ogień i lód / fire and ice

(ENG.below)

Ostatni tydzień spędziłam w depresji. Brzmi jak nazwa nieprzyjaznej miejscowości – i tak też się czułam. Zwinięta w kłębek, na lekach uspokajających, ledwo mówiąc, leżąc, leżąc, leżąc, nie kontaktując się z przyjaciółmi, okazjonalnie coś rysując, gdy już udało mi się wstać. Ograniczona do dwóch myśli – kiedy przyjdzie ulga i jak spowodować własną śmierć.

W chorobie dwubiegunowej czy schizoafektywnej leczenie stanów depresyjnych antydepresantami niesie ze sobą ryzyko, że chory wpadnie w manię. Psychiatrzy nastawiają się raczej na stablizatory nastroju, przy czym w moim przypadku nie chronią mnie przez tygodniową – czy dłuższą – depresją. Co ciekawe, bez tych leków miewałam krótsze, ale i częstsze stany depresyjne. Zaryzykowaliśmy więc przed kilkoma dniami z antydepresantem i oto już szóstego dnia chodzę wyprostowana, mam jakiekolwiek potrzeby, plany i marzenia. Muszę tylko uważać, żeby nie zmieniły się w obsesję. Czuję, że jest blisko.

Choroba dwubiegunowa jest jak stąpanie po cienkiej linie, która nazywa się stabilność. Co rusz wpadamy w któryś z biegunów lub w ogóle spadamy w ciemność urojeń (tak było wczoraj; wydawało mi się, że jestem samą głową, a rzeczywistość jest ukartowana). Żadne leki, jakie znam, nie chronią mnie przed atakami choroby w sposób, który mogłabym nazwać długofalowym. Cierpię albo bo marznę w unieruchamiającej depresji, bądź też płonę ogniem manii, lub wielkimi  psychotycznymi oczami patrzę na to, co przecież zwyczajnie oswojone i znane.

Między tym wszystkim staram się tworzyć, staram się uczyć, biegać, wychodzić z psem, rozmawiać z rodziną, utrzymywać siebie i mieszkanie w porządku.

Bardzo to wszystko męczące.

I spent the last week in depression. It sounds like the name of an unfriendly town – and that’s how I felt. Curled up, on sedatives, barely speaking, lying down, in bed, not making contact with friends, occasionally drawing something once I was able to get up. Limited to two thoughts – when will relief come and how to cause my own death.

In bipolar or schizoaffective disease, treating depressive states with antidepressants carries the risk of falling into mania. Psychiatrists tend to use mood stabilizers, but in my case they do not protect me from a week-long – or longer – depression. Interestingly, without these medications, I had shorter but more frequent depressive states. So we took a risk a few days ago with the antidepressant and on the sixth day I am walking upright, I have some needs, plans and dreams. I just have to be careful that they don’t turn into an obsession. I feel it is close.

Bipolar disorder is like walking on a fine rope called stability. Every now and then we fall into one of the poles or even fall into the darkness of delusions (it was yesterday; it seemed to me that I was just the head, and reality is made up). No drugs I know protect me from attacks of the disease in a way that I could call long-term. I suffer either because I freeze in immobilizing depression, or I burn with the fire of mania, or I look at what is simply tame and known with my big psychotic eyes.

Between all of these, I try to create, I try to learn, run, go out with the dog, talk to my family, keep myself and my apartment in order.

It is all very tiring.

błyskawica / lightning

(ENG.below) Nie wiem który już to mój wpis na temat godziny czwartej nad ranem, ale stało się: obudziłam się ponownie o czwartej i już nie mogłam zasnąć. Może dlatego, że wczorajszy wieczór – a w zasadzie popołudnie – został podzielony na dwie fazy: trzygodzinny sen po Zyprexie i Lorazepamie, przerwa i wieczorne zaśnięcie właściwe, o tak zwanej normalnej godzinie. Dlaczego znów Zyprexa i Lorazepam? Bo sufit w mojej sypialni chciał mnie zgnieść oraz podejrzewałam, że jestem w gruncie rzeczy wilkołakiem, a z brzucha wychodzi mi futro; najlepiej to sprawdzić zaglądając sobie w bebechy, prawda? Musiałam się wyłączyć, a nic tak nie nokautuje jak porządny antypsychotyk w połączeniu z uspokajaczem. Od dłuższego czasu wygląda tak każdy dzień. Przez kilka godzin funkcjonuję normalnie – rysuję, maluję, sprzątam, chodzę na zakupy, na spacer z psem, biegam; potem nagle zapada przekładnia w mózgu i znajduję się w innym świecie, w innej rzeczywistości, którą chciałabym nazwać „równoległą”, lecz niestety jest tak powykrzywiana, że daleko jej do równoległości do czegokolwiek.

Czwarta rano to zwykle mój najbardziej twórczy czas. Nie ma mowy o spaniu, jest za to mnóstwo pomysłów, a co jeden, to lepszy – a przynajmniej tak mi się wydaje. Spędziłam szare godziny na planowaniu nowych sztuk teatralnych, opierając je na pomysłach uwspółcześniania bajek (inspirowałam się kursem literackim Neila Gaimana); następnie przeglądałam w sieci konkursy literackie i plastyczne, zapisując co ciekawsze; na jeden, poetycki, wysłałam nawet trzy wybrane wiersze. Mój umysł pracuje niczym nie zaćmiony, ostry jak świeżo naostrzony nóż; idee łączą się błyskawicznie, kolejna wykwita zanim jeszcze w pełni rozkwitnie poprzednia; każdy pomysł wydaje się wyśmienity, a ja czuję się artystką w swoim żywiole.

Tylko gdzieś tam w tyle głowy malutka, osamotniona postać macha czerwoną chorągiewką: czy to aby nie epizod maniakalny?…

Niewykluczone. Lecz i tak w tym stanie nie zasnę. Z manią wiąże się kilka problemów: po pierwsze, w zasadzie nie ma na nią leków; po drugie, nie mogę obniżyć dawki antydepresanta, bo wpadnę w czarną dziurę depresji; po trzecie, moje maniakalne fazy trwają zwykle krótko (szybka/ultraszybka zmiana faz), więc zamiast majstrować przy lekach, lepiej ją przeczekać; to, co się najprawdopodobniej wydarzy samoistnie, to stan depresyjny jako kontra do tego, w czym jestem teraz. A poza tym, kto nie marzy o porannym przypływie pomysłów?…Gdy ochłonę, posegreguję je i pewnie spora część trafi do kosza. Spróbuję je posortować, gdy będę się czuła „normalnie”. Jeśli bowiem zrobię to w fazie depresyjnej – wszystkie zostaną anulowane. Bo wiesz: jestem do niczego, nie nadaję się do niczego, nic nie potrafię dość dobrze, nie będę się ośmieszać, szkoda czasu, za wysokie progi, i tak dalej.

Gdyby jednak udało mi się jeszcze dospać z godzinę…

…mógłby to być dobry dzień.

This will be one of the numerous posts about for 4AM, for yet it happened again: I woke up at four and couldn’t sleep anymore. Maybe because of the fact that yesterday’s evening – or in fact, the afternoon – was divided into two phases: a three-hour sleep after Zyprexa and Lorazepam, a pause, and an evening proper falling asleep at the so-called normal time. Why Zyprexa and Lorazepam again? Because the ceiling in my bedroom wanted to crush me, and I suspected that I was essentially a werewolf with fur coming out of my belly; it’s best to check it by looking into the guts, right? I had to shut myself down, and nothing is more knocking out than a decent antipsychotic and a tranquilizer. Every day has been like this for a long time now. I function normally for several hours – I draw, paint, clean, go shopping, go for a walk with my dog, run; then suddenly a gear in my brain switches and I find myself in a different world, a different reality that I would like to call „parallel”, but unfortunately it is so distorted that it is far from parallel to anything.

Four in the morning is usually my most creative time. There is no question of sleeping, but there are plenty of ideas, and each one is better than the previous one – or so I think. I spent gray hours planning new theater plays, basing them on the ideas of updating fairy tales (I was inspired by Neil Gaiman’s literary course); then I browsed literary and art contests on the Internet, writing down these more interesting; for one, poetic, I even sent three selected poems. My mind works unobstructed, sharp as a newly sharpened knife; ideas come together in a flash, the next one blooms before the previous one has even fully bloomed; every idea seems amazing, and I feel like an artist in my element.

Only somewhere in the back of the head stands a tiny, lonely figure waving a red flag: is this not a manic episode? …

It could be. But in this state I will not fall asleep anyway. There are several problems with mania: first, there are hardly any cures for it; second, I can’t lower my antidepressant dose or I’ll fall into a depression black hole; third, my manic phases are usually short-lived (fast / ultrafast phase change), so instead of messing around with drugs, it’s better to wait it out; what will most likely happen on its own is depressed state as opposed to what I am in now. Besides, who doesn’t dream about the morning flow of ideas? … When I cool down, I’ll sort them out and probably a lot of them will end up in the bin. I’ll try to sort them when I feel „normal”. Because if I do it in the depressive phase – they will all be canceled. Because you know: I’m good for nothing, I can’t do anything well enough, I won’t make fun of myself, it’s a waste of time, the thresholds are too high, and so on.

If, however, I could still sleep for an hour …

… it could be a good day.

ultraszybka / ultrafast

(ENG.below) Mam nadzieję, że ten wpis przyczyni się do zrozumienia, czym jest w chorobie afektywnej dwubiegunowej/schizoafektywnej* (*połączeniu choroby dwubiegunowej i schizofrenii) szybka lub ultraszybka zmiana faz.

Poranek: czuję się całkiem nieźle. Idę z psem na spacer. Brak symptomów. Nastrój w porządku.

Południe: wciąż spokojna, pozytywnie zmęczona po 8-kilometrowym marszu.

Popołudnie: dostaję wiadomość, że sprzedałam prace z wystawy na zamku i zarobiłam za nie tyle, ile nigdy wcześniej za własną sztukę. Hasam po ulicy, podskakuję z radości. Piszę do rodziny, chcąc się podzielić swoim sukcesem, a pod maską ochronną mam banana na twarzy. Dostaję energetycznego kopa, chce mi się tańczyć, śpiewać, opowiadać dookoła o tym, co mi się przydarzyło. Radość, szczęście i duma tryskają ze mnie niepowstrzymanym strumieniem. Wracam do domu i wiem, że powinnam jakoś pozytywnie spożytkować moją energię – idę więc biegać. Gdzieś w tyle kołacze mi się myśl, że „im większa góra, tym większy dół”, ale wydaje mi się, że w taki dzień mój mózg chyba mi tego nie zrobi?…

Godzinę później: zaczyna się smutek. Że nawet cieszyć się nie mogę jak zdrowi ludzie, bo nadmierne emocje mi szkodzą. Bo powinnam przecież zachować umiar we wszystkim – inaczej wystrzeli mnie w kosmos albo manii, albo depresji, albo jednego i drugiego. Zaczynam się bać, co będzie za chwilę, a co może już się zaczyna… i jednocześnie wściekać na chorobę. Walę się pięścią w głowę, kilka razy. Pieprzony mózg! Zdrajca! Znów mnie zawodzi!

Pół godziny później: jest coraz gorzej. Przypływają myśli samobójcze i stają się coraz bardziej natarczywe. Tak, tak, jesteś zepsuta, zawsze będziesz, nic się nie zmieni, do dupy z takim życiem, nie chcemy tak żyć, nikt by nie chciał! Połamana laleczka! Skończ z tym! Wiesz, że zawsze tak będzie! Nie chcemy tak już dłużej żyć!

Biorę Lorazepam. Zamierzam się położyć do łóżka lecz wiem z doświadczenia, że w ten sposób tylko zapadnę się w ciemność jeszcze bardziej. Zaczynam więc sobie wyobrażać atak depresyjno-samobójczy jako przeciwniczkę na ringu. Taką totalnie nie fair, wiesz. Wali poniżej pasa, celuje tak, by spowodować bolesną kontuzję albo zupełnie usunąć mnie z gry. I tym razem walczę naprawdę mocno i zawzięcie. Nie kładę się do łóżka. Wizualizuję sobie tę wymianę ciosów, co dodaje mi energii. Potem włączam kolejną strategię: rozproszenie uwagi (z niemieckiego: ablenkung). Zabieram się za odświeżanie moich stron internetowych i przygotowywanie produktów świątecznych w moim designerskim sklepiku. Zapominam o śmierci. Skupiam się na zadaniu.

Godzinę później wstaję do kolacji. Mam już siłę mówić. Ale tracę ją z chwili na chwilę. Znów odzywam się za cicho, zbyt niewyraźnie. Przypływa depresyjne zmęczenie.

Odganiam je tworzeniem tego wpisu.

Hopefully this post will help you understand what fast or ultrafast phase change is in bipolar / schizoaffective disorder * (* a combination of bipolar disorder and schizophrenia).

Morning: I’m feeling pretty good. I go with the dog for a walk. No symptoms. The mood is fine.

Noon: still calm, positively tired after the 8-km walk.

Afternoon: I get a message that I have sold my artworks from the exhibition at the castle and have earned as much for them as never before for my own art. I start jumping and running down the street, laughing out loud with joy. I am writing to my family to share my success and I have a banana on my face under my face mask. I get an energetic kick, I feel like dancing, singing, talking about what happened to me to everyone I meet. Joy, happiness and pride gush out of me in an unstoppable stream. I come back home and I know that I should use my energy in some positive way – so I go jogging. Somewhere in the back of my mind I am recalling the menacing words that „the higher the top, the deeper the bottom”, but it seems to me that on such a day my brain won’t do it to me? …

One hour later: sadness and grief begin to grow in me. That I can’t even enjoy myself like healthy people, because excessive emotions hurt me. Because I should be moderate in everything  – otherwise, it will launch me into space, either mania or depression, or both. I am starting to be afraid of what will happen in a moment and what may already be starting … and at the same time angry about the disease. I hit my head with my fist a few times. The fucking brain! Traitor! He’s failing me again!

Half an hour later: it gets worse. Suicidal thoughts flush and become more and more persistent. Yes, yes, you are broken, you will always be, nothing will change, damned be life like this, we don’t want to live like this, nobody would! Broken doll! End with it! You know it will always be like this! We don’t want to live like this anymore!

I’m taking Lorazepam. I am going to go to bed, but I know from experience that this will only make me fall into darkness even more. So I begin to imagine a suicide-depression attack as an opponent in the ring. She is totally unfair, you know. She’s banging below the belt, aiming to cause a painful injury or remove me from the game. And this time I am fighting really hard and fiercely. I don’t go to bed. I visualize this blows exchange, which gives me some energy. Then I turn to another strategy: distraction (in German: ablenkung). I start refreshing my websites and preparing Christmas products in my designer shop. I forget about death. I focus on the task at hand.

An hour later I get up for dinner. I already have the strength to speak. But I lose it moment by moment. I am speaking too softly again, too indistinctly, muttering and whispering. Depressive fatigue comes.

I’m pushing it away by creating this blog entry.

nie wstydź się / don’t feel ashamed

(ENG.below) Zdarzyło mi się to już w przeszłości, ale chyba nigdy nie trwało tak długo – a to dlatego, że tym razem nie miałam ze sobą Zyprexy.

Wyobraź sobie: idziesz z ulicą, prowadzisz psa, słońce świeci, wieje miły wiaterek. Zaczyna cię jednak drażnić ruch uliczny. Jest za głośno i za intensywnie. Auta huczą wokół ciebie, czujesz się jak otoczona rojem pszczół. Potem zaczynasz odczuwać niepokój w całym ciele – to sygnał, że najprawdopodobniej zaraz zacznie się większy atak. I zaczyna się. Mijani przez ciebie ludzie stają się zagrożeniem lub podstawionymi aktorami. Dziwnie się na ciebie patrzą, prawda? Gdzieś z oddali dobiega śmiech. Pewnie z ciebie się śmieją. Może ludzie, może demony? Zaciskasz zęby i zastanawiasz się: dojdę do domu czy lepiej usiąść na jakimś przystanku i napisać sms do męża?…No tak, ale on ma teraz telekonferencję. Powalczymy zatem, dobra? Powoli, do celu. Skupiać się na krokach. Nie rozglądać. Nie dawać się wciągać dziwacznym, pokręconym myślom. Już niedaleko.

Wchodzę do domu i wyglądam jak duch. Jestem całkiem blada, spocona i pomarszczona z niepokoju i lęku. Zyprexa. Odpocznę…

To było w piątek.

Wczoraj jedyny w tym tygodniu dzień bez symptomów. Niestety wieczorem nie mogłam zasnąć do późnych godzin nocnych. Snułam się po mieszkaniu coraz bardziej porcelanowa i przestraszona, bo wiem, że regularny sen naprawdę dodaje mi wiele punktów do stabilności. A tu – nie chce przyjść…

Dziś dokonałam przełomowego kroku, a to dzięki mojemu małżonkowi. Od wielu miesięcy nie wiedziałam, co zrobić ze swoim profesjonalnym kontem na LinkedIn. Mam na nim link do strony mojej poradni psychologicznej, która przecież od dawna już nie działa; do biznesowego bloga, którego od lat już nie piszę; dane o profesji, której już nie uprawiam; zdjęcie sprzed kilku lat i opis, który nijak się nie ma do osoby, którą się stałam. Jednocześnie dostaję z portalu powiadomienia, że ludzie odwiedzają mój profil, a ja…no cóż. Nie lubię robić ludzi w konia.

Mąż zaproponował: dopisz do swojej ścieżki kariery kolejne punkty. Nie kasuj przeszłości – rekomendacji od tylu osób, tych ponad 450 znajomości, ról, jakie pełniłaś. Napisz po prostu, co robisz teraz. Nazwij to i określ się na nowo. Wymień wystawy (6), publikacje (wiele), wolontariaty (kilka). Zrób sobie aktualne zdjęcie. Popatrz na to w ten sposób: niektórzy rzucają korporację dla prowadzenia schroniska w górach, a ty rzuciłaś korporacje, by być artystką. Niech taką cię zobaczą.

Ach, co to była za odświeżająca przygoda! Najpierw makijaż, z tych produktów, które jeszcze się jakoś u mnie ostały. Potem szukanie dobrego oświetlenia i robienie sympatycznej miny. Może tak, a może lepiej tak? Nie chcę wyglądać dramatycznie, chcę się uśmiechać! Następnie nazwa zawodu: ARTYSTA…krótko i do rzeczy. I dwie ścieżki kariery: obraz i słowo. Jejku, czuję się jakbym otwarła książkę o swoim życiu na nowej, pustej stronie!

Jakie to dobre…

I wcale się nie wstydzę swojej „nowej twarzy”!

It has happened to me in the past, but it probably never lasted this long – and that’s because I didn’t carry Zyprexa with me this time.

Imagine: you are walking down the street, with you dog; the sun is shining, a nice breeze is blowing. However, you are starting to get irritated by the traffic. It’s too loud and too intense. Cars roar around you, you feel surrounded by a swarm of bees. Then you start to feel anxiety throughout your body – this is a signal that a major attack is most likely about to begin. And it starts. People you pass by become threats – or actors. They look at you weird, don’t they? You hear a laugh somewhere in the distance. They must be laughing at you. Maybe people, maybe demons? You grit your teeth and wonder: will I get home or is it better to sit down at a bus stop and text my husband? … but he has a teleconference now. So we’ll fight, okay? Slowly, towards the goal. Focus on the steps. Don’t look around. Don’t get caught up in weird, twisted thoughts. Home is not far away.

I come in and look like a ghost. I am pale and sweaty and wrinkled with anxiety and dread. Zyprexa. I will be able to rest now…

It was on Friday.

Yesterday was the only day this week without symptoms. Unfortunately, in the evening I could not fall asleep until late at night. I wandered around the apartment more and more porcelain-like and scared, because I knew that regular sleep really gives me a lot of points to stability. And now – it doesn’t want to come…

Today I made a breakthrough step thanks to my husband. For months, I hadn’t known what to do with my professional LinkedIn account. I have a link to the website of my psychological counselling center, which has not been operating for a long time; to a business blog that I have not been writing for years; data about a profession that I no longer practice; a photo from a few years ago and a description that has nothing to do with the person I have become. At the same time, I get notifications from the portal that people are visiting my profile, and I … well. I don’t fooling people.

The husband suggested: add more points to your career path. Do not erase the past – recommendations from so many people, those over 450 contacts, the roles you played. Just write what you are doing now. Name it and redefine yourself. List exhibitions (6), publications (many), volunteering (several). Take a recent photo of yourself. Look at it this way: some people quit corporations to run a mountain shelter, and you quit corporations to become an artist. Let them see you like that.

Ah, what a refreshing adventure it was! First – make-up, from those products that somehow still remain in my bathroom. Then looking for good lighting and making a nice face. Maybe this way, or maybe better like that? I don’t want to look dramatic, I want to smile! Then the name of the profession: ARTIST … short and to the point. And two career paths: image and words. Gee, I feel like opening a book about my life on a new blank page!

How good is that …

And I’m not ashamed at all of my „new face”!

jak każdy / like everyone

(ENG.below) „Normalność jest przereklamowana. Nigdy jej nie ufałem.” – napisał dziś do mnie mój depresyjny przyjaciel.

Zacznę od końca.

Wracam wieczorem do domu, siadam za stołem, zaczynam płakać. Mamroczę: udawać normalną. Dostosować się. Dostroić. Zwyczajne konwersacje. Uśmiech. Pytanie – reakcja. Nie wyglądać źle. Nie wyglądać za dobrze. Wyglądać normalnie. Normalna. Normalna. Dlaczego czuję się normalna tylko w otoczeniu ludzi nienormalnych? Tylko przy nich spokojna, zwyczajna, jak reszta, jak każdy z nich. Dlaczego nie stresują mnie mamroczący, chrząkający, spięci, roztrzęsieni, a spinają błyskotliwi, zabawni, sympatyczni, koleżeńscy, zorganizowani? Kim się stałam? Co sobie zrobiłam?

Godzina wcześniej: biorę udział w próbie sztuki teatralnej, którą sama napisałam. Czy to nie powód do dumy? Cały zespół daje z siebie wszystko; atmosfera w ogóle nie jest napięta, wszyscy wytrwale dążą do perfekcji, powtarzają, szlifują, doskonalą, i jeszcze raz, i jeszcze jeden. Dobrze się bawię, podziwiam ich, śmieję się na głos. Jednocześnie gdzieś w środku rzednie mi mina. Wydawało mi się, że napisałam zabawną komedyjkę. Tymczasem patrzę na to, co grają aktorzy i widzę zwariowaną, gorzką, dziwaczną historię. Czy naprawdę we wszystkim muszę zostawiać ślady i tropy własnego szaleństwa? Czy nie potrafię już być…Normalna. Normalna.

Dwie godziny wcześniej: relaksująca kąpiel, pół Lorazepamu, bo inaczej po prostu nie wyjdę z domu; taka jestem przejęta. Przebieram się już siódmy raz. To zbyt wyzywające, to za ciasne, to za luźne; to za ponure, w tym wyglądam jak własna babcia, a w tamtym jak gwiazda porno. Makijaż? Lepiej nie, mam tylko jakieś stare kosmetyki, bo generalnie się nie maluję. Szminka, tak, to zadziała. Kurtka od mamy jako totem. Wychodzę z domu i znów próbuję udawać normalną, mimo że będę 20min za wcześnie, bo przecież mogę się po drodze zgubić, bo nie orientuję się w terenie, bo muszę oswoić nowe miejsce, bo przecież może być wypadek na drodze, bo przecież……

„Nie powinnaś się w kółko obracać w środowisku innych wariatów. Wyjdź do zdrowych, znajdź sobie jakichś normalnych przyjaciół!” – mówi do mnie moja depresyjna przyjaciółka.

Nie wiem czy jeszcze potrafię.

“Normality is overrated. I never trusted it.” – my depressive friend wrote to me today.

I’ll start from the end.

I come home in the evening, sit at the table, I start to cry. I mumble: pretend to be normal. Adjust. Blend in. Ordinary conversations. Smile. Question – reaction. Don’t look bad. Don’t look too good. Look normal. Normal. Normal. Why do I only feel normal around abnormal people? Only with tchem do I feel calm, ordinary, like the rest, like each of them. Why am I not stressed by mumbling, grunting, tense, jittery, and tightened by smart, funny, friendly, organized? Who have I become? What have I done to myself?

An hour earlier: I’m attending a theatre rehearsal of a play I wrote myself. Isn’t that something to be proud of? The whole team is doing their best; the atmosphere is not tense at all, everyone is persistently striving for perfection, repeating, polishing, perfecting, and again, and another. I’m having a good time, admiring them, laughing out loud. At the same time, somewhere inside I’m catching a thought: I recall I wrote a funny comedy. Meanwhile, I look at what the actors are playing and see a crazy, bitter, bizarre story. Do I really have to leave traces of my own madness in everything? Can I no longer be… Normal. Normal.

Two hours earlier: a relaxing bath, half of Lorazepam or I just won’t leave the house; I’m too stressed. This is the seventh time I am changing my outlook. This one is too provocative, this one too tight, that one too loose; this is too gloomy, in this I look like my own grandma, and in that I look like a porn star. Makeup? Better not, I only have some old cosmetics because I don’t wear makeup in general. Lipstick, yes, it will work. Jacket from mom as a totem. I leave the house and try to pretend to be normal again, even though I will be 20 minutes too early, because I can get lost on the way, because I don’t have a good sense of direction, because I have to get used to a new place, because there may be an accident on the road, because ……

“You shouldn’t gspend your time only around crazy freaks. Go out to the healthy ones, find yourself some normal friends! ” – says my depressive friend.

I don’t know if I’m able to anymore.

wielkie zagubienie / big confusion

(ENG.below) Dziwne dni. Niby nic się nie dzieje, a jednak mam wrażenie, że kropki w mojej głowie nie do końca łączą się w normalny wzór. Wczoraj zastanawiałam się, czy nie jestem przypadkiem cyborgiem. Nie wiem, czy zdrowym psychicznie ludziom towarzyszą takie rozmyślania. Gdy za tym pojawia się pomysł sprawdzenia tego organicznie, przy pomocy noża, wiem, że czas na Zyprexę.

Mam wrażenie, że widzę rzeczywistość za szkłem. Że jakaś część mojego mózgu zajęta jest nieuchwytnym procesem, a ręce, które mogłyby mocno uchwycić się tego, co namacalne, trafiają w próżnię. Niby chodzę, niby biegam (w tym tygodniu już 16km), maluję, jem, rozmawiam, ale czuję się, jakby część mnie była gdzie indziej. Problem w tym, że nie mam pojęcia, gdzie.

Gdy z dość dużą regularnością tracisz kontakt z rzeczywistością, tracisz też długofalowo zaufanie do własnej oceny sytuacji, osądów i myśli, a nawet – do własnych zmysłów. Jak na drodze w gęstej mgle, znikają punkty odniesienia. Nie wiesz już, na czym możesz się oprzeć, co jest prawdziwe, co jest ułudą, a co snem. Oniryczny stan. I potencjalnie groźny.

Lekarze zdiagnozowali u mnie bardzo niski poziom kwasu foliowego – od kilku dni biorę więc tabletki. Co ciekawe, obniżony stan tej substancji może powodować zaburzenia pamięci (które ostatnio mnie dotykały), a nawet epizody psychotyczne. Byłoby naprawdę wspaniale, gdyby małe, niewinne i zupełnie niepsychiatryczne pigułki zmniejszyły częstotliwość moich psychotycznych faz.

Tymczasem, mój kolega zrezygnował z członkostwa w stowarzyszeniu artystycznym, bo wierzy, że zalągł się w nim diabeł. Jest o tym przekonany. Odstawił leki, bo wydaje mu się, że kontroluje sytuację i prawidłowo ją ocenia; że wreszcie widzi prawdę.

Choroby psychiczne oznaczają wielkie zagubienie, kryjące się pod maską sztywnych, absurdalnych przekonań.

Strange days. Apparently nothing is happening, but I have the impression that the dots in my head are not completely merging into a normal pattern. Yesterday I was wondering if I was a cyborg. I do not know if mentally healthy people are accompanied by such reflections. When the idea of ​​checking it organically with a knife comes up, I know it’s time for Zyprexa.

I have the impression that I see the reality like from behind the glass. That some part of my brain is occupied with an elusive process, and that hands that could hold tight to the tangible end up in a void. I’m kind of walking, running (16 km this week), painting, eating, talking, but I feel as if a part of me is somewhere else. The problem is, I have no idea where.

When you lose touch with reality on a fairly regular basis, you also lose confidence in your own judgment, thoughts, assessment and even your own senses in the long term. As if on the road in thick fog, the reference points disappear. You no longer know what to lean on, what is real, what is an illusion and what is a dream. Dreamy state. And potentially dangerous.

The doctors diagnosed me with a very low level of folic acid – so I have been taking pills for several days. Interestingly, the lowered state of this substance can cause memory disturbances (which have been affecting me recently) and even psychotic episodes. It would be really great if small, innocent and completely non-psychiatric pills decreased the frequency of my psychotic phases.

Meanwhile, my friend has resigned from membership in an artistic association because he believes that the devil is in it. He is convinced of it. He quit medication because he thinks he is in control of the situation and is assessing it correctly; that he finally sees the truth.

Mental illness is a big confusion, hidden behind a mask of stiff, absurd beliefs.

Spóźnione lekcje / Belated lessons

Choroba czyni nas wolniejszymi – mowa tu o fazie depresji. W fazie hipomanii jestem błyskotliwa i szybka, szybsza, najszybsza. Ale to w spowolnieniu, patrząc na swoje życie wstecz, życie najlepszej uczennicy/studentki/pracowniczki, dostrzegam, jak oporna byłam wobec niektórych lekcji.

Rób rzeczy w – nie tyle swoim, co ich – czasie.

Rób rzeczy pojedynczo, gwarantując tym samym sobie i im swoją pełną w nich świadomość.

Szanuj swoje ciało i bądź dla niego cierpliwa.

Ucz się „nie robić”, „nie brać”, „nie odbijać” – zamiast tego odsuń się w spokoju.

Naucz się nasłuchiwać w ciszy tego, czego chcesz. To bardzo cichy głosik.

A jakie są twoje lekcje?

*

The illness makes us slower – I mean depressive phase. In hypomania, I am smart and fast, faster, the fastest. But it is in this „lower state” of depression, looking back on my life of a perfect pupil/student/employee, when I discover how resistant I was towards some lessons.

Do things in THEIR time.

Do things one by one, which enables you to do them with full awareness.

Respect your body and be patient with it.

Learn to „not do”, „not take”, „not reply” – step back in peace.

Learn to listen in silence to what you really want. It speaks very quietly.

And what are your lessons?

Witaj. Welcome.

Ten blog jest dwujęzyczny. This blog is bilingual. (Polish/English)

(for ENG.scroll down) Powstał po to, by osoby żyjące z zaburzeniami psychicznymi bądź będące w kryzysie psychicznym czuły się mniej samotne i zagubione. Również po to, by osoby zdrowe mogły nas lepiej zrozumieć, mniej się nas bać i lepiej nas wspierać.

Kiedy zaczęłam go tworzyć, żyłam z diagnozą choroby dwubiegunowej. Później psychiatrzy zakwalifikowali mnie jako pacjentkę schizoafektywną (połączenie schizofrenii i choroby dwubiegunowej). Ostateczna diagnoza powstała po siedmiu latach leczenia – choroba schizoafektywna i zaburzenie osobowości typu borderline. Najstarsze wpisy dotyczą więc głównie wahań nastrojów, późniejsze – epizodów psychotycznych, najnowsze – osobowości z pogranicza.

Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego jestem psycholożką.

Choroba psychiczna może dotknąć każdego.

Wszystkie obrazki opublikowane na blogu są mojego autorstwa i są moją własnością. 

This blog was created so that people living with mental disorders or in a mental crisis feel less lonely and less lost. Also so that healthy people can understand us better, fear us less and support us in a constructive way.

When I started creating it, I was diagnosed with bipolar disorder. Later, psychiatrists classified me as a schizoaffective patient (a combination of schizophrenia and bipolar disorder). The final diagnosis was made after seven years of treatment – schizoaffective disease and borderline personality disorder. Thus, the oldest entries concern mainly mood swings, the later ones – psychotic episodes, the newest ones – borderline personality disorder.

I am a psychologist by education and professional experience.

Mental illness can affect anyone.

All the images that are published here I’ve created. They are protected by copyrights.