porwana / kidnapped

(ENG.BELOW) Dziś od rana jestem zamglona jak krajobraz za oknem. Znów gdzieś zgubiłam jasność myślenia, emocji i intencji. Rano musiałam się poratować koktajlem olanzapinowo-lorazepamowym, ze względu na obsesyjne myśli samobójcze. Mimo wszystko próbuję pamiętać o tym, że mam w sobie i te zdrowe części, tylko czasem zapadają się tak głęboko, że nie potrafię ich dosięgnąć.

Przetacza się przeze mnie duży, ciężki proces autoterapeutyczny. Machina kompleksów, głęboko zaryta w mojej podświadomości, ruszyła, gdy poprzedniego wieczora dostałam komunikat od pewnej życzliwej, twórczej i wspierającej osoby płci męskiej, z którą czułam się w relacji bardzo bezpiecznie. Napisał: nie tylko akceptuję cię w całości, ale i uważam, że jesteś wspaniałą osobą. Mój mózg najpierw rozbłysnął milionami radosnych synaps, jakby ktoś dał mi narkotykowy szot, a następnie uruchomił program „zespół stresu pourazowego“ oraz „Wewnętrzny Krytyk“. Czemu on pisze, że jestem wspaniała? Czego ode mnie chce? Co sobie o mnie wyobraża? Jak bardzo się myli? Może chce pocieszyć wariatkę? Przecież jestem zepsuta, połamana, mam za sobą niechlubne karty z przeszłości, których do dziś się wstydzę, a których on jest świadomy. Co on ma na myśli? Jak to – jestem wspaniała? Jak on może mnie akceptować w całości, jeśli ja jestem tak daleka od akceptacji siebie w całości, bo tyle we mnie wstydu i samopogardy? Marzę o tym, by ktoś miał mnie za wspaniałą osobę – potwornie boję się tego, że ktoś ma mnie za wspaniałą osobę.

Krok za krokiem, próbuję rozplątać się z kłębowiska myśli i emocji. Śni mi się, że zostaję porwana przez adoratora, i mimo że biję go z całej siły, z pięści, w twarz, kopię, walczę – on pozostaje niewzruszenie we mnie zapatrzony. Nie chcę zostać porwana przez mój lęk, przez mój niepokój, przez mój zespół stresu pourazowego – bo przecież moja pierwsza hospitalizacja przed laty zaczęła się właśnie dlatego, że zostałam porwana przez epizod maniakalno-depresyjno-psychotyczny i zrobiłam w związku z tym wiele rzeczy, których wolałabym nigdy nie popełnić. Chcę być człowiekiem, który, gdy słyszy od kogoś, że jest wspaniałą osobą, nie reaguje jak lis w klatce, hodowany na futro, którego godzina się zbliża. Chcę reagować jak zdrowa osoba – cieszyć się, czuć wdzięczność, radość z docenienia, dumę, uśmiechać się i wklepywać dobre słowa jak życzliwy balsam. Tymczasem jestem zdjęta trwogą do takich rozmiarów, że muszę ratować się lekami. Kim się stałam?

Mój psychiatra zawsze powtarza: pielęgnuj w sobie Racjonalnego Dorosłego. Rozpoznawaj, gdy porywają cię inni aktorzy twojego wewnętrzego teatru i szukaj obiektywnej oceny sytuacji. Przedzieram się przez zwały chorobowej mgły i docieram do odrobiny jasności: uczucia nieśmiałości, że ktoś mnie docenia, radości i nieufności zarazem, ulgi i poczucia, że mam wiele talentów i zasobów, które można uznać za – no, może nie wspaniałe – ale dobre. Cała reszta mojego wewnętrznego dialogu wokół tej sytuacji to powykręcane, chorobowe i postchorobowe śmieci. Nie chcę oddychać ich zapachem. Chcę oprzeć się na moim Racjonalnym Dorosłym.

Trzymaj kciuki za mój proces.

Today, since morning, I am foggy like the landscape outside the window. Again, somewhere I have lost my clarity of thinking, emotions and intentions. In the morning I had to rescue myself with an olanzapine-lorazepam cocktail due to obsessive suicidal thoughts. After all, I try to remember that I have these healthy parts in me, but sometimes they sink so deep that I can’t reach them.

A large, heavy self-therapeutic process is going through me. The machine of complexes, deeply embedded in my subconscious, started when the previous evening I received a message from a kind, creative and supportive male person with whom I felt very safe in a relationship. He wrote: not only do I accept you fully, but I think you are a great person. My brain first flashed with millions of happy synapses, as if someone had given me a drug shot, and then launched the PTSD and Inner Critic programs. Why does he write that I’m great? What does he want from me? What does he imagine about me? How wrong is he? Maybe he wants to cheer the madwoman up? After all, I am broken, twisted; I have behind me shameful deeds from the past, which I am ashamed of still, and which he is aware of. What does he mean? How is it possible – to think I’m great? How can he accept me as a whole when I’m so far from accepting myself as a whole because I have so much shame and self-contempt? My dream is for someone to think I am a great person – and I am terribly afraid that someone will think I am a great person.

Little by little, I try to unravel myself from the entanglement of thoughts and emotions. I dreamt last night that I got kidnapped by an admirer, and even though I beat him with all my strength, with my fist, in the face, kicking, fighting – he remained enchanted by me. I don’t want to be kidnapped by my anxiety, by my fear, by my post-traumatic stress disorder – because my first hospitalization years ago started precisely because I was kidnapped by a manic-depressive-psychotic episode and I did a lot of things that I’d rather never commit. I want to be a person who, when she hears from someone that she is a great person, does not react like a fox in a cage, bred for fur, whose end is approaching. I want to react like a healthy person – enjoy, feel grateful, find joy in appreciation, pride, smile and tap good words like a kind balm. Meanwhile, I am so afraid that I have to save myself with drugs. Who have I become?

My psychiatrist always says: nurture a Rational Adult within you. Recognize when you are kidnapped by other actors of your inner theater and look for an objective assessment of the situation. I tear my way through the mounds of the morbid fog and reach a bit of clarity: a feeling of shyness that someone appreciates me, joy and distrust at the same time, relief and a feeling that I have many talents and resources that could be considered – well, maybe not great – but good. All the rest of my internal dialogue around this situation is twisted, sick and post-sickness rubbish. I don’t want to breathe its scent. I want to lean on my Rational Adult.

Cross your fingers for my process.

Blizny / Scars

(ENG.below) W chorobie dwubiegunowej obie skrajności, mania i depresja, znajdują się niezwykle blisko siebie. To jak dwie strony tej samej monety, która może błyskawicznie obrócić się w locie; tak przynajmniej jest w moim przypadku. Napieram więc do przodu; śmiejąc się diabolicznie pędzę, galopuję, bo wiem, że tuż za następnym zakrętem może czaić się Depresyjna Biegunica. Już ją przeczuwam. Bezradność, bezsilność, ciemność, opozycja do życia, choć nie do końca umieranie; wegetacja, trwanie, podczas gdy godziny niemiłosiernie powoli kapią z zegara jak u Salvadora Dali.

Szukając źródeł mojego największego lęku, wdrukowanego wskutek traumatycznego zdarzenia sprzed wielu, wielu lat, gdy byłam jeszcze małą dziewczynką, usiłuję być najsilniejszą wersją siebie, bojąc się (paradoksalnie), że jeśli tak nie zafunkcjonuję, spadnę w wielką przepaść bólu i żalu. Wiem jednak, że ta droga nie jest tak prosta, że ból i żal też są jej częścią, że będę musiała zrobić ten przystanek, wyjąc jak ranne zwierzę złapane we wnyki. Choć na razie wolę odgryźć sobie łapę i uciekać dalej. Byle przed siebie, byle daleko od tamtego doświadczenia z przeszłości, którego przecież nie da się odwrócić, odczynić, choć tak bardzo bym chciała odzyskać niewinność.

Tymczasem mogę jedynie zafastrygować okaleczenie i pisać o bliznach.

In bipolar disorder, both extremes, mania and depression, are extremely close together. They are like two sides of the same coin that can instantly rotate in flight; at least that is my case. So I push forward; laughing diabolically, rushing, I gallop, because I know that just behind the next corner there may be a Depressive Pole awaiting. I already sense it. Helplessness, powerlessness, darkness, opposition to life, though not dying completely; vegetation, surviving, while hours mercilessly slowly drip from the clock like on Salvador Dali’s paintings.

Searching for the sources of my greatest fear, imprinted as a result of a traumatic event many years ago when I was a little girl, I am trying to be the strongest version of myself, fearing (paradoxically) that if I do not function like this, I will fall into a great abyss of pain and grief. However, I know that this path is not so simple, that pain and sorrow are also part of it, that I will have to make this stop, howling like a wounded animal caught in snares. Although for now I prefer to bite off my paw and run away. Just move forward, far from that past experience, which, after all, cannot be reversed, undone, though I would like to regain innocence so much.

Meanwhile, I can only baste the mutilation and write about scars.