naturoterapia / naturetherapy

(ENG.below) Ostatnie 6 dni z chorobą: 4 z symptomami psychotycznymi, 2 bez. Takie zagęszczenie nie zdarzyło się nigdy wcześniej. Derealizacja – to niepokojące poczucie, że nie wiem, czy jestem tu, gdzie jestem, będąc tą, którą jestem, czy też może w tym samym momencie leżę gdzieś w szpitalnym łóżku i śnię…Ta niepewność jest jak pływanie w mętnej wodzie, bez punktów odniesienia; rodzi niepokój, więc Lorazepam znów w użyciu. Do tego zwykłe drobnostki – za dużo ludzi, za głośno, za jasno, za szybko. Z tym pewnie zidentyfikuje się każdy chory psychicznie, niezależnie od diagnozy.

Jako że wczoraj obudziłam się w dobrym stanie – wypoczęta i z jasnością umysłu – postanowiłam zaryzykować i zorganizowałam sobie kolejną samodzielną wyprawę w góry. Przeszłam 17 km, zrobiłam trasę, jaką ostatnim razem szłam…10 lat temu. Idąc coraz wyżej i wyżej, rytmicznie i prawie bez pauz, miałam wrażenie, jakbym brała oczyszczającą kąpiel, rozjaśniającą umysł. Wielogodzinna samotność (wyszłam z domu o 8 rano, wróciłam 10 godzin później), słońce (od jutra ma na tej trasie padać deszcz ze śniegiem), twarde stąpanie po ziemi (za wyjątkiem ośnieżonych partii powyżej 2000m n.p.m.), rytm (mam swoje tempo – nie bardzo szybkie, ale nieustępliwe), osiągnięcie (1200 m różnicy wysokości w górę), fenomenalne widoki (Alpy…przepiękne o każdej porze roku) i to poczucie, że im wyżej idę, tym bardziej pusto się robi (co oznacza, że porywam się na coś, co tego dnia jest udziałem niewielu, a to napawa mnie dumą). Cudowna przygoda – naturoterapia.

Oczywiście zawartość mojego plecaka turystycznego wygląda nieco inaczej niż „zwyczajna”. Noszę ze sobą specjalną, niedużą kosmetyczkę, a w niej: Zyprexa (gdybym miała epizod psychotyczny), Lorazepam (gdybym miała atak niepokoju), Ibuprom (gdyby wysiadły mi plecy) i naprawdę nieduża butelka wody (nie mogę nosić ciężarów wskutek niedawnej przepukliny kręgosłupa). Turystka specjalnej troski. Przygotowana na każdą okazję. To, jak miałabym zejść z wysokości 2200 m n.p.m. w trakcie ataku psychotycznego pozostaje zagadką, ale, jak mawia mój mąż, opuśćmy nad tym zasłonę miłosierdzia. Co innego mam robić? Siedzieć w domu i czekać, aż mnie dopadnie?…Mogę. Z tym, że w domu nie jestem dużo bezpieczniejsza. Jest balkon, jest suszalnia na pranie, są noże i ruchliwe ulice niedaleko. Iluzja bezpieczeństwa.

Mąż dumny z mojej wyprawy. Zazdrości mi kondycji, która pozostaje zagadką, bo przecież palę papierosy i powinnam sapać i umierać na podejściach; tymczasem nie pamiętam, kiedy ostatnio z taką lekkością je pokonywałam. Kluczem do sukcesu wydaje się regularny trening.

Ach, niemalże zapomniałam – wspomnieć o zapominaniu…Mam skierowanie do neurologa. Lekarza tej specjalności jeszcze nie poznałam; śmiać mi się chce, że kolekcjonuję z różnych źródeł plakietki „Dzielny Pacjent”. Chodzi tym razem o moje kłopoty z pamięcią. Ostatnio zapominam imiona znajomych. Stwierdziłam, że napiszę sobie na kartce imię osoby, z którą się mam spotkać. Bo nazwanie Alexa „Timothy” (taki imię wymyśliła koledze moje głowa…) raczej nie przysporzy mi sympatii.

Mózgu mój mózgu. Proszę, daj mi trochę więcej jasności.

tu byłam / here I was

Last 6 days with the illness: 4 with psychotic symptoms, 2 without. Such frequency has never happened before. Derealization – it’s a disturbing feeling that I don’t know if I’m where I am, being who I am, or maybe I’m just lying somewhere in a hospital bed dreaming… This uncertainty is like swimming in muddy waters with no reference points ; breeds anxiety, so Lorazepam is back in use. Plus the usual trifles – too many people, too loud, too bright, too fast. Any mentally ill will be able to identify with the latter, regardless of the diagnosis.

As yesterday I woke up in good shape – refreshed and clear of mind – I decided to take a risk and organize another trip to the mountains on my own. I walked 17 km, did the route I did the last time… 10 years ago. As I walked higher and higher, rhythmically and with almost no pauses, I felt as if I was taking a cleansing bath, brightening my mind. Many hours of loneliness (I left the house at 8 am to return 10 hours later), the sun (from tomorrow it will rain and snow on this route), treading hard on the ground (except for snow-covered parts above 2000m above sea level), rhythm (I have my pace – not very fast, but relentless), achievement (1200 m difference in altitude upwards), phenomenal views (the Alps … beautiful at any time of the year) and the feeling that the higher I go, the more empty it gets (which means that I do something that few people do that day, and that makes me proud.) A wonderful adventure – naturetherapy.

Of course, the contents of my hiking backpack look a bit different than „ordinary”. I have a special, small bag with me, which includes: Zyprexa (if I had a psychotic episode), Lorazepam (if I had an anxiety attack), Ibuprom (if my back decided to protest) and a really small bottle of water (I cannot carry loads due to the recent spinal hernia). A tourist with special needs. Prepared for any occasion. How I would descend from 2,200 meters above sea level during a psychotic attack remains a mystery, but, as my husband says, let us lower the veil of mercy over it. What else should I do? Stay home and wait for it to get me? … I can. Except I’m not much safer at home. There is a balcony, there is a drying room for laundry, knives and busy streets nearby. The illusion of security.

Husband is proud of my trip. He envies my good condition, which remains a mystery, because I smoke cigarettes and should puff and die on the steep uphill parts; meanwhile, I do not remember the last time I was overcoming them with such ease. Regular training seems to be the key to success.

Ah, I almost forgot to mention forgetting … I have a date with a neurologist in October. I haven’t met a doctor of this specialty yet; I laugh that I collect „Brave Patient” badges from various sources. This time it’s about my memory problems. I’ve been forgetting my friends' names lately. I decided to write on a piece of paper the name of the person with whom I am meeting (just in case). Because naming Alex „Timothy” (this is the alternative name of my colleague my mind came up with …) is unlikely to win me sympathy.

My brain, oh, my brain. Please give me a little more clarity.

wielkie zagubienie / big confusion

(ENG.below) Dziwne dni. Niby nic się nie dzieje, a jednak mam wrażenie, że kropki w mojej głowie nie do końca łączą się w normalny wzór. Wczoraj zastanawiałam się, czy nie jestem przypadkiem cyborgiem. Nie wiem, czy zdrowym psychicznie ludziom towarzyszą takie rozmyślania. Gdy za tym pojawia się pomysł sprawdzenia tego organicznie, przy pomocy noża, wiem, że czas na Zyprexę.

Mam wrażenie, że widzę rzeczywistość za szkłem. Że jakaś część mojego mózgu zajęta jest nieuchwytnym procesem, a ręce, które mogłyby mocno uchwycić się tego, co namacalne, trafiają w próżnię. Niby chodzę, niby biegam (w tym tygodniu już 16km), maluję, jem, rozmawiam, ale czuję się, jakby część mnie była gdzie indziej. Problem w tym, że nie mam pojęcia, gdzie.

Gdy z dość dużą regularnością tracisz kontakt z rzeczywistością, tracisz też długofalowo zaufanie do własnej oceny sytuacji, osądów i myśli, a nawet – do własnych zmysłów. Jak na drodze w gęstej mgle, znikają punkty odniesienia. Nie wiesz już, na czym możesz się oprzeć, co jest prawdziwe, co jest ułudą, a co snem. Oniryczny stan. I potencjalnie groźny.

Lekarze zdiagnozowali u mnie bardzo niski poziom kwasu foliowego – od kilku dni biorę więc tabletki. Co ciekawe, obniżony stan tej substancji może powodować zaburzenia pamięci (które ostatnio mnie dotykały), a nawet epizody psychotyczne. Byłoby naprawdę wspaniale, gdyby małe, niewinne i zupełnie niepsychiatryczne pigułki zmniejszyły częstotliwość moich psychotycznych faz.

Tymczasem, mój kolega zrezygnował z członkostwa w stowarzyszeniu artystycznym, bo wierzy, że zalągł się w nim diabeł. Jest o tym przekonany. Odstawił leki, bo wydaje mu się, że kontroluje sytuację i prawidłowo ją ocenia; że wreszcie widzi prawdę.

Choroby psychiczne oznaczają wielkie zagubienie, kryjące się pod maską sztywnych, absurdalnych przekonań.

Strange days. Apparently nothing is happening, but I have the impression that the dots in my head are not completely merging into a normal pattern. Yesterday I was wondering if I was a cyborg. I do not know if mentally healthy people are accompanied by such reflections. When the idea of ​​checking it organically with a knife comes up, I know it’s time for Zyprexa.

I have the impression that I see the reality like from behind the glass. That some part of my brain is occupied with an elusive process, and that hands that could hold tight to the tangible end up in a void. I’m kind of walking, running (16 km this week), painting, eating, talking, but I feel as if a part of me is somewhere else. The problem is, I have no idea where.

When you lose touch with reality on a fairly regular basis, you also lose confidence in your own judgment, thoughts, assessment and even your own senses in the long term. As if on the road in thick fog, the reference points disappear. You no longer know what to lean on, what is real, what is an illusion and what is a dream. Dreamy state. And potentially dangerous.

The doctors diagnosed me with a very low level of folic acid – so I have been taking pills for several days. Interestingly, the lowered state of this substance can cause memory disturbances (which have been affecting me recently) and even psychotic episodes. It would be really great if small, innocent and completely non-psychiatric pills decreased the frequency of my psychotic phases.

Meanwhile, my friend has resigned from membership in an artistic association because he believes that the devil is in it. He is convinced of it. He quit medication because he thinks he is in control of the situation and is assessing it correctly; that he finally sees the truth.

Mental illness is a big confusion, hidden behind a mask of stiff, absurd beliefs.

tolerancja niepewności / tolerance for uncertainty

(ENG.below) Kiedyś napiszę doktorat z niepewności. Gwarantuję. A może lepiej nie gwarantować, zważywszy na temat.

Lekarka przejęła się moimi kłopotami z pamięcią – które niestety się utrzymują (dziś zapomniałam słowo „tarczyca” – w języku polskim…) – i wysyła mnie na kolejny rezonans magnetyczny, tym razem głowy. Ja wiem, że moja głowa nie funkcjonuje tak wspaniale, jak większość cudzych głów, ale żeby od razu drugi rezonans w tym półroczu…Miałam nadzieję, że to może jakieś komplikacje odkręgosłupowe, ale nie. Czyli inne. Kolekcjonuję spaczenia?…Takie hobby. Wszystko wyjaśni się za tydzień.  Do tego czasu mogę sobie fantazjować, jak bardzo jeszcze jestem zepsuta. Zważywszy na choroby dziedziczne, mam w czym wybierać. Liczę jednak na to, że to nowa odmiana okołopsychotycznych zaburzeń. Z taką diagnozą jakoś mogę się wstępnie pogodzić.

Zaczęłam znów biegać, z uwagi na mój niedoskonały kręgosłup – pod górkę, ewentualnie po równym terenie. Ciągnąć za sobą sapiącą chichuahua, ewentualnie męża z chronicznym zapaleniem zatok, czuję się jak jelonek. Dziś 3km w górę bez przerwy – padł rekord życiowy (mój i psa). Po drodze powtarzałam sobie: ok, do pierwszego skrzyżowania dróg. No dobra, to do drugiego. Hmm, może uda nam się i do następnego? O popatrz, tak blisko szczytu już jesteśmy, dotąd wystarczy. Ale w sumie…tak blisko szczytu…to może by tak na samą górę? I udało się. Zamiast założyć plan maksimum, wykonałam go po prostu – skupiając się na małych krokach. Tak jak uczą w klinice i w centrum kryzysowym. Krok za krokiem.

Kolejna karta niepewności odsłoniła się wczoraj – w naszym życiu rodzinnym pojawiła się ponownie osoba, która zniknęła z niego na wiele lat. Nie wiem jeszcze, z czym to się będzie wiązało, lecz na pewno muszę zrobić jej miejsce. Nie jest mi z tym wygodnie, mam dużo obaw, nienajlepszych wspomnień i uprzedzeń. Staram się mimo wszystko koncentrować na ciekawości i życzliwości. Również je w sobie mam, i jestem świadoma, że moje reakcje są wyłącznie moim wyborem.

Na koniec cytat z interesującego wywiadu z psychoterapeutką Zofią Milską-Wrzosińską:

Wszelkie współcześnie modne zawołania w rodzaju: „chcieć to móc”, „jeżeli naprawdę czegoś pragniesz, to to zdobędziesz”, „możesz zmienić swoje życie” i tak dalej, są iluzją, może czasem fałszywie krzepiącą jak cukier. Tak, jak nieprawdą jest stwierdzenie, że co nas nie zabije, to nas wzmocni. Możemy sobie je powtarzać, mierząc się z trudnym, bolesnym doświadczeniem, bo to nam daje szansę przetrwania tej chwili, ale to, co jest na tyle dramatyczne, że nas prawie zabija, zostawia w nas głębokie ślady, które nie są wzmocnieniem. Wzmocnieniem może być ewentualnie to, że sobie poradziliśmy, ale wielkie cierpienie samo w sobie nie czyni nas silniejszymi.Poradniki pełne zaklęć typu „możesz zrobić wszystko” pielęgnują w nas iluzję. I jeśli żyjemy w przekonaniu, że od nas zależy prawie wszystko, to nasza tolerancja na niepewność jest żadna. [magazyn Wysokie Obcasy]

Someday I will write a PhD on the topic of uncertainty. I guarantee. Or maybe it’s better not to guarantee, given the topic.

The doctor today was worried while hearing about my memory problems – which unfortunately persist (today I forgot the word „thyroid” – in Polish …) – and sends me for another MRI, this time of the head. I know that my head is not working as well as most other people’s heads, but I a second MRI in a six-month period… I was hoping it might be some spinal complications, but no. So, something different. Do I look like a fuck-up collector? … Is there such a hobby? Everything will be clarified in a week. Until then, I can fantasize about how broken I am. Considering hereditary diseases, I have a lot to choose from. However, I hope that this is just a new variety of psychotic-related disorders. Somehow I could come to terms with this type of diagnosis.

I started running again, due to my imperfect spine – uphill, less on even ground. To drag a puffing chichuahua, possibly a husband with chronic sinusitis, I feel like a little, joyful deer. Today, 3km up without a break – a life record (mine and my dog’s). Along the way, I kept repeating to myself: ok, to the first crossroads. Okay, then to the second. Hmm, maybe we can make it to the next one? Oh look, we are so close to the top, so far it is enough. But all in all … so close to the top … maybe to the top then? And we did it. Instead of having a maximum plan, I just did it – focusing on small steps. Just like they teach in the clinic and in the crisis center. Step by step.

Another page of uncertainty unveiled yesterday – a person who has disappeared for many years has reappeared in our family life. I don’t know what it will involve yet, but I definitely need to make room for it. I am not comfortable with it, I have a lot of fears, not the best memories and some prejudices. Still, I try to focus on curiosity and kindness. I have them in me too, and I am aware that my reactions are solely my choice.

Finally, a quote from an interesting interview with a Polish psychotherapist Zofia Milska-Wrzosińska:

Any modern, fashionable slogans such as „wanyou are capable of anything”, „if you really want something, you will get it”, „you can change your life” and so on are an illusion, maybe sometimes falsely comforting like sugar. Just as it is false to say that what doesn’t kill us makes us stronger. We can repeat them to ourselves, facing a difficult, painful experience, because it gives us a chance to survive this moment, but what is so dramatic that it almost kills us leaves deep traces in us that are not any reinforcement. We may be empowered by coping, but great suffering does not in itself make us stronger. Tutorials full of „you can do anything” nurture an illusion in us. And if we live in the belief that almost everything depends on us, then our tolerance for uncertainty is none. [Wysokie Obcasy magazine]