u mojego psychiatry sporo łez, błagając o pomoc, „bo już nie dam rady”, zrobiliśmy porządny remanent leków i rozpoczęłam nową przygodę z antyepileptycznym kwasem walproinowym. To moje trzecie podejście do tego lekarstwa. Dwa poprzednie zakończyły się dość szybko protestem mojej wątroby. Nie jestem pewna, na co liczymy tym razem – to w końcu ta sama wątroba, choć w o niebo lepszym stanie niż kilka lat temu; niemniej jednak próbujemy i na razie Valproit działa. Jeśli badanie krwi w przyszłym tygodniu wskaże na nienaturalnie podwyższone wskaźniki wątrobowe, będziemy musieli szukać dalej. Podobno na rynku pojawiło się coś nowego, co moglibyśmy wypróbować w drugiej kolejności. A może to tylko zbieg okoliczności, może faza maniakalno-psychotyczna zakończyła się sama z siebie. Nie wiemy. Prawdopodobnie się nie dowiemy. Wiem tylko, że maluję na szaro i czuję się spokojna.

Po punkcji muszę leżeć, piszę więc na leżąco; nie wychodząc z łóżka udało mi się dziś sprzedać jedną z moich prac plastycznych. Radość. Satysfakcja. Oszczędna, bo wiadomo: mam sobie oszczędzać bodźców. Uśmiecham się więc półgębkiem, a w środku fikam koziołki. Łagodne koziołki.

Autoimmunologiczne zapalenie mózgu byłoby ciężką, ale konkretną diagnozą, która paradoksalnie dałaby mi odrobinę nadziei, bo da się je leczyć. Brzmi strasznie, ale uwierz mi, dla mnie i tak lepiej niż lekoodporna odmiana choroby schizoafektywnej/dwubiegunowej z ultraszybką zmianą faz. Dostałabym magiczne pastylki i uwolniła się od patrzących na mnie obrazów, śledzących mnie oczu, muzyki, której wcale nie ma, panicznego, irracjonalnego lęku, napadów niepokoju, bezsenności, myśli samobójczych i wielu innych objawów. Brzmi to wszystko bardzo desperacko; tak, jestem zdesperowana. Przedwczoraj dopłynęłam do brzegu moich możliwości i tolerancji psychicznego bólu. Naprawdę wolałabym zapalenie mózgu. Przepraszam jednocześnie wszystkie osoby z zapaleniem mózgu. Być może nie wiem, co mówię.

Czekamy zatem na diagnozę z początkiem grudnia.

W międzyczasie maluję na szaro, śnię dziwne sny i odpoczywam po maniakalno-psychotycznym maratonie.

A może to tylko chwilowa przerwa w trakcie maratonu.

As I have been collecting „Brave Patient” badges recently (apparently they give them to children in clinics …), another experience is behind me – a lumbar puncture without anesthesia. You know, I live in the country of tough guys, so why anesthetize when sticking a needle into the spine and pulling the cerebrospinal fluid from there. Well, every country has its curiosities. I did the puncture to rule out autoimmune encephalitis, which may cause psychotic symptoms and memory trouble. Results in early December. Patience. The second trait of this brave nation.

Meanwhile, only good news: yesterday and today – no symptoms. I stopped painting bloody red and intense blue and started light pink and gray. As on Monday I experienced a serious breakdown and cried a lot of tears at my psychiatrist, begging for help, „because I can’t bear it anymore”, we made a decent inventory of drugs and started a new adventure with the antiepileptic valproic acid. This is my third attempt at this drug. The previous two ended with my liver protesting pretty quickly. I’m not sure what we’re counting on this time – it’s the same liver, after all, although in much better condition than it was a few years ago; nevertheless we try and for now Valproit works. If next week’s blood test shows abnormally elevated liver rates, we’ll have to look further. Apparently, there is something new on the market that we could try secondly. Or maybe it’s just a coincidence, maybe the manic-psychotic phase has ended by itself. We do not know. We probably won’t find out. All I know is that I paint gray and I feel calm.

After the puncture I have to lie down, so I write lying down; today I managed to sell one of my artworks without leaving my bed. Joy. Satisfaction. Economical, because you know: I have to save myself from emotional stimuli. So I smile half-mouth, and inside I roll back and forth on a grass of joy like a puppy. A gentle puppy though.

Autoimmune encephalitis would be a hard but concrete diagnosis that, paradoxically, would give me some hope because it is treatable. Sounds scary, but believe me, for me it’s still better than the drug-resistant type of schizoaffective / bipolar disorder with ultrafast phase change. I would have gotten the magic pills and free myself of the paintings looking at me, the eyes following me, the music that is not there at all, panic, irrational fear, anxiety attacks, insomnia, suicidal thoughts and many other symptoms. It all sounds very desperate; yes, I am desperate. The day before yesterday I swam to the edge of my possibilities and tolerance of mental pain. I really would prefer encephalitis. I apologize to all people with encephalitis at the same time. Maybe I don’t know what I’m talking about.

Therefore, we are waiting for the diagnosis at the beginning of December.

In the meantime, I paint gray, dream strange dreams and rest after a manic-psychotic marathon.

Or maybe it’s just a pause during the marathon.

na zawsze / forever

(ENG.below) W opisach przeżyć osób z chorobą dwubiegunową przewija się wątek tęsknoty za ekstremalnymi doznaniami, zwłaszcza w stanach maniakalnych. Nigdy nie jesteśmy bardziej pomysłowi, energetyczni i piękni, przekonani o własnej wysokiej wartości i wyjątkowości. Potem naturalnie przychodzi depresja i wszystko to obraca się jak piasek w klepsydrze; tym większa boleść na wspomnienie bycia na maniakalnym haju. W związku z podwyższonym stanem uniesienia przeżywałam ostatnio coś bliskiego orgazmowi podczas malowania. Niesamowity błogostan, fizjologiczno-psychiczny, jak potężna dawka dobrego narkotyku albo cudowny, udany seks; nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek osiągnęła taki stan podczas tworzenia. Malowałam i nie chciałam przestać. Byłam pewna, że tworzę coś wyjątkowego. Nakładałam kolejne warstwy farby, w skupieniu i uniesieniu. Nic więcej nie było mi trzeba. Chciałam pozostać w tym stanie wiecznie.

Godzinę później płakałam z napięcia, rozpaczy i niepokoju, ratując się Lorazepamem.

Labilna – nigdy nie lubiłam tego słowa. Gdy byłam zdrowa, kojarzyło mi się z kimś, kto nie potrafi kontrolować własnych stanów i emocji; z kimś nieprzewidywalnym, histerycznym, potencjalnie groźnym; kimś, od kogo lepiej trzymać się na dystans. Teraz sama uosabiam podręcznikowy termin „labilna”. Podróżuję superexpresem od orgiastycznych uniesień do załamania. Maluję i cała jestem boska, patrzę na zdjęcie mojej chorej mamy i jestem zdruzgotana, przerażona, rozpadam się. Supeexpresowi zajmuje ta emocjonalna podróż godzinę. Każdy z tych przystanków przeżywany jest w pełni i intensywnie.

Męczące.

Jednakże oprócz tych emocjonalnych wahań dzieją się też dobre rzeczy. Moją pracę docenił na instagramie użytkownik Akademia Sztuk Pięknych z Krakowa. Wyobrażasz sobie? Wiele lat temu poszłam tam na konsultacje z moimi pierwszymi obrazami. Kiedy sobie przypomnę, co pokazywałam wtedy, wolałabym spuścić nad tym zasłonę miłosierdzia, jak mawia mój mąż. Ale od tamtego czasu nie przestałam malować, nie przestałam eksperymentować, rozwijać warsztat artystyczny. I oto mam – docenienie przez miejsce, które wydaje mi się nieosiągalnym szczytem marzeń.

Ponadto skontaktował się ze mną portal poświęcony psychozom, który chce udostępniać moje prace. Organizuję także wystawę (styczeń-luty 2021), a parę dni temu sprzedałam jeden z rysunków. Podcast z moim udziałem ma pojawić się w sieci pod koniec grudnia…Same dobre wieści. By nie być „labilna”, staram się nie ekscytować nimi zanadto. Ot, małe szczęścia. Spokojnie. Oddychać. Przyjmować, lecz się nie nakręcać. Cieszyć się, lecz nie puchnąć z radości, by nie eksplodować. Powoli.

Schritt vor schritt, jak mówią lokalsi. Krok za krokiem.

orgiastyczny obraz / orgiastic picture

In descriptions of experiences of people with bipolar disorder there is a recurring thread of longing for extreme sensations, especially in manic states. We are never more inventive, energetic and beautiful, convinced of our own high value and uniqueness. Then depression comes naturally and it all turns like sand in an hourglass; the greater the pain at remembering being maniacally high. Due to the elevated state, I have recently experienced something close to an orgasm while painting. Incredible bliss, physiological and mental, like a huge dose of a good drug or wonderful, successful sex. I don’t remember ever reaching that state during artmaking. I was painting and I didn’t want to stop. I was sure that I was creating something special. I applied subsequent layers of paint with concentration and elation. I needed nothing more. I wanted to stay in this moment forever.

An hour later I was crying with tension, despair and anxiety, trying to save myself with Lorazepam.

Unstable – I never liked that word. When I was healthy, it reminded me of someone who could not control his own states and emotions; with someone unpredictable, hysterical, potentially dangerous; someone you’d better keep your distance from. Now I personify the textbook term „labile”. I travel with superexpress from orgiastic rapture to breakdown. I paint and I am all gorgeous, I look at a picture of my sick mother and I am devastated, terrified, I fall apart. Supeexpress takes this emotional journey in an hour. Each of these stops is fully and intensely experienced.

Tiring.

However, in addition to these emotional fluctuations, good things also happen. My work was appreciated on Instagram by the Academy of Fine Arts from Krakow. Can  you imagine? Many years ago, I went there to consult my first paintings. When I remember what I was showing then, I would prefer to draw a veil of mercy over it, as my husband says. But since then I have not stopped painting, I have not stopped experimenting and developing my artistic skills. And here I have it – appreciation by a place that seems to me to be an unattainable peak of dreams.

In addition, I was contacted by a psychosis portal that wants to share my work. I am also organizing an exhibition (January-February 2021) and a few days ago I sold one of my drawings. The podcast with my participation is expected to be available online at the end of December… Good news. In order not to be „labile”, I try not to get too excited about them. Patience. Calmly. Breathe. Receive but don’t get too excited. Be happy, but not to swell with joy, lest you explode. Slowly.

Schritt vor schritt, as they say here. Step by step.

prądy morskie / sea currents

(ENG.below) Koszmary senne to bardzo indywidualna sprawa. Obrazy senne, które dla jednej osoby są znośne, dla innej zdają się potwornością. Tej nocy miałam bardzo niespokojny sen, z którego wybudziłam się ciężko oddychając. Śniło mi się nurkowanie – ale w wariancie niebezpiecznym, na granicy życia i śmierci; mocny prąd, lodowate wody północy, brak przestrzegania reguł bezpieczeństwa, ryzyko uduszenia bądź choroby kesonowej. Narażałam się na śmierć próbując ratować od podobnego losu moją młodszą siostrę. Sen był bardzo dramatyczny. Od kiedy się obudziłam, myślę o tym, jakie wiadomości dla mnie niesie. Myślę, że oddaje rzeczywistość, w której staram się przeżyć, a nawet więcej – usiłuję żyć; rzeczywistość niemal codziennych symptomów (lodowate wody), wahań nastrojów (rwące prądy morskie), prób utrzymania się na powierzchni zdarzeń (wynurzenia) mimo zmęczenia lekami i ciągłego głodu. Momentami jest pięknie, jak to pod wodą, tak, jak pamiętam z czasów, gdy naprawdę nurkowałam  – a trwało to kilka lat, mam nawet patent nurka podlodowego; odkąd zachorowałam, zbytnio się boję wracać pod wodę. Otwieram nowe projekty malarskie i pisarskie, wspieram różne cudze inicjatywy swoimi umiejętnościami, chodzę po górach, spaceruję po lasach, biegam. Jednocześnie próbuję złapać chwile równowagi, chwile, w których nie czuję się chora „w żadną stronę” – ani zbyt nakręcona, ani samobójcza, ani psychotyczna; odpoczywam w tych momentach, opieram się o siebie i oddycham spokojnie. A potem znów tracę balans, moje myśli stają się coraz dziwniejsze, bądź też nie potrafię się uspokoić, mam pomysły zakończenia życia albo brak siły na cokolwiek. Wtedy, tak jak w moim śnie, usiłuję się za wszelką cenę nie dać udusić ani porwać prądami choroby. Tęskniąc za kolejnym spokojnym momentem, bo ostatnio są to wyłącznie momenty, nie dni, nie tygodnie, szarpię się sama ze sobą i płaczę z bezradności i frustracji.

Mimo wszystko jest lepiej niż tydzień temu. Być może płynę w dobrym kierunku. A może to tylko chwilowe zawirowania. Zobaczymy.

Nightmares are a very individual matter. Dreamy images that are bearable to one person may seem monstrous to another. That night I had a very restless dream, from which I woke up breathing hard. I dreamed of diving – but in a dangerous variant, on the verge of life and death; strong current, icy waters of the north, failure to comply with safety rules, risk of suffocation or caisson disease. I was risking myself to death trying to save my younger sister from a similar fate. The dream was very dramatic. Ever since I woke up, I’ve been thinking about the news from it for me. I think it reflects the reality in which I am trying to survive, and even more – I am trying to live; the reality of almost everyday symptoms (icy waters), mood swings (rushing sea currents), attempts to stay afloat (surfacing) despite drug fatigue and constant hunger. At times it is beautiful, as it usually is under water surface. I remember it well from the time when I really dived – it lasted for several years, I even have a license of an ice diver; since I got sick I’m too afraid to go back under the water. I open new painting and writing projects, I support various other people’s initiatives with my skills, I hike in the mountains, I walk in forests and I run. At the same time, I try to catch the moments of balance, moments in which I don’t feel sick „in any direction” – neither too turned on, nor suicidal, nor psychotic; I rest in these moments, lean on myself and breathe calmly. And then I lose my balance again, my thoughts are getting weirder, I can’t calm down, I have ideas to end my life or I don’t have enough strength for anything. Then, as in my dream, I try not to suffocate or be carried away by the currents of the disease. Missing another quiet moment, because lately these are only moments, not days, not weeks, I struggle with myself and cry from helplessness and frustration.

Still, it’s better than a week ago. Perhaps I’m going in the right direction. Or maybe it’s just a momentary warmer current. We will see.

modlitwa / the prayer

(ENG.below) „To sam środek fazy mieszanej, psychotyczno-maniakalnej” – stwierdził mój psychiatra. „Jako że nie jesteśmy na oddziale ratunkowym, spróbujemy najpierw radzić sobie domowo. Przepracowałem na ostrym dyżurze wiele lat, wiem co robić. Pacjentowi podaje się takie dawki, po których zdrowy człowiek spałby przez tydzień. W twoim przypadku, jak widać, te ilości leków nie utrudniają ci codziennych aktywności, nie wspominając o bieganiu przez trzy dni z rzędu. Widzę, że masz problemy z koncentracją. Włączamy zatem Lorazepam, by cię trochę uziemił. Nie obawiaj się, bierz po kilka mg naraz.”

Muszę poprosić męża, by zabrał moje karty kredytowe.

Wczoraj miałam kupić jedną rzecz, kupiłam pięć.

Nie mam już czego obcinać, bo na głowie mam 4mm.

Przychodzą mi na myśl złe, mroczne, autodestrukcyjne pomysły.

Mnóstwo palę. Jem kosmiczne ilości czekolady.

Jestem zmęczona, a jednocześnie nakręcona.

Wczorajsze przedpołudnie było dobre, zaznałam trochę spokoju. Obejrzałam nawet jeden odcinek serialu „Barbarzyńcy”, ale szybko straciłam nim zainteresowanie.

Siedząc dziś w ciemności na balkonie (wstałam za wcześnie…) zaczęłam sobie wyobrażać, jakby to było znowu być w klinice. Niewykluczone, że tym razem tam trafię, gdy żadne inne siły hamujące nie przywrócą porządku w moim nadaktywnym mózgu. Staram się powoli z tą myślą oswajać.

Czekam, aż wstanie świt, lecz pada deszcz i jest tak ciemno, że nie mam szans dostrzeć słońca. Sąsiadka pyta mnie wczoraj, jak się mam. Tu nie Ameryka, a ja jestem z Polski, więc odpowiadam zgodnie z prawdą, że jest źle. Ona nie wie co powiedzieć. Mówi w końcu: no taki czas, ciemno, zimno, krótkie dni, wszyscy w tym czasie się gorzej czują. Mam ochotę jej powiedzieć: wiesz co, choroba psychiczna nie wybiera sobie pór roku, a aktualnie daleka jestem od jesiennego spleenu, więc nie pleć farmazonów tylko się dokształć, albo mnie dopytaj, chętnie odpowiem. Zamiast tego mówię: No pewnie tak…I uśmiecham się pod nosem z myślą o tych, którzy wolą pod koc, i herbatka, i Netflix, bo jesień; a ja – co by tu jeszcze kupić, narysować, napisać, pobiegać, posprzątać, zmienić, zacząć, zniszczyć, przeorganizować, i tak dalej…

Nie wiem już do kogo się modlić o dar spokoju.

Jeśli ty wiesz, pomódl się proszę za mnie.

„We are in the middle of a mixed, psychotic-manic phase,” my psychiatrist concluded. “Since we’re not in the emergency room, we’ll try to deal with it at home first. I’ve worked in the ER for many years, I know what to do. The patient is given doses that in the case of a healthy person would result in sleeping for a week. In your case, as you can see, these amounts of medication don’t hinder your daily activities, not to mention jogging for three days in a row. I can see you have trouble concentrating. So we’re including Lorazepam to ground you a bit. Don’t worry, take a few mg at a time. „

I have to ask my husband to take away my credit cards.

Yesterday I was supposed to buy one thing, I bought five.

I don’t have anything to cut anymore, because I have 4mm on my head.

Bad, dark, self-destructive ideas come to my mind.

I smoke a lot. I eat enormous amounts of chocolate.

I am tired and at the same time energized.

Yesterday’s morning was good, I got a little peace. I even watched one episode of the series „Barbarians”, but I quickly lost interest in it.

Sitting today in the dark on the balcony (I got up too early …) I started to imagine what it would be like to be in the clinic again. It is possible that I will end up there this time when no other braking forces can restore order to my overactive brain. I am slowly trying to get used to this thought.

I wait for dawn, but it’s raining and it’s so dark I can’t see the sun. Yesterday, my neighbor asked me how I was doing. This is not America, and I am from Poland, so I answer truthfully that it is rather bad. She didn’t know what to say. Finally, she said: well, in such a time, dark, cold, shorter days, less sunshine…everyone feels worse at this time of the year. I wanted to tell her: you know what, mental illness does not choose the seasons of the year, and currently I am far from autumn spleen, so please, do just try to educate yourself, or ask me how it reaaly feels, I will be happy to answer. Instead, I say: I suppose so … And I smile to myself thinking about those who prefer to hide under a blanket, with a cup of tea and Netflix, because it’s autumn; and I, tiger in a cage, keep thinking – what else to buy, draw, write, run, clean up, change, start, destroy, reorganize, and so on …

I no longer know whom to pray to for the gift of peace.

If you know, please pray for me.

taniec neuronów / dance of neurons

(ENG.below) Dziwny czas – tak chciałam zacząć ten wpis lecz uświadomiłam sobie, że u mnie zwykle każdy czas jest dziwny; nie jest to więc zbyt oryginalny początek. Jestem na dużej (powyżej normalnie zalecanej) dawce leków antypsychotycznych, a mimo to mój mózg zapewnia mi mnóstwo rozrywki w postaci stanów hipomaniakalnych. Sprzątam co tylko wpadnie mi w ręce, biegam, robię zakupy, spaceruję, rysuję, obcinam kilkumilimetrowe włosy na głowie, które zupełnie tego nie potrzebują, przeglądam nowe konkursy, spisuję nowe pomysły na sztuki teatralne, piekę, gotuję, myląc przepisy, za szybko, zbyt niedokładnie; jednocześnie nie potrafię się skupić, nie czytam, nie oglądam, będąc zarazem zmęczona i nakręcona. Na szczęście jednak nie mam symptomów psychotycznych – już od czterech dni.

Stany hipomaniakalne są o tyle dziwne, że Zyprexa (olanzapina) powinna działać antymaniakalnie. Biorę jej naprawdę dużo, bo 25mg dziennie. Miałam spać przez kilka dni, tymczasem zmieniłam się w wulkan aktywności, którego erupcje przerywane są drzemkami w ciągu dnia i wczesnym chodzeniem spać (na szczęście ze snem nie mam żadnych problemów). Natrafiłam kiedyś na mem treści: gdy twoja depresja sprawia, że jesteś bardzo zmęczona, lecz twój niepokój nie pozwala ci zasnąć; w moim przypadku można by napisać: gdy twoje antypsychotyki sprawiają, że jesteś zmęczona, ale mania nie pozwala ci odpocząć.

Masz może w doświadczeniu taki stan, w którym boli cię głowa – bierzesz leki przeciwbólowe i wiesz, że ból rozgrywa się nadal, ale leki skutecznie go od ciebie oddzielają? Tak czuję się na Zyprexie. Mam wrażenie, że epizody psychotyczne rozgrywają się mimo wszystko, ale nie docierają do świadomości. Tak, jakby Zyprexa zamieniła się w mojej głowie w wierną straż, która nie dopuszcza bólu. Kilka dni bez cierpienia – może dlatego nagle mam tyle energii?…Ta jej ilość, która na co dzień była spożytkowana na walkę z symptomami, nagle nie ma co ze sobą zrobić i zmienia się we frenetyczny, super-aktywny taniec neuronów – a zatem i mój taniec.

Chciałabym mimo wszystko przestać się ruszać tak intensywnie i doświadczyć spokoju. W życiu wariata jest to jednak towar reglamentowany.

Strange time – this is how I wanted to start this post, but I realized that with me usually every time is strange; thus, it is not a very original beginning. I am on a high (above normally recommended) dose of antipsychotic drugs, and yet my brain provides me with a lot of entertainment in the form of hypomanic states. I clean up whatever I can get my hands on, I jogg, I shop, I walk with my dog, I draw, I cut a few millimeters of hair on my head that do not need it at all, I review new competitions, I write new ideas for theater plays, I bake, cook, confuse recipes, too fast, too inaccurately; at the same time, I cannot focus, read, and watch, being tired and energized at the same time. Fortunately, however, I haven’t had psychotic symptoms – for four days now.

Hypomanic states are even more strange in these circumstances because Zyprexa (olanzapine) should act antimanic. I take a lot of it, 25 mg a day. I was supposed to sleep for a few days, meanwhile I turned into a volcano of activity, the eruptions of which are interrupted by naps during the day and going to bed early (luckily I don’t have any problems with sleep). I came across a meme once: when your depression makes you very tired, but your anxiety keeps you awake; in my case, you could write: when your antipsychotics make you tired, but the mania keeps you from resting.

Do you have a headache in your experience – when you take painkillers and you know that the pain continues, but the drugs are effectively separating it from you? This is how I feel on Zyprexa. I have the impression that the psychotic episodes take place after all, but do not reach the consciousness. As if Zyprexa turned into a faithful guard in my head that does not allow pain. A few days without suffering – maybe that’s why I suddenly have so much energy? … The amount of it that was used every day to fight the symptoms suddenly has nothing to do and turns into a frenetic, super-active dance of neurons – and therefore my dance as well.

Still, I would like to stop moving so intensely and experience peace. In the life of a madman, however, it is a rationed commodity.

czerwony alarm / red alert

(ENG.below) Och, tak bym chciała napisać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a ja zdrowieję. Tymczasem rzeczywistość wygląda tak, że zapadam się coraz głębiej w chorobę. Od tygodnia miałam jeden dzień bez symptomów – piękny, spokojny dzień, podczas którego udało mi się wyślizgnąć do teatru, by obejrzeć na scenie moją własną sztukę. Bałam się wyjść z domu do ostatniej chwili; ubrana i umalowana siedziałam na balkonie i negocjowałam z moimi lękami. Nikomu oprócz męża nie dałam znać, że idę, ponieważ nie byłam pewna, czy się tuż przed wyjściem nie wycofam. Mój mąż bardzo wspierał moje wyjście, zabezpieczając mnie z każdej strony. „Wiesz, że w każdej chwili możesz wrócić. Możesz w ogóle tam nie wchodzić. Masz przy sobie leki? Sukcesem będzie samo wyjście z domu…” – tak do mnie mówił, tak oswajał moje strachy. Wzięłam Lorazepam i poszłam. Wróciłam pozytywna i uradowana, bez ekstremalnych uniesień; po prostu zadowolona i dumna, że, po pierwsze, moją sztukę ktoś wystawił, po drugie, że była dobra, a po trzecie – że dałam radę. Dużo się śmiałam, ludzie przesympatyczni, aktorzy świetni; poznałam kilka nowych osób i zupełnie nie byłam w centrum uwagi, co pomogło mi przejść przez całe doświadczenie bez szkód. Taki jeden dobry dzień jest jak zastrzyk nadziei.

A po nim pojawia się następny dzień i robi się tak ciemno, jakby słońce zaszło na zawsze. Mam atak myśli samobójczych i jest bardzo intensywny; wydaje mi się, że wystarczy jeden krok, bym odzyskała spokój, którego tak bardzo potrzebuję. Obsesyjne myśli są tak silne, że zaczynam się bać siebie –  a jestem sama w domu. Ból psychiczny staje się nieznośny, jak duchowa migrena, która mnie jednocześnie ściska i jednocześnie rozsadza. Przypominam sobie, że gdy coś fizycznie mnie boli, maleją symptomy psychiczne. Robię więc coś, czego wcześniej nigdy nie zrobiłam. Mąż określił to jako „czerwony alarm” i powiedział, że jeśli się to powtórzy, jedziemy prosto do kliniki.

Pomyśl, jak wielki musi być ból psychiczny wariata, że wybiera on fizyczny, by odwrócić od tego pierwszego uwagę.

„Ktoś ukradł mi mózg i dał w zamian zepsuty”/”Someone stole my brain and gave me a broken one instead”

Oh, how much I would like to say that everything is fine and I am recovering. Meanwhile, the reality is that I am falling deeper and deeper into the disease. For a week I had one symptom-free day – a beautiful, quiet 15 hours, during which I managed to slip into the theater to watch my own play on stage. I was afraid to leave the house until the last moment; dressed and made up, I sat on the balcony and negotiated with my fears. I did not let anyone except my husband know that I was going because I was not sure if I would withdraw just before leaving. My husband was very supportive of my exit, protecting me from all sides. “You know you can come back at any time. You may not go in there at all. Do you have medication with you? Leaving the house alone will be a success… ”- that’s what he said to me, taming my fears. I took Lorazepam and left. I came back positive and happy, without extreme elation; just glad and proud that, first of all, my play was staged, second – that it was good, and third – that I managed. I laughed a lot, met very nice people, great actors; got introduced to few new people and was completely out of the spotlight, which helped me go through the whole experience without harm. One good day like this is like an injection of hope.

Then another day comes and it gets as dark as if the sun has gone down forever. I am having a suicidal attack and it is very intense; it seems to me that one step is enough for me to regain the peace that I so badly need. Obsessive thoughts are so strong that I start to fear myself – and I’m home alone. Mental pain becomes unbearable, like a spiritual migraine that both squeezes me and bursts me at the same time. I remember that when something physically hurts me, my mental symptoms decrease. So I do something that I’ve never done before. The husband referred to it as a „red alert” and said that if it happened again, we would go straight to the clinic.

Think how great the mental pain must be that we, crazy people, choose a physical one to distract ourselves from the former.

zmiana dekoracji / change of scenery

(ENG.below) Jestem w pięknym miejscu, na pierwszej w moim życiu rezydencji artystycznej.

Budzę się wcześnie rano, jest jeszcze szaro-ciemno. Z mojego tarasu widać ośnieżone Alpy – w porannym mroku są czarno-białe – i tak blisko…Jest cicho, powietrze jest czyste, bo mieszkam na wysokości ponad 1000m nad poziomem morza. Do mojej dyspozycji farby, papier, karton, płótna. Wszystko za darmo. Do jednego z najpopularniejszych kurortów Europy 6 kilometrów. Jak marzenie.

Wczoraj – wernisaż. Sytuacja epidemiologiczna nie jest dobra, bałam się, że nikt nie przyjdzie. Zjawiło się zaskakująco wielu ludzi. Robiono mi zdjęcia, przeprowadzono ze mną wywiad, sprzedałam grafikę, poznałam nowych kolekcjonerów i odświeżyłam znajomość z tymi, których już znam. Rozdawałam uśmiechy oczami spod maski, angażowałam się w miłe, drobne konwersacje. Starałam się być w kontakcie, łapać okazje do rozmowy, wyrażać wdzięczność i zainteresowanie. Pozowałam. I znów się uśmiechałam. I jeszcze raz. I jeszcze raz…

Dwie godziny uspołeczniania. Po tym płakałam z napięcia i zapadłam się w sobie na granicy psychozy. Uciekłam z kolacji do pokoju. Nie mogłam się doczekać chwili, gdy zdejmę sukienkę, zmyję makijaż, założę piżamę w misie polarne i zniknę. Żeby już się nie uśmiechać, nie odzywać, żeby nikt do mnie nic nie mówił. Żeby mnie już nie było.

Miałam przedwczoraj pomysł, by zostać tu na tydzień sama – bez męża; tworzyć i spacerować. Wczoraj wieczorem stwierdziłam, że boję się siebie, a zatem i o siebie – i że nie dam rady. Negocjuję z mężem, by został ze mną i pracował zdalnie stąd. Problem w tym, że nie odpocznie wtedy ode mnie, a chciałam mu taką okazję sprezentować. A jak ja mogłabym odpocząć od siebie?…Przychodzą mi do głowy same ekstremalne rozwiązania.

Przyjaciółka ze studiów powiedziała mi kiedyś: jeśli chcesz coś w życiu zmienić, uważaj, żeby nie była to tylko zmiana dekoracji. Jestem w pięknym miejscu, dzieją się piękne rzeczy, ale moja choroba przybyła tu razem ze mną. Choćbym nie wiem jak się starała, pakuje się do mojej walizki, do mojej torebki, do mojej głowy. Mówię wczoraj dziennikarce, jak bardzo byłam zestresowana przed całym tym wydarzeniem. Ona: ale nie jest to Pani pierwszy wernisaż? Ja: nie, ale za każdym razem denerwuję się tak, jakby był pierwszy. Kurator przedstawia krótko moją historię: psycholożka, terapeutka, aktorka na scenie teatru w stolicy – a ja przypominam sobie, z jaką lekkością i entuzjazmem stawałam niegdyś przed grupami osób, grając, śpiewając, prowadząc szkolenia. Teraz zaś dwie godziny ekspozycji społecznej działają na mnie tak, jakby przejechał po mnie czołg.

Łapię się na tym, że czuję żal. Rozczarowanie, niezgodę, frustrację. Chce mi się płakać. Wiem, że kiedy przejdę przez te emocje, po drugiej stronie odszukam zgodę na to, że jestem teraz inna niż kiedyś – i potrzebuję innego podejścia, innej ochrony, opieki, uważności, granic.

Na razie jednak siedzę w kącie i jestem zła na chorobę.

Czyli na siebie.

z wczorajszego spaceru / from a yesterday’s hike

I am in a beautiful place, at the first artist residence in my life.

I wake up early in the morning, it’s still gray and dark. From my terrace you can see the snow-capped Alps – in the morning darkness they are black and white – and so close … It’s quiet, the air is clean, because I live at an altitude of over 1000m above sea level. Paints, paper, cardboard and canvases are at my disposal. All for free. 6 kilometers to one of the most popular resorts in Europe. Like a dream.

Yesterday – the vernissage. The epidemiological situation is not good, I was afraid that nobody would come. Surprisingly many people showed up. Pictures were taken, I was interviewed, I sold my artwork, met new collectors and renewed my acquaintance with those I already know. I spread smiles through my eyes from under the mask, engaged in nice little conversations. I tried to stay in touch, catch opportunities to talk, express my gratitude and interest. I posed. And I was smiling again. And once more. And once more…

Two hours of socialization. After that, I cried with tension and collapsed into myself on the verge of psychosis. I escaped from dinner to my room. I couldn’t wait to take off my dress, wash off my makeup, put on my polar bear pajamas and be gone. In order not to smile anymore, not to speak, so that nobody would talk to me. That I would no longer be there.

The day before yesterday I had an idea to stay here for a week alone – without my husband; to create and hike. Yesterday evening I realized that I was afraid of myself, and therefore also for myself – and that I would not be able to cope alone. I am negotiating with my husband so that he would stay with me and work remotely from here. The problem is that he will not rest from me then, and I wanted to give him such an opportunity. And how could I take a break from myself? … Only extreme solutions come to my mind.

A friend from college once told me: if you want to change something in your life, be careful not to just change the scenery. I am in a beautiful place, beautiful things are happening, but my disease has come with me. No matter how I try, it gets packed into my suitcase, my purse, my head. I was telling a journalist yesterday how stressed I was before the whole event. She: but this is not your first vernissage? Me: no, but every time I get nervous like it’s the first. The curator briefly introduces my story: a psychologist, therapist, actress on the stage of a theater in the capital – and I remember with what lightness and enthusiasm I used to stand in front of groups of people, playing, singing and conducting trainings. Now, two hours of social exposure are feels as if I had been run over by a tank.

I find myself feeling regret. Disappointment, discord, frustration. I want to cry. I know that when I go through these emotions, on the other side I will find consent that I am different now than I used to be – and I need a different approach, different protection, care, awareness, boundaries.

For now, however, I’m sitting in the corner and I’m angry with the disease.

Meaning – with myself. 

Blizny / Scars

(ENG.below) W chorobie dwubiegunowej obie skrajności, mania i depresja, znajdują się niezwykle blisko siebie. To jak dwie strony tej samej monety, która może błyskawicznie obrócić się w locie; tak przynajmniej jest w moim przypadku. Napieram więc do przodu; śmiejąc się diabolicznie pędzę, galopuję, bo wiem, że tuż za następnym zakrętem może czaić się Depresyjna Biegunica. Już ją przeczuwam. Bezradność, bezsilność, ciemność, opozycja do życia, choć nie do końca umieranie; wegetacja, trwanie, podczas gdy godziny niemiłosiernie powoli kapią z zegara jak u Salvadora Dali.

Szukając źródeł mojego największego lęku, wdrukowanego wskutek traumatycznego zdarzenia sprzed wielu, wielu lat, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, usiłuję być najsilniejszą wersją siebie, bojąc się (paradoksalnie), że jeśli tak nie zafunkcjonuję, spadnę w wielką przepaść bólu i żalu. Wiem jednak, że ta droga nie jest tak prosta, że ból i żal też są jej częścią, że będę musiała zrobić ten przystanek, wyjąc jak ranne zwierzę złapane we wnyki. Choć na razie wolę odgryźć sobie łapę i uciekać dalej. Byle przed siebie, byle daleko od tamtego doświadczenia z przeszłości, którego przecież nie da się odwrócić, odczynić, choć tak bardzo bym chciała odzyskać niewinność.

Tymczasem mogę jedynie zafastrygować okaleczenie i pisać o bliznach.

In bipolar disorder, both extremes, mania and depression, are extremely close together. They are like two sides of the same coin that can instantly rotate in flight; at least that is my case. So I push forward; laughing diabolically, rushing, I gallop, because I know that just behind the next corner there may be a Depressive Pole awaiting. I already sense it. Helplessness, powerlessness, darkness, opposition to life, though not dying completely; vegetation, surviving, while hours mercilessly slowly drip from the clock like on Salvador Dali’s paintings.

Searching for the sources of my greatest fear, imprinted as a result of a traumatic event many years ago when I was a little girl, I am trying to be the strongest version of myself, fearing (paradoxically) that if I do not function like this, I will fall into a great abyss of pain and grief. However, I know that this path is not so simple, that pain and sorrow are also part of it, that I will have to make this stop, howling like a wounded animal caught in snares. Although for now I prefer to bite off my paw and run away. Just move forward, far from that past experience, which, after all, cannot be reversed, undone, though I would like to regain innocence so much.

Meanwhile, I can only baste the mutilation and write about scars.

Spóźnione lekcje / Belated lessons

Choroba czyni nas wolniejszymi – mowa tu o fazie depresji. W fazie hipomanii jestem błyskotliwa i szybka, szybsza, najszybsza. Ale to w spowolnieniu, patrząc na swoje życie wstecz, życie najlepszej uczennicy/studentki/pracowniczki, dostrzegam, jak oporna byłam wobec niektórych lekcji.

Rób rzeczy w – nie tyle swoim, co ich – czasie.

Rób rzeczy pojedynczo, gwarantując tym samym sobie i im swoją pełną w nich świadomość.

Szanuj swoje ciało i bądź dla niego cierpliwa.

Ucz się „nie robić”, „nie brać”, „nie odbijać” – zamiast tego odsuń się w spokoju.

Naucz się nasłuchiwać w ciszy tego, czego chcesz. To bardzo cichy głosik.

A jakie są twoje lekcje?

*

The illness makes us slower – I mean depressive phase. In hypomania, I am smart and fast, faster, the fastest. But it is in this „lower state” of depression, looking back on my life of a perfect pupil/student/employee, when I discover how resistant I was towards some lessons.

Do things in THEIR time.

Do things one by one, which enables you to do them with full awareness.

Respect your body and be patient with it.

Learn to „not do”, „not take”, „not reply” – step back in peace.

Learn to listen in silence to what you really want. It speaks very quietly.

And what are your lessons?

Witaj. Welcome.

Ten blog jest dwujęzyczny. This blog is bilingual. (Polish/English)

(for ENG.scroll down) Powstał po to, by osoby żyjące z zaburzeniami psychicznymi bądź będące w kryzysie psychicznym czuły się mniej samotne i zagubione. Również po to, by osoby zdrowe mogły nas lepiej zrozumieć, mniej się nas bać i lepiej nas wspierać.

Kiedy zaczęłam go tworzyć, żyłam z diagnozą choroby dwubiegunowej. Później psychiatrzy zakwalifikowali mnie jako pacjentkę schizoafektywną (połączenie schizofrenii i choroby dwubiegunowej). Ostateczna diagnoza powstała po siedmiu latach leczenia – choroba schizoafektywna i zaburzenie osobowości typu borderline. Najstarsze wpisy dotyczą więc głównie wahań nastrojów, późniejsze – epizodów psychotycznych, najnowsze – osobowości z pogranicza.

Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego jestem psycholożką.

Choroba psychiczna może dotknąć każdego.

Wszystkie obrazki opublikowane na blogu są mojego autorstwa i są moją własnością. 

This blog was created so that people living with mental disorders or in a mental crisis feel less lonely and less lost. Also so that healthy people can understand us better, fear us less and support us in a constructive way.

When I started creating it, I was diagnosed with bipolar disorder. Later, psychiatrists classified me as a schizoaffective patient (a combination of schizophrenia and bipolar disorder). The final diagnosis was made after seven years of treatment – schizoaffective disease and borderline personality disorder. Thus, the oldest entries concern mainly mood swings, the later ones – psychotic episodes, the newest ones – borderline personality disorder.

I am a psychologist by education and professional experience.

Mental illness can affect anyone.

All the images that are published here I’ve created. They are protected by copyrights.