ogień i lód / fire and ice

(ENG.below)

Ostatni tydzień spędziłam w depresji. Brzmi jak nazwa nieprzyjaznej miejscowości – i tak też się czułam. Zwinięta w kłębek, na lekach uspokajających, ledwo mówiąc, leżąc, leżąc, leżąc, nie kontaktując się z przyjaciółmi, okazjonalnie coś rysując, gdy już udało mi się wstać. Ograniczona do dwóch myśli – kiedy przyjdzie ulga i jak spowodować własną śmierć.

W chorobie dwubiegunowej czy schizoafektywnej leczenie stanów depresyjnych antydepresantami niesie ze sobą ryzyko, że chory wpadnie w manię. Psychiatrzy nastawiają się raczej na stablizatory nastroju, przy czym w moim przypadku nie chronią mnie przez tygodniową – czy dłuższą – depresją. Co ciekawe, bez tych leków miewałam krótsze, ale i częstsze stany depresyjne. Zaryzykowaliśmy więc przed kilkoma dniami z antydepresantem i oto już szóstego dnia chodzę wyprostowana, mam jakiekolwiek potrzeby, plany i marzenia. Muszę tylko uważać, żeby nie zmieniły się w obsesję. Czuję, że jest blisko.

Choroba dwubiegunowa jest jak stąpanie po cienkiej linie, która nazywa się stabilność. Co rusz wpadamy w któryś z biegunów lub w ogóle spadamy w ciemność urojeń (tak było wczoraj; wydawało mi się, że jestem samą głową, a rzeczywistość jest ukartowana). Żadne leki, jakie znam, nie chronią mnie przed atakami choroby w sposób, który mogłabym nazwać długofalowym. Cierpię albo bo marznę w unieruchamiającej depresji, bądź też płonę ogniem manii, lub wielkimi  psychotycznymi oczami patrzę na to, co przecież zwyczajnie oswojone i znane.

Między tym wszystkim staram się tworzyć, staram się uczyć, biegać, wychodzić z psem, rozmawiać z rodziną, utrzymywać siebie i mieszkanie w porządku.

Bardzo to wszystko męczące.

I spent the last week in depression. It sounds like the name of an unfriendly town – and that’s how I felt. Curled up, on sedatives, barely speaking, lying down, in bed, not making contact with friends, occasionally drawing something once I was able to get up. Limited to two thoughts – when will relief come and how to cause my own death.

In bipolar or schizoaffective disease, treating depressive states with antidepressants carries the risk of falling into mania. Psychiatrists tend to use mood stabilizers, but in my case they do not protect me from a week-long – or longer – depression. Interestingly, without these medications, I had shorter but more frequent depressive states. So we took a risk a few days ago with the antidepressant and on the sixth day I am walking upright, I have some needs, plans and dreams. I just have to be careful that they don’t turn into an obsession. I feel it is close.

Bipolar disorder is like walking on a fine rope called stability. Every now and then we fall into one of the poles or even fall into the darkness of delusions (it was yesterday; it seemed to me that I was just the head, and reality is made up). No drugs I know protect me from attacks of the disease in a way that I could call long-term. I suffer either because I freeze in immobilizing depression, or I burn with the fire of mania, or I look at what is simply tame and known with my big psychotic eyes.

Between all of these, I try to create, I try to learn, run, go out with the dog, talk to my family, keep myself and my apartment in order.

It is all very tiring.

taniec neuronów / dance of neurons

(ENG.below) Dziwny czas – tak chciałam zacząć ten wpis lecz uświadomiłam sobie, że u mnie zwykle każdy czas jest dziwny; nie jest to więc zbyt oryginalny początek. Jestem na dużej (powyżej normalnie zalecanej) dawce leków antypsychotycznych, a mimo to mój mózg zapewnia mi mnóstwo rozrywki w postaci stanów hipomaniakalnych. Sprzątam co tylko wpadnie mi w ręce, biegam, robię zakupy, spaceruję, rysuję, obcinam kilkumilimetrowe włosy na głowie, które zupełnie tego nie potrzebują, przeglądam nowe konkursy, spisuję nowe pomysły na sztuki teatralne, piekę, gotuję, myląc przepisy, za szybko, zbyt niedokładnie; jednocześnie nie potrafię się skupić, nie czytam, nie oglądam, będąc zarazem zmęczona i nakręcona. Na szczęście jednak nie mam symptomów psychotycznych – już od czterech dni.

Stany hipomaniakalne są o tyle dziwne, że Zyprexa (olanzapina) powinna działać antymaniakalnie. Biorę jej naprawdę dużo, bo 25mg dziennie. Miałam spać przez kilka dni, tymczasem zmieniłam się w wulkan aktywności, którego erupcje przerywane są drzemkami w ciągu dnia i wczesnym chodzeniem spać (na szczęście ze snem nie mam żadnych problemów). Natrafiłam kiedyś na mem treści: gdy twoja depresja sprawia, że jesteś bardzo zmęczona, lecz twój niepokój nie pozwala ci zasnąć; w moim przypadku można by napisać: gdy twoje antypsychotyki sprawiają, że jesteś zmęczona, ale mania nie pozwala ci odpocząć.

Masz może w doświadczeniu taki stan, w którym boli cię głowa – bierzesz leki przeciwbólowe i wiesz, że ból rozgrywa się nadal, ale leki skutecznie go od ciebie oddzielają? Tak czuję się na Zyprexie. Mam wrażenie, że epizody psychotyczne rozgrywają się mimo wszystko, ale nie docierają do świadomości. Tak, jakby Zyprexa zamieniła się w mojej głowie w wierną straż, która nie dopuszcza bólu. Kilka dni bez cierpienia – może dlatego nagle mam tyle energii?…Ta jej ilość, która na co dzień była spożytkowana na walkę z symptomami, nagle nie ma co ze sobą zrobić i zmienia się we frenetyczny, super-aktywny taniec neuronów – a zatem i mój taniec.

Chciałabym mimo wszystko przestać się ruszać tak intensywnie i doświadczyć spokoju. W życiu wariata jest to jednak towar reglamentowany.

Strange time – this is how I wanted to start this post, but I realized that with me usually every time is strange; thus, it is not a very original beginning. I am on a high (above normally recommended) dose of antipsychotic drugs, and yet my brain provides me with a lot of entertainment in the form of hypomanic states. I clean up whatever I can get my hands on, I jogg, I shop, I walk with my dog, I draw, I cut a few millimeters of hair on my head that do not need it at all, I review new competitions, I write new ideas for theater plays, I bake, cook, confuse recipes, too fast, too inaccurately; at the same time, I cannot focus, read, and watch, being tired and energized at the same time. Fortunately, however, I haven’t had psychotic symptoms – for four days now.

Hypomanic states are even more strange in these circumstances because Zyprexa (olanzapine) should act antimanic. I take a lot of it, 25 mg a day. I was supposed to sleep for a few days, meanwhile I turned into a volcano of activity, the eruptions of which are interrupted by naps during the day and going to bed early (luckily I don’t have any problems with sleep). I came across a meme once: when your depression makes you very tired, but your anxiety keeps you awake; in my case, you could write: when your antipsychotics make you tired, but the mania keeps you from resting.

Do you have a headache in your experience – when you take painkillers and you know that the pain continues, but the drugs are effectively separating it from you? This is how I feel on Zyprexa. I have the impression that the psychotic episodes take place after all, but do not reach the consciousness. As if Zyprexa turned into a faithful guard in my head that does not allow pain. A few days without suffering – maybe that’s why I suddenly have so much energy? … The amount of it that was used every day to fight the symptoms suddenly has nothing to do and turns into a frenetic, super-active dance of neurons – and therefore my dance as well.

Still, I would like to stop moving so intensely and experience peace. In the life of a madman, however, it is a rationed commodity.

wstydliwe finanse / shameful finances

(ENG.below) Konkurs dramaturgiczny. Konkurs prozatorski. Konkurs poetycki. Konkurs dla artystów sztuk wizualnych. Takie wyszukałam sobie projekty i systematycznie je realizuję. Po co? Lubię mieć cel, strukturę, lubię dostawać informację zwrotną, sprawdzać się, coś osiągać (nawet jeśli jest to jedynie wysłanie zgłoszenia pocztą. Trzeba pójść na pocztę, a to stresujące). Nie mam regularnej pracy – nie mam w zasadzie żadnej pracy – więc organizowanie sobie czasu to ważna umiejętność w tych okolicznościach. Niektórzy mili ludzie nazywają moje malowanie pracą (czasem coś za nią zarabiam), ale mnie ciężko nazywać tym słowem coś, co jest naturalne jak oddech czy uśmiech.

Wczorajszy dzień upłynął bez symptomów (no, prawie; było troszkę urojeniowo, ale do zniesienia). Podwoiliśmy dawkę nowego leku antypsychotycznego (Solian), w wyniku czego miałam być nadzwyczajnie zmęczona – tymczasem dziś o 7:15 wyszłam na jogging. Za własne pieniądze kupiłam sobie nowe buty do biegania, w których czuję się, jakbym stąpała po leciutkiej piance. Własne pieniądze – w życiu wariata to rzadkość, zarazem powód do dumy i radości. Zwykle utrzymujemy się z zasiłków społecznych, renty, specjalnych programów pomocowych. Jeśli symptomy przychodzą tak często jak u mnie, właściwa instytucja orzeka, że jesteśmy niezdolni do pracy. Nieprzewidywalni, nie można na nas polegać, nieodpowiedzialni, „nie dowożący”, jak mawiali moi klienci korporacyjni. Sprzedanie obrazu i zarobienie na nowe buty to więc nie lada gratka. Podobnie jak zafundowanie mężowi pobytu w hotelu – w ramach mojej rezydencji artystycznej; temu samemu mężowi, który od kilku lat niestrudzenie, samodzielnie utrzymuje mnie, siebie i dzieci z poprzedniego małżeństwa.

Temat finansów w życiu chorych psychicznie jest trudny, wstydliwy. Gdy przychodzą depresyjne dni, czuję się obciążeniem dla partnera, dla społeczeństwa, dla rodziny. Wolałabym dokładać swoją cegiełkę do społeczno-finansowego życia, ale jak to zrobić, gdy mam halucynacje, urojenia, nakręt maniakalny lub depresyjny dół – i tak, z niewielkimi przerwami, od kilku lat?…Pogodzenie się z własną niepełnosprawnością i tym, że potrzebuję pomocy innych ludzi, łączy się z zagryzaniem wargi i poczuciem winy. Bo przecież…powinnam dać radę. Bo przecież…inni mają gorzej. Bo przecież…nie jest aż tak źle?…

Drama competition. Prose competition. Poetry competition. A competition for visual artists. I have found such projects and implement them systematically. For what? I enjoy having a goal, structure, I like to receive feedback, prove myself, achieve something (even if it is only sending an application by post. Means going to the post office. It’s stressful, you know?). I don’t have a regular job – I basically have no job – so organizing my time is an important skill in these circumstances. Some nice people call my painting a job (sometimes I earn a bit for it), but it’s hard for me to use this word for something that is natural like a breath or a smile.

Yesterday was symptom-free (well, almost; it was a little delusional, but bearable). We doubled the dose of a new antipsychotic drug (Solian), which was supposed to make me extremely tired – meanwhile today at 7:15 AM I went jogging. With my own money I bought myself new running shoes in which I feel like walking on a light foam. Own money – it is a rarity in a madman’s life, and at the same time a reason to be proud and happy. We usually live off social benefits, pensions, special assistance programs. If the symptoms come as often as in my case, the institution responsible rules that we are unable to work. Unpredictable, unreliable, irresponsible, „not delivering” as my corporate clients used to say. So selling the painting and getting new shoes is a real treat. Just like founding my husband’s stay in a hotel – as part of my artist-in-residence; the same husband who has been tirelessly financing me, himself and the children from his previous marriage for several years.

The subject of finance in the life of the mentally ill is difficult and shameful. When depressive days come, I feel being a burden on my partner, on society, on my family. I would rather make my contribution to the social and financial life, but how do I do it when I’m hallucinating, delusional, nut manic or depressed – and yes, with minor interruptions, for several years? … Coming to terms with my own disability and the fact that I need other people’s help, it has to do with biting my lips and feeling guilty. Because… I should be able to do it. Because… others have it worse. Because … it’s not that bad? …

błyskawica / lightning

(ENG.below) Nie wiem który już to mój wpis na temat godziny czwartej nad ranem, ale stało się: obudziłam się ponownie o czwartej i już nie mogłam zasnąć. Może dlatego, że wczorajszy wieczór – a w zasadzie popołudnie – został podzielony na dwie fazy: trzygodzinny sen po Zyprexie i Lorazepamie, przerwa i wieczorne zaśnięcie właściwe, o tak zwanej normalnej godzinie. Dlaczego znów Zyprexa i Lorazepam? Bo sufit w mojej sypialni chciał mnie zgnieść oraz podejrzewałam, że jestem w gruncie rzeczy wilkołakiem, a z brzucha wychodzi mi futro; najlepiej to sprawdzić zaglądając sobie w bebechy, prawda? Musiałam się wyłączyć, a nic tak nie nokautuje jak porządny antypsychotyk w połączeniu z uspokajaczem. Od dłuższego czasu wygląda tak każdy dzień. Przez kilka godzin funkcjonuję normalnie – rysuję, maluję, sprzątam, chodzę na zakupy, na spacer z psem, biegam; potem nagle zapada przekładnia w mózgu i znajduję się w innym świecie, w innej rzeczywistości, którą chciałabym nazwać „równoległą”, lecz niestety jest tak powykrzywiana, że daleko jej do równoległości do czegokolwiek.

Czwarta rano to zwykle mój najbardziej twórczy czas. Nie ma mowy o spaniu, jest za to mnóstwo pomysłów, a co jeden, to lepszy – a przynajmniej tak mi się wydaje. Spędziłam szare godziny na planowaniu nowych sztuk teatralnych, opierając je na pomysłach uwspółcześniania bajek (inspirowałam się kursem literackim Neila Gaimana); następnie przeglądałam w sieci konkursy literackie i plastyczne, zapisując co ciekawsze; na jeden, poetycki, wysłałam nawet trzy wybrane wiersze. Mój umysł pracuje niczym nie zaćmiony, ostry jak świeżo naostrzony nóż; idee łączą się błyskawicznie, kolejna wykwita zanim jeszcze w pełni rozkwitnie poprzednia; każdy pomysł wydaje się wyśmienity, a ja czuję się artystką w swoim żywiole.

Tylko gdzieś tam w tyle głowy malutka, osamotniona postać macha czerwoną chorągiewką: czy to aby nie epizod maniakalny?…

Niewykluczone. Lecz i tak w tym stanie nie zasnę. Z manią wiąże się kilka problemów: po pierwsze, w zasadzie nie ma na nią leków; po drugie, nie mogę obniżyć dawki antydepresanta, bo wpadnę w czarną dziurę depresji; po trzecie, moje maniakalne fazy trwają zwykle krótko (szybka/ultraszybka zmiana faz), więc zamiast majstrować przy lekach, lepiej ją przeczekać; to, co się najprawdopodobniej wydarzy samoistnie, to stan depresyjny jako kontra do tego, w czym jestem teraz. A poza tym, kto nie marzy o porannym przypływie pomysłów?…Gdy ochłonę, posegreguję je i pewnie spora część trafi do kosza. Spróbuję je posortować, gdy będę się czuła „normalnie”. Jeśli bowiem zrobię to w fazie depresyjnej – wszystkie zostaną anulowane. Bo wiesz: jestem do niczego, nie nadaję się do niczego, nic nie potrafię dość dobrze, nie będę się ośmieszać, szkoda czasu, za wysokie progi, i tak dalej.

Gdyby jednak udało mi się jeszcze dospać z godzinę…

…mógłby to być dobry dzień.

This will be one of the numerous posts about for 4AM, for yet it happened again: I woke up at four and couldn’t sleep anymore. Maybe because of the fact that yesterday’s evening – or in fact, the afternoon – was divided into two phases: a three-hour sleep after Zyprexa and Lorazepam, a pause, and an evening proper falling asleep at the so-called normal time. Why Zyprexa and Lorazepam again? Because the ceiling in my bedroom wanted to crush me, and I suspected that I was essentially a werewolf with fur coming out of my belly; it’s best to check it by looking into the guts, right? I had to shut myself down, and nothing is more knocking out than a decent antipsychotic and a tranquilizer. Every day has been like this for a long time now. I function normally for several hours – I draw, paint, clean, go shopping, go for a walk with my dog, run; then suddenly a gear in my brain switches and I find myself in a different world, a different reality that I would like to call „parallel”, but unfortunately it is so distorted that it is far from parallel to anything.

Four in the morning is usually my most creative time. There is no question of sleeping, but there are plenty of ideas, and each one is better than the previous one – or so I think. I spent gray hours planning new theater plays, basing them on the ideas of updating fairy tales (I was inspired by Neil Gaiman’s literary course); then I browsed literary and art contests on the Internet, writing down these more interesting; for one, poetic, I even sent three selected poems. My mind works unobstructed, sharp as a newly sharpened knife; ideas come together in a flash, the next one blooms before the previous one has even fully bloomed; every idea seems amazing, and I feel like an artist in my element.

Only somewhere in the back of the head stands a tiny, lonely figure waving a red flag: is this not a manic episode? …

It could be. But in this state I will not fall asleep anyway. There are several problems with mania: first, there are hardly any cures for it; second, I can’t lower my antidepressant dose or I’ll fall into a depression black hole; third, my manic phases are usually short-lived (fast / ultrafast phase change), so instead of messing around with drugs, it’s better to wait it out; what will most likely happen on its own is depressed state as opposed to what I am in now. Besides, who doesn’t dream about the morning flow of ideas? … When I cool down, I’ll sort them out and probably a lot of them will end up in the bin. I’ll try to sort them when I feel „normal”. Because if I do it in the depressive phase – they will all be canceled. Because you know: I’m good for nothing, I can’t do anything well enough, I won’t make fun of myself, it’s a waste of time, the thresholds are too high, and so on.

If, however, I could still sleep for an hour …

… it could be a good day.

czerwony alarm / red alert

(ENG.below) Och, tak bym chciała napisać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a ja zdrowieję. Tymczasem rzeczywistość wygląda tak, że zapadam się coraz głębiej w chorobę. Od tygodnia miałam jeden dzień bez symptomów – piękny, spokojny dzień, podczas którego udało mi się wyślizgnąć do teatru, by obejrzeć na scenie moją własną sztukę. Bałam się wyjść z domu do ostatniej chwili; ubrana i umalowana siedziałam na balkonie i negocjowałam z moimi lękami. Nikomu oprócz męża nie dałam znać, że idę, ponieważ nie byłam pewna, czy się tuż przed wyjściem nie wycofam. Mój mąż bardzo wspierał moje wyjście, zabezpieczając mnie z każdej strony. „Wiesz, że w każdej chwili możesz wrócić. Możesz w ogóle tam nie wchodzić. Masz przy sobie leki? Sukcesem będzie samo wyjście z domu…” – tak do mnie mówił, tak oswajał moje strachy. Wzięłam Lorazepam i poszłam. Wróciłam pozytywna i uradowana, bez ekstremalnych uniesień; po prostu zadowolona i dumna, że, po pierwsze, moją sztukę ktoś wystawił, po drugie, że była dobra, a po trzecie – że dałam radę. Dużo się śmiałam, ludzie przesympatyczni, aktorzy świetni; poznałam kilka nowych osób i zupełnie nie byłam w centrum uwagi, co pomogło mi przejść przez całe doświadczenie bez szkód. Taki jeden dobry dzień jest jak zastrzyk nadziei.

A po nim pojawia się następny dzień i robi się tak ciemno, jakby słońce zaszło na zawsze. Mam atak myśli samobójczych i jest bardzo intensywny; wydaje mi się, że wystarczy jeden krok, bym odzyskała spokój, którego tak bardzo potrzebuję. Obsesyjne myśli są tak silne, że zaczynam się bać siebie –  a jestem sama w domu. Ból psychiczny staje się nieznośny, jak duchowa migrena, która mnie jednocześnie ściska i jednocześnie rozsadza. Przypominam sobie, że gdy coś fizycznie mnie boli, maleją symptomy psychiczne. Robię więc coś, czego wcześniej nigdy nie zrobiłam. Mąż określił to jako „czerwony alarm” i powiedział, że jeśli się to powtórzy, jedziemy prosto do kliniki.

Pomyśl, jak wielki musi być ból psychiczny wariata, że wybiera on fizyczny, by odwrócić od tego pierwszego uwagę.

„Ktoś ukradł mi mózg i dał w zamian zepsuty”/”Someone stole my brain and gave me a broken one instead”

Oh, how much I would like to say that everything is fine and I am recovering. Meanwhile, the reality is that I am falling deeper and deeper into the disease. For a week I had one symptom-free day – a beautiful, quiet 15 hours, during which I managed to slip into the theater to watch my own play on stage. I was afraid to leave the house until the last moment; dressed and made up, I sat on the balcony and negotiated with my fears. I did not let anyone except my husband know that I was going because I was not sure if I would withdraw just before leaving. My husband was very supportive of my exit, protecting me from all sides. “You know you can come back at any time. You may not go in there at all. Do you have medication with you? Leaving the house alone will be a success… ”- that’s what he said to me, taming my fears. I took Lorazepam and left. I came back positive and happy, without extreme elation; just glad and proud that, first of all, my play was staged, second – that it was good, and third – that I managed. I laughed a lot, met very nice people, great actors; got introduced to few new people and was completely out of the spotlight, which helped me go through the whole experience without harm. One good day like this is like an injection of hope.

Then another day comes and it gets as dark as if the sun has gone down forever. I am having a suicidal attack and it is very intense; it seems to me that one step is enough for me to regain the peace that I so badly need. Obsessive thoughts are so strong that I start to fear myself – and I’m home alone. Mental pain becomes unbearable, like a spiritual migraine that both squeezes me and bursts me at the same time. I remember that when something physically hurts me, my mental symptoms decrease. So I do something that I’ve never done before. The husband referred to it as a „red alert” and said that if it happened again, we would go straight to the clinic.

Think how great the mental pain must be that we, crazy people, choose a physical one to distract ourselves from the former.

zmiana dekoracji / change of scenery

(ENG.below) Jestem w pięknym miejscu, na pierwszej w moim życiu rezydencji artystycznej.

Budzę się wcześnie rano, jest jeszcze szaro-ciemno. Z mojego tarasu widać ośnieżone Alpy – w porannym mroku są czarno-białe – i tak blisko…Jest cicho, powietrze jest czyste, bo mieszkam na wysokości ponad 1000m nad poziomem morza. Do mojej dyspozycji farby, papier, karton, płótna. Wszystko za darmo. Do jednego z najpopularniejszych kurortów Europy 6 kilometrów. Jak marzenie.

Wczoraj – wernisaż. Sytuacja epidemiologiczna nie jest dobra, bałam się, że nikt nie przyjdzie. Zjawiło się zaskakująco wielu ludzi. Robiono mi zdjęcia, przeprowadzono ze mną wywiad, sprzedałam grafikę, poznałam nowych kolekcjonerów i odświeżyłam znajomość z tymi, których już znam. Rozdawałam uśmiechy oczami spod maski, angażowałam się w miłe, drobne konwersacje. Starałam się być w kontakcie, łapać okazje do rozmowy, wyrażać wdzięczność i zainteresowanie. Pozowałam. I znów się uśmiechałam. I jeszcze raz. I jeszcze raz…

Dwie godziny uspołeczniania. Po tym płakałam z napięcia i zapadłam się w sobie na granicy psychozy. Uciekłam z kolacji do pokoju. Nie mogłam się doczekać chwili, gdy zdejmę sukienkę, zmyję makijaż, założę piżamę w misie polarne i zniknę. Żeby już się nie uśmiechać, nie odzywać, żeby nikt do mnie nic nie mówił. Żeby mnie już nie było.

Miałam przedwczoraj pomysł, by zostać tu na tydzień sama – bez męża; tworzyć i spacerować. Wczoraj wieczorem stwierdziłam, że boję się siebie, a zatem i o siebie – i że nie dam rady. Negocjuję z mężem, by został ze mną i pracował zdalnie stąd. Problem w tym, że nie odpocznie wtedy ode mnie, a chciałam mu taką okazję sprezentować. A jak ja mogłabym odpocząć od siebie?…Przychodzą mi do głowy same ekstremalne rozwiązania.

Przyjaciółka ze studiów powiedziała mi kiedyś: jeśli chcesz coś w życiu zmienić, uważaj, żeby nie była to tylko zmiana dekoracji. Jestem w pięknym miejscu, dzieją się piękne rzeczy, ale moja choroba przybyła tu razem ze mną. Choćbym nie wiem jak się starała, pakuje się do mojej walizki, do mojej torebki, do mojej głowy. Mówię wczoraj dziennikarce, jak bardzo byłam zestresowana przed całym tym wydarzeniem. Ona: ale nie jest to Pani pierwszy wernisaż? Ja: nie, ale za każdym razem denerwuję się tak, jakby był pierwszy. Kurator przedstawia krótko moją historię: psycholożka, terapeutka, aktorka na scenie teatru w stolicy – a ja przypominam sobie, z jaką lekkością i entuzjazmem stawałam niegdyś przed grupami osób, grając, śpiewając, prowadząc szkolenia. Teraz zaś dwie godziny ekspozycji społecznej działają na mnie tak, jakby przejechał po mnie czołg.

Łapię się na tym, że czuję żal. Rozczarowanie, niezgodę, frustrację. Chce mi się płakać. Wiem, że kiedy przejdę przez te emocje, po drugiej stronie odszukam zgodę na to, że jestem teraz inna niż kiedyś – i potrzebuję innego podejścia, innej ochrony, opieki, uważności, granic.

Na razie jednak siedzę w kącie i jestem zła na chorobę.

Czyli na siebie.

z wczorajszego spaceru / from a yesterday’s hike

I am in a beautiful place, at the first artist residence in my life.

I wake up early in the morning, it’s still gray and dark. From my terrace you can see the snow-capped Alps – in the morning darkness they are black and white – and so close … It’s quiet, the air is clean, because I live at an altitude of over 1000m above sea level. Paints, paper, cardboard and canvases are at my disposal. All for free. 6 kilometers to one of the most popular resorts in Europe. Like a dream.

Yesterday – the vernissage. The epidemiological situation is not good, I was afraid that nobody would come. Surprisingly many people showed up. Pictures were taken, I was interviewed, I sold my artwork, met new collectors and renewed my acquaintance with those I already know. I spread smiles through my eyes from under the mask, engaged in nice little conversations. I tried to stay in touch, catch opportunities to talk, express my gratitude and interest. I posed. And I was smiling again. And once more. And once more…

Two hours of socialization. After that, I cried with tension and collapsed into myself on the verge of psychosis. I escaped from dinner to my room. I couldn’t wait to take off my dress, wash off my makeup, put on my polar bear pajamas and be gone. In order not to smile anymore, not to speak, so that nobody would talk to me. That I would no longer be there.

The day before yesterday I had an idea to stay here for a week alone – without my husband; to create and hike. Yesterday evening I realized that I was afraid of myself, and therefore also for myself – and that I would not be able to cope alone. I am negotiating with my husband so that he would stay with me and work remotely from here. The problem is that he will not rest from me then, and I wanted to give him such an opportunity. And how could I take a break from myself? … Only extreme solutions come to my mind.

A friend from college once told me: if you want to change something in your life, be careful not to just change the scenery. I am in a beautiful place, beautiful things are happening, but my disease has come with me. No matter how I try, it gets packed into my suitcase, my purse, my head. I was telling a journalist yesterday how stressed I was before the whole event. She: but this is not your first vernissage? Me: no, but every time I get nervous like it’s the first. The curator briefly introduces my story: a psychologist, therapist, actress on the stage of a theater in the capital – and I remember with what lightness and enthusiasm I used to stand in front of groups of people, playing, singing and conducting trainings. Now, two hours of social exposure are feels as if I had been run over by a tank.

I find myself feeling regret. Disappointment, discord, frustration. I want to cry. I know that when I go through these emotions, on the other side I will find consent that I am different now than I used to be – and I need a different approach, different protection, care, awareness, boundaries.

For now, however, I’m sitting in the corner and I’m angry with the disease.

Meaning – with myself. 

coś z niczego / something out of nothing

(ENG.below) Tak źle jeszcze nie było – i tak dobrze zarazem.

Moje obrazy się sprzedają.

W przyszłym tygodniu idę obejrzeć moją sztukę, wystawianą na teatralnej scenie stolicy pewnego pięknego kraju.

Już jutro wernisaż kolejnej wystawy, na której pokazywane są moje prace.

Dziś wyjeżdżam na pierwszą w życiu rezydencję artystyczną.

Jednocześnie – choroba atakuje mnie aktualnie każdego dnia, nie dając mi nawet doby ulgi. Przez kilka godzin dziennie funkcjonuję normalnie, a kolejne kilka godzin to (możliwy wybór wielokrotny):

  • symptomy depresyjne
  • myśli samobójcze
  • ataki niepokoju i lęku
  • urojenia
  • derealizacja
  • depersonalizacja
  • ogromny ból psychiczny

Jestem już bardzo zmęczona.

Wczoraj wieczorem miałam atak psychotyczny, w którym ból psychiczny był tak silny, że miałam wrażenie, że MUSZĘ – po prostu MUSZĘ – zrobić sobie fizyczną krzywdę, by go zagłuszyć, przerwać. Coraz lepiej rozumiem tych chorych, którzy się tną lub kaleczą; wczoraj właśnie tam zmierzałam. Masz wrażenie, że rozpadniesz się na kawałki, albo wręcz przeciwnie – zapadniesz się do środka; całe jestestwo jakby swędzi cię, pali niemiłosiernie, nic nie przynosi ulgi; wyobraź sobie atak kamieni nerkowych, tylko psychiczny. Zamknęłam się w końcu w łazience, wzięłam maszynkę i ogoliłam włosy na zero.  Przyniosło mi to ulgę. Odjęłam sobie kilka punktów urody, ale czułam, że mam nad czymś kontrolę, i że zmieniam właśnie swoje ciało, które dostarcza mi tyle cierpienia.

Nie wiem, co zrobię kolejnym razem.

Mój psychiatra cieszy się mimo wszystko, że jadę do pięknego hotelu w cudownym miejscu, gdzie będę odpoczywać w naturze i malować. Żadnych innych bodźców. Spokój. Może mój mózg też się uspokoi. Pakuję oczywiście tonę leków na każdą okazję.

Odwołałam swój udział w kursie malarskim, więc będę mogła zostać na rezydencji dłużej. Opracowaliśmy z mężem trasy górskie w okolicy, by 2-3 godziny dziennie być na zewnątrz.

A poza tym – pędzle w dłoń i biała karta papieru, na której moja dłoń stworzy coś z niczego.

It’s never been that bad – and so good at the same time – as it is now.

My paintings are being sold.

Next week I’m going to see my play, staged in the theatre in the capital of a beautiful country.

Tomorrow is the opening of another exhibition where my works are shown.

Today I am leaving for the first artistic residency in my life.

At the same time – the disease attacks me every day, without even giving me a day of relief. I function normally for several hours a day, and the next few hours are (multiple choice possible):

– depressive symptoms

– thoughts of suicide

– attacks of anxiety and fear

– delusions

– derealization

– depersonalization

– tremendous mental pain.

I am exhausted.

Yesterday evening I had a psychotic attack in which the mental pain was so strong that I had the impression that I MUST – I just MUST – do myself a physical harm to burn it out, to stop it. I understand better and better those of mentally ill who cut or injure themselves; I was on my way there yesterday. You get the impression that you will fall to pieces, or on the contrary – you will collapse inside; the whole being itches you, burns you mercilessly, nothing brings relief; imagine an attack of kidney stones, only mental. I finally locked myself in the bathroom, took the razor and shaved my hair to zero. It brought me relief. It took away a few beauty points, but I felt I had control over something and that I was changing my body, which was giving me so much suffering.

I don’t know what I’ll do next time.

My psychiatrist is glad that I am going to a beautiful hotel in a wonderful place, where I will rest in nature – and paint. No other stimulus. Calmness. Maybe my brain will calm down too. Of course, I’ve already packed tons of medication for all occasions.

I canceled my participation in the painting course, so I will be able to stay in the residency longer. My husband and I have developed mountain routes in the area to be outside 2-4 hours a day. And besides – only brushes in my hand and a white sheet of paper on which my hand will be creating something out of nothing.

ultraszybka / ultrafast

(ENG.below) Mam nadzieję, że ten wpis przyczyni się do zrozumienia, czym jest w chorobie afektywnej dwubiegunowej/schizoafektywnej* (*połączeniu choroby dwubiegunowej i schizofrenii) szybka lub ultraszybka zmiana faz.

Poranek: czuję się całkiem nieźle. Idę z psem na spacer. Brak symptomów. Nastrój w porządku.

Południe: wciąż spokojna, pozytywnie zmęczona po 8-kilometrowym marszu.

Popołudnie: dostaję wiadomość, że sprzedałam prace z wystawy na zamku i zarobiłam za nie tyle, ile nigdy wcześniej za własną sztukę. Hasam po ulicy, podskakuję z radości. Piszę do rodziny, chcąc się podzielić swoim sukcesem, a pod maską ochronną mam banana na twarzy. Dostaję energetycznego kopa, chce mi się tańczyć, śpiewać, opowiadać dookoła o tym, co mi się przydarzyło. Radość, szczęście i duma tryskają ze mnie niepowstrzymanym strumieniem. Wracam do domu i wiem, że powinnam jakoś pozytywnie spożytkować moją energię – idę więc biegać. Gdzieś w tyle kołacze mi się myśl, że „im większa góra, tym większy dół”, ale wydaje mi się, że w taki dzień mój mózg chyba mi tego nie zrobi?…

Godzinę później: zaczyna się smutek. Że nawet cieszyć się nie mogę jak zdrowi ludzie, bo nadmierne emocje mi szkodzą. Bo powinnam przecież zachować umiar we wszystkim – inaczej wystrzeli mnie w kosmos albo manii, albo depresji, albo jednego i drugiego. Zaczynam się bać, co będzie za chwilę, a co może już się zaczyna… i jednocześnie wściekać na chorobę. Walę się pięścią w głowę, kilka razy. Pieprzony mózg! Zdrajca! Znów mnie zawodzi!

Pół godziny później: jest coraz gorzej. Przypływają myśli samobójcze i stają się coraz bardziej natarczywe. Tak, tak, jesteś zepsuta, zawsze będziesz, nic się nie zmieni, do dupy z takim życiem, nie chcemy tak żyć, nikt by nie chciał! Połamana laleczka! Skończ z tym! Wiesz, że zawsze tak będzie! Nie chcemy tak już dłużej żyć!

Biorę Lorazepam. Zamierzam się położyć do łóżka lecz wiem z doświadczenia, że w ten sposób tylko zapadnę się w ciemność jeszcze bardziej. Zaczynam więc sobie wyobrażać atak depresyjno-samobójczy jako przeciwniczkę na ringu. Taką totalnie nie fair, wiesz. Wali poniżej pasa, celuje tak, by spowodować bolesną kontuzję albo zupełnie usunąć mnie z gry. I tym razem walczę naprawdę mocno i zawzięcie. Nie kładę się do łóżka. Wizualizuję sobie tę wymianę ciosów, co dodaje mi energii. Potem włączam kolejną strategię: rozproszenie uwagi (z niemieckiego: ablenkung). Zabieram się za odświeżanie moich stron internetowych i przygotowywanie produktów świątecznych w moim designerskim sklepiku. Zapominam o śmierci. Skupiam się na zadaniu.

Godzinę później wstaję do kolacji. Mam już siłę mówić. Ale tracę ją z chwili na chwilę. Znów odzywam się za cicho, zbyt niewyraźnie. Przypływa depresyjne zmęczenie.

Odganiam je tworzeniem tego wpisu.

Hopefully this post will help you understand what fast or ultrafast phase change is in bipolar / schizoaffective disorder * (* a combination of bipolar disorder and schizophrenia).

Morning: I’m feeling pretty good. I go with the dog for a walk. No symptoms. The mood is fine.

Noon: still calm, positively tired after the 8-km walk.

Afternoon: I get a message that I have sold my artworks from the exhibition at the castle and have earned as much for them as never before for my own art. I start jumping and running down the street, laughing out loud with joy. I am writing to my family to share my success and I have a banana on my face under my face mask. I get an energetic kick, I feel like dancing, singing, talking about what happened to me to everyone I meet. Joy, happiness and pride gush out of me in an unstoppable stream. I come back home and I know that I should use my energy in some positive way – so I go jogging. Somewhere in the back of my mind I am recalling the menacing words that „the higher the top, the deeper the bottom”, but it seems to me that on such a day my brain won’t do it to me? …

One hour later: sadness and grief begin to grow in me. That I can’t even enjoy myself like healthy people, because excessive emotions hurt me. Because I should be moderate in everything  – otherwise, it will launch me into space, either mania or depression, or both. I am starting to be afraid of what will happen in a moment and what may already be starting … and at the same time angry about the disease. I hit my head with my fist a few times. The fucking brain! Traitor! He’s failing me again!

Half an hour later: it gets worse. Suicidal thoughts flush and become more and more persistent. Yes, yes, you are broken, you will always be, nothing will change, damned be life like this, we don’t want to live like this, nobody would! Broken doll! End with it! You know it will always be like this! We don’t want to live like this anymore!

I’m taking Lorazepam. I am going to go to bed, but I know from experience that this will only make me fall into darkness even more. So I begin to imagine a suicide-depression attack as an opponent in the ring. She is totally unfair, you know. She’s banging below the belt, aiming to cause a painful injury or remove me from the game. And this time I am fighting really hard and fiercely. I don’t go to bed. I visualize this blows exchange, which gives me some energy. Then I turn to another strategy: distraction (in German: ablenkung). I start refreshing my websites and preparing Christmas products in my designer shop. I forget about death. I focus on the task at hand.

An hour later I get up for dinner. I already have the strength to speak. But I lose it moment by moment. I am speaking too softly again, too indistinctly, muttering and whispering. Depressive fatigue comes.

I’m pushing it away by creating this blog entry.

nie wstydź się / don’t feel ashamed

(ENG.below) Zdarzyło mi się to już w przeszłości, ale chyba nigdy nie trwało tak długo – a to dlatego, że tym razem nie miałam ze sobą Zyprexy.

Wyobraź sobie: idziesz z ulicą, prowadzisz psa, słońce świeci, wieje miły wiaterek. Zaczyna cię jednak drażnić ruch uliczny. Jest za głośno i za intensywnie. Auta huczą wokół ciebie, czujesz się jak otoczona rojem pszczół. Potem zaczynasz odczuwać niepokój w całym ciele – to sygnał, że najprawdopodobniej zaraz zacznie się większy atak. I zaczyna się. Mijani przez ciebie ludzie stają się zagrożeniem lub podstawionymi aktorami. Dziwnie się na ciebie patrzą, prawda? Gdzieś z oddali dobiega śmiech. Pewnie z ciebie się śmieją. Może ludzie, może demony? Zaciskasz zęby i zastanawiasz się: dojdę do domu czy lepiej usiąść na jakimś przystanku i napisać sms do męża?…No tak, ale on ma teraz telekonferencję. Powalczymy zatem, dobra? Powoli, do celu. Skupiać się na krokach. Nie rozglądać. Nie dawać się wciągać dziwacznym, pokręconym myślom. Już niedaleko.

Wchodzę do domu i wyglądam jak duch. Jestem całkiem blada, spocona i pomarszczona z niepokoju i lęku. Zyprexa. Odpocznę…

To było w piątek.

Wczoraj jedyny w tym tygodniu dzień bez symptomów. Niestety wieczorem nie mogłam zasnąć do późnych godzin nocnych. Snułam się po mieszkaniu coraz bardziej porcelanowa i przestraszona, bo wiem, że regularny sen naprawdę dodaje mi wiele punktów do stabilności. A tu – nie chce przyjść…

Dziś dokonałam przełomowego kroku, a to dzięki mojemu małżonkowi. Od wielu miesięcy nie wiedziałam, co zrobić ze swoim profesjonalnym kontem na LinkedIn. Mam na nim link do strony mojej poradni psychologicznej, która przecież od dawna już nie działa; do biznesowego bloga, którego od lat już nie piszę; dane o profesji, której już nie uprawiam; zdjęcie sprzed kilku lat i opis, który nijak się nie ma do osoby, którą się stałam. Jednocześnie dostaję z portalu powiadomienia, że ludzie odwiedzają mój profil, a ja…no cóż. Nie lubię robić ludzi w konia.

Mąż zaproponował: dopisz do swojej ścieżki kariery kolejne punkty. Nie kasuj przeszłości – rekomendacji od tylu osób, tych ponad 450 znajomości, ról, jakie pełniłaś. Napisz po prostu, co robisz teraz. Nazwij to i określ się na nowo. Wymień wystawy (6), publikacje (wiele), wolontariaty (kilka). Zrób sobie aktualne zdjęcie. Popatrz na to w ten sposób: niektórzy rzucają korporację dla prowadzenia schroniska w górach, a ty rzuciłaś korporacje, by być artystką. Niech taką cię zobaczą.

Ach, co to była za odświeżająca przygoda! Najpierw makijaż, z tych produktów, które jeszcze się jakoś u mnie ostały. Potem szukanie dobrego oświetlenia i robienie sympatycznej miny. Może tak, a może lepiej tak? Nie chcę wyglądać dramatycznie, chcę się uśmiechać! Następnie nazwa zawodu: ARTYSTA…krótko i do rzeczy. I dwie ścieżki kariery: obraz i słowo. Jejku, czuję się jakbym otwarła książkę o swoim życiu na nowej, pustej stronie!

Jakie to dobre…

I wcale się nie wstydzę swojej „nowej twarzy”!

It has happened to me in the past, but it probably never lasted this long – and that’s because I didn’t carry Zyprexa with me this time.

Imagine: you are walking down the street, with you dog; the sun is shining, a nice breeze is blowing. However, you are starting to get irritated by the traffic. It’s too loud and too intense. Cars roar around you, you feel surrounded by a swarm of bees. Then you start to feel anxiety throughout your body – this is a signal that a major attack is most likely about to begin. And it starts. People you pass by become threats – or actors. They look at you weird, don’t they? You hear a laugh somewhere in the distance. They must be laughing at you. Maybe people, maybe demons? You grit your teeth and wonder: will I get home or is it better to sit down at a bus stop and text my husband? … but he has a teleconference now. So we’ll fight, okay? Slowly, towards the goal. Focus on the steps. Don’t look around. Don’t get caught up in weird, twisted thoughts. Home is not far away.

I come in and look like a ghost. I am pale and sweaty and wrinkled with anxiety and dread. Zyprexa. I will be able to rest now…

It was on Friday.

Yesterday was the only day this week without symptoms. Unfortunately, in the evening I could not fall asleep until late at night. I wandered around the apartment more and more porcelain-like and scared, because I knew that regular sleep really gives me a lot of points to stability. And now – it doesn’t want to come…

Today I made a breakthrough step thanks to my husband. For months, I hadn’t known what to do with my professional LinkedIn account. I have a link to the website of my psychological counselling center, which has not been operating for a long time; to a business blog that I have not been writing for years; data about a profession that I no longer practice; a photo from a few years ago and a description that has nothing to do with the person I have become. At the same time, I get notifications from the portal that people are visiting my profile, and I … well. I don’t fooling people.

The husband suggested: add more points to your career path. Do not erase the past – recommendations from so many people, those over 450 contacts, the roles you played. Just write what you are doing now. Name it and redefine yourself. List exhibitions (6), publications (many), volunteering (several). Take a recent photo of yourself. Look at it this way: some people quit corporations to run a mountain shelter, and you quit corporations to become an artist. Let them see you like that.

Ah, what a refreshing adventure it was! First – make-up, from those products that somehow still remain in my bathroom. Then looking for good lighting and making a nice face. Maybe this way, or maybe better like that? I don’t want to look dramatic, I want to smile! Then the name of the profession: ARTIST … short and to the point. And two career paths: image and words. Gee, I feel like opening a book about my life on a new blank page!

How good is that …

And I’m not ashamed at all of my „new face”!

obsesja / obsession

(ENG.below) Podróżowanie z jednego bieguna na drugi w ciągu 12 godzin jest naprawdę męczące.

Ale po kolei.

Wczoraj obudziłam się rozdygotana i chwiejna – niedobrze spałam; najpierw nie mogłam zasnąć, potem budziły mnie niepokojące sny, aż w końcu nadszedł ranek i musiałam wstać, by udać się do osteopaty. Zanim wyszłam z domu, wzięłam połówkę Lorazepamu, by nie dostać ataku paniki w tramwaju. Ta tabletka i cuda, jakie z moim kręgosłupem czyni dr B., bardzo mnie uspokoiły. Powzięłam ambitny plan 11-kilometrowej wycieczki (1/3 drogi pod górę) z zamiarem pobicia rekordu życiowego w tempie. Może po takim wysiłku będę lepiej spała? Gdy tylko w moim mózgu zaczęły się wydzielać wszelkie możliwe hormony szczęścia, rodzące się w wyniku wysiłku fizycznego, piękna natury (nic to, że zaczęło padać), poczucia siły, kontroli, radości z osiągnięcia (pobiłam ten rekord), satysfakcji z bycia we własnym ciele, które jest sprawne i dostarcza mi radości, czułam się jak w siódmym niebie. Wróciłam do domu i – przemoczona, spocona, ucieszona – postanowiłam wziąć gorącą kąpiel. Wtedy się zaczęło.

„Wiesz przecież, że po momentach szczęścia zawsze przychodzi dół. Im większe szczęście, tym większy.”

„Teraz będzie już tylko gorzej.”

„Jesteś przygotowana na cios?”

„To taki piękny moment. Moment satysfakcji, dumy, radości. Chcesz go dobrze zapamiętać? To zabij się teraz. Nie chcesz znów cierpieć. Nie chcesz być ciężarem dla twojego wiecznie zmartwionego męża. On ma już dość kłopotów. Zrób to. Nie zniesiesz kolejnego załamania. Po co.”

Nic sobie nie zrobiłam. Zagryzłam zęby, zabrałam się za porządki, pranie, odkurzanie…Lecz myśli samobójcze były coraz głośniejsze i coraz bardziej uporczywe. Miałam coraz mniej siły. W końcu położyłam się do łóżka. Gdy mąż wrócił z pracy, byłam już nieruchomą, nie bardzo będącą w stanie mówić kukiełką z maskowatą twarzą.

Co zrobić?

Mamy z moim lekarzem teorię, że uporczywe myśli samobójcze (gdy nie jestem w stanie myśleć o niczym innym; samobójcza obsesja) mają charakter taki jak atak psychotyczny – tylko specyficzną zawartość. Postanowiłam więc wczoraj w końcu poratować się Zyprexą i Lorazepamem.

Poprawiło się. Zaczęłam mówić, i to mówić do rzeczy.

Tej nocy spałam spokojnie. Na razie wszystko wygląda dobrze.

Lecz cały dzień jeszcze przede mną.

Traveling from one pole to the other in 12 hours is really exhausting.

But first things first.

Yesterday I woke up shaky and anxious – I didn’t sleep well; at first I wasn’t able to fall sleep, then I was awakened by disturbing dreams, and finally morning came and I had to get up to go to the osteopath. Before I left the house, I took half of the Lorazepam to avoid a panic attack on the tram. This pill and the miracles Dr. B. does on my spine calmed me down a lot. I made an ambitious plan of an 11-kilometer trip (1/3 of the way – uphill) with the intention of breaking my life record at pace. Maybe I will sleep better after such an effort? As soon as all possible happiness hormones began to be released in my brain, resulting from physical exertion, the beauty of nature (despite it started to rain), a sense of strength, control, joy of achievement (I broke this record), satisfaction with being in my own a body that is fit and gives me joy, I felt like in seventh heaven. I came home and – soaked, sweaty, happy – I decided to take a hot bath. Then it started.

“You know that after moments of happiness you always go down. The greater the happiness, the greater the despair. „

„Now it will only get worse.”

„Are you ready for a downfall?”

“It’s such a beautiful moment. A moment of satisfaction, pride and joy. Do you want to remember it well? Then kill yourself now. You don’t want to suffer again. You don’t want to be a burden to your eternally troubled husband. He’s had enough trouble. Do it. You can’t take another breakdown. For what?”

I didn’t do anything to myself. I grit my teeth, started cleaning, washing, vacuuming … But thoughts of suicide were getting louder and more persistent. I had less and less strength. I finally got to bed. By the time my husband came home from work, I was motionless, not quite able to speak, with a masked face.

What to do?

We have the theory with my doctor that persistent suicidal thoughts (when I am unable to think of anything else; suicidal obsession) are like a psychotic attack – only with a specific content. So I decided yesterday to finally rescue myself with an antypsychotic Zyprexa and Lorazepam.

It got better. I started talking, and it made sense.

I slept soundly that night. Everything looks fine so far.

But the whole day is still ahead of me.