chmury na niebie / clouds in the sky

(ENG.below) Nie musisz się zmieniać. Jesteś już kompletna. Wystarczy, że dotrzesz do swojego centrum, do świadomości myśli i emocji, która jest jak niebo – a one – jak chmury na tym niebie. Obejmij siebie współczuciem i dobrocią. A potem rozszerz je na swoje bliskie otoczenie, później dalsze, następnie – cały świat.

Brzmię jakbym zwariowała, prawda? Odkleiłam się od rzeczywistości! Jakby to był kolejny epizod psychotyczny.

A nie jest. Poza tym, zwariowałam już dawno temu.

Zapamiętałam się po prostu w praktyce medytacji i mindfulness. A że lubię się uczyć nowych rzeczy, chłonę je jak gąbka. Zamykam oczy i jestem w spokojnym świecie własnego oddechu i bicia serca. Przez większość czasu już nie targana emocjami, choć oczywiście wciąż mi się to zdarza – że ciężko mi je pomieścić. Jak wczoraj. Okazało się, że na przełomie czerwca i lipca moje prace biorą udział w czterech wystawach w trzech różnych miastach. Zupełnie bez sensu wzięłam na siebie odpowiedzialność za to, by „dobrze wypaść”. A przecież są od tego kuratorzy i organizatorzy…W zasadzie nic nie muszę robić, no, może zaproponować jakiś wybór prac. Jednakże moja potrzeba bezpieczeństwa – realizowana przez strategię kontrolowania wszystkiego w duchu obsesyjno-kompulsywnym – wzięła wczoraj górę, i nawet krótkie medytacje w ciągu dnia na niewiele się zdały. Czy już wspominałam, że w testach robionych w klinice na skali zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych osiągnęłam wysoki wynik?…

Dziś jest jednak nowy dzień i jestem dużo spokojniejsza. Może dlatego, że rano wzięłam udział w prowadzonej przez Jona Kabat-Zinna medytacji – wytrzymałam kwadrans – i jakoś lepiej osadziłam się w sobie. Oczywiście, nie mam pewności, że nowe praktyki zostaną ze mną na dłużej. Może wrócę do swojego dramatu, do uwikłania w swoje symptomy, skonfliktowanych emocji, lęku i napięcia, cierpienia. Taki scenariusz też jest możliwy. Na razie jednak łapię się na swoich zmartwieniach możliwą przyszłością i staram się je puszczać jak łódeczki na rzece. Bo teraz, w tej chwili – jestem spokojna. A tylko bycie teraz jest byciem naprawdę. Reszta to chmury na niebie.

(ENG.)

You don’t have to change yourself. You are complete as you are now. It is enough for you to reach your center, to the awareness of thoughts and emotions, which is like the sky – and they are like the clouds in this sky. Embrace yourself with compassion and kindness. And then extend it to your immediate surroundings, then further, then – to the whole world.

I sound like I’m crazy, right? As if it were another psychotic episode.

But it is not. Besides, I became crazy a long time ago.

I just totally fell for practicing meditation and mindfulness. And since I like to learn new things, I absorb them like a sponge. I close my eyes and am in the tranquil world of my own breathing and heartbeat. Not tormented by emotions, although of course it still happens – that it’s hard for me to contain them. Like yesterday. It turned out that in June and July my artworks take part in four exhibitions in three different cities. Completely pointless, I took responsibility for „looking good”. And yet there are curators and organizers who take care of this … In fact, I don’t have to do anything, well, maybe I can propose a selection of works. However, my need for security – pursued by the strategy of controlling everything in an obsessive-compulsive spirit – prevailed yesterday, and even brief daytime meditations were of little use. Did I mention that I scored high on the Obsessive Compulsive Disorder Scale Tests at the clinic? …

But today is a new day and I am much calmer. Maybe because in the morning I took part in a meditation led by Jon Kabat-Zinn – I managed to participate for a quarter of an hour – and somehow settled into myself better. Of course, I am not sure that the new practices will stay with me for longer. Maybe I will return to my drama, to being entangled in my symptoms, conflicting emotions, anxiety and tension, suffering. This scenario is also possible. For now, however, I catch my worries about the possible future and try to let them go like paper boats on the river. Because now, right now – I am calm. And just being now means really “being”. The rest are clouds in the sky.

trochę dziwaczna / a bit weirdo

(ENG.below) To niebywałe, ile 5mg – malutka tableteczka – może czynić różnicy. Jestem spokojniejsza, na tyle, że nie zaczęłam nowej przyjaźni z uspokajającym antydepresantem. Schudłam dwa kilo w ciągu tygodnia – mam dużo mniejszy apetyt i nagle zerowy na słodycze. Mimo obaw, nie włączyły się objawy psychotyczne ani działania impulsywne. Funkcjonuję całkiem nieźle.

Oczywiście, jest i ale, jak to w psychiatrii. Przyszły wyniki testów, jakie robiono mi w klinice. Okazało się, że nie tylko wykazuję symptomy zaburzenia typu borderline, ale i wysoko wypadłam na skalach kilku innych zaburzeń. Kiedy otrzymałam feedback, byłam załamana. Jak jeszcze bardziej zaburzonym można być?! Co – jeszcze – może się we mnie spierdolić? Czy naprawdę nie ma we mnie żadnej zdrowej części?…Wściekła, smutna, przestraszona. A potem powoli zaczęłam oswajać tę informację i przyjmować tyle, ile jestem w stanie przyjąć. Mam różnorodną osobowość. W różny, czasem nie najlepszy sposób staram się przystosować do otaczającej mnie rzeczywistości. Moja wrażliwość wykracza poza skalę, podobnie jak moja emocjonalność, a pozostałe rysy osobowości są próbami jej zmieszczenia w świecie, który nie za bardzo jest dla wrażliwych. Bywam zbyt skoncentrowana na sobie, ale potrafię też być empatyczna – przynajmniej tak twierdzą moi przyjaciele. Lubię porządek, ale nie poświęcam mu obsesyjnie większości swojego czasu. Kontrola jest dla mnie bardzo ważna, czuję się bezpiecznie, gdy mam strukturę i plan, ale w twórczości zwykle improwizuję. Jestem bardzo blisko związana z moim mężem, lecz potrafię też funkcjonować niezależnie od niego – pisać, malować, tworzyć. Owszem, mam czasem dziwaczne myśli i dysocjacje, ale na co dzień nie jestem paranoidalna. Tak więc z miejsca „jestem chora jak ja pierdole” przesunęłam się powoli do miejsca „cierpię na zaburzenie typu borderline, a dodatkowo mój charakter jest dość specyficzny”. Tak lepiej. Łatwiej mi to strawić.

Pożegnalne słowa od ordynatorki z kliniki brzmiały: „proszę siebie i swojego stanu nie patologizować”. Tak więc – nie zamierzam.

Jak mawia mój mąż, może i jestem trochę dziwaczna, ale mam dobre serce. Ha!

It is incredible how much 5 mg – a tiny pill – can make a difference. I’m calmer enough that I haven’t started a new friendship with the sedative antidepressant. I lost two kilos in a week – my appetite is much smaller and suddenly zero for sweets. Despite the fears, neither psychotic symptoms nor impulsive actions were triggered. I function pretty well.

Of course, there is also but, as is always the case in psychiatry. The results of the tests done for me at the clinic came back. It turned out that I not only show symptoms of borderline disorder, but also scored high on the scales of several other disorders. When I got the feedback, I was devastated. How even more disturbed can you be?! What – else – can be fucked up in me? Is there really no healthy part of me? … Furious, sad, scared. And then I slowly began to tame this information and take as much as I can accept. I have a diverse personality. I try to adapt to the reality around me in various, sometimes not the best ways. My sensitivity is out of scale, as is my emotionality, and the rest of my personality traits are attempts to fit them into a world that is not very kind to sensitive people. I can be too self-centered, but I can also be empathetic – at least that’s what my friends say. I like order, but I don’t obsessively devote most of my time to it. Control is very important to me, I feel safe when I have structure and plan, but in my creativity I usually improvise. I am very closely bonded with my husband, but I can also function independently of him – write, paint, create. Yes, I do have bizarre thoughts and dissociations sometimes, but I’m not paranoid on a daily basis. So from „I’m sick as fuck” I moved slowly to „I have borderline disorder, plus my character is quite specific.” That’s better. It’s easier for me to digest it.

The farewell words from the head of the clinic were: „Please do not pathologize yourself and your condition.” So – I’m not going to.

As my husband says, I may be a bit of a weirdo, but I have a good heart. Ha!

uspokajanie / calming down

(ENG.below) Czytam i czytam i nadziwić się nie mogę, ile strategii radzenia sobie z niepokojem już wymyślono. Każdego dnia przeżywam niepokój graniczący z paniką. Wyłączyliśmy już jeden lek, który – być może, jak to zwykle w psychiatrii, nie na pewno – mógł się przyczyniać do wzrostu napadów lękowych. Trochę pomogło. Od środy włączamy natomiast nowy, uspokajający antydepresant. Tak więc znów, po raz trzysta trzydziesty piąty, biorę udział w loterii medykamentów.

Uspokajające techniki, które może i tobie mogą się przydać – moje ulubione – to:

  1. Oddech ze słowem kluczem, mający na celu szybką relaksację mięśni: wdech – na wydechu powtarzasz w głowie słowo-klucz (ja wybrałam „spokojna”). I tak przez dwie minuty. Działa.
  2. Oddech z zatrzymaniem: wdech do brzucha, zatrzymanie na pięć sekund, długi wydech ustami.
  3. Wizualizacja bezpiecznego miejsca: prawdziwego lub wyobrażonego. Z tym było mi na początku trudno. Każde miejsce wydawało mi się potencjalnie niebezpieczne. W końcu jednak utkałam z wyobraźni moje własne, istniejące tylko w mojej głowie, sekretne bezpieczne miejsce, i tam się udaję, by się uspokoić i zregenerować.
  4. Afirmacje: nie znoszę afirmacji, ale znalazłam takie, które brzmią realistycznie i wspierająco; nie są życzeniowe ani nadęte. „Przetrwałam już wiele kryzysów, przetrwam i ten.” „Moje emocje przychodzą i odchodzą, nie muszę się do nich przywiązywać.” „Jestem silna, potrafię przetrwać trudności”. „Nie jestem doskonała, mam swoje trudne strony, ale jestem dobrym człowiekiem.”
  5. Radykalna akceptacja: to prawdziwe wyzwanie; zamiast niezgody na stan, w którym jestem, pogodzenie się z tym, że TERAZ tak właśnie się czuję. Przynosi spokój, zapewniam.
  6. Podłączenie się do „czegoś większego”: mnie pomaga przypomnienie, że jestem częścią natury, tak jak ona podlegam cyklom i zmianom; jestem częścią wszechświata i mam w nim swoje miejsce.

Szukam jednocześnie nowej nazwy dla mojego bloga – jako że zmieniła się moja diagnoza, nie chciałabym wprowadzać w błąd czytelników, że blog poświęcony jest chorobie dwubiegunowej. Tak było, lecz już nie jest – aktualnie skupiam się na zaburzeniu związanym z dysregulacją emocji, czyli borderline. Jeśli masz jakiś pomysł na nową nazwę, daj znać w komentarzu.

Powodzenia w uspokajaniu!

I’ve been reading and reading, and I am amazed at how many strategies for dealing with anxiety have already been discovered and used. Every day I experience anxiety at the edge of panic. We have already turned off one medication that, perhaps, as is usual in psychiatry, not for sure, may have contributed to the increase in anxiety attacks. It helped a little. Starting on Wednesday, however, we will include a new, calming anti-depressant. So again, for the three hundred and thirty-fifth time, I’m in the medication lottery.

Calming techniques that you also may find useful – my favorite – are:

1. Breathing with a keyword, aimed at quick muscle relaxation: inhale – when you exhale, you repeat the keyword in your head (I chose „calm”). And so for two minutes. It works.

2. Breathing with hold: inhale into abdomen, hold for five seconds, long exhale through mouth.

3. Visualization of a safe place: real or imagined. It was difficult for me at first. Every place seemed potentially dangerous to me. In the end, however, I imagined my own secret safe place, existing only in my head, and there I go to calm down and recuperate.

4. Affirmations: I hate affirmations, but I found ones that sound realistic and supportive; they are not wishful or puffed up. „I have survived many crises, I will survive this too.” „My emotions come and go, I don’t have to get attached to them.” „I am strong, I can endure difficulties.” „I’m not perfect, I have my hard sides, but I’m a good person.”

5. Radical acceptance: this is a real challenge; instead of disagreeing with the state I am in, accepting that this is what I feel NOW. Brings peace, I assure you.

6. Connecting to „Something Greater”: It helps to remind to myself that I am part of nature as I am subject to cycles and changes; I am part of the universe and I have my place in it.

I am also looking for a new name for my blog – as my diagnosis has changed, I would not like to mislead readers that the blog is about bipolar disorder. It was, but it is no longer – I’m currently focusing on borderline disorder. If you have any idea for a new name, let me know in the comment.

All the best with calming down!

czterdzieści lat, od nowa / forty years, anew

(ENG.below) Istnieje lista kryteriów zaburzenia osobowości typu borderline, z której należy spełniać co najmniej pięć, by móc zostać zdiagnozowanym (uwaga, nie diagnozować się samemu; w książce poświęconej temu zaburzeniu znalazłam ciekawą analogię – tak jak nie diagnozujemy samodzielnie u siebie samych niedoczynności nerek, choroby serca ani nowotworu). Spełniam sześć. Coraz bardziej myślę o tym, że po siedmiu latach diagnozowania, eksperymentowania, próbowania, leczenia, bezskutecznych prób wyjścia na dłuższą prostą w końcu znaleźliśmy (dwie panie doktor z pomocą danych ode mnie i mojego psychiatry, testów i obserwacji) klucz do Tajemnicy. Co w niej się kryje?

  1. Tendencje samobójcze (myśli, plany, impulsy) i tendencje do samookaleczania. 2. Szybkie wahania nastrojów (czyżby moja diagnoza choroby dwubiegunowej w wariancie ultrarapidcycling była błędna?). 3. Lęk przed prawdziwym lub wyimaginowanym porzuceniem (wyjścia mojego męża z kolegami w tygodniu przeżywam jak zsyłkę na Sybir, choć bardzo się staram pielęgnować w sobie spokój i poczucie bezpieczeństwa). 4. Poczucie pustki wewnętrznej (trochę jakbym była z powietrza, albo miała w środku dziurę – i ogromny lęk przed konfrontacją z nią). 5. Dysocjacje w momentach napięcia i stresu, myśli paranoidalne (zakwalifikowane dotychczas jako element mojego zaburzenia schizoafektywnego). 6. Niestały obraz własnej osoby (człowiek-kameleon; jak ja wspaniale potrafię się dostosować do rozmówców; płynność mojej tożsamości płciowej i seksualnej, zmieniająca definicje, określniki; moje włosy zmieniające kolor co kilka dni/maksymalnie tygodni; kim ja właściwie jestem, do czego/kogo/dokąd przynależę).  

Brnę ( z ulgą, odrazą, nadzieją, beznadzieją, frustracją, ciekawością) przez kolejne książki dotyczące borderline i myślę sobie – jak to dobrze, że ktoś o mnie napisał…Jak to dobrze, że już nie jestem trudnym, skomplikowanym przypadkiem, przy którym lekarze rozkładają ręce. Dysregulacja emocji – w skrócie: czuję za dużo i nie potrafię tych uczuć pomieścić. Być może moje ciało migdałowate jest za małe, może moje emocje nie były uznawane, gdy byłam mała (zwłaszcza złość czy strach), być może to zasługa traumy z wczesnych lat dziecięcych, albo/i zaburzeń dopaminowo-serotoninowych. A może wszystkiego naraz.

Uczę się siebie jeszcze raz. Powoli i uważnie, z dużą dozą lęku. Lecz tym razem w rękach trzymam przewodnik – mapę takich osób, jak ja.

Mam czterdzieści lat.

There is a list of criteria for borderline personality disorder, of which at least five must be met in order to be diagnosed (attention, do not self-diagnosed; in a book devoted to this disorder, I found an interesting analogy – just as we do not diagnose ourselves with kidney failure, heart disease nor cancer). I meet six. I think more and more about the fact that after seven years of diagnosing, experimenting, checking out, treating, unsuccessfully trying to succeed, we finally (two doctors with the help of data from me and my psychiatrist, tests and observation) found the key to the Secret. What’s in it?

1. Suicidal tendencies (thoughts, plans, impulses) and self-harm tendencies. 2. Rapid mood swings (is my diagnosis of bipolar disorder in the ultrarapidcycling variant wrong?). 3. Fear of real or imaginary abandonment (my husband’s departure with friends during the week is like a deportation to Siberia, although I try very hard to cultivate peace and a sense of security). 4. A feeling of inner emptiness (a bit as if I were out of thin air or had a hole in the middle – and a huge fear of confronting it). 5. Dissociation in moments of tension and stress, paranoid thoughts (so far classified as part of my schizoaffective disorder). 6. An inconstant image of myself (chameleon-woman; how wonderfully I can adapt to my interlocutors; fluidity of my gender and sexual identity, changing definitions, determinants; my hair changing color every few days / maximum weeks; / who / where do I belong).

I wade (with relief, disgust, hope, hopelessness, frustration, curiosity) through subsequent books on borderline and I think to myself – how good it is that someone wrote about me instead of spreading their hands saying “we tried everything”. Emotional dysregulation – in short: I feel too much and cannot contain these feelings. Maybe my amygdala is too small, maybe my emotions were not validated when I was small (especially anger and fear), maybe it was due to early childhood trauma and / or dopamine-serotonin dysregulation. Or maybe all at once.

I am learning myself again. Slowly and carefully, with a lot of fear. But this time I have a guide in my hands – a map of people like me.

I am forty years old.

kocha, lubi, gardzi / loves, likes, despises

(ENG.below) I znów taniec z chorobą: trzy kroki do przodu, dwa kroki wstecz. Mój psychiatra zawsze mawia, że powinnam sobie oszczędzać zarówno zbyt intensywnych przeżyć negatywnych, jak i pozytywnych. To ostatnie nie brzmi zdroworozsądkowo, a jednak – wczoraj doświadczyłam sporo emocji pozytywnych, których nie byłam w stanie pomieścić w sobie. Z minuty na minutę czułam się coraz bardziej rozdygotana, a mój mąż niestety (na szczęście dla niego) miał w tym czasie gości – usiłowałam więc sobie pomóc sama. Włączyłam wszystkie znane strategie, ale było tylko gorzej, bo wróciły do mnie wspomnienia związane z tym, że cierpię i jestem w tym sama; inni się w tym czasie bawią. Próbowałam przemawiać do swojej dorosłej części, ale było to jak krzyczenie pod wiatr za kimś, kto znajduje się naprawdę bardzo daleko. Zaczęłam się trząść, przypłynęły myśli samobójcze, a napięcie było tak ogromne, że wydawało mi się, że rozładuję je tylko zadając sobie fizyczny ból. Rozsadzało mnie od środka. Wzięłam Lorazepam, potem drugi. Ten uspokoił mnie na tyle, że potrafiłam skorzystać ze strategii „relaksująca kąpiel”, nie bojąc się już, że będę miała impuls samobójczy w wannie.

Osoby z zaburzeniami ze spektrum borderline panicznie boją się samotności i odrzucenia. Jak rekin, który wyczuwa kropelkę krwi na mile, tak one interpretują „zwyczajne” dla ludzi zdrowych sytuacje jako dramat odtrącenia, samotności i ogromnej pustki, której panicznie się boją. Błyskawicznie regresują do stanu dziecka, które przerażone wyciąga ręce, ale łapie tylko powietrze. To wzmacnia tylko symptomy i znajdują się w błędnym kole lęku przed wyimaginowanym odrzuceniem i lęku przed samą sobą, bo w tym stanie zdolne są niemal do wszystkiego, by poradzić sobie z napięciem.

Czytam ostatnio książki o borderline i są jak lustro – nie w każdym aspekcie, ale w wielu. Dysregulacja emocji – tak, zdecydowanie; odczuwanie wszystkiego mocniej, niż inni; porwanie przez emocje; regresowanie; paniczny lęk przed odrzuceniem i poczucie wewnętrznej pustki. Ostatnio utknęłam na ćwiczeniu „rzeczy, które w sobie kochasz”. Nie potrafiłam wymyśleć absolutnie nic. Słowo „kochasz” wydało mi się całkowicie nieadekwatne w opisie mojej relacji z samą sobą. „Lubię” brzmi łatwiej, ale i tak niełatwo. „Rzeczy, których się w sobie boję, którymi gardzę i które odrzucam” – o, takie ćwiczenie przyszłoby mi z łatwością. I tu znów odzywa się BPD (bordeline personality disorder) i propozycja autorów książki, by jednak szukać i drążyć, i znaleźć – choćby jedną rzecz, za którą się kochamy.

To naprawdę trudne ćwiczenie.

And… dancing with the disease again: three steps forward, two steps back. My psychiatrist always says that I should spare myself both overly intense negative and positive experiences. The latter does not sound common sense, and yet – yesterday I experienced a lot of positive emotions that I was not able to contain inside myself. Every minute I felt more and more shaky, and my husband, unfortunately (fortunately for him), had guests at that time – so I tried to help myself. I turned on all the known strategies, but it only got worse because the memories of suffering and being alone in it came back to me; others are having fun at the time. I tried to speak to my adult part, but it was like shouting into the wind for someone who is really far away. I started to tremble, suicidal thoughts surged, and the tension was so great that I thought I could only relieve it by giving myself physical pain. I was bursting from the inside. I took Lorazepam, then another. This calmed me down enough that I was able to use the „relaxing bath” strategy, not being afraid any longer that I would have a suicide impulse in the bathtub.

People with borderline disorder fear loneliness and rejection. Like a shark that senses a drop of blood for miles, so they interpret „ordinary” situations for healthy people as a drama of rejection, loneliness and a huge emptiness that they fear. They instantly regress to the state of a child who, frightened, stretches out her arms, but only grasps air. This only strengthens the symptoms, and they are in the vicious cycle of fear of imaginary rejection and fear of themselves, because in this state they are capable of almost anything to deal with the tension.

I have been reading books on borderline recently and they are like a mirror – not in every aspect, but in many. Emotional dysregulation – yes, definitely; feeling everything stronger than others; kidnapped by emotions; regressing; panic fear of rejection and a feeling of emptiness inside. Recently, I got stuck practicing „the things you love about yourself.” I couldn’t think of anything. The word „love” seemed to me to be completely inadequate in describing my relationship with myself. „Like” sounds easier, but still not easy. „Things I fear about myself, which I despise and reject” – oh, such an exercise would come easily to me. And here again comes BPD (bordeline personality disorder) and the proposition of the authors of the book to search and drill down and find – at least one thing for which we love ourselves.

This is a really hard exercise.

obecność / presence

(ENG.below) Kiedy spoglądam wstecz na czas sprzed pobytu w klinice, widzę, jak bardzo cierpiałam. Góra – dół, dół – góra; zwidy, urojenia, myśli samobójcze. Przerażające, lecz byłam do takiej rzeczywistości niemal przyzwyczajona. Ot, takie życie mi się utkało – nie z mojej winy; muszę je jakoś uciągnąć, jakoś uciągnąć siebie w tym wszystkim i mimo tego wszystkiego.

Teraz, kiedy w szpitalu nauczono mnie trochę więcej o mnie samej, zmieniono leki i wyposażono w bukiet umiejętności (oraz czekoladki na do widzenia), nagle żyję innym życiem. Spokojniejszym, mniej wymagającym, krok za krokiem. Leżenie i oddychanie nie wydaje się już stratą czasu, a koniecznym zajęciem się własnym spokojem. Wdychanie lawendy – codzienną strategią na rozluźnienie, a nie tylko weekendowym wypadem na alpejską łąkę. Gorące kąpiele z niezliczoną liczbą zapachów – momentem powrotu do własnego ciała i poczucia siebie jako fizycznej istoty, chwilowo nie rozrywanej przez skrajne emocje. Piłka relaksacyjna, którą mogę objąć, na której mogę się rozciągnąć i poturlać oraz szukać równowagi jest moją nową najlepszą przyjaciółką. Zaczęłam słuchać muzyki medytacyjnej nie przy okazji robienia czegoś innego, produktywnego, lecz po prostu – dla samej tej uspokajającej czynności. Ziołowa herbata na sen i ukojenie nerwów już nie kojarzy mi się z bezradnością, a z wieczornym rytuałem dla siebie samej.

Wszystko to jest dla mnie nowe.

Widzę, jak bardzo ściśnięta żyłam.

Oczywiście, to nie jest bajka. Wciąż zdarzają mi się momenty lęku, przerażenia, zacisku gardła i łez napięcia; poczucia pustki i obezwładniającej, skrajnej samotności. Staram się wtedy stawać naprzeciwko mojego zaburzenia i mówić mu: nie pójdziesz dalej. A gdy mimo wszystko idzie, a ja wiem, że moi wewnętrzni wojownicy wykorzystali już wszystkie strategie obrony, ratuję się Lorazepamem.

Uważność. Troska. Otwartość. Czułość. Wsparcie. Obecność. To wszystko dostałam w moim bezpiecznym miejscu, w klinice psychiatrycznej. Gdy jest źle, przypominam sobie pielęgniarza, pana M., który siadał dwa metry ode mnie, zdejmował maseczkę, uśmiechał się i zachęcał do mówienia. Zawsze, zawsze miał dla mnie czas.

Tego czasu i tej uważności bardzo potrzebuję.

*cokolwiek mnie wzmocniło, nie był to ból (napis na rysunku)

When I look back at the time before I went to the clinic, I can see how much I was suffering. Up – down, down – up; delusions, distorted thinking, emotional rollercoaster, thoughts and plans of suicide. Scary, but I was almost used to it. Oh, such a life has been woven for me, I thought – not my fault; I have to pull it somehow, somehow pull myself in all this, and in spite of it all.

Now that I’ve been taught a little more about myself in the hospital, my medications have been changed and I have been given a bunch of skills (and goodbye chocolates), suddenly I’m living a different life. Calmer, less demanding, step by step. Lying down and breathing no longer seems like a waste of time, but a necessary concern for my own peace. Lavender inhalation – a daily relaxation strategy, not just a weekend trip to an alpine meadow. Hot baths with countless fragrances – a moment of returning to my own body and feeling myself as a physical being, temporarily not torn by extreme emotions. A relaxation ball that I can embrace, where I can stretch and roll and look for balance is my new best friend. I started listening to meditation music not while doing something else, productively, but simply for the sake of the calming activity itself. Herbal tea for sleep and soothing nerves I no longer associate with helplessness, but with an evening ritual for myself.

All of this is new to me.

I can see how cramped I was.

Of course, this is not a fairy tale. I still have moments of fear, terror, tightness in my throat and tears of tension; a feeling of emptiness and overwhelming, extreme loneliness. Then I try to face my disorder and tell him: you won’t go any further. And when it does not go despite all, and I know my inner warriors have used all their defense strategies, I save myself with Lorazepam.

Mindfulness. Care. Openness. Tenderness. Support. Presence. I got it all in my safe place, in a psychiatric clinic. When it is bad, I remember a nurse, Mr. M., who used to sit down two meters away from me, took off his mask, smiled and encouraged me to speak. Always, always had time for me.

I need this time and this presence very much.

Witaj. Welcome.

Ten blog jest dwujęzyczny. This blog is bilingual. (Polish/English)

(for ENG.scroll down) Powstał po to, by osoby żyjące z zaburzeniami psychicznymi bądź będące w kryzysie psychicznym czuły się mniej samotne i zagubione. Również po to, by osoby zdrowe mogły nas lepiej zrozumieć, mniej się nas bać i lepiej nas wspierać.

Kiedy zaczęłam go tworzyć, żyłam z diagnozą choroby dwubiegunowej. Później psychiatrzy zakwalifikowali mnie jako pacjentkę schizoafektywną (połączenie schizofrenii i choroby dwubiegunowej). Ostateczna diagnoza powstała po siedmiu latach leczenia – choroba schizoafektywna i zaburzenie osobowości typu borderline. Najstarsze wpisy dotyczą więc głównie wahań nastrojów, późniejsze – epizodów psychotycznych, najnowsze – osobowości z pogranicza.

Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego jestem psycholożką.

Choroba psychiczna może dotknąć każdego.

Wszystkie obrazki opublikowane na blogu są mojego autorstwa i są moją własnością. 

This blog was created so that people living with mental disorders or in a mental crisis feel less lonely and less lost. Also so that healthy people can understand us better, fear us less and support us in a constructive way.

When I started creating it, I was diagnosed with bipolar disorder. Later, psychiatrists classified me as a schizoaffective patient (a combination of schizophrenia and bipolar disorder). The final diagnosis was made after seven years of treatment – schizoaffective disease and borderline personality disorder. Thus, the oldest entries concern mainly mood swings, the later ones – psychotic episodes, the newest ones – borderline personality disorder.

I am a psychologist by education and professional experience.

Mental illness can affect anyone.

All the images that are published here I’ve created. They are protected by copyrights.