obecność / presence

(ENG.below) Kiedy spoglądam wstecz na czas sprzed pobytu w klinice, widzę, jak bardzo cierpiałam. Góra – dół, dół – góra; zwidy, urojenia, myśli samobójcze. Przerażające, lecz byłam do takiej rzeczywistości niemal przyzwyczajona. Ot, takie życie mi się utkało – nie z mojej winy; muszę je jakoś uciągnąć, jakoś uciągnąć siebie w tym wszystkim i mimo tego wszystkiego.

Teraz, kiedy w szpitalu nauczono mnie trochę więcej o mnie samej, zmieniono leki i wyposażono w bukiet umiejętności (oraz czekoladki na do widzenia), nagle żyję innym życiem. Spokojniejszym, mniej wymagającym, krok za krokiem. Leżenie i oddychanie nie wydaje się już stratą czasu, a koniecznym zajęciem się własnym spokojem. Wdychanie lawendy – codzienną strategią na rozluźnienie, a nie tylko weekendowym wypadem na alpejską łąkę. Gorące kąpiele z niezliczoną liczbą zapachów – momentem powrotu do własnego ciała i poczucia siebie jako fizycznej istoty, chwilowo nie rozrywanej przez skrajne emocje. Piłka relaksacyjna, którą mogę objąć, na której mogę się rozciągnąć i poturlać oraz szukać równowagi jest moją nową najlepszą przyjaciółką. Zaczęłam słuchać muzyki medytacyjnej nie przy okazji robienia czegoś innego, produktywnego, lecz po prostu – dla samej tej uspokajającej czynności. Ziołowa herbata na sen i ukojenie nerwów już nie kojarzy mi się z bezradnością, a z wieczornym rytuałem dla siebie samej.

Wszystko to jest dla mnie nowe.

Widzę, jak bardzo ściśnięta żyłam.

Oczywiście, to nie jest bajka. Wciąż zdarzają mi się momenty lęku, przerażenia, zacisku gardła i łez napięcia; poczucia pustki i obezwładniającej, skrajnej samotności. Staram się wtedy stawać naprzeciwko mojego zaburzenia i mówić mu: nie pójdziesz dalej. A gdy mimo wszystko idzie, a ja wiem, że moi wewnętrzni wojownicy wykorzystali już wszystkie strategie obrony, ratuję się Lorazepamem.

Uważność. Troska. Otwartość. Czułość. Wsparcie. Obecność. To wszystko dostałam w moim bezpiecznym miejscu, w klinice psychiatrycznej. Gdy jest źle, przypominam sobie pielęgniarza, pana M., który siadał dwa metry ode mnie, zdejmował maseczkę, uśmiechał się i zachęcał do mówienia. Zawsze, zawsze miał dla mnie czas.

Tego czasu i tej uważności bardzo potrzebuję.

*cokolwiek mnie wzmocniło, nie był to ból (napis na rysunku)

When I look back at the time before I went to the clinic, I can see how much I was suffering. Up – down, down – up; delusions, distorted thinking, emotional rollercoaster, thoughts and plans of suicide. Scary, but I was almost used to it. Oh, such a life has been woven for me, I thought – not my fault; I have to pull it somehow, somehow pull myself in all this, and in spite of it all.

Now that I’ve been taught a little more about myself in the hospital, my medications have been changed and I have been given a bunch of skills (and goodbye chocolates), suddenly I’m living a different life. Calmer, less demanding, step by step. Lying down and breathing no longer seems like a waste of time, but a necessary concern for my own peace. Lavender inhalation – a daily relaxation strategy, not just a weekend trip to an alpine meadow. Hot baths with countless fragrances – a moment of returning to my own body and feeling myself as a physical being, temporarily not torn by extreme emotions. A relaxation ball that I can embrace, where I can stretch and roll and look for balance is my new best friend. I started listening to meditation music not while doing something else, productively, but simply for the sake of the calming activity itself. Herbal tea for sleep and soothing nerves I no longer associate with helplessness, but with an evening ritual for myself.

All of this is new to me.

I can see how cramped I was.

Of course, this is not a fairy tale. I still have moments of fear, terror, tightness in my throat and tears of tension; a feeling of emptiness and overwhelming, extreme loneliness. Then I try to face my disorder and tell him: you won’t go any further. And when it does not go despite all, and I know my inner warriors have used all their defense strategies, I save myself with Lorazepam.

Mindfulness. Care. Openness. Tenderness. Support. Presence. I got it all in my safe place, in a psychiatric clinic. When it is bad, I remember a nurse, Mr. M., who used to sit down two meters away from me, took off his mask, smiled and encouraged me to speak. Always, always had time for me.

I need this time and this presence very much.

Blizny / Scars

(ENG.below) W chorobie dwubiegunowej obie skrajności, mania i depresja, znajdują się niezwykle blisko siebie. To jak dwie strony tej samej monety, która może błyskawicznie obrócić się w locie; tak przynajmniej jest w moim przypadku. Napieram więc do przodu; śmiejąc się diabolicznie pędzę, galopuję, bo wiem, że tuż za następnym zakrętem może czaić się Depresyjna Biegunica. Już ją przeczuwam. Bezradność, bezsilność, ciemność, opozycja do życia, choć nie do końca umieranie; wegetacja, trwanie, podczas gdy godziny niemiłosiernie powoli kapią z zegara jak u Salvadora Dali.

Szukając źródeł mojego największego lęku, wdrukowanego wskutek traumatycznego zdarzenia sprzed wielu, wielu lat, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, usiłuję być najsilniejszą wersją siebie, bojąc się (paradoksalnie), że jeśli tak nie zafunkcjonuję, spadnę w wielką przepaść bólu i żalu. Wiem jednak, że ta droga nie jest tak prosta, że ból i żal też są jej częścią, że będę musiała zrobić ten przystanek, wyjąc jak ranne zwierzę złapane we wnyki. Choć na razie wolę odgryźć sobie łapę i uciekać dalej. Byle przed siebie, byle daleko od tamtego doświadczenia z przeszłości, którego przecież nie da się odwrócić, odczynić, choć tak bardzo bym chciała odzyskać niewinność.

Tymczasem mogę jedynie zafastrygować okaleczenie i pisać o bliznach.

In bipolar disorder, both extremes, mania and depression, are extremely close together. They are like two sides of the same coin that can instantly rotate in flight; at least that is my case. So I push forward; laughing diabolically, rushing, I gallop, because I know that just behind the next corner there may be a Depressive Pole awaiting. I already sense it. Helplessness, powerlessness, darkness, opposition to life, though not dying completely; vegetation, surviving, while hours mercilessly slowly drip from the clock like on Salvador Dali’s paintings.

Searching for the sources of my greatest fear, imprinted as a result of a traumatic event many years ago when I was a little girl, I am trying to be the strongest version of myself, fearing (paradoxically) that if I do not function like this, I will fall into a great abyss of pain and grief. However, I know that this path is not so simple, that pain and sorrow are also part of it, that I will have to make this stop, howling like a wounded animal caught in snares. Although for now I prefer to bite off my paw and run away. Just move forward, far from that past experience, which, after all, cannot be reversed, undone, though I would like to regain innocence so much.

Meanwhile, I can only baste the mutilation and write about scars.

Witaj. Welcome.

Ten blog jest dwujęzyczny. This blog is bilingual. (Polish/English)

(for ENG.scroll down) Powstał po to, by osoby żyjące z zaburzeniami psychicznymi bądź będące w kryzysie psychicznym czuły się mniej samotne i zagubione. Również po to, by osoby zdrowe mogły nas lepiej zrozumieć, mniej się nas bać i lepiej nas wspierać.

Kiedy zaczęłam go tworzyć, żyłam z diagnozą choroby dwubiegunowej. Później psychiatrzy zakwalifikowali mnie jako pacjentkę schizoafektywną (połączenie schizofrenii i choroby dwubiegunowej). Ostateczna diagnoza powstała po siedmiu latach leczenia – choroba schizoafektywna i zaburzenie osobowości typu borderline. Najstarsze wpisy dotyczą więc głównie wahań nastrojów, późniejsze – epizodów psychotycznych, najnowsze – osobowości z pogranicza.

Z wykształcenia i doświadczenia zawodowego jestem psycholożką.

Choroba psychiczna może dotknąć każdego.

Wszystkie obrazki opublikowane na blogu są mojego autorstwa i są moją własnością. 

This blog was created so that people living with mental disorders or in a mental crisis feel less lonely and less lost. Also so that healthy people can understand us better, fear us less and support us in a constructive way.

When I started creating it, I was diagnosed with bipolar disorder. Later, psychiatrists classified me as a schizoaffective patient (a combination of schizophrenia and bipolar disorder). The final diagnosis was made after seven years of treatment – schizoaffective disease and borderline personality disorder. Thus, the oldest entries concern mainly mood swings, the later ones – psychotic episodes, the newest ones – borderline personality disorder.

I am a psychologist by education and professional experience.

Mental illness can affect anyone.

All the images that are published here I’ve created. They are protected by copyrights.