dom / home

(ENG.below) Wróciłam z trzytygodniowego pobytu w Polsce, stąd moje długotrwałe milczenie. Nie doświadczyłam prawie żadnych symptomów, mimo, że sytuacja była wymagająca i „dynamiczna”. Trzy krótkie derealizacje, problemy ze snem; tyle można unieść bez większego wysiłku. Po moim powrocie po prostu zabrakło mi słów; może stało się tak, ponieważ wszystkie mieszczą się teraz w nowej książce, którą wytrwale piszę, i która znalazła już swojego wydawcę.

Polska od jakiegoś czasu wydaje mi się nieznośnie homogeniczna w porównaniu z miejscem, w którym teraz żyję. Brak śniadych, czarnych, oliwkowych twarzy; kwiecistych sukien przybyszów z innych kontynentów, hidżabów, turbanów; siwe kobiety farbują w Polsce włosy z uporem maniaka, mamy mają po dwadzieścia lat mniej, niż tutaj, i wydaje się, że elegancję stawiają wyżej, niż wygodę, w przeciwieństwie do uporczywie sportowo ubranych zachodnio-europejczyków. Tu, gdzie żyję, moje lekarki się nie malują, niemal nikt oprócz kosmetyczek nie nosi tipsów, a na ulicy nie wzbudzam zainteresowania piercingiem i tatuażami, w przeciwieństwie do sytuacji w mojej rodzinnej miejscowości („no wiesz, tu nikt nie wygląda tak jak ty”; „mamo zobacz, ta pani ma kolorowe włosy!”) Są to jednak wyłącznie moje subiektywne wrażenia, wynikające zapewnie z niezgody na „Polskę dla Polaków”, rozczarowania i goryczy, że moja ojczyzna się zamyka – zamiast otwierać.

Nie wiem, jak przeżyłam trzy tygodnie bardzo napiętej atmosfery, z dwojgiem przewlekle chorych rodziców, z których jedno złamało sobie w trakcie mojego pobytu rękę i wymagało operacji; usiłowałam dostosować się do rytmu i nawyków dawnego domu, które stały się tak odległe od mojego stylu życia. Skutecznie zablokowałam więc wszystkie emocje, zmieniając się w usłużną maszynę do pomocy, przy okazji mediującą, wspierającą i empatyczną, mimo gwałtownie rosnącego poziomu agresji jednego z rodziców. Okazało się jednak, że to skutek uboczny leków, jakie zażywa. Współczuję, bo jestem w stanie to zrozumieć – bywałam „nie sobą” na lekach psychiatrycznych. Gdy wróciłam do siebie po trzech tygodniach, był to powrót do znanych miejsc i ludzi, ale nie prawdziwy powrót do siebie: moje emocje wciąż były zablokowane i kontakt z nimi umożliwiało mi wyłącznie oglądanie piłkarskich rozgrywek Euro. Aż dotarliśmy do kolejnej sesji terapeutycznej. Wylało się ze mnie morze łez, z napięcia i żalu.

Później nastąpiła seria fantastycznych zdarzeń, czyli rozmowa z wydawcą, dwa wernisaże i oprowadzanie po trzeciej wystawie, w której brałam udział. Jak tu unikać emocji w takiej sytuacji? Jak chronić się przed nadmiarem przeżyć, w tym i tych pozytywnych? Nadal nie potrafię tego robić. Kończyłam więc dni w głębokiej depresji, na ogromnym zmęczeniu; potrafiłam zasnąć popołudniu po czterech kawach, a po przebudzeniu wypić redbulla, by móc dalej funkcjonować. Na wydarzeniach artystycznych rozdawałam uśmiechy i pozowałam do zdjęć, po to, by po powrocie nie mieć siły się odzywać czy nie być w stanie przygotować sobie kolacji. Dysregulacja emocji – czuję albo wszystko, albo nic.

Fakt, że – z różnych względów – moi przyjaciele nie towarzyszyli mi w trakcie tych ważnych dla mnie wydarzeń uderzył boleśnie w samo serce borderline: odrzucenie, opuszczenie, samotność; dla nikogo nie jestem ważna, nikt mnie nie lubi, wszyscy mają mnie gdzieś lub dość. Bardzo to przeżyłam. Zaczęłam, jak typowy borderlinowiec, myśleć w kategoriach czarno-białych: „prawdziwi przyjaciele” versus „ludzie, którym na mnie w ogóle nie zależy, więc powinnam uciąć z nimi kontakt”. Złapałam się z pomocą męża na tym pogłębiającym przecież moją samotność mechanizmie. Dziś oprowadzam więc po wystawie jednego przyjaciela, w czwartek – drugiego.

Powoli oswajam się ze sobą i ze światem. Wracam do siebie, do swojego wewnętrznego domu. Nie zawsze mi się on podoba, lecz jest jedynym, jaki mam.

I came back from a three-week stay in Poland, hence my long silence. I experienced almost no symptoms, even though the situation was demanding and „dynamic”. Three short derealizations, trouble sleeping; this is how much I can bare without much effort. After my return, I just ran out of words; maybe it was because they are all now in a new book, which I am writing with persistence and which has already found its publisher.

For some time now, Poland has seemed unbearably homogeneous to me compared to the place where I live now. No black or olive faces; flowery dresses of visitors from other continents, hijabs, turbans; gray-haired women in Poland dye their hair with the stubbornness of a maniac, mothers are twenty years younger than here, and it seems that they put elegance above comfort, in contrast to the casually dressed people here. Here, where I live, my female doctors do not wear makeup, almost nobody except beauticians wears tips, and on the street I do not arouse interest in piercings and tattoos, unlike in my hometown („you know, nobody looks like you here” ;

„Mom, look, this lady has colorful hair!”) However, these are only my subjective impressions, probably resulting from the disagreement with „Poland for Poles”, disappointment and bitterness that my homeland is closing – instead of opening.

I still don’t know how I survived three weeks of a very tense atmosphere, with two chronically ill parents, one of whom broke his arm during my stay and required surgery; I tried to adjust to the rhythm and habits of my old home that had become so distant from my lifestyle. So I successfully blocked all emotions, turning into a helpful machine of support, good and empathetic at the same time, despite the rapidly growing level of aggression of one of the parents. It turned out, however, that it was a side effect of the medications she was taking. I feel sorry because I can understand it – I was „not myself” on psychiatric drugs. When I came back after three weeks, it was a return to familiar places and people, but not a real return to myself: my emotions were still blocked and I was able to contact them only while watching Euro football games. Until we got to the next therapy session. A sea of ​​tears spilled out of me, from tension and regret.

Later, there was a series of fantastic events, i.e. an interview with the publisher, two openings of new wxhibitions and a tour of the third exhibition in which I participated. How to avoid emotions in such a situation? How to protect yourself from the excess of experiences, including positive ones? I still can’t do this. So I ended my days deeply depressed and exhausted; I was able to fall asleep in the afternoon after four coffees, and after waking up, drink Redbull to be able to continue functioning. At artistic events, I handed out smiles and posed to photos, only to return home exhausted, not having the strength to speak or not being able to prepare dinner for myself. Emotional dysregulation – I feel either all or nothing.

The fact that – for various reasons – my friends did not accompany me during these important events for me, hit the very heart of borderline painfully: rejection, abandonment, loneliness; I’m not important to anyone, nobody likes me, no one cares or everyone is sick of me. I started to think in black and white terms like a typical borderliner: „true friends” versus „people who don’t care about me at all, so I should cut contact with them.” With my husband’s help, I caught myself on this mechanism, which after all, deepened my loneliness. So today I’m showing one friend around the exhibition, and on Thursday – the other one.

I am slowly getting used to myself and the world. I’m going back to myself, to my inner home. I don’t always like it, but it is the only one I have.

kocha, lubi, gardzi / loves, likes, despises

(ENG.below) I znów taniec z chorobą: trzy kroki do przodu, dwa kroki wstecz. Mój psychiatra zawsze mawia, że powinnam sobie oszczędzać zarówno zbyt intensywnych przeżyć negatywnych, jak i pozytywnych. To ostatnie nie brzmi zdroworozsądkowo, a jednak – wczoraj doświadczyłam sporo emocji pozytywnych, których nie byłam w stanie pomieścić w sobie. Z minuty na minutę czułam się coraz bardziej rozdygotana, a mój mąż niestety (na szczęście dla niego) miał w tym czasie gości – usiłowałam więc sobie pomóc sama. Włączyłam wszystkie znane strategie, ale było tylko gorzej, bo wróciły do mnie wspomnienia związane z tym, że cierpię i jestem w tym sama; inni się w tym czasie bawią. Próbowałam przemawiać do swojej dorosłej części, ale było to jak krzyczenie pod wiatr za kimś, kto znajduje się naprawdę bardzo daleko. Zaczęłam się trząść, przypłynęły myśli samobójcze, a napięcie było tak ogromne, że wydawało mi się, że rozładuję je tylko zadając sobie fizyczny ból. Rozsadzało mnie od środka. Wzięłam Lorazepam, potem drugi. Ten uspokoił mnie na tyle, że potrafiłam skorzystać ze strategii „relaksująca kąpiel”, nie bojąc się już, że będę miała impuls samobójczy w wannie.

Osoby z zaburzeniami ze spektrum borderline panicznie boją się samotności i odrzucenia. Jak rekin, który wyczuwa kropelkę krwi na mile, tak one interpretują „zwyczajne” dla ludzi zdrowych sytuacje jako dramat odtrącenia, samotności i ogromnej pustki, której panicznie się boją. Błyskawicznie regresują do stanu dziecka, które przerażone wyciąga ręce, ale łapie tylko powietrze. To wzmacnia tylko symptomy i znajdują się w błędnym kole lęku przed wyimaginowanym odrzuceniem i lęku przed samą sobą, bo w tym stanie zdolne są niemal do wszystkiego, by poradzić sobie z napięciem.

Czytam ostatnio książki o borderline i są jak lustro – nie w każdym aspekcie, ale w wielu. Dysregulacja emocji – tak, zdecydowanie; odczuwanie wszystkiego mocniej, niż inni; porwanie przez emocje; regresowanie; paniczny lęk przed odrzuceniem i poczucie wewnętrznej pustki. Ostatnio utknęłam na ćwiczeniu „rzeczy, które w sobie kochasz”. Nie potrafiłam wymyśleć absolutnie nic. Słowo „kochasz” wydało mi się całkowicie nieadekwatne w opisie mojej relacji z samą sobą. „Lubię” brzmi łatwiej, ale i tak niełatwo. „Rzeczy, których się w sobie boję, którymi gardzę i które odrzucam” – o, takie ćwiczenie przyszłoby mi z łatwością. I tu znów odzywa się BPD (bordeline personality disorder) i propozycja autorów książki, by jednak szukać i drążyć, i znaleźć – choćby jedną rzecz, za którą się kochamy.

To naprawdę trudne ćwiczenie.

And… dancing with the disease again: three steps forward, two steps back. My psychiatrist always says that I should spare myself both overly intense negative and positive experiences. The latter does not sound common sense, and yet – yesterday I experienced a lot of positive emotions that I was not able to contain inside myself. Every minute I felt more and more shaky, and my husband, unfortunately (fortunately for him), had guests at that time – so I tried to help myself. I turned on all the known strategies, but it only got worse because the memories of suffering and being alone in it came back to me; others are having fun at the time. I tried to speak to my adult part, but it was like shouting into the wind for someone who is really far away. I started to tremble, suicidal thoughts surged, and the tension was so great that I thought I could only relieve it by giving myself physical pain. I was bursting from the inside. I took Lorazepam, then another. This calmed me down enough that I was able to use the „relaxing bath” strategy, not being afraid any longer that I would have a suicide impulse in the bathtub.

People with borderline disorder fear loneliness and rejection. Like a shark that senses a drop of blood for miles, so they interpret „ordinary” situations for healthy people as a drama of rejection, loneliness and a huge emptiness that they fear. They instantly regress to the state of a child who, frightened, stretches out her arms, but only grasps air. This only strengthens the symptoms, and they are in the vicious cycle of fear of imaginary rejection and fear of themselves, because in this state they are capable of almost anything to deal with the tension.

I have been reading books on borderline recently and they are like a mirror – not in every aspect, but in many. Emotional dysregulation – yes, definitely; feeling everything stronger than others; kidnapped by emotions; regressing; panic fear of rejection and a feeling of emptiness inside. Recently, I got stuck practicing „the things you love about yourself.” I couldn’t think of anything. The word „love” seemed to me to be completely inadequate in describing my relationship with myself. „Like” sounds easier, but still not easy. „Things I fear about myself, which I despise and reject” – oh, such an exercise would come easily to me. And here again comes BPD (bordeline personality disorder) and the proposition of the authors of the book to search and drill down and find – at least one thing for which we love ourselves.

This is a really hard exercise.