na zawsze / forever

(ENG.below) W opisach przeżyć osób z chorobą dwubiegunową przewija się wątek tęsknoty za ekstremalnymi doznaniami, zwłaszcza w stanach maniakalnych. Nigdy nie jesteśmy bardziej pomysłowi, energetyczni i piękni, przekonani o własnej wysokiej wartości i wyjątkowości. Potem naturalnie przychodzi depresja i wszystko to obraca się jak piasek w klepsydrze; tym większa boleść na wspomnienie bycia na maniakalnym haju. W związku z podwyższonym stanem uniesienia przeżywałam ostatnio coś bliskiego orgazmowi podczas malowania. Niesamowity błogostan, fizjologiczno-psychiczny, jak potężna dawka dobrego narkotyku albo cudowny, udany seks; nie przypominam sobie, bym kiedykolwiek osiągnęła taki stan podczas tworzenia. Malowałam i nie chciałam przestać. Byłam pewna, że tworzę coś wyjątkowego. Nakładałam kolejne warstwy farby, w skupieniu i uniesieniu. Nic więcej nie było mi trzeba. Chciałam pozostać w tym stanie wiecznie.

Godzinę później płakałam z napięcia, rozpaczy i niepokoju, ratując się Lorazepamem.

Labilna – nigdy nie lubiłam tego słowa. Gdy byłam zdrowa, kojarzyło mi się z kimś, kto nie potrafi kontrolować własnych stanów i emocji; z kimś nieprzewidywalnym, histerycznym, potencjalnie groźnym; kimś, od kogo lepiej trzymać się na dystans. Teraz sama uosabiam podręcznikowy termin „labilna”. Podróżuję superexpresem od orgiastycznych uniesień do załamania. Maluję i cała jestem boska, patrzę na zdjęcie mojej chorej mamy i jestem zdruzgotana, przerażona, rozpadam się. Supeexpresowi zajmuje ta emocjonalna podróż godzinę. Każdy z tych przystanków przeżywany jest w pełni i intensywnie.

Męczące.

Jednakże oprócz tych emocjonalnych wahań dzieją się też dobre rzeczy. Moją pracę docenił na instagramie użytkownik Akademia Sztuk Pięknych z Krakowa. Wyobrażasz sobie? Wiele lat temu poszłam tam na konsultacje z moimi pierwszymi obrazami. Kiedy sobie przypomnę, co pokazywałam wtedy, wolałabym spuścić nad tym zasłonę miłosierdzia, jak mawia mój mąż. Ale od tamtego czasu nie przestałam malować, nie przestałam eksperymentować, rozwijać warsztat artystyczny. I oto mam – docenienie przez miejsce, które wydaje mi się nieosiągalnym szczytem marzeń.

Ponadto skontaktował się ze mną portal poświęcony psychozom, który chce udostępniać moje prace. Organizuję także wystawę (styczeń-luty 2021), a parę dni temu sprzedałam jeden z rysunków. Podcast z moim udziałem ma pojawić się w sieci pod koniec grudnia…Same dobre wieści. By nie być „labilna”, staram się nie ekscytować nimi zanadto. Ot, małe szczęścia. Spokojnie. Oddychać. Przyjmować, lecz się nie nakręcać. Cieszyć się, lecz nie puchnąć z radości, by nie eksplodować. Powoli.

Schritt vor schritt, jak mówią lokalsi. Krok za krokiem.

orgiastyczny obraz / orgiastic picture

In descriptions of experiences of people with bipolar disorder there is a recurring thread of longing for extreme sensations, especially in manic states. We are never more inventive, energetic and beautiful, convinced of our own high value and uniqueness. Then depression comes naturally and it all turns like sand in an hourglass; the greater the pain at remembering being maniacally high. Due to the elevated state, I have recently experienced something close to an orgasm while painting. Incredible bliss, physiological and mental, like a huge dose of a good drug or wonderful, successful sex. I don’t remember ever reaching that state during artmaking. I was painting and I didn’t want to stop. I was sure that I was creating something special. I applied subsequent layers of paint with concentration and elation. I needed nothing more. I wanted to stay in this moment forever.

An hour later I was crying with tension, despair and anxiety, trying to save myself with Lorazepam.

Unstable – I never liked that word. When I was healthy, it reminded me of someone who could not control his own states and emotions; with someone unpredictable, hysterical, potentially dangerous; someone you’d better keep your distance from. Now I personify the textbook term „labile”. I travel with superexpress from orgiastic rapture to breakdown. I paint and I am all gorgeous, I look at a picture of my sick mother and I am devastated, terrified, I fall apart. Supeexpress takes this emotional journey in an hour. Each of these stops is fully and intensely experienced.

Tiring.

However, in addition to these emotional fluctuations, good things also happen. My work was appreciated on Instagram by the Academy of Fine Arts from Krakow. Can  you imagine? Many years ago, I went there to consult my first paintings. When I remember what I was showing then, I would prefer to draw a veil of mercy over it, as my husband says. But since then I have not stopped painting, I have not stopped experimenting and developing my artistic skills. And here I have it – appreciation by a place that seems to me to be an unattainable peak of dreams.

In addition, I was contacted by a psychosis portal that wants to share my work. I am also organizing an exhibition (January-February 2021) and a few days ago I sold one of my drawings. The podcast with my participation is expected to be available online at the end of December… Good news. In order not to be „labile”, I try not to get too excited about them. Patience. Calmly. Breathe. Receive but don’t get too excited. Be happy, but not to swell with joy, lest you explode. Slowly.

Schritt vor schritt, as they say here. Step by step.

modlitwa / the prayer

(ENG.below) „To sam środek fazy mieszanej, psychotyczno-maniakalnej” – stwierdził mój psychiatra. „Jako że nie jesteśmy na oddziale ratunkowym, spróbujemy najpierw radzić sobie domowo. Przepracowałem na ostrym dyżurze wiele lat, wiem co robić. Pacjentowi podaje się takie dawki, po których zdrowy człowiek spałby przez tydzień. W twoim przypadku, jak widać, te ilości leków nie utrudniają ci codziennych aktywności, nie wspominając o bieganiu przez trzy dni z rzędu. Widzę, że masz problemy z koncentracją. Włączamy zatem Lorazepam, by cię trochę uziemił. Nie obawiaj się, bierz po kilka mg naraz.”

Muszę poprosić męża, by zabrał moje karty kredytowe.

Wczoraj miałam kupić jedną rzecz, kupiłam pięć.

Nie mam już czego obcinać, bo na głowie mam 4mm.

Przychodzą mi na myśl złe, mroczne, autodestrukcyjne pomysły.

Mnóstwo palę. Jem kosmiczne ilości czekolady.

Jestem zmęczona, a jednocześnie nakręcona.

Wczorajsze przedpołudnie było dobre, zaznałam trochę spokoju. Obejrzałam nawet jeden odcinek serialu „Barbarzyńcy”, ale szybko straciłam nim zainteresowanie.

Siedząc dziś w ciemności na balkonie (wstałam za wcześnie…) zaczęłam sobie wyobrażać, jakby to było znowu być w klinice. Niewykluczone, że tym razem tam trafię, gdy żadne inne siły hamujące nie przywrócą porządku w moim nadaktywnym mózgu. Staram się powoli z tą myślą oswajać.

Czekam, aż wstanie świt, lecz pada deszcz i jest tak ciemno, że nie mam szans dostrzeć słońca. Sąsiadka pyta mnie wczoraj, jak się mam. Tu nie Ameryka, a ja jestem z Polski, więc odpowiadam zgodnie z prawdą, że jest źle. Ona nie wie co powiedzieć. Mówi w końcu: no taki czas, ciemno, zimno, krótkie dni, wszyscy w tym czasie się gorzej czują. Mam ochotę jej powiedzieć: wiesz co, choroba psychiczna nie wybiera sobie pór roku, a aktualnie daleka jestem od jesiennego spleenu, więc nie pleć farmazonów tylko się dokształć, albo mnie dopytaj, chętnie odpowiem. Zamiast tego mówię: No pewnie tak…I uśmiecham się pod nosem z myślą o tych, którzy wolą pod koc, i herbatka, i Netflix, bo jesień; a ja – co by tu jeszcze kupić, narysować, napisać, pobiegać, posprzątać, zmienić, zacząć, zniszczyć, przeorganizować, i tak dalej…

Nie wiem już do kogo się modlić o dar spokoju.

Jeśli ty wiesz, pomódl się proszę za mnie.

„We are in the middle of a mixed, psychotic-manic phase,” my psychiatrist concluded. “Since we’re not in the emergency room, we’ll try to deal with it at home first. I’ve worked in the ER for many years, I know what to do. The patient is given doses that in the case of a healthy person would result in sleeping for a week. In your case, as you can see, these amounts of medication don’t hinder your daily activities, not to mention jogging for three days in a row. I can see you have trouble concentrating. So we’re including Lorazepam to ground you a bit. Don’t worry, take a few mg at a time. „

I have to ask my husband to take away my credit cards.

Yesterday I was supposed to buy one thing, I bought five.

I don’t have anything to cut anymore, because I have 4mm on my head.

Bad, dark, self-destructive ideas come to my mind.

I smoke a lot. I eat enormous amounts of chocolate.

I am tired and at the same time energized.

Yesterday’s morning was good, I got a little peace. I even watched one episode of the series „Barbarians”, but I quickly lost interest in it.

Sitting today in the dark on the balcony (I got up too early …) I started to imagine what it would be like to be in the clinic again. It is possible that I will end up there this time when no other braking forces can restore order to my overactive brain. I am slowly trying to get used to this thought.

I wait for dawn, but it’s raining and it’s so dark I can’t see the sun. Yesterday, my neighbor asked me how I was doing. This is not America, and I am from Poland, so I answer truthfully that it is rather bad. She didn’t know what to say. Finally, she said: well, in such a time, dark, cold, shorter days, less sunshine…everyone feels worse at this time of the year. I wanted to tell her: you know what, mental illness does not choose the seasons of the year, and currently I am far from autumn spleen, so please, do just try to educate yourself, or ask me how it reaaly feels, I will be happy to answer. Instead, I say: I suppose so … And I smile to myself thinking about those who prefer to hide under a blanket, with a cup of tea and Netflix, because it’s autumn; and I, tiger in a cage, keep thinking – what else to buy, draw, write, run, clean up, change, start, destroy, reorganize, and so on …

I no longer know whom to pray to for the gift of peace.

If you know, please pray for me.

taniec neuronów / dance of neurons

(ENG.below) Dziwny czas – tak chciałam zacząć ten wpis lecz uświadomiłam sobie, że u mnie zwykle każdy czas jest dziwny; nie jest to więc zbyt oryginalny początek. Jestem na dużej (powyżej normalnie zalecanej) dawce leków antypsychotycznych, a mimo to mój mózg zapewnia mi mnóstwo rozrywki w postaci stanów hipomaniakalnych. Sprzątam co tylko wpadnie mi w ręce, biegam, robię zakupy, spaceruję, rysuję, obcinam kilkumilimetrowe włosy na głowie, które zupełnie tego nie potrzebują, przeglądam nowe konkursy, spisuję nowe pomysły na sztuki teatralne, piekę, gotuję, myląc przepisy, za szybko, zbyt niedokładnie; jednocześnie nie potrafię się skupić, nie czytam, nie oglądam, będąc zarazem zmęczona i nakręcona. Na szczęście jednak nie mam symptomów psychotycznych – już od czterech dni.

Stany hipomaniakalne są o tyle dziwne, że Zyprexa (olanzapina) powinna działać antymaniakalnie. Biorę jej naprawdę dużo, bo 25mg dziennie. Miałam spać przez kilka dni, tymczasem zmieniłam się w wulkan aktywności, którego erupcje przerywane są drzemkami w ciągu dnia i wczesnym chodzeniem spać (na szczęście ze snem nie mam żadnych problemów). Natrafiłam kiedyś na mem treści: gdy twoja depresja sprawia, że jesteś bardzo zmęczona, lecz twój niepokój nie pozwala ci zasnąć; w moim przypadku można by napisać: gdy twoje antypsychotyki sprawiają, że jesteś zmęczona, ale mania nie pozwala ci odpocząć.

Masz może w doświadczeniu taki stan, w którym boli cię głowa – bierzesz leki przeciwbólowe i wiesz, że ból rozgrywa się nadal, ale leki skutecznie go od ciebie oddzielają? Tak czuję się na Zyprexie. Mam wrażenie, że epizody psychotyczne rozgrywają się mimo wszystko, ale nie docierają do świadomości. Tak, jakby Zyprexa zamieniła się w mojej głowie w wierną straż, która nie dopuszcza bólu. Kilka dni bez cierpienia – może dlatego nagle mam tyle energii?…Ta jej ilość, która na co dzień była spożytkowana na walkę z symptomami, nagle nie ma co ze sobą zrobić i zmienia się we frenetyczny, super-aktywny taniec neuronów – a zatem i mój taniec.

Chciałabym mimo wszystko przestać się ruszać tak intensywnie i doświadczyć spokoju. W życiu wariata jest to jednak towar reglamentowany.

Strange time – this is how I wanted to start this post, but I realized that with me usually every time is strange; thus, it is not a very original beginning. I am on a high (above normally recommended) dose of antipsychotic drugs, and yet my brain provides me with a lot of entertainment in the form of hypomanic states. I clean up whatever I can get my hands on, I jogg, I shop, I walk with my dog, I draw, I cut a few millimeters of hair on my head that do not need it at all, I review new competitions, I write new ideas for theater plays, I bake, cook, confuse recipes, too fast, too inaccurately; at the same time, I cannot focus, read, and watch, being tired and energized at the same time. Fortunately, however, I haven’t had psychotic symptoms – for four days now.

Hypomanic states are even more strange in these circumstances because Zyprexa (olanzapine) should act antimanic. I take a lot of it, 25 mg a day. I was supposed to sleep for a few days, meanwhile I turned into a volcano of activity, the eruptions of which are interrupted by naps during the day and going to bed early (luckily I don’t have any problems with sleep). I came across a meme once: when your depression makes you very tired, but your anxiety keeps you awake; in my case, you could write: when your antipsychotics make you tired, but the mania keeps you from resting.

Do you have a headache in your experience – when you take painkillers and you know that the pain continues, but the drugs are effectively separating it from you? This is how I feel on Zyprexa. I have the impression that the psychotic episodes take place after all, but do not reach the consciousness. As if Zyprexa turned into a faithful guard in my head that does not allow pain. A few days without suffering – maybe that’s why I suddenly have so much energy? … The amount of it that was used every day to fight the symptoms suddenly has nothing to do and turns into a frenetic, super-active dance of neurons – and therefore my dance as well.

Still, I would like to stop moving so intensely and experience peace. In the life of a madman, however, it is a rationed commodity.

błyskawica / lightning

(ENG.below) Nie wiem który już to mój wpis na temat godziny czwartej nad ranem, ale stało się: obudziłam się ponownie o czwartej i już nie mogłam zasnąć. Może dlatego, że wczorajszy wieczór – a w zasadzie popołudnie – został podzielony na dwie fazy: trzygodzinny sen po Zyprexie i Lorazepamie, przerwa i wieczorne zaśnięcie właściwe, o tak zwanej normalnej godzinie. Dlaczego znów Zyprexa i Lorazepam? Bo sufit w mojej sypialni chciał mnie zgnieść oraz podejrzewałam, że jestem w gruncie rzeczy wilkołakiem, a z brzucha wychodzi mi futro; najlepiej to sprawdzić zaglądając sobie w bebechy, prawda? Musiałam się wyłączyć, a nic tak nie nokautuje jak porządny antypsychotyk w połączeniu z uspokajaczem. Od dłuższego czasu wygląda tak każdy dzień. Przez kilka godzin funkcjonuję normalnie – rysuję, maluję, sprzątam, chodzę na zakupy, na spacer z psem, biegam; potem nagle zapada przekładnia w mózgu i znajduję się w innym świecie, w innej rzeczywistości, którą chciałabym nazwać „równoległą”, lecz niestety jest tak powykrzywiana, że daleko jej do równoległości do czegokolwiek.

Czwarta rano to zwykle mój najbardziej twórczy czas. Nie ma mowy o spaniu, jest za to mnóstwo pomysłów, a co jeden, to lepszy – a przynajmniej tak mi się wydaje. Spędziłam szare godziny na planowaniu nowych sztuk teatralnych, opierając je na pomysłach uwspółcześniania bajek (inspirowałam się kursem literackim Neila Gaimana); następnie przeglądałam w sieci konkursy literackie i plastyczne, zapisując co ciekawsze; na jeden, poetycki, wysłałam nawet trzy wybrane wiersze. Mój umysł pracuje niczym nie zaćmiony, ostry jak świeżo naostrzony nóż; idee łączą się błyskawicznie, kolejna wykwita zanim jeszcze w pełni rozkwitnie poprzednia; każdy pomysł wydaje się wyśmienity, a ja czuję się artystką w swoim żywiole.

Tylko gdzieś tam w tyle głowy malutka, osamotniona postać macha czerwoną chorągiewką: czy to aby nie epizod maniakalny?…

Niewykluczone. Lecz i tak w tym stanie nie zasnę. Z manią wiąże się kilka problemów: po pierwsze, w zasadzie nie ma na nią leków; po drugie, nie mogę obniżyć dawki antydepresanta, bo wpadnę w czarną dziurę depresji; po trzecie, moje maniakalne fazy trwają zwykle krótko (szybka/ultraszybka zmiana faz), więc zamiast majstrować przy lekach, lepiej ją przeczekać; to, co się najprawdopodobniej wydarzy samoistnie, to stan depresyjny jako kontra do tego, w czym jestem teraz. A poza tym, kto nie marzy o porannym przypływie pomysłów?…Gdy ochłonę, posegreguję je i pewnie spora część trafi do kosza. Spróbuję je posortować, gdy będę się czuła „normalnie”. Jeśli bowiem zrobię to w fazie depresyjnej – wszystkie zostaną anulowane. Bo wiesz: jestem do niczego, nie nadaję się do niczego, nic nie potrafię dość dobrze, nie będę się ośmieszać, szkoda czasu, za wysokie progi, i tak dalej.

Gdyby jednak udało mi się jeszcze dospać z godzinę…

…mógłby to być dobry dzień.

This will be one of the numerous posts about for 4AM, for yet it happened again: I woke up at four and couldn’t sleep anymore. Maybe because of the fact that yesterday’s evening – or in fact, the afternoon – was divided into two phases: a three-hour sleep after Zyprexa and Lorazepam, a pause, and an evening proper falling asleep at the so-called normal time. Why Zyprexa and Lorazepam again? Because the ceiling in my bedroom wanted to crush me, and I suspected that I was essentially a werewolf with fur coming out of my belly; it’s best to check it by looking into the guts, right? I had to shut myself down, and nothing is more knocking out than a decent antipsychotic and a tranquilizer. Every day has been like this for a long time now. I function normally for several hours – I draw, paint, clean, go shopping, go for a walk with my dog, run; then suddenly a gear in my brain switches and I find myself in a different world, a different reality that I would like to call „parallel”, but unfortunately it is so distorted that it is far from parallel to anything.

Four in the morning is usually my most creative time. There is no question of sleeping, but there are plenty of ideas, and each one is better than the previous one – or so I think. I spent gray hours planning new theater plays, basing them on the ideas of updating fairy tales (I was inspired by Neil Gaiman’s literary course); then I browsed literary and art contests on the Internet, writing down these more interesting; for one, poetic, I even sent three selected poems. My mind works unobstructed, sharp as a newly sharpened knife; ideas come together in a flash, the next one blooms before the previous one has even fully bloomed; every idea seems amazing, and I feel like an artist in my element.

Only somewhere in the back of the head stands a tiny, lonely figure waving a red flag: is this not a manic episode? …

It could be. But in this state I will not fall asleep anyway. There are several problems with mania: first, there are hardly any cures for it; second, I can’t lower my antidepressant dose or I’ll fall into a depression black hole; third, my manic phases are usually short-lived (fast / ultrafast phase change), so instead of messing around with drugs, it’s better to wait it out; what will most likely happen on its own is depressed state as opposed to what I am in now. Besides, who doesn’t dream about the morning flow of ideas? … When I cool down, I’ll sort them out and probably a lot of them will end up in the bin. I’ll try to sort them when I feel „normal”. Because if I do it in the depressive phase – they will all be canceled. Because you know: I’m good for nothing, I can’t do anything well enough, I won’t make fun of myself, it’s a waste of time, the thresholds are too high, and so on.

If, however, I could still sleep for an hour …

… it could be a good day.

na szlaku / on a trail

(ENG.below) Wyobraź sobie halę z basenem – pustym – wypełnioną sztuką; obrazami, rysunkami, rzeźbami. W kilku miejscach hali stoją stoliki albo stelaże, a przy nich malują artyści-outsiderzy. Cały ten obiekt mieści się w hotelu na rdzawo-złotej górze. Z tarasów pokojów widać ośnieżone Alpy – na wyciągnięcie ręki. Poranek jest szaro-różowy. Dziś nie ma mrozu. Piszę na zewnątrz.

Wyobraź sobie też piękną, jedenastokilometrową trasę, wiodącą krętą ścieżką pod górę, od lasu do ośnieżonej przełęczy – i z powrotem. Maszerujesz nią, oddychasz głęboko, słońce opala ci twarz, szumi strumień, nikogo po drodze. Czujesz się zjednoczona z naturą, aż przypływa do ciebie wizja na jawie: gigantyczna kobieta z torfu, mchu i wilgoci powstaje, przeciąga się i powoli rusza na wschód, nie zwracając na ciebie uwagi. Za nią toczą się kamienie i grudki ziemi. Jest wielka jak górskie zbocze. Jesteś wzruszona jej naturalnym pięknem.

Kiedy dzielisz się tą wizją z towarzyszem podróży, zaczynacie rozmowę o szamanach, darach widzenia rzeczy, do których inni nie mają dostępu. Rozmowa jest bardzo owocna i ma intelektualny charakter; racjonalna część twojego mózgu zgadza się z rozmówcą, który twierdzi, że szamanizm to dyscyplina, wieloletnie przygotowania, rozeznanie i doświadczenie, tak bardzo spłycone w naszym kręgu kulturowym i zminiaturyzowane do rozmiarów strawnego, atrakcyjnego pop-new age hamburgera.

Wtedy zaczynasz zauważać, że twoje myślenie się zmienia. Znasz to uczucie – racjonalna część mózgu zaczyna blaknąć, a na pierwszy plan wysuwa się dziwne, obsesyjne przekonanie. Ty przecież jesteś szamanem. To twoja misja życiowa. To twoje powołanie. Twój towarzysz podróży – twój mąż – chce cię od niego odwieść. Powinnaś teraz rzucić wszystkim i udać się do Mongolii. Sprzedaj wszystko i jedź. Twój mąż cię podtruwa każdego dnia, bo chce, byś została przy nim. Twoje papierosy są zatrute narkotykami; przecież to on ci je kupił. Opłacił twojego psychiatrę, twojego asystenta psychiatrycznego – wszyscy razem są w spisku, by uniemożliwić ci realizację twojej życiowej misji, twojego powołania, twojego prawdziwego ja.

Ostatkiem racjonalnych sił zatrzymujesz się na szlaku, wyciągasz lek antypsychotyczny i połykasz go. Myślisz sobie: mój pies nie jest prawdziwy, jest tylko hologramem. Mój mąż za chwilę mnie zabije gdzieś tu w gęstwinie. Łykasz lek na uspokojenie. Jakoś dotrzecie do samochodu. Mąż cię uspokaja: to minie.

To zawsze mija.

Po to, by znów tobą owładnąć.

Może dziś, może jutro. Może w domu, może w sklepie, może w górach.

Jesteś zmęczona, prawda?

Imagine a hall with a swimming pool – empty – but filled with art; paintings, drawings, sculptures. There are tables or racks in several places in the hall, and outsider artists paint next to them. The entire property is housed in a hotel on a rusty gold mountain. From the terraces of the rooms you can see the snow-covered Alps – at your fingertips. The morning is gray-pink. There is no frost today. I’m writing outside.

Also, imagine a beautiful eleven kilometer route, taking a winding path uphill, from the forest to the snow-covered mountain pass – and back again. You march it, breathe deeply, the sun kisses your face, the stream rustles, no one on the way. You feel one with nature until a daydream vision comes to you: a gigantic woman of peat, moss and moisture rises, stretches and slowly moves eastward, ignoring you. Behind her, stones and lumps of earth roll. She is as big as a mountain slope. You are touched by her natural beauty.

When you share this vision with your traveling companion, you start talking about shamans and a gift of seeing things that others don’t have access to. The conversation is very fruitful and intellectual; the rational part of your brain agrees with your interlocutor that shamanism is a discipline, many years of preparation, insight and experience, so shallowed in our culture and miniaturized to the size of a digestible, attractive pop-new age hamburger.

Then you start to notice that your thinking is changing. You know this feeling – the rational part of the brain begins to fade, and a strange obsessive belief comes to the fore. After all, you are a shaman. This is your life mission. This is your calling. Your traveling companion – your husband – wants to dissuade you from it. You should drop everything now and go to Mongolia. Sell ​​everything and drive. Your husband poisons you every day because he wants you to stay with him. Your cigarettes are poisoned with drugs; after all, he bought them for you. He has paid off your psychiatrist, your psychiatric assistant – they are all conspiring together to prevent you from fulfilling your life mission, your calling, your true self.

With the last of your rational strength, you stop on the trail, take your antipsychotic drug and swallow it. You think to yourself: my dog ​​isn’t real, it’s just a hologram. My husband is about to kill me somewhere in the thicket. You take a sedative medicine. You’ll get to the car somehow. Your husband reassures you: it will pass.

It always passes.

Just to take over you again.

Maybe today, maybe tomorrow. Maybe at home, maybe in a shop, maybe in the mountains.

You’re tired, aren’t you?