do poniedziałku / till Monday

(ENG.below) Sześć dni pod rząd z halucynacjami i urojeniami. I gigantycznym zaprzeczeniem, że mam głębszy problem, wymagający hospitalizacji. Mój mózg przez 1-2 godziny dziennie przebywa w alternatywnej rzeczywistości, w której tak naprawdę umieram, zaraz pęknie mi guz mózgu, w którym znajduje się czip, mąż spiskuje przeciwko mnie, wszyscy na mnie patrzą i o mnie mówią, i tak dalej. Jeśli do poniedziałku nic się nie zmieni, idę do szpitala. Ale już się zmienia. Sama wizja pobytu w klinice zadziałała tak mobilizująco, że ani wczoraj, ani dziś się nie zdekomponowałam. Mam jeszcze ataki niepokoju i objawy depresyjne, ale to niewielka szkoda w porównaniu z tym, że potrafię latać czy rozumiem język ptaków.

Sesja terapeutyczna wczoraj była przełomowa. Mój mąż ze łzami w oczach opowiadał o moich atakach – ja wielu momentów nie pamiętałam, bo psychoza wymazuje pamięć. Opowiadał o tym, jak się boi, i że jest 24h na dobę en garde. Mój psychiatra robił wielkie oczy i przypominał mi, że kryzys zaczął się już miesiąc temu. A ja pomalutku, powoli, słuchając ich dopuszczałam do siebie wiadomość, że jest naprawdę źle. Mimo, że przez większą część dnia potrafię funkcjonować. Jest źle, bo jest niebezpiecznie. Bo urojenia to nieprzewidywalne twory. Nie odróżniając rzeczywistości od nie-rzeczywistości mogę zrobić krzywdę sobie, komuś lub czemuś. Dlatego bezpieczniejsza byłabym w szpitalu.

Do poniedziałku. Byle do poniedziałku.

Six days in a row with hallucinations and delusions. And a gigantic denial that I have a deeper problem that requires hospitalization. My brain is in an alternate reality for 1-2 hours a day, in which I am actually dying, a brain tumor with a chip in it will burst, my husband is plotting against me, everyone is looking at me and talking about me, and so on. If nothing changes by Monday, I go to the hospital. But it’s already changing. The very vision of staying in the clinic was so stimulating that I did not decompose myself yesterday or today. I still have anxiety attacks and depressive symptoms, but this is a minor pity compared to the fact that I can fly or understand the language of birds.

The therapy session yesterday was groundbreaking. My husband talked about my attacks with tears in his eyes – I did not remember many moments, because psychosis erases my memory. He talked about how he was afraid and that he was en garde 24 hours a day. My psychiatrist’s eyes widened and he reminded me that the crisis had already started a month ago. And slowly, listening to them, I let in the news that it was really bad. Even though I can function most of the day. It’s bad because it’s dangerous. Because delusions are unpredictable things. By not distinguishing between reality and non-reality, I can hurt myself, someone or something. Therefore, I would be safer in the hospital.

Till Monday. Until Monday.

naturoterapia / naturetherapy

(ENG.below) Ostatnie 6 dni z chorobą: 4 z symptomami psychotycznymi, 2 bez. Takie zagęszczenie nie zdarzyło się nigdy wcześniej. Derealizacja – to niepokojące poczucie, że nie wiem, czy jestem tu, gdzie jestem, będąc tą, którą jestem, czy też może w tym samym momencie leżę gdzieś w szpitalnym łóżku i śnię…Ta niepewność jest jak pływanie w mętnej wodzie, bez punktów odniesienia; rodzi niepokój, więc Lorazepam znów w użyciu. Do tego zwykłe drobnostki – za dużo ludzi, za głośno, za jasno, za szybko. Z tym pewnie zidentyfikuje się każdy chory psychicznie, niezależnie od diagnozy.

Jako że wczoraj obudziłam się w dobrym stanie – wypoczęta i z jasnością umysłu – postanowiłam zaryzykować i zorganizowałam sobie kolejną samodzielną wyprawę w góry. Przeszłam 17 km, zrobiłam trasę, jaką ostatnim razem szłam…10 lat temu. Idąc coraz wyżej i wyżej, rytmicznie i prawie bez pauz, miałam wrażenie, jakbym brała oczyszczającą kąpiel, rozjaśniającą umysł. Wielogodzinna samotność (wyszłam z domu o 8 rano, wróciłam 10 godzin później), słońce (od jutra ma na tej trasie padać deszcz ze śniegiem), twarde stąpanie po ziemi (za wyjątkiem ośnieżonych partii powyżej 2000m n.p.m.), rytm (mam swoje tempo – nie bardzo szybkie, ale nieustępliwe), osiągnięcie (1200 m różnicy wysokości w górę), fenomenalne widoki (Alpy…przepiękne o każdej porze roku) i to poczucie, że im wyżej idę, tym bardziej pusto się robi (co oznacza, że porywam się na coś, co tego dnia jest udziałem niewielu, a to napawa mnie dumą). Cudowna przygoda – naturoterapia.

Oczywiście zawartość mojego plecaka turystycznego wygląda nieco inaczej niż „zwyczajna”. Noszę ze sobą specjalną, niedużą kosmetyczkę, a w niej: Zyprexa (gdybym miała epizod psychotyczny), Lorazepam (gdybym miała atak niepokoju), Ibuprom (gdyby wysiadły mi plecy) i naprawdę nieduża butelka wody (nie mogę nosić ciężarów wskutek niedawnej przepukliny kręgosłupa). Turystka specjalnej troski. Przygotowana na każdą okazję. To, jak miałabym zejść z wysokości 2200 m n.p.m. w trakcie ataku psychotycznego pozostaje zagadką, ale, jak mawia mój mąż, opuśćmy nad tym zasłonę miłosierdzia. Co innego mam robić? Siedzieć w domu i czekać, aż mnie dopadnie?…Mogę. Z tym, że w domu nie jestem dużo bezpieczniejsza. Jest balkon, jest suszalnia na pranie, są noże i ruchliwe ulice niedaleko. Iluzja bezpieczeństwa.

Mąż dumny z mojej wyprawy. Zazdrości mi kondycji, która pozostaje zagadką, bo przecież palę papierosy i powinnam sapać i umierać na podejściach; tymczasem nie pamiętam, kiedy ostatnio z taką lekkością je pokonywałam. Kluczem do sukcesu wydaje się regularny trening.

Ach, niemalże zapomniałam – wspomnieć o zapominaniu…Mam skierowanie do neurologa. Lekarza tej specjalności jeszcze nie poznałam; śmiać mi się chce, że kolekcjonuję z różnych źródeł plakietki „Dzielny Pacjent”. Chodzi tym razem o moje kłopoty z pamięcią. Ostatnio zapominam imiona znajomych. Stwierdziłam, że napiszę sobie na kartce imię osoby, z którą się mam spotkać. Bo nazwanie Alexa „Timothy” (taki imię wymyśliła koledze moje głowa…) raczej nie przysporzy mi sympatii.

Mózgu mój mózgu. Proszę, daj mi trochę więcej jasności.

tu byłam / here I was

Last 6 days with the illness: 4 with psychotic symptoms, 2 without. Such frequency has never happened before. Derealization – it’s a disturbing feeling that I don’t know if I’m where I am, being who I am, or maybe I’m just lying somewhere in a hospital bed dreaming… This uncertainty is like swimming in muddy waters with no reference points ; breeds anxiety, so Lorazepam is back in use. Plus the usual trifles – too many people, too loud, too bright, too fast. Any mentally ill will be able to identify with the latter, regardless of the diagnosis.

As yesterday I woke up in good shape – refreshed and clear of mind – I decided to take a risk and organize another trip to the mountains on my own. I walked 17 km, did the route I did the last time… 10 years ago. As I walked higher and higher, rhythmically and with almost no pauses, I felt as if I was taking a cleansing bath, brightening my mind. Many hours of loneliness (I left the house at 8 am to return 10 hours later), the sun (from tomorrow it will rain and snow on this route), treading hard on the ground (except for snow-covered parts above 2000m above sea level), rhythm (I have my pace – not very fast, but relentless), achievement (1200 m difference in altitude upwards), phenomenal views (the Alps … beautiful at any time of the year) and the feeling that the higher I go, the more empty it gets (which means that I do something that few people do that day, and that makes me proud.) A wonderful adventure – naturetherapy.

Of course, the contents of my hiking backpack look a bit different than „ordinary”. I have a special, small bag with me, which includes: Zyprexa (if I had a psychotic episode), Lorazepam (if I had an anxiety attack), Ibuprom (if my back decided to protest) and a really small bottle of water (I cannot carry loads due to the recent spinal hernia). A tourist with special needs. Prepared for any occasion. How I would descend from 2,200 meters above sea level during a psychotic attack remains a mystery, but, as my husband says, let us lower the veil of mercy over it. What else should I do? Stay home and wait for it to get me? … I can. Except I’m not much safer at home. There is a balcony, there is a drying room for laundry, knives and busy streets nearby. The illusion of security.

Husband is proud of my trip. He envies my good condition, which remains a mystery, because I smoke cigarettes and should puff and die on the steep uphill parts; meanwhile, I do not remember the last time I was overcoming them with such ease. Regular training seems to be the key to success.

Ah, I almost forgot to mention forgetting … I have a date with a neurologist in October. I haven’t met a doctor of this specialty yet; I laugh that I collect „Brave Patient” badges from various sources. This time it’s about my memory problems. I’ve been forgetting my friends' names lately. I decided to write on a piece of paper the name of the person with whom I am meeting (just in case). Because naming Alex „Timothy” (this is the alternative name of my colleague my mind came up with …) is unlikely to win me sympathy.

My brain, oh, my brain. Please give me a little more clarity.