czterdzieści lat, od nowa / forty years, anew

(ENG.below) Istnieje lista kryteriów zaburzenia osobowości typu borderline, z której należy spełniać co najmniej pięć, by móc zostać zdiagnozowanym (uwaga, nie diagnozować się samemu; w książce poświęconej temu zaburzeniu znalazłam ciekawą analogię – tak jak nie diagnozujemy samodzielnie u siebie samych niedoczynności nerek, choroby serca ani nowotworu). Spełniam sześć. Coraz bardziej myślę o tym, że po siedmiu latach diagnozowania, eksperymentowania, próbowania, leczenia, bezskutecznych prób wyjścia na dłuższą prostą w końcu znaleźliśmy (dwie panie doktor z pomocą danych ode mnie i mojego psychiatry, testów i obserwacji) klucz do Tajemnicy. Co w niej się kryje?

  1. Tendencje samobójcze (myśli, plany, impulsy) i tendencje do samookaleczania. 2. Szybkie wahania nastrojów (czyżby moja diagnoza choroby dwubiegunowej w wariancie ultrarapidcycling była błędna?). 3. Lęk przed prawdziwym lub wyimaginowanym porzuceniem (wyjścia mojego męża z kolegami w tygodniu przeżywam jak zsyłkę na Sybir, choć bardzo się staram pielęgnować w sobie spokój i poczucie bezpieczeństwa). 4. Poczucie pustki wewnętrznej (trochę jakbym była z powietrza, albo miała w środku dziurę – i ogromny lęk przed konfrontacją z nią). 5. Dysocjacje w momentach napięcia i stresu, myśli paranoidalne (zakwalifikowane dotychczas jako element mojego zaburzenia schizoafektywnego). 6. Niestały obraz własnej osoby (człowiek-kameleon; jak ja wspaniale potrafię się dostosować do rozmówców; płynność mojej tożsamości płciowej i seksualnej, zmieniająca definicje, określniki; moje włosy zmieniające kolor co kilka dni/maksymalnie tygodni; kim ja właściwie jestem, do czego/kogo/dokąd przynależę).  

Brnę ( z ulgą, odrazą, nadzieją, beznadzieją, frustracją, ciekawością) przez kolejne książki dotyczące borderline i myślę sobie – jak to dobrze, że ktoś o mnie napisał…Jak to dobrze, że już nie jestem trudnym, skomplikowanym przypadkiem, przy którym lekarze rozkładają ręce. Dysregulacja emocji – w skrócie: czuję za dużo i nie potrafię tych uczuć pomieścić. Być może moje ciało migdałowate jest za małe, może moje emocje nie były uznawane, gdy byłam mała (zwłaszcza złość czy strach), być może to zasługa traumy z wczesnych lat dziecięcych, albo/i zaburzeń dopaminowo-serotoninowych. A może wszystkiego naraz.

Uczę się siebie jeszcze raz. Powoli i uważnie, z dużą dozą lęku. Lecz tym razem w rękach trzymam przewodnik – mapę takich osób, jak ja.

Mam czterdzieści lat.

There is a list of criteria for borderline personality disorder, of which at least five must be met in order to be diagnosed (attention, do not self-diagnosed; in a book devoted to this disorder, I found an interesting analogy – just as we do not diagnose ourselves with kidney failure, heart disease nor cancer). I meet six. I think more and more about the fact that after seven years of diagnosing, experimenting, checking out, treating, unsuccessfully trying to succeed, we finally (two doctors with the help of data from me and my psychiatrist, tests and observation) found the key to the Secret. What’s in it?

1. Suicidal tendencies (thoughts, plans, impulses) and self-harm tendencies. 2. Rapid mood swings (is my diagnosis of bipolar disorder in the ultrarapidcycling variant wrong?). 3. Fear of real or imaginary abandonment (my husband’s departure with friends during the week is like a deportation to Siberia, although I try very hard to cultivate peace and a sense of security). 4. A feeling of inner emptiness (a bit as if I were out of thin air or had a hole in the middle – and a huge fear of confronting it). 5. Dissociation in moments of tension and stress, paranoid thoughts (so far classified as part of my schizoaffective disorder). 6. An inconstant image of myself (chameleon-woman; how wonderfully I can adapt to my interlocutors; fluidity of my gender and sexual identity, changing definitions, determinants; my hair changing color every few days / maximum weeks; / who / where do I belong).

I wade (with relief, disgust, hope, hopelessness, frustration, curiosity) through subsequent books on borderline and I think to myself – how good it is that someone wrote about me instead of spreading their hands saying “we tried everything”. Emotional dysregulation – in short: I feel too much and cannot contain these feelings. Maybe my amygdala is too small, maybe my emotions were not validated when I was small (especially anger and fear), maybe it was due to early childhood trauma and / or dopamine-serotonin dysregulation. Or maybe all at once.

I am learning myself again. Slowly and carefully, with a lot of fear. But this time I have a guide in my hands – a map of people like me.

I am forty years old.

przerwa w maratonie / a pause during a marathon

(ENG.BELOW) Jako że zbieram ostatnio odznaki „Dzielny pacjent” (podobno dają takie dzieciom w przychodniach…), kolejne doświadczenie za mną – punkcja lędźwiowa bez znieczulenia. Wiadomo, mieszkam w kraju twardzieli, po co więc znieczulać w momencie wbijania igły w kręgosłup i ściągania stamtąd płynu mózgowo-rdzeniowego. No cóż, co kraj to obyczaj. Punkcję robiłam, by wykluczyć autoimmunologiczne zapalenie mózgu, które wywołuje objawy psychotyczne i problemy z pamięcią. Wyniki na początku grudnia. Cierpliwość. Druga cecha tego dzielnego narodu.

Tymczasem same dobre wieści: wczoraj i dziś – brak symptomów. Przestałam malować na krwawoczerwono i ostroniebiesko, zaczęłam na jasnoróżowo i szaro. Jako że w poniedziałek przeżyłam poważne załamanie i wypłakałam u mojego psychiatry sporo łez, błagając o pomoc, „bo już nie dam rady”, zrobiliśmy porządny remanent leków i rozpoczęłam nową przygodę z antyepileptycznym kwasem walproinowym. To moje trzecie podejście do tego lekarstwa. Dwa poprzednie zakończyły się dość szybko protestem mojej wątroby. Nie jestem pewna, na co liczymy tym razem – to w końcu ta sama wątroba, choć w o niebo lepszym stanie niż kilka lat temu; niemniej jednak próbujemy i na razie Valproit działa. Jeśli badanie krwi w przyszłym tygodniu wskaże na nienaturalnie podwyższone wskaźniki wątrobowe, będziemy musieli szukać dalej. Podobno na rynku pojawiło się coś nowego, co moglibyśmy wypróbować w drugiej kolejności. A może to tylko zbieg okoliczności, może faza maniakalno-psychotyczna zakończyła się sama z siebie. Nie wiemy. Prawdopodobnie się nie dowiemy. Wiem tylko, że maluję na szaro i czuję się spokojna.

Po punkcji muszę leżeć, piszę więc na leżąco; nie wychodząc z łóżka udało mi się dziś sprzedać jedną z moich prac plastycznych. Radość. Satysfakcja. Oszczędna, bo wiadomo: mam sobie oszczędzać bodźców. Uśmiecham się więc półgębkiem, a w środku fikam koziołki. Łagodne koziołki.

Autoimmunologiczne zapalenie mózgu byłoby ciężką, ale konkretną diagnozą, która paradoksalnie dałaby mi odrobinę nadziei, bo da się je leczyć. Brzmi strasznie, ale uwierz mi, dla mnie i tak lepiej niż lekoodporna odmiana choroby schizoafektywnej/dwubiegunowej z ultraszybką zmianą faz. Dostałabym magiczne pastylki i uwolniła się od patrzących na mnie obrazów, śledzących mnie oczu, muzyki, której wcale nie ma, panicznego, irracjonalnego lęku, napadów niepokoju, bezsenności, myśli samobójczych i wielu innych objawów. Brzmi to wszystko bardzo desperacko; tak, jestem zdesperowana. Przedwczoraj dopłynęłam do brzegu moich możliwości i tolerancji psychicznego bólu. Naprawdę wolałabym zapalenie mózgu. Przepraszam jednocześnie wszystkie osoby z zapaleniem mózgu. Być może nie wiem, co mówię.

Czekamy zatem na diagnozę z początkiem grudnia.

W międzyczasie maluję na szaro, śnię dziwne sny i odpoczywam po maniakalno-psychotycznym maratonie.

A może to tylko chwilowa przerwa w trakcie maratonu.

As I have been collecting „Brave Patient” badges recently (apparently they give them to children in clinics …), another experience is behind me – a lumbar puncture without anesthesia. You know, I live in the country of tough guys, so why anesthetize when sticking a needle into the spine and pulling the cerebrospinal fluid from there. Well, every country has its curiosities. I did the puncture to rule out autoimmune encephalitis, which may cause psychotic symptoms and memory trouble. Results in early December. Patience. The second trait of this brave nation.

Meanwhile, only good news: yesterday and today – no symptoms. I stopped painting bloody red and intense blue and started light pink and gray. As on Monday I experienced a serious breakdown and cried a lot of tears at my psychiatrist, begging for help, „because I can’t bear it anymore”, we made a decent inventory of drugs and started a new adventure with the antiepileptic valproic acid. This is my third attempt at this drug. The previous two ended with my liver protesting pretty quickly. I’m not sure what we’re counting on this time – it’s the same liver, after all, although in much better condition than it was a few years ago; nevertheless we try and for now Valproit works. If next week’s blood test shows abnormally elevated liver rates, we’ll have to look further. Apparently, there is something new on the market that we could try secondly. Or maybe it’s just a coincidence, maybe the manic-psychotic phase has ended by itself. We do not know. We probably won’t find out. All I know is that I paint gray and I feel calm.

After the puncture I have to lie down, so I write lying down; today I managed to sell one of my artworks without leaving my bed. Joy. Satisfaction. Economical, because you know: I have to save myself from emotional stimuli. So I smile half-mouth, and inside I roll back and forth on a grass of joy like a puppy. A gentle puppy though.

Autoimmune encephalitis would be a hard but concrete diagnosis that, paradoxically, would give me some hope because it is treatable. Sounds scary, but believe me, for me it’s still better than the drug-resistant type of schizoaffective / bipolar disorder with ultrafast phase change. I would have gotten the magic pills and free myself of the paintings looking at me, the eyes following me, the music that is not there at all, panic, irrational fear, anxiety attacks, insomnia, suicidal thoughts and many other symptoms. It all sounds very desperate; yes, I am desperate. The day before yesterday I swam to the edge of my possibilities and tolerance of mental pain. I really would prefer encephalitis. I apologize to all people with encephalitis at the same time. Maybe I don’t know what I’m talking about.

Therefore, we are waiting for the diagnosis at the beginning of December.

In the meantime, I paint gray, dream strange dreams and rest after a manic-psychotic marathon.

Or maybe it’s just a pause during the marathon.

ani ładna, ani przyjemna / neither pretty nor nice

(ENG.BELOW) Gdy byłam małą dziewczynką, rodzice powiesili w mieszkaniu reprodukcję obrazu przedstawiającego inną dziewczynkę (bardzo popularna na początku lat osiemdziesiątych reprodukcja). Dziecko to miało rozchylone usta i senne spojrzenie. Bałam się jej nieustająco. Wydawało mi się, że wodzi za mną oczami i że do mnie mruga. Miałam na tym tle tyle lęków, że rodzice zlitowali się i obraz zdjęli. Przypomniało mi się to wczoraj, kiedy dostałam ataku psychotycznego pod wieczór – w związku z malowaniem portretów. Zdawało mi się, że one ożywają, że patrzą na mnie swoimi własnymi, a jednocześnie moimi oczami; że każdy obraz kradnie cząstkę mojej duszy, staje się szamanicznym totemem, który zaczyna wieść niezależne ode mnie życie. Mój niepokój, a potem bardzo szybko ogromny lęk rósł z każdą chwilą. Lorazepam. Mój pies zaczął obwąchiwać pędzle: na pewno coś wyczuwa, o, to znak. Nie mogę już patrzeć na te twarze, to one patrzą na mnie! Zyprexa. Niepokój. Drugi Lorazepam. I wreszcie…ulga.

Pisałam już wielokrotnie o tym, że choć w trakcie ataków psychotycznych myśli są niedorzeczne, uczucia pod nie podpięte są absolutnie realne. Strach, panika, niepokój – dojmująco głębokie. Tak, jakby NAPRAWDĘ coś strasznego się działo, mimo, że obok rzeczywistość płynie spokojnie i naturalnie. Nie dla chorego. Chory przeżywa dramat, współistniejący z kolacją, mężem klikającym na komputerze, psem zajadającym przysmaki i kojącą muzyką w tle. Cierpimy, żołądek skręca się nam ze strachu. Po godzinie wszystko wraca do stanu sprzed. Jesteśmy tylko…bardzo zmęczeni.

Malowanie autoportretów kosztuje mnie wiele emocji, których za radą psychiatry powinnam unikać. Jako że jednak nie zamierzam wieść życia rozwielitki bądź ameby, maluję i chcę malować nadal. W każdym obrazie mieszczę sporo tego, co czuję – a jest tego naprawdę dużo. Na takie obrazy trudno patrzeć, są tak intensywne. Nie powstają jednak po to, by pobudzać zmysł estetyczny. To Art Brut, malowanie z trzewi. A jednak…dla własnego dobra powinnam być może przerzucić się na krajobrazy z jeleniami i zachodami słońca?…Tworzyć coś ładnego, przyjemnego?

Lecz jak mam to zrobić, jeśli wewnątrz nie jestem ani ładna, ani przyjemna?…

When I was a little girl, my parents hung in our apartment a reproduction of a painting showing another girl (a very popular one in the early 1980s). The child had mysteriously opened lips and sleepy eyes. I was constantly afraid of her. I thought she was following me with her eyes, winking at me. I had so many fears that my parents took pity and took the painting off. I remembered it yesterday, when I had a psychotic attack in the evening – in connection with my painting portraits. It seemed to me that they come to life, that they look at me with their own eyes and at the same time with mine; that each picture steals a piece of my soul, becomes a shamanic totem that begins to lead a life independent of me. My anxiety, and then very quickly, a great fear grew with every passing moment. Lorazepam. My dog ​​started sniffing the brushes: he must sense something, oh, that’s a sign. I can’t look at these faces anymore, they are looking at me! Zyprexa. Anxiety. Second Lorazepam. And finally… peace.

I have already written many times that although thoughts are absurd during psychotic attacks, the feelings attached to them are absolutely real. Fear, panic, anxiety – painfully deep. As if something REALLY terrible was happening, even though reality flows calmly and naturally. Not for the sick. The sick person experiences a drama, coexisting with dinner, a husband clicking on the computer, a dog eating delicacies and soothing music in the background. We suffer, our stomach twists with fear. After an hour, everything returns to the state it was before. We’re just… very tired.

Painting self-portraits costs me a lot of emotions, which I should avoid on the advice of a psychiatrist. However, since I do not intend to lead the life of an amoeba, I paint and I want to continue to paint. In every painting I put a lot of what and how I feel – and there is much of it. It is difficult to look at such images, they are so intense. However, they are not created to stimulate the aesthetic sense. It’s Art Brut, a visceral painting. And yet … for my own good, should I perhaps switch to landscapes with deer and sunsets? … Create something pretty, nice?

But how am I supposed to do this if inside I am neither pretty nor nice? …

Nić Ariadny / Ariadne’s Thread

(ENG.below) Dziś w nocy byłam przekonana, że nad moim łóżkiem stoi mężczyzna i mówi coś nienawistnym głosem. To nie był sen – to były halucynacje. Towarzyszył im ogromny lęk. Bałam się spojrzeć w lewo, bałam się obudzić męża, dać jakikolwiek sygnał, że nie śpię. A nuż intruz wtedy mnie zabije? Kiedy halucynacje minęły, a pozostał tylko lęk, sięgnęłam po Lorazepam i udało mi się po nim zasnąć.

Na wczorajszej sesji u psychiatry wydawało mi się, że jest on przemienioną w człowieka żabą. Strasznie się bałam. Niepokój zmieniał moją twarz w napiętą maskę. Psychiatra zrobił coś nieoczekiwanego – zmienił swoją pozycję w pokoju, przesunął się gdzie indziej razem z krzesłem. Zamrożony obraz zaklętej żaby odpłynął. Uspokoiłam się po jakimś czasie.

Przedwczoraj wieczorem silniejszy i dłuższy atak. Najpierw przychodzi niepokój i poczucie, że nie wszystko jest na swoim miejscu; że coś się we mnie przemieszcza i chwieje. Zaczyna mi się wydawać, że mój pies – mój mały, przytulański chichuahua – zaraz wyszczerzy zęby i rzuci się na moją twarz, odgryzając mi jej części. Głaszczę go, tłumaczę sobie, że nigdy tak nie robił, że to się nie zdarzy, ale lęk narasta. Może ma w sobie demona?…W końcu nie mogę na mojego psa patrzeć, bo myślę, że ten straszny moment zdarzy się właśnie teraz, już, za sekundę. Zaczynam płakać ze strachu i proszę męża, żeby zabrał naszego chi do innego pokoju. Powoli się uspokajam. Zyprexa i Lorazepam – pomaga.

Taka intensywność ataków psychotycznych jak w ciągu ostatnich trzech tygodni nie wydarzyła się nigdy wcześniej. Psychiatra podjął decyzję: obniżamy poziom antydepresantów, które mogą przyczyniać się do takiej intensywności objawów (witamy w krainie skutków ubocznych). Z powodu problemów z pamięcią rezygnujemy też z codziennej, wieczornej dawki Seroquela (Quetiapin); biorę go już regularnie ponad trzy miesiące, a to ani w niczym nie pomaga (oprócz zmęczenia ułatwiającego zaśnięcie), a może mieć skutki uboczne – jak luki w pamięci. Zostaję więc na malutkiej dawce Venlafaxyny (antydepresant) i – objawowo, nie codziennie – Zyprexy i Lorazepamu.

To naprawdę rozczarowujące, że w XXI wieku, gdy planuje się już turystyczne loty na Marsa, nie istnieje lek ZAPOBIEGAJĄCY symptomom mojej choroby. Że mam tylko jedno wyjście – przyzwyczaić się do niej i nauczyć z nią żyć. Istnieją owszem leki, które sprawiają, że zasypiam i przesypiam ataki – ale nie istnieje żadna profilaktyka, żaden złoty środek, który mógłby mi pozwolić powiedzieć: „Jestem wolna od symptomów! Wyzdrowiałam!” Owszem, pojawia się gdzieniegdzie termin „zdrowienie”, pojawiają się też w Polsce (na razie kilkudziesięciu) „asystenci zdrowienia” (chorzy, którzy radzą sobie lepiej), jednakże z mojej perspektywy własne życie określiłabym jako Labirynt. Gdy już myślę, że jest lepiej, znów się gubię. A lęk w trakcie derealizacji czy halucynacji jest za każdym razem TAKI SAM.

Nie liczę więc na żadną nić Ariadny. Trzymam za to uzbieraną z kawałków doświadczenia latareczkę, która czasem gaśnie, a czasem świeci.

Zawsze coś.

Tonight I was convinced that a man was standing over my bed saying something in a hateful voice. It wasn’t a dream – these were hallucinations. They were accompanied by tremendous fear. I was afraid to look to the left, I was afraid to wake my husband, to give any signal that I was awake. What if this intruder would kill me then? When the hallucinations passed and only fear remained, I reached for Lorazepam and managed to fall asleep after it.

At yesterday’s session with a psychiatrist, it seemed to me that he was a frog transformed into a human. I was terribly afraid. Anxiety turned my face into a tight mask. The psychiatrist did something unexpected – he changed his position in the room, moved elsewhere with the chair. The frozen image of the enchanted frog was gone. After a while I calmed down.

The day before yesterday evening stronger and longer attack happened. First comes the anxiety and the feeling that not everything is in its place; that something in me is shifting and wobbling. I’m starting to think that my dog ​​- my little cuddly chichuahua – is about to grin its teeth and leap at my face, biting off parts of it. I caress him, tell myself that he has never done that, it won’t happen, but the fear is growing. Maybe he has a demon in him? … After all, I can’t look at my dog, because I think this terrible moment is going to happen right now, in a second. I start to cry with fear and ask my husband to take our chi to another room. I’m slowly calming down. Zyprexa and Lorazepam – helps.

The intensity of psychotic attacks as in the last three weeks has never happened before. The psychiatrist made a decision: we are lowering the level of antidepressant, which may contribute to such intensity of symptoms (welcome to the land of side effects). Due to problems with memory, we also give up the daily evening dose of Seroquel (Quetiapin); I’ve been taking it regularly for over three months now, and it doesn’t help in any way (apart from fatigue making it easier to fall asleep), and it can have side effects – like memory lapses. So I stay on a small dose of Venlafaxine (antidepressant) and – symptomatically, not every day – Zyprexa and Lorazepam.

It is really disappointing that in the 21st century, with tourist flights to Mars already being planned, there is no drug to PREVENT the symptoms of my illness. That I have only one option – to get used to it and learn to live with it. There are drugs that make me fall asleep when the attack begins and just sleep it over – but there is no prophylaxis, no golden mean that would allow me to say, “I am symptom free! I recovered!” Yes, the term „recovery” appears here and there, and there are also (so far several dozen) „recovery assistants” in Poland (patients who are doing better), but from my perspective I would describe my own life as the Labyrinth. Once I think it’s better, I get lost again. And the fear in the process of derealization or hallucination is THE SAME every time.

So I’m not counting on any Ariadne’s thread. Instead, I hold a lantern collected from pieces of experience, which sometimes goes out and sometimes shines.

It’s always something.