czterdzieści lat, od nowa / forty years, anew

(ENG.below) Istnieje lista kryteriów zaburzenia osobowości typu borderline, z której należy spełniać co najmniej pięć, by móc zostać zdiagnozowanym (uwaga, nie diagnozować się samemu; w książce poświęconej temu zaburzeniu znalazłam ciekawą analogię – tak jak nie diagnozujemy samodzielnie u siebie samych niedoczynności nerek, choroby serca ani nowotworu). Spełniam sześć. Coraz bardziej myślę o tym, że po siedmiu latach diagnozowania, eksperymentowania, próbowania, leczenia, bezskutecznych prób wyjścia na dłuższą prostą w końcu znaleźliśmy (dwie panie doktor z pomocą danych ode mnie i mojego psychiatry, testów i obserwacji) klucz do Tajemnicy. Co w niej się kryje?

  1. Tendencje samobójcze (myśli, plany, impulsy) i tendencje do samookaleczania. 2. Szybkie wahania nastrojów (czyżby moja diagnoza choroby dwubiegunowej w wariancie ultrarapidcycling była błędna?). 3. Lęk przed prawdziwym lub wyimaginowanym porzuceniem (wyjścia mojego męża z kolegami w tygodniu przeżywam jak zsyłkę na Sybir, choć bardzo się staram pielęgnować w sobie spokój i poczucie bezpieczeństwa). 4. Poczucie pustki wewnętrznej (trochę jakbym była z powietrza, albo miała w środku dziurę – i ogromny lęk przed konfrontacją z nią). 5. Dysocjacje w momentach napięcia i stresu, myśli paranoidalne (zakwalifikowane dotychczas jako element mojego zaburzenia schizoafektywnego). 6. Niestały obraz własnej osoby (człowiek-kameleon; jak ja wspaniale potrafię się dostosować do rozmówców; płynność mojej tożsamości płciowej i seksualnej, zmieniająca definicje, określniki; moje włosy zmieniające kolor co kilka dni/maksymalnie tygodni; kim ja właściwie jestem, do czego/kogo/dokąd przynależę).  

Brnę ( z ulgą, odrazą, nadzieją, beznadzieją, frustracją, ciekawością) przez kolejne książki dotyczące borderline i myślę sobie – jak to dobrze, że ktoś o mnie napisał…Jak to dobrze, że już nie jestem trudnym, skomplikowanym przypadkiem, przy którym lekarze rozkładają ręce. Dysregulacja emocji – w skrócie: czuję za dużo i nie potrafię tych uczuć pomieścić. Być może moje ciało migdałowate jest za małe, może moje emocje nie były uznawane, gdy byłam mała (zwłaszcza złość czy strach), być może to zasługa traumy z wczesnych lat dziecięcych, albo/i zaburzeń dopaminowo-serotoninowych. A może wszystkiego naraz.

Uczę się siebie jeszcze raz. Powoli i uważnie, z dużą dozą lęku. Lecz tym razem w rękach trzymam przewodnik – mapę takich osób, jak ja.

Mam czterdzieści lat.

There is a list of criteria for borderline personality disorder, of which at least five must be met in order to be diagnosed (attention, do not self-diagnosed; in a book devoted to this disorder, I found an interesting analogy – just as we do not diagnose ourselves with kidney failure, heart disease nor cancer). I meet six. I think more and more about the fact that after seven years of diagnosing, experimenting, checking out, treating, unsuccessfully trying to succeed, we finally (two doctors with the help of data from me and my psychiatrist, tests and observation) found the key to the Secret. What’s in it?

1. Suicidal tendencies (thoughts, plans, impulses) and self-harm tendencies. 2. Rapid mood swings (is my diagnosis of bipolar disorder in the ultrarapidcycling variant wrong?). 3. Fear of real or imaginary abandonment (my husband’s departure with friends during the week is like a deportation to Siberia, although I try very hard to cultivate peace and a sense of security). 4. A feeling of inner emptiness (a bit as if I were out of thin air or had a hole in the middle – and a huge fear of confronting it). 5. Dissociation in moments of tension and stress, paranoid thoughts (so far classified as part of my schizoaffective disorder). 6. An inconstant image of myself (chameleon-woman; how wonderfully I can adapt to my interlocutors; fluidity of my gender and sexual identity, changing definitions, determinants; my hair changing color every few days / maximum weeks; / who / where do I belong).

I wade (with relief, disgust, hope, hopelessness, frustration, curiosity) through subsequent books on borderline and I think to myself – how good it is that someone wrote about me instead of spreading their hands saying “we tried everything”. Emotional dysregulation – in short: I feel too much and cannot contain these feelings. Maybe my amygdala is too small, maybe my emotions were not validated when I was small (especially anger and fear), maybe it was due to early childhood trauma and / or dopamine-serotonin dysregulation. Or maybe all at once.

I am learning myself again. Slowly and carefully, with a lot of fear. But this time I have a guide in my hands – a map of people like me.

I am forty years old.

widz specjalnej troski / a special needs spectator

(ENG.BELOW) Rozglądam się w prawo, rozglądam się w lewo, a symptomów jak nie było, tak nie ma. To już niemal cały wolny od cierpienia tydzień! Pierwszy od wielu, wielu dni. Kwas walproinowy, moja nowa miłość, mój obiekt westchnień i wdzięczności; oby tylko moja wątroba zareagowała podobnie. Oczywiście, są i skutki uboczne, jak zawsze w przypadku leków psychiatrycznych: słabość, senność, zawroty głowy. Dziś już jednak nie wytrzymałam trybu leżąco-siedzącego i mimo wszystko poszłam biegać. Na początku moje mięśnie były jak z waty albo siana, ale po kilku okrążeniach stadionu (trochę koślawych, bo zawroty głowy) wszystko się ustabilizowało. Zegarek pokazuje, że w tym miesiącu przebiegłam już 40km. Jak na osobę cierpiącą, niedospaną, osłabioną – całkiem nieźle. Udaje się to jednak tylko dlatego, że nauczyłam się wskakiwać w okienka dobrego samopoczucia i wykorzystywać je jak najbardziej. Godziny, chwile w ciągu dnia, kiedy wyglądam i zachowuję się „jak normalny człowiek”. Maluję, piszę, usiłuję sprzedawać, by zarobić pieniądze na świąteczne prezenty. Zaczynam myśleć też o tym co robię w kategoriach „malarstwo”, a nie „malowanie, rysowanie, nowe obrazki”, i przymierzam do siebie to pierwsze słowo, z rumieńcem niepewności, czy pasuje; na razie jest trochę za duże i za mocne, ale chcę do niego dorosnąć.

Wczoraj, na fali dobrego samopoczucia, postanowiłam obejrzeć polecany serial „Gambit Królowej”. Od kilku tygodni niczego nie oglądałam ani nie czytałam, bo mój mózg w fazie maniakalno-psychotycznej dostarczał mi dostatecznej stymulacji od wewnątrz – myśl o dokładaniu sobie emocji filmem czy książką wywoływała we mnie odrazę. Tym razem się przeceniłam. Musiałam wyłączyć. Tak strasznie się spięłam, przejęłam, ścisnęłam (nie chcę spoilerować…), że przerwałam już w trakcie pierwszego odcinka i ratowałam się Lorazepamem, gorącą kąpielą i sesją przytulania. Bądźcie uważni, polecając wydarzenia kulturalne chorym psychicznie – niezależnie od tego, jak bardzo sami jesteście pod wrażeniem i jak bardzo was wciągnęły (mamo, tato…). Zastanówcie się najpierw, czy film, serial, książka nie zawiera treści, które grzebią takim osobom prosto w bebechach, wywracając je na drugą stronę. Samobójstwo? Uzależnienia? Napięcie? Szaleństwo? Dojmująca samotność? Nie.

Polecajcie lepiej Teletubisie.

A ja muszę się pogodzić z tym, że jestem widzem specjalnej troski. Że mój mózg nie ma dostatecznej osłony przed tak wieloma treściami. Że muszę…uważać na głowę.

I look to the right, I look to the left, and symptoms are not there. It’s been almost a whole week without suffering! The first in many, many days. Valproic acid, my new love, my object of sighs and gratitude; if only my liver reacted similarly. Of course, there are also side effects, as always with psychiatric drugs: weakness, drowsiness, dizziness. Today, however, I couldn’t stand the lying-sitting mode and went for a run anyway. At first my muscles felt like cotton or hay, but after a few laps of the stadium (a bit lopsided, because I was dizzy) everything stabilized. My watch shows that I have already run 40 km this month. For a suffering, sleepy, weakened person – not bad. However, it only works because I have learned to jump into the feel-good windows and use them as much as possible. Hours, moments during the day when I look and act „like a normal person”. I paint, write, try to sell to earn money for Christmas presents. I am also starting to think about what I am doing in terms of „painting art” istead of „playing around, drawing, new pictures”, and I try on the first expression with myself, with a blush of uncertainty as to whether it fits; for now it’s a bit too big and too strong, but I want to grow up to it.

Yesterday, on the wave of well-being, I decided to watch the recommended series „The Queen’s Gambit”. For several weeks I had not watched or read anything, because my brain in the manic-psychotic phase provided me with enough stimulation from the inside – the thought of adding emotions to myself with a film or a book made me almost want to throw up. This time I overestimated myself. I had to turn the series off. I got so tense, overwhelmed, squeezed (I don’t want to write spoilers…) that I stopped during the first episode and saved myself with Lorazepam, a hot bath and a cuddle session. Be careful when recommending cultural events to the mentally ill – no matter how impressed you are and how much you got involved (Mum, Dad…). First, think about whether the movie, series or book does not contain any content that kicks such people right in the guts. Suicide? Addiction? Tension? Madness? Overwhelming loneliness? No.

Better recommend Teletubbies.

And I have to accept that I am a spectator of special needs. That my brain does not have enough shield against a specific content. That I must … watch my head.

przerwa w maratonie / a pause during a marathon

(ENG.BELOW) Jako że zbieram ostatnio odznaki „Dzielny pacjent” (podobno dają takie dzieciom w przychodniach…), kolejne doświadczenie za mną – punkcja lędźwiowa bez znieczulenia. Wiadomo, mieszkam w kraju twardzieli, po co więc znieczulać w momencie wbijania igły w kręgosłup i ściągania stamtąd płynu mózgowo-rdzeniowego. No cóż, co kraj to obyczaj. Punkcję robiłam, by wykluczyć autoimmunologiczne zapalenie mózgu, które wywołuje objawy psychotyczne i problemy z pamięcią. Wyniki na początku grudnia. Cierpliwość. Druga cecha tego dzielnego narodu.

Tymczasem same dobre wieści: wczoraj i dziś – brak symptomów. Przestałam malować na krwawoczerwono i ostroniebiesko, zaczęłam na jasnoróżowo i szaro. Jako że w poniedziałek przeżyłam poważne załamanie i wypłakałam u mojego psychiatry sporo łez, błagając o pomoc, „bo już nie dam rady”, zrobiliśmy porządny remanent leków i rozpoczęłam nową przygodę z antyepileptycznym kwasem walproinowym. To moje trzecie podejście do tego lekarstwa. Dwa poprzednie zakończyły się dość szybko protestem mojej wątroby. Nie jestem pewna, na co liczymy tym razem – to w końcu ta sama wątroba, choć w o niebo lepszym stanie niż kilka lat temu; niemniej jednak próbujemy i na razie Valproit działa. Jeśli badanie krwi w przyszłym tygodniu wskaże na nienaturalnie podwyższone wskaźniki wątrobowe, będziemy musieli szukać dalej. Podobno na rynku pojawiło się coś nowego, co moglibyśmy wypróbować w drugiej kolejności. A może to tylko zbieg okoliczności, może faza maniakalno-psychotyczna zakończyła się sama z siebie. Nie wiemy. Prawdopodobnie się nie dowiemy. Wiem tylko, że maluję na szaro i czuję się spokojna.

Po punkcji muszę leżeć, piszę więc na leżąco; nie wychodząc z łóżka udało mi się dziś sprzedać jedną z moich prac plastycznych. Radość. Satysfakcja. Oszczędna, bo wiadomo: mam sobie oszczędzać bodźców. Uśmiecham się więc półgębkiem, a w środku fikam koziołki. Łagodne koziołki.

Autoimmunologiczne zapalenie mózgu byłoby ciężką, ale konkretną diagnozą, która paradoksalnie dałaby mi odrobinę nadziei, bo da się je leczyć. Brzmi strasznie, ale uwierz mi, dla mnie i tak lepiej niż lekoodporna odmiana choroby schizoafektywnej/dwubiegunowej z ultraszybką zmianą faz. Dostałabym magiczne pastylki i uwolniła się od patrzących na mnie obrazów, śledzących mnie oczu, muzyki, której wcale nie ma, panicznego, irracjonalnego lęku, napadów niepokoju, bezsenności, myśli samobójczych i wielu innych objawów. Brzmi to wszystko bardzo desperacko; tak, jestem zdesperowana. Przedwczoraj dopłynęłam do brzegu moich możliwości i tolerancji psychicznego bólu. Naprawdę wolałabym zapalenie mózgu. Przepraszam jednocześnie wszystkie osoby z zapaleniem mózgu. Być może nie wiem, co mówię.

Czekamy zatem na diagnozę z początkiem grudnia.

W międzyczasie maluję na szaro, śnię dziwne sny i odpoczywam po maniakalno-psychotycznym maratonie.

A może to tylko chwilowa przerwa w trakcie maratonu.

As I have been collecting „Brave Patient” badges recently (apparently they give them to children in clinics …), another experience is behind me – a lumbar puncture without anesthesia. You know, I live in the country of tough guys, so why anesthetize when sticking a needle into the spine and pulling the cerebrospinal fluid from there. Well, every country has its curiosities. I did the puncture to rule out autoimmune encephalitis, which may cause psychotic symptoms and memory trouble. Results in early December. Patience. The second trait of this brave nation.

Meanwhile, only good news: yesterday and today – no symptoms. I stopped painting bloody red and intense blue and started light pink and gray. As on Monday I experienced a serious breakdown and cried a lot of tears at my psychiatrist, begging for help, „because I can’t bear it anymore”, we made a decent inventory of drugs and started a new adventure with the antiepileptic valproic acid. This is my third attempt at this drug. The previous two ended with my liver protesting pretty quickly. I’m not sure what we’re counting on this time – it’s the same liver, after all, although in much better condition than it was a few years ago; nevertheless we try and for now Valproit works. If next week’s blood test shows abnormally elevated liver rates, we’ll have to look further. Apparently, there is something new on the market that we could try secondly. Or maybe it’s just a coincidence, maybe the manic-psychotic phase has ended by itself. We do not know. We probably won’t find out. All I know is that I paint gray and I feel calm.

After the puncture I have to lie down, so I write lying down; today I managed to sell one of my artworks without leaving my bed. Joy. Satisfaction. Economical, because you know: I have to save myself from emotional stimuli. So I smile half-mouth, and inside I roll back and forth on a grass of joy like a puppy. A gentle puppy though.

Autoimmune encephalitis would be a hard but concrete diagnosis that, paradoxically, would give me some hope because it is treatable. Sounds scary, but believe me, for me it’s still better than the drug-resistant type of schizoaffective / bipolar disorder with ultrafast phase change. I would have gotten the magic pills and free myself of the paintings looking at me, the eyes following me, the music that is not there at all, panic, irrational fear, anxiety attacks, insomnia, suicidal thoughts and many other symptoms. It all sounds very desperate; yes, I am desperate. The day before yesterday I swam to the edge of my possibilities and tolerance of mental pain. I really would prefer encephalitis. I apologize to all people with encephalitis at the same time. Maybe I don’t know what I’m talking about.

Therefore, we are waiting for the diagnosis at the beginning of December.

In the meantime, I paint gray, dream strange dreams and rest after a manic-psychotic marathon.

Or maybe it’s just a pause during the marathon.

nie wstydź się / don’t feel ashamed

(ENG.below) Zdarzyło mi się to już w przeszłości, ale chyba nigdy nie trwało tak długo – a to dlatego, że tym razem nie miałam ze sobą Zyprexy.

Wyobraź sobie: idziesz z ulicą, prowadzisz psa, słońce świeci, wieje miły wiaterek. Zaczyna cię jednak drażnić ruch uliczny. Jest za głośno i za intensywnie. Auta huczą wokół ciebie, czujesz się jak otoczona rojem pszczół. Potem zaczynasz odczuwać niepokój w całym ciele – to sygnał, że najprawdopodobniej zaraz zacznie się większy atak. I zaczyna się. Mijani przez ciebie ludzie stają się zagrożeniem lub podstawionymi aktorami. Dziwnie się na ciebie patrzą, prawda? Gdzieś z oddali dobiega śmiech. Pewnie z ciebie się śmieją. Może ludzie, może demony? Zaciskasz zęby i zastanawiasz się: dojdę do domu czy lepiej usiąść na jakimś przystanku i napisać sms do męża?…No tak, ale on ma teraz telekonferencję. Powalczymy zatem, dobra? Powoli, do celu. Skupiać się na krokach. Nie rozglądać. Nie dawać się wciągać dziwacznym, pokręconym myślom. Już niedaleko.

Wchodzę do domu i wyglądam jak duch. Jestem całkiem blada, spocona i pomarszczona z niepokoju i lęku. Zyprexa. Odpocznę…

To było w piątek.

Wczoraj jedyny w tym tygodniu dzień bez symptomów. Niestety wieczorem nie mogłam zasnąć do późnych godzin nocnych. Snułam się po mieszkaniu coraz bardziej porcelanowa i przestraszona, bo wiem, że regularny sen naprawdę dodaje mi wiele punktów do stabilności. A tu – nie chce przyjść…

Dziś dokonałam przełomowego kroku, a to dzięki mojemu małżonkowi. Od wielu miesięcy nie wiedziałam, co zrobić ze swoim profesjonalnym kontem na LinkedIn. Mam na nim link do strony mojej poradni psychologicznej, która przecież od dawna już nie działa; do biznesowego bloga, którego od lat już nie piszę; dane o profesji, której już nie uprawiam; zdjęcie sprzed kilku lat i opis, który nijak się nie ma do osoby, którą się stałam. Jednocześnie dostaję z portalu powiadomienia, że ludzie odwiedzają mój profil, a ja…no cóż. Nie lubię robić ludzi w konia.

Mąż zaproponował: dopisz do swojej ścieżki kariery kolejne punkty. Nie kasuj przeszłości – rekomendacji od tylu osób, tych ponad 450 znajomości, ról, jakie pełniłaś. Napisz po prostu, co robisz teraz. Nazwij to i określ się na nowo. Wymień wystawy (6), publikacje (wiele), wolontariaty (kilka). Zrób sobie aktualne zdjęcie. Popatrz na to w ten sposób: niektórzy rzucają korporację dla prowadzenia schroniska w górach, a ty rzuciłaś korporacje, by być artystką. Niech taką cię zobaczą.

Ach, co to była za odświeżająca przygoda! Najpierw makijaż, z tych produktów, które jeszcze się jakoś u mnie ostały. Potem szukanie dobrego oświetlenia i robienie sympatycznej miny. Może tak, a może lepiej tak? Nie chcę wyglądać dramatycznie, chcę się uśmiechać! Następnie nazwa zawodu: ARTYSTA…krótko i do rzeczy. I dwie ścieżki kariery: obraz i słowo. Jejku, czuję się jakbym otwarła książkę o swoim życiu na nowej, pustej stronie!

Jakie to dobre…

I wcale się nie wstydzę swojej „nowej twarzy”!

It has happened to me in the past, but it probably never lasted this long – and that’s because I didn’t carry Zyprexa with me this time.

Imagine: you are walking down the street, with you dog; the sun is shining, a nice breeze is blowing. However, you are starting to get irritated by the traffic. It’s too loud and too intense. Cars roar around you, you feel surrounded by a swarm of bees. Then you start to feel anxiety throughout your body – this is a signal that a major attack is most likely about to begin. And it starts. People you pass by become threats – or actors. They look at you weird, don’t they? You hear a laugh somewhere in the distance. They must be laughing at you. Maybe people, maybe demons? You grit your teeth and wonder: will I get home or is it better to sit down at a bus stop and text my husband? … but he has a teleconference now. So we’ll fight, okay? Slowly, towards the goal. Focus on the steps. Don’t look around. Don’t get caught up in weird, twisted thoughts. Home is not far away.

I come in and look like a ghost. I am pale and sweaty and wrinkled with anxiety and dread. Zyprexa. I will be able to rest now…

It was on Friday.

Yesterday was the only day this week without symptoms. Unfortunately, in the evening I could not fall asleep until late at night. I wandered around the apartment more and more porcelain-like and scared, because I knew that regular sleep really gives me a lot of points to stability. And now – it doesn’t want to come…

Today I made a breakthrough step thanks to my husband. For months, I hadn’t known what to do with my professional LinkedIn account. I have a link to the website of my psychological counselling center, which has not been operating for a long time; to a business blog that I have not been writing for years; data about a profession that I no longer practice; a photo from a few years ago and a description that has nothing to do with the person I have become. At the same time, I get notifications from the portal that people are visiting my profile, and I … well. I don’t fooling people.

The husband suggested: add more points to your career path. Do not erase the past – recommendations from so many people, those over 450 contacts, the roles you played. Just write what you are doing now. Name it and redefine yourself. List exhibitions (6), publications (many), volunteering (several). Take a recent photo of yourself. Look at it this way: some people quit corporations to run a mountain shelter, and you quit corporations to become an artist. Let them see you like that.

Ah, what a refreshing adventure it was! First – make-up, from those products that somehow still remain in my bathroom. Then looking for good lighting and making a nice face. Maybe this way, or maybe better like that? I don’t want to look dramatic, I want to smile! Then the name of the profession: ARTIST … short and to the point. And two career paths: image and words. Gee, I feel like opening a book about my life on a new blank page!

How good is that …

And I’m not ashamed at all of my „new face”!

obsesja / obsession

(ENG.below) Podróżowanie z jednego bieguna na drugi w ciągu 12 godzin jest naprawdę męczące.

Ale po kolei.

Wczoraj obudziłam się rozdygotana i chwiejna – niedobrze spałam; najpierw nie mogłam zasnąć, potem budziły mnie niepokojące sny, aż w końcu nadszedł ranek i musiałam wstać, by udać się do osteopaty. Zanim wyszłam z domu, wzięłam połówkę Lorazepamu, by nie dostać ataku paniki w tramwaju. Ta tabletka i cuda, jakie z moim kręgosłupem czyni dr B., bardzo mnie uspokoiły. Powzięłam ambitny plan 11-kilometrowej wycieczki (1/3 drogi pod górę) z zamiarem pobicia rekordu życiowego w tempie. Może po takim wysiłku będę lepiej spała? Gdy tylko w moim mózgu zaczęły się wydzielać wszelkie możliwe hormony szczęścia, rodzące się w wyniku wysiłku fizycznego, piękna natury (nic to, że zaczęło padać), poczucia siły, kontroli, radości z osiągnięcia (pobiłam ten rekord), satysfakcji z bycia we własnym ciele, które jest sprawne i dostarcza mi radości, czułam się jak w siódmym niebie. Wróciłam do domu i – przemoczona, spocona, ucieszona – postanowiłam wziąć gorącą kąpiel. Wtedy się zaczęło.

„Wiesz przecież, że po momentach szczęścia zawsze przychodzi dół. Im większe szczęście, tym większy.”

„Teraz będzie już tylko gorzej.”

„Jesteś przygotowana na cios?”

„To taki piękny moment. Moment satysfakcji, dumy, radości. Chcesz go dobrze zapamiętać? To zabij się teraz. Nie chcesz znów cierpieć. Nie chcesz być ciężarem dla twojego wiecznie zmartwionego męża. On ma już dość kłopotów. Zrób to. Nie zniesiesz kolejnego załamania. Po co.”

Nic sobie nie zrobiłam. Zagryzłam zęby, zabrałam się za porządki, pranie, odkurzanie…Lecz myśli samobójcze były coraz głośniejsze i coraz bardziej uporczywe. Miałam coraz mniej siły. W końcu położyłam się do łóżka. Gdy mąż wrócił z pracy, byłam już nieruchomą, nie bardzo będącą w stanie mówić kukiełką z maskowatą twarzą.

Co zrobić?

Mamy z moim lekarzem teorię, że uporczywe myśli samobójcze (gdy nie jestem w stanie myśleć o niczym innym; samobójcza obsesja) mają charakter taki jak atak psychotyczny – tylko specyficzną zawartość. Postanowiłam więc wczoraj w końcu poratować się Zyprexą i Lorazepamem.

Poprawiło się. Zaczęłam mówić, i to mówić do rzeczy.

Tej nocy spałam spokojnie. Na razie wszystko wygląda dobrze.

Lecz cały dzień jeszcze przede mną.

Traveling from one pole to the other in 12 hours is really exhausting.

But first things first.

Yesterday I woke up shaky and anxious – I didn’t sleep well; at first I wasn’t able to fall sleep, then I was awakened by disturbing dreams, and finally morning came and I had to get up to go to the osteopath. Before I left the house, I took half of the Lorazepam to avoid a panic attack on the tram. This pill and the miracles Dr. B. does on my spine calmed me down a lot. I made an ambitious plan of an 11-kilometer trip (1/3 of the way – uphill) with the intention of breaking my life record at pace. Maybe I will sleep better after such an effort? As soon as all possible happiness hormones began to be released in my brain, resulting from physical exertion, the beauty of nature (despite it started to rain), a sense of strength, control, joy of achievement (I broke this record), satisfaction with being in my own a body that is fit and gives me joy, I felt like in seventh heaven. I came home and – soaked, sweaty, happy – I decided to take a hot bath. Then it started.

“You know that after moments of happiness you always go down. The greater the happiness, the greater the despair. „

„Now it will only get worse.”

„Are you ready for a downfall?”

“It’s such a beautiful moment. A moment of satisfaction, pride and joy. Do you want to remember it well? Then kill yourself now. You don’t want to suffer again. You don’t want to be a burden to your eternally troubled husband. He’s had enough trouble. Do it. You can’t take another breakdown. For what?”

I didn’t do anything to myself. I grit my teeth, started cleaning, washing, vacuuming … But thoughts of suicide were getting louder and more persistent. I had less and less strength. I finally got to bed. By the time my husband came home from work, I was motionless, not quite able to speak, with a masked face.

What to do?

We have the theory with my doctor that persistent suicidal thoughts (when I am unable to think of anything else; suicidal obsession) are like a psychotic attack – only with a specific content. So I decided yesterday to finally rescue myself with an antypsychotic Zyprexa and Lorazepam.

It got better. I started talking, and it made sense.

I slept soundly that night. Everything looks fine so far.

But the whole day is still ahead of me.

Blizny / Scars

(ENG.below) W chorobie dwubiegunowej obie skrajności, mania i depresja, znajdują się niezwykle blisko siebie. To jak dwie strony tej samej monety, która może błyskawicznie obrócić się w locie; tak przynajmniej jest w moim przypadku. Napieram więc do przodu; śmiejąc się diabolicznie pędzę, galopuję, bo wiem, że tuż za następnym zakrętem może czaić się Depresyjna Biegunica. Już ją przeczuwam. Bezradność, bezsilność, ciemność, opozycja do życia, choć nie do końca umieranie; wegetacja, trwanie, podczas gdy godziny niemiłosiernie powoli kapią z zegara jak u Salvadora Dali.

Szukając źródeł mojego największego lęku, wdrukowanego wskutek traumatycznego zdarzenia sprzed wielu, wielu lat, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, usiłuję być najsilniejszą wersją siebie, bojąc się (paradoksalnie), że jeśli tak nie zafunkcjonuję, spadnę w wielką przepaść bólu i żalu. Wiem jednak, że ta droga nie jest tak prosta, że ból i żal też są jej częścią, że będę musiała zrobić ten przystanek, wyjąc jak ranne zwierzę złapane we wnyki. Choć na razie wolę odgryźć sobie łapę i uciekać dalej. Byle przed siebie, byle daleko od tamtego doświadczenia z przeszłości, którego przecież nie da się odwrócić, odczynić, choć tak bardzo bym chciała odzyskać niewinność.

Tymczasem mogę jedynie zafastrygować okaleczenie i pisać o bliznach.

In bipolar disorder, both extremes, mania and depression, are extremely close together. They are like two sides of the same coin that can instantly rotate in flight; at least that is my case. So I push forward; laughing diabolically, rushing, I gallop, because I know that just behind the next corner there may be a Depressive Pole awaiting. I already sense it. Helplessness, powerlessness, darkness, opposition to life, though not dying completely; vegetation, surviving, while hours mercilessly slowly drip from the clock like on Salvador Dali’s paintings.

Searching for the sources of my greatest fear, imprinted as a result of a traumatic event many years ago when I was a little girl, I am trying to be the strongest version of myself, fearing (paradoxically) that if I do not function like this, I will fall into a great abyss of pain and grief. However, I know that this path is not so simple, that pain and sorrow are also part of it, that I will have to make this stop, howling like a wounded animal caught in snares. Although for now I prefer to bite off my paw and run away. Just move forward, far from that past experience, which, after all, cannot be reversed, undone, though I would like to regain innocence so much.

Meanwhile, I can only baste the mutilation and write about scars.