wybrana / the chosen one

(*ENG.below) Zostałam wybrana przez boginię Shakti; czas zmienić imię, spakować się i wyjechać do Indii; znaleźć mistrza duchowego i stąpać duchową ścieżką.

Urojenia mają wiele twarzy.

W odmianie psychozy, która mnie dotyczy, mają bardzo zmienny charakter: raz jest to niewysłowione szczęście, które szybko zmienia się w przerażenie. Shakti, kłaniam się tobie, ale ten demon wysysający moją krew przed zaśnięciem już nie jest taki wspierający. Czy to na pewno ty go wysłałaś? Czy za twoim światłem nie czai się przypadkiem groza? Szybka zmiana nastroju – od spokoju do lęku. Psychoza lęku-szczęścia, w niemieckim Angst-Glück Psychose.

W związku z powyższym kryzysem miałam wczoraj ciężki dzień; nie tylko dlatego, że urojenia spalają mnóstwo energii, ale przede wszystkim dlatego, że wydawało mi się, że przegrałam życie. Znów nawrót symptomów. A było już tak dobrze. Już, już myślałam, że tak zostanie; w końcu minęły trzy tygodnie od ostatniego ataku, a to, jak na mnie, całkiem spory sukces. Przecież robiłam wszystko jak trzeba. Przestrzegałam wszystkich zasad, stosowałam wyuczone strategie, uważałam na siebie, zażywałam leki. Dlaczego nawrót? Czułam rozczarowanie, żal, wściekłość i bezradność. Nie chcę być ofiarą losu. Chcę mieć wpływ na swoje życie, widzieć efekty moich działań. Niestety, choroba ma swoje plany, najwyraźniej różne od moich.

Postąpiłam wczoraj zgodnie z radą mojego lekarza: podwyższyłam dawkę jednego z leków antypsychotycznych (Abilify), zażyłam potężną dawkę drugiego (Olanzapina), w wyniku czego spałam spokojnie 11 godzin i obudziłam się bez symptomów. Poziom zmęczenia – horrendalny, bo oba te leki wzmacniają swoje wzajemne skutki uboczne. Sama nie wiem, co teraz mam sobie myśleć, w jakiej narracji o relacji mojej z chorobą funkcjonować. Czy: „pamiętaj, zdrowienie to nie linearny proces”, czy „cokolwiek bym nie robiła, i tak nie mam wpływu na to, kiedy zaatakuje mnie choroba”, czy może „moje życie nie ma sensu, czas się stąd wynosić”, albo „mogę robić to, na co mam wpływ, a z resztą muszę się pogodzić”, lub też „będę żyć w ciągłym lęku, bo nigdy nie wiem, kiedy mnie dopadnie”, i tak dalej. Znów jestem zagubiona.

Może coś podpowiesz?

I was chosen by the goddess Shakti; time to change my name, pack up and go to India; find a spiritual master and walk on the spiritual path.

Delusions have many faces.

In the kind of psychosis that concerns me, they are very changeable in nature: once it is inexpressible happiness that quickly turns into terror. Shakti, I bow to you, but this demon that sucks my blood before falling asleep is not so supportive anymore. Are you sure you sent him? Is there a terror behind your light? A quick changes of mood – from calmness to anxiety. The anxiety-happiness psychosis, in German Angst-Glück Psychose.

I had a hard day yesterday due to the above crisis; not only because delusions burn a lot of energy, but mostly because I thought I had lost my life. Symptoms recur again. And it was already so good. I thought it would stay that way; after all, three weeks have passed since the last attack, and for me, it’s quite a success. After all, I did everything right. I followed all the rules, used learned strategies, took care of myself, took medications. Why relapse? I felt disappointment, regret, rage and helplessness. I don’t want to be a victim of fate. I want to influence my life, see the effects of my actions. Unfortunately, the disease has plans of its own, apparently different from mine.

I followed my doctor’s advice yesterday: I increased the dose of one of the antipsychotic drugs (Abilify), took a massive dose of the other (Olanzapine), and as a result I slept soundly for 11 hours and woke up symptom-free. The level of fatigue – horrendous, because both of these drugs enhance each other’s side effects. I don’t know what to think now, in what narrative about my relationship with the disease should I function. Is it: „remember, recovery is not a linear process” or „whatever I do, I still have no influence on when an illness attacks me”, or maybe „my life is pointless, it’s time to get out of here” or „I can do what I have control over and have to deal with the rest that I cannot control”, or „I’ll live in constant fear because I never know when it’s gonna get me”, and so on. I’m lost again.

Maybe you can suggest something?

o bólu / on pain

(ENG.below) Przez zdecydowaną większość mojego życia do słowa CIERPIENIE odnosiłam się z rezerwą. Inni może cierpią, mają do tego prawo, należy im współczuć. Ja i cierpienie? Ja i sukces, to rozumiem. Tymczasem od kilku tygodni, z kilkoma dniami przerwy, cierpię ponad wszelkie moje wyobrażenia o cierpieniu. Mój mąż płacze nade mną, bo ja nie potrafię już płakać, skręcam się tylko z bólu, w wyczerpującej walce z głosami w mojej głowie. Każą mi się zabić, okaleczyć, oszpecić. Planują, fantazjują, konspirują. Podsyłają mi podstawionych ludzi i ptaki, których mowę nagle rozumiem. Zwijam się, skręcam się w skurczach tych napadów, które mogą trwać godzinę, a mogą trzy. Mąż musi wyjść z domu. Proszę go, by mnie przywiązał do łóżka, bo nie mam gwarancji, czy czegoś sobie nie zrobię. Noże i żyletki – pochowane, leki – w sejfie. Biorę jeszcze jedną tabletkę, i jeszcze jedną. Taka dawka powaliłaby słonia, a ogień we mnie nadal płonie. Plany, plany, zabójcze plany i fantazje.

Powinniśmy byli zgłosić mnie do szpitala już tydzień temu. Oczywiście wtedy jeszcze stawiałam opór i miałam nadzieję.

Teraz przede mną 2-3 dni czekania na wstęp do prywatnej kliniki, położonej nad jeziorem. Czy moja choroba wystraszy się tych pięknych okoliczności przyrody?….Nie…pewnie wymyśli plan utopienia się w wodach alpejskiego jeziora. Marzę o tym, by lekarze mi pomogli. Wątpię w to, że mi pomogą. Mimo to chcę spróbować. Mój mąż jest już dostatecznie wycieńczony.

For the vast majority of my life, I was cautious about the word SUFFERING. Others may be suffering, they have a right to do so, they should be sympathized with. Me and suffering? Me and success, that sounds right. Meanwhile, for several weeks, with a few days off, I have been suffering beyond all my notions of suffering. My husband is crying for me because I can’t cry anymore, I just twist in pain, in the exhausting struggle with the voices in my head. They make me kill myself, mutilate myself, disfigure myself. They plan, fantasize, and conspire. They send me people and birds whose speech I suddenly understand. I twist, twist in spasms of these seizures that can last an hour or maybe three. The husband has to leave the house. I am asking him to tie me to my bed, because I have no guarantee that I will not do something to myself. Knives and razor blades – buried, medication – in the safe. I take one more pill and another. That dose would have knocked the elephant down and the fire still burns in me. Plans, plans, killer plans and fantasies.

We should have reported me to the hospital a week ago. Of course, I still resisted back then, and I had hope.

Now I have 2-3 days of waiting for admission to a private clinic located by the lake. Will my disease be frightened by these beautiful natural circumstances? …. No … it will probably come up with a plan to drown me in the waters of an alpine lake. I wish the doctors would help me. I doubt they will help me. Still, I want to try. My husband is exhausted enough.

trudny wybór / hard choice

(ENG.below) Zaczęło się od niewinnego pytania „jakie masz plany na najbliższe dni”, na które zareagowałam żartem, czy to może zaproszenie na kawę, a skończyło na prośbie „chciałbym, żebyś najbliższe trzy-cztery dni przespała”. Zastosowaliśmy z moim psychiatrą kryzysową interwencję, a mianowicie końską dawkę antypsychotyków (Zyprexa i Solian, czyli olanzapina i amisulpryd), które mają spowodować Wielką Senność i odciąć mnie od symptomów psychotycznych. Działa! Przez ostatnie dwa dni brak symptomów. Skutki uboczne znane mi z przeszłości, a mianowicie wzrost apetytu – wciągam jedzenie jak odkurzacz, zwłaszcza słodycze – i zmęczenie, zwłaszcza popołudniu; chodzę spać przed 20:00, bo nie mam już siły funkcjonować.

Taka interwencja może działać krótkoterminowo. Jakość życia, która jest równie ważna w przypadku leczenia, spada – nie da się zwyczajnie funkcjonować; potrzebne drzemki w ciągu dnia i spanie po 10-11 godzin w nocy. Słabość, głód, zmęczenie, tycie. Jednakże psychiatra orzekł, że jeśli ta strategia nie zadziała, wyśle mnie do kliniki. A wiesz, jak nie lubię tam trafiać.

Udaje mi się mimo wszystko tak rozłożyć dawkowanie leków, żeby przez 3-4 godziny w ciągu dnia mieć dość siły na cokolwiek. Zwlekam się więc z łóżka, rysuję albo spaceruję z psem (udało mi się nawet wczoraj trochę z nim pobiegać). Jednak późnym popołudniem chce mi się płakać ze zmęczenia. Mam też niesamowite sny, bo śni mi się szaleństwo – tak jakby symptomy przeniosły się głęboko do nieświadomości, nie atakowały mnie już w ciągu dnia lecz rozgrywały się, gdy śpię.

Trudny wybór – nie być na lekach i funkcjonować w miarę normalnie, oprócz 3-4 godzin w ciągu dnia, gdy przychodzi atak psychotyczny, lub być na lekach, bez ataków, lecz nie funkcjonować normalnie z powodu zmęczenia i mieć 3-4 godziny w ciągu dnia gdy da się cokolwiek zrobić.

A co ty byś wybrał/a na moim miejscu?…

It started with an innocent question „what are your plans for the next few days”, to which I reacted with a joke (that maybe it was an invitation for a coffee), and ended with a request „I would like you to sleep all the time for the next three or four days”. We used a crisis intervention with my psychiatrist, namely an extremely high dose of antipsychotics (Zyprexa and Solian, i.e. olanzapine and amisulprid), which are supposed to make me feel sleepy and cut me off from my psychotic symptoms. It works! No symptoms for the last two days. Side effects known to me from the past, namely an increase in appetite – I vacuum food, especially sweets – and fatigue, especially in the afternoon; I go to bed before 8:00 PM because I don’t have the strength to function anymore.

Such an intervention may work short-term. The quality of life, which is equally important in the case of treatment, is declining – you cannot simply function; you need naps during the day and the amount of sleep rises to 10-11 hours at night. Weakness, hunger, fatigue, weight gain. However, the psychiatrist said that if this strategy didn’t work, he would send me to a clinic. And you know how I hate going there.

Nevertheless, I manage to distribute the dosage of drugs in such a way that for 3-4 hours a day I have enough strength to do something. So I drag myself out of bed, draw or take a walk with my dog ​​(I even managed to run with him a little yesterday). However, in the late afternoon I feel like crying from exhaustion. I also have amazing dreams, because I dream of madness – as if the symptoms moved deeply into the unconscious and no longer attacked me during the day, but unfolded while I was sleeping.

Difficult choice – not to be on medication and function normally, except 3-4 hours a day when a psychotic attack occurs, or to be on medication, without seizures, but not functioning normally due to fatigue and having 3-4 hours a day a day when anything can be done.

What would you choose if you were me? …

wstydliwe finanse / shameful finances

(ENG.below) Konkurs dramaturgiczny. Konkurs prozatorski. Konkurs poetycki. Konkurs dla artystów sztuk wizualnych. Takie wyszukałam sobie projekty i systematycznie je realizuję. Po co? Lubię mieć cel, strukturę, lubię dostawać informację zwrotną, sprawdzać się, coś osiągać (nawet jeśli jest to jedynie wysłanie zgłoszenia pocztą. Trzeba pójść na pocztę, a to stresujące). Nie mam regularnej pracy – nie mam w zasadzie żadnej pracy – więc organizowanie sobie czasu to ważna umiejętność w tych okolicznościach. Niektórzy mili ludzie nazywają moje malowanie pracą (czasem coś za nią zarabiam), ale mnie ciężko nazywać tym słowem coś, co jest naturalne jak oddech czy uśmiech.

Wczorajszy dzień upłynął bez symptomów (no, prawie; było troszkę urojeniowo, ale do zniesienia). Podwoiliśmy dawkę nowego leku antypsychotycznego (Solian), w wyniku czego miałam być nadzwyczajnie zmęczona – tymczasem dziś o 7:15 wyszłam na jogging. Za własne pieniądze kupiłam sobie nowe buty do biegania, w których czuję się, jakbym stąpała po leciutkiej piance. Własne pieniądze – w życiu wariata to rzadkość, zarazem powód do dumy i radości. Zwykle utrzymujemy się z zasiłków społecznych, renty, specjalnych programów pomocowych. Jeśli symptomy przychodzą tak często jak u mnie, właściwa instytucja orzeka, że jesteśmy niezdolni do pracy. Nieprzewidywalni, nie można na nas polegać, nieodpowiedzialni, „nie dowożący”, jak mawiali moi klienci korporacyjni. Sprzedanie obrazu i zarobienie na nowe buty to więc nie lada gratka. Podobnie jak zafundowanie mężowi pobytu w hotelu – w ramach mojej rezydencji artystycznej; temu samemu mężowi, który od kilku lat niestrudzenie, samodzielnie utrzymuje mnie, siebie i dzieci z poprzedniego małżeństwa.

Temat finansów w życiu chorych psychicznie jest trudny, wstydliwy. Gdy przychodzą depresyjne dni, czuję się obciążeniem dla partnera, dla społeczeństwa, dla rodziny. Wolałabym dokładać swoją cegiełkę do społeczno-finansowego życia, ale jak to zrobić, gdy mam halucynacje, urojenia, nakręt maniakalny lub depresyjny dół – i tak, z niewielkimi przerwami, od kilku lat?…Pogodzenie się z własną niepełnosprawnością i tym, że potrzebuję pomocy innych ludzi, łączy się z zagryzaniem wargi i poczuciem winy. Bo przecież…powinnam dać radę. Bo przecież…inni mają gorzej. Bo przecież…nie jest aż tak źle?…

Drama competition. Prose competition. Poetry competition. A competition for visual artists. I have found such projects and implement them systematically. For what? I enjoy having a goal, structure, I like to receive feedback, prove myself, achieve something (even if it is only sending an application by post. Means going to the post office. It’s stressful, you know?). I don’t have a regular job – I basically have no job – so organizing my time is an important skill in these circumstances. Some nice people call my painting a job (sometimes I earn a bit for it), but it’s hard for me to use this word for something that is natural like a breath or a smile.

Yesterday was symptom-free (well, almost; it was a little delusional, but bearable). We doubled the dose of a new antipsychotic drug (Solian), which was supposed to make me extremely tired – meanwhile today at 7:15 AM I went jogging. With my own money I bought myself new running shoes in which I feel like walking on a light foam. Own money – it is a rarity in a madman’s life, and at the same time a reason to be proud and happy. We usually live off social benefits, pensions, special assistance programs. If the symptoms come as often as in my case, the institution responsible rules that we are unable to work. Unpredictable, unreliable, irresponsible, „not delivering” as my corporate clients used to say. So selling the painting and getting new shoes is a real treat. Just like founding my husband’s stay in a hotel – as part of my artist-in-residence; the same husband who has been tirelessly financing me, himself and the children from his previous marriage for several years.

The subject of finance in the life of the mentally ill is difficult and shameful. When depressive days come, I feel being a burden on my partner, on society, on my family. I would rather make my contribution to the social and financial life, but how do I do it when I’m hallucinating, delusional, nut manic or depressed – and yes, with minor interruptions, for several years? … Coming to terms with my own disability and the fact that I need other people’s help, it has to do with biting my lips and feeling guilty. Because… I should be able to do it. Because… others have it worse. Because … it’s not that bad? …

coś z niczego / something out of nothing

(ENG.below) Tak źle jeszcze nie było – i tak dobrze zarazem.

Moje obrazy się sprzedają.

W przyszłym tygodniu idę obejrzeć moją sztukę, wystawianą na teatralnej scenie stolicy pewnego pięknego kraju.

Już jutro wernisaż kolejnej wystawy, na której pokazywane są moje prace.

Dziś wyjeżdżam na pierwszą w życiu rezydencję artystyczną.

Jednocześnie – choroba atakuje mnie aktualnie każdego dnia, nie dając mi nawet doby ulgi. Przez kilka godzin dziennie funkcjonuję normalnie, a kolejne kilka godzin to (możliwy wybór wielokrotny):

  • symptomy depresyjne
  • myśli samobójcze
  • ataki niepokoju i lęku
  • urojenia
  • derealizacja
  • depersonalizacja
  • ogromny ból psychiczny

Jestem już bardzo zmęczona.

Wczoraj wieczorem miałam atak psychotyczny, w którym ból psychiczny był tak silny, że miałam wrażenie, że MUSZĘ – po prostu MUSZĘ – zrobić sobie fizyczną krzywdę, by go zagłuszyć, przerwać. Coraz lepiej rozumiem tych chorych, którzy się tną lub kaleczą; wczoraj właśnie tam zmierzałam. Masz wrażenie, że rozpadniesz się na kawałki, albo wręcz przeciwnie – zapadniesz się do środka; całe jestestwo jakby swędzi cię, pali niemiłosiernie, nic nie przynosi ulgi; wyobraź sobie atak kamieni nerkowych, tylko psychiczny. Zamknęłam się w końcu w łazience, wzięłam maszynkę i ogoliłam włosy na zero.  Przyniosło mi to ulgę. Odjęłam sobie kilka punktów urody, ale czułam, że mam nad czymś kontrolę, i że zmieniam właśnie swoje ciało, które dostarcza mi tyle cierpienia.

Nie wiem, co zrobię kolejnym razem.

Mój psychiatra cieszy się mimo wszystko, że jadę do pięknego hotelu w cudownym miejscu, gdzie będę odpoczywać w naturze i malować. Żadnych innych bodźców. Spokój. Może mój mózg też się uspokoi. Pakuję oczywiście tonę leków na każdą okazję.

Odwołałam swój udział w kursie malarskim, więc będę mogła zostać na rezydencji dłużej. Opracowaliśmy z mężem trasy górskie w okolicy, by 2-3 godziny dziennie być na zewnątrz.

A poza tym – pędzle w dłoń i biała karta papieru, na której moja dłoń stworzy coś z niczego.

It’s never been that bad – and so good at the same time – as it is now.

My paintings are being sold.

Next week I’m going to see my play, staged in the theatre in the capital of a beautiful country.

Tomorrow is the opening of another exhibition where my works are shown.

Today I am leaving for the first artistic residency in my life.

At the same time – the disease attacks me every day, without even giving me a day of relief. I function normally for several hours a day, and the next few hours are (multiple choice possible):

– depressive symptoms

– thoughts of suicide

– attacks of anxiety and fear

– delusions

– derealization

– depersonalization

– tremendous mental pain.

I am exhausted.

Yesterday evening I had a psychotic attack in which the mental pain was so strong that I had the impression that I MUST – I just MUST – do myself a physical harm to burn it out, to stop it. I understand better and better those of mentally ill who cut or injure themselves; I was on my way there yesterday. You get the impression that you will fall to pieces, or on the contrary – you will collapse inside; the whole being itches you, burns you mercilessly, nothing brings relief; imagine an attack of kidney stones, only mental. I finally locked myself in the bathroom, took the razor and shaved my hair to zero. It brought me relief. It took away a few beauty points, but I felt I had control over something and that I was changing my body, which was giving me so much suffering.

I don’t know what I’ll do next time.

My psychiatrist is glad that I am going to a beautiful hotel in a wonderful place, where I will rest in nature – and paint. No other stimulus. Calmness. Maybe my brain will calm down too. Of course, I’ve already packed tons of medication for all occasions.

I canceled my participation in the painting course, so I will be able to stay in the residency longer. My husband and I have developed mountain routes in the area to be outside 2-4 hours a day. And besides – only brushes in my hand and a white sheet of paper on which my hand will be creating something out of nothing.

nie wstydź się / don’t feel ashamed

(ENG.below) Zdarzyło mi się to już w przeszłości, ale chyba nigdy nie trwało tak długo – a to dlatego, że tym razem nie miałam ze sobą Zyprexy.

Wyobraź sobie: idziesz z ulicą, prowadzisz psa, słońce świeci, wieje miły wiaterek. Zaczyna cię jednak drażnić ruch uliczny. Jest za głośno i za intensywnie. Auta huczą wokół ciebie, czujesz się jak otoczona rojem pszczół. Potem zaczynasz odczuwać niepokój w całym ciele – to sygnał, że najprawdopodobniej zaraz zacznie się większy atak. I zaczyna się. Mijani przez ciebie ludzie stają się zagrożeniem lub podstawionymi aktorami. Dziwnie się na ciebie patrzą, prawda? Gdzieś z oddali dobiega śmiech. Pewnie z ciebie się śmieją. Może ludzie, może demony? Zaciskasz zęby i zastanawiasz się: dojdę do domu czy lepiej usiąść na jakimś przystanku i napisać sms do męża?…No tak, ale on ma teraz telekonferencję. Powalczymy zatem, dobra? Powoli, do celu. Skupiać się na krokach. Nie rozglądać. Nie dawać się wciągać dziwacznym, pokręconym myślom. Już niedaleko.

Wchodzę do domu i wyglądam jak duch. Jestem całkiem blada, spocona i pomarszczona z niepokoju i lęku. Zyprexa. Odpocznę…

To było w piątek.

Wczoraj jedyny w tym tygodniu dzień bez symptomów. Niestety wieczorem nie mogłam zasnąć do późnych godzin nocnych. Snułam się po mieszkaniu coraz bardziej porcelanowa i przestraszona, bo wiem, że regularny sen naprawdę dodaje mi wiele punktów do stabilności. A tu – nie chce przyjść…

Dziś dokonałam przełomowego kroku, a to dzięki mojemu małżonkowi. Od wielu miesięcy nie wiedziałam, co zrobić ze swoim profesjonalnym kontem na LinkedIn. Mam na nim link do strony mojej poradni psychologicznej, która przecież od dawna już nie działa; do biznesowego bloga, którego od lat już nie piszę; dane o profesji, której już nie uprawiam; zdjęcie sprzed kilku lat i opis, który nijak się nie ma do osoby, którą się stałam. Jednocześnie dostaję z portalu powiadomienia, że ludzie odwiedzają mój profil, a ja…no cóż. Nie lubię robić ludzi w konia.

Mąż zaproponował: dopisz do swojej ścieżki kariery kolejne punkty. Nie kasuj przeszłości – rekomendacji od tylu osób, tych ponad 450 znajomości, ról, jakie pełniłaś. Napisz po prostu, co robisz teraz. Nazwij to i określ się na nowo. Wymień wystawy (6), publikacje (wiele), wolontariaty (kilka). Zrób sobie aktualne zdjęcie. Popatrz na to w ten sposób: niektórzy rzucają korporację dla prowadzenia schroniska w górach, a ty rzuciłaś korporacje, by być artystką. Niech taką cię zobaczą.

Ach, co to była za odświeżająca przygoda! Najpierw makijaż, z tych produktów, które jeszcze się jakoś u mnie ostały. Potem szukanie dobrego oświetlenia i robienie sympatycznej miny. Może tak, a może lepiej tak? Nie chcę wyglądać dramatycznie, chcę się uśmiechać! Następnie nazwa zawodu: ARTYSTA…krótko i do rzeczy. I dwie ścieżki kariery: obraz i słowo. Jejku, czuję się jakbym otwarła książkę o swoim życiu na nowej, pustej stronie!

Jakie to dobre…

I wcale się nie wstydzę swojej „nowej twarzy”!

It has happened to me in the past, but it probably never lasted this long – and that’s because I didn’t carry Zyprexa with me this time.

Imagine: you are walking down the street, with you dog; the sun is shining, a nice breeze is blowing. However, you are starting to get irritated by the traffic. It’s too loud and too intense. Cars roar around you, you feel surrounded by a swarm of bees. Then you start to feel anxiety throughout your body – this is a signal that a major attack is most likely about to begin. And it starts. People you pass by become threats – or actors. They look at you weird, don’t they? You hear a laugh somewhere in the distance. They must be laughing at you. Maybe people, maybe demons? You grit your teeth and wonder: will I get home or is it better to sit down at a bus stop and text my husband? … but he has a teleconference now. So we’ll fight, okay? Slowly, towards the goal. Focus on the steps. Don’t look around. Don’t get caught up in weird, twisted thoughts. Home is not far away.

I come in and look like a ghost. I am pale and sweaty and wrinkled with anxiety and dread. Zyprexa. I will be able to rest now…

It was on Friday.

Yesterday was the only day this week without symptoms. Unfortunately, in the evening I could not fall asleep until late at night. I wandered around the apartment more and more porcelain-like and scared, because I knew that regular sleep really gives me a lot of points to stability. And now – it doesn’t want to come…

Today I made a breakthrough step thanks to my husband. For months, I hadn’t known what to do with my professional LinkedIn account. I have a link to the website of my psychological counselling center, which has not been operating for a long time; to a business blog that I have not been writing for years; data about a profession that I no longer practice; a photo from a few years ago and a description that has nothing to do with the person I have become. At the same time, I get notifications from the portal that people are visiting my profile, and I … well. I don’t fooling people.

The husband suggested: add more points to your career path. Do not erase the past – recommendations from so many people, those over 450 contacts, the roles you played. Just write what you are doing now. Name it and redefine yourself. List exhibitions (6), publications (many), volunteering (several). Take a recent photo of yourself. Look at it this way: some people quit corporations to run a mountain shelter, and you quit corporations to become an artist. Let them see you like that.

Ah, what a refreshing adventure it was! First – make-up, from those products that somehow still remain in my bathroom. Then looking for good lighting and making a nice face. Maybe this way, or maybe better like that? I don’t want to look dramatic, I want to smile! Then the name of the profession: ARTIST … short and to the point. And two career paths: image and words. Gee, I feel like opening a book about my life on a new blank page!

How good is that …

And I’m not ashamed at all of my „new face”!

obsesja / obsession

(ENG.below) Podróżowanie z jednego bieguna na drugi w ciągu 12 godzin jest naprawdę męczące.

Ale po kolei.

Wczoraj obudziłam się rozdygotana i chwiejna – niedobrze spałam; najpierw nie mogłam zasnąć, potem budziły mnie niepokojące sny, aż w końcu nadszedł ranek i musiałam wstać, by udać się do osteopaty. Zanim wyszłam z domu, wzięłam połówkę Lorazepamu, by nie dostać ataku paniki w tramwaju. Ta tabletka i cuda, jakie z moim kręgosłupem czyni dr B., bardzo mnie uspokoiły. Powzięłam ambitny plan 11-kilometrowej wycieczki (1/3 drogi pod górę) z zamiarem pobicia rekordu życiowego w tempie. Może po takim wysiłku będę lepiej spała? Gdy tylko w moim mózgu zaczęły się wydzielać wszelkie możliwe hormony szczęścia, rodzące się w wyniku wysiłku fizycznego, piękna natury (nic to, że zaczęło padać), poczucia siły, kontroli, radości z osiągnięcia (pobiłam ten rekord), satysfakcji z bycia we własnym ciele, które jest sprawne i dostarcza mi radości, czułam się jak w siódmym niebie. Wróciłam do domu i – przemoczona, spocona, ucieszona – postanowiłam wziąć gorącą kąpiel. Wtedy się zaczęło.

„Wiesz przecież, że po momentach szczęścia zawsze przychodzi dół. Im większe szczęście, tym większy.”

„Teraz będzie już tylko gorzej.”

„Jesteś przygotowana na cios?”

„To taki piękny moment. Moment satysfakcji, dumy, radości. Chcesz go dobrze zapamiętać? To zabij się teraz. Nie chcesz znów cierpieć. Nie chcesz być ciężarem dla twojego wiecznie zmartwionego męża. On ma już dość kłopotów. Zrób to. Nie zniesiesz kolejnego załamania. Po co.”

Nic sobie nie zrobiłam. Zagryzłam zęby, zabrałam się za porządki, pranie, odkurzanie…Lecz myśli samobójcze były coraz głośniejsze i coraz bardziej uporczywe. Miałam coraz mniej siły. W końcu położyłam się do łóżka. Gdy mąż wrócił z pracy, byłam już nieruchomą, nie bardzo będącą w stanie mówić kukiełką z maskowatą twarzą.

Co zrobić?

Mamy z moim lekarzem teorię, że uporczywe myśli samobójcze (gdy nie jestem w stanie myśleć o niczym innym; samobójcza obsesja) mają charakter taki jak atak psychotyczny – tylko specyficzną zawartość. Postanowiłam więc wczoraj w końcu poratować się Zyprexą i Lorazepamem.

Poprawiło się. Zaczęłam mówić, i to mówić do rzeczy.

Tej nocy spałam spokojnie. Na razie wszystko wygląda dobrze.

Lecz cały dzień jeszcze przede mną.

Traveling from one pole to the other in 12 hours is really exhausting.

But first things first.

Yesterday I woke up shaky and anxious – I didn’t sleep well; at first I wasn’t able to fall sleep, then I was awakened by disturbing dreams, and finally morning came and I had to get up to go to the osteopath. Before I left the house, I took half of the Lorazepam to avoid a panic attack on the tram. This pill and the miracles Dr. B. does on my spine calmed me down a lot. I made an ambitious plan of an 11-kilometer trip (1/3 of the way – uphill) with the intention of breaking my life record at pace. Maybe I will sleep better after such an effort? As soon as all possible happiness hormones began to be released in my brain, resulting from physical exertion, the beauty of nature (despite it started to rain), a sense of strength, control, joy of achievement (I broke this record), satisfaction with being in my own a body that is fit and gives me joy, I felt like in seventh heaven. I came home and – soaked, sweaty, happy – I decided to take a hot bath. Then it started.

“You know that after moments of happiness you always go down. The greater the happiness, the greater the despair. „

„Now it will only get worse.”

„Are you ready for a downfall?”

“It’s such a beautiful moment. A moment of satisfaction, pride and joy. Do you want to remember it well? Then kill yourself now. You don’t want to suffer again. You don’t want to be a burden to your eternally troubled husband. He’s had enough trouble. Do it. You can’t take another breakdown. For what?”

I didn’t do anything to myself. I grit my teeth, started cleaning, washing, vacuuming … But thoughts of suicide were getting louder and more persistent. I had less and less strength. I finally got to bed. By the time my husband came home from work, I was motionless, not quite able to speak, with a masked face.

What to do?

We have the theory with my doctor that persistent suicidal thoughts (when I am unable to think of anything else; suicidal obsession) are like a psychotic attack – only with a specific content. So I decided yesterday to finally rescue myself with an antypsychotic Zyprexa and Lorazepam.

It got better. I started talking, and it made sense.

I slept soundly that night. Everything looks fine so far.

But the whole day is still ahead of me.

Nić Ariadny / Ariadne’s Thread

(ENG.below) Dziś w nocy byłam przekonana, że nad moim łóżkiem stoi mężczyzna i mówi coś nienawistnym głosem. To nie był sen – to były halucynacje. Towarzyszył im ogromny lęk. Bałam się spojrzeć w lewo, bałam się obudzić męża, dać jakikolwiek sygnał, że nie śpię. A nuż intruz wtedy mnie zabije? Kiedy halucynacje minęły, a pozostał tylko lęk, sięgnęłam po Lorazepam i udało mi się po nim zasnąć.

Na wczorajszej sesji u psychiatry wydawało mi się, że jest on przemienioną w człowieka żabą. Strasznie się bałam. Niepokój zmieniał moją twarz w napiętą maskę. Psychiatra zrobił coś nieoczekiwanego – zmienił swoją pozycję w pokoju, przesunął się gdzie indziej razem z krzesłem. Zamrożony obraz zaklętej żaby odpłynął. Uspokoiłam się po jakimś czasie.

Przedwczoraj wieczorem silniejszy i dłuższy atak. Najpierw przychodzi niepokój i poczucie, że nie wszystko jest na swoim miejscu; że coś się we mnie przemieszcza i chwieje. Zaczyna mi się wydawać, że mój pies – mój mały, przytulański chichuahua – zaraz wyszczerzy zęby i rzuci się na moją twarz, odgryzając mi jej części. Głaszczę go, tłumaczę sobie, że nigdy tak nie robił, że to się nie zdarzy, ale lęk narasta. Może ma w sobie demona?…W końcu nie mogę na mojego psa patrzeć, bo myślę, że ten straszny moment zdarzy się właśnie teraz, już, za sekundę. Zaczynam płakać ze strachu i proszę męża, żeby zabrał naszego chi do innego pokoju. Powoli się uspokajam. Zyprexa i Lorazepam – pomaga.

Taka intensywność ataków psychotycznych jak w ciągu ostatnich trzech tygodni nie wydarzyła się nigdy wcześniej. Psychiatra podjął decyzję: obniżamy poziom antydepresantów, które mogą przyczyniać się do takiej intensywności objawów (witamy w krainie skutków ubocznych). Z powodu problemów z pamięcią rezygnujemy też z codziennej, wieczornej dawki Seroquela (Quetiapin); biorę go już regularnie ponad trzy miesiące, a to ani w niczym nie pomaga (oprócz zmęczenia ułatwiającego zaśnięcie), a może mieć skutki uboczne – jak luki w pamięci. Zostaję więc na malutkiej dawce Venlafaxyny (antydepresant) i – objawowo, nie codziennie – Zyprexy i Lorazepamu.

To naprawdę rozczarowujące, że w XXI wieku, gdy planuje się już turystyczne loty na Marsa, nie istnieje lek ZAPOBIEGAJĄCY symptomom mojej choroby. Że mam tylko jedno wyjście – przyzwyczaić się do niej i nauczyć z nią żyć. Istnieją owszem leki, które sprawiają, że zasypiam i przesypiam ataki – ale nie istnieje żadna profilaktyka, żaden złoty środek, który mógłby mi pozwolić powiedzieć: „Jestem wolna od symptomów! Wyzdrowiałam!” Owszem, pojawia się gdzieniegdzie termin „zdrowienie”, pojawiają się też w Polsce (na razie kilkudziesięciu) „asystenci zdrowienia” (chorzy, którzy radzą sobie lepiej), jednakże z mojej perspektywy własne życie określiłabym jako Labirynt. Gdy już myślę, że jest lepiej, znów się gubię. A lęk w trakcie derealizacji czy halucynacji jest za każdym razem TAKI SAM.

Nie liczę więc na żadną nić Ariadny. Trzymam za to uzbieraną z kawałków doświadczenia latareczkę, która czasem gaśnie, a czasem świeci.

Zawsze coś.

Tonight I was convinced that a man was standing over my bed saying something in a hateful voice. It wasn’t a dream – these were hallucinations. They were accompanied by tremendous fear. I was afraid to look to the left, I was afraid to wake my husband, to give any signal that I was awake. What if this intruder would kill me then? When the hallucinations passed and only fear remained, I reached for Lorazepam and managed to fall asleep after it.

At yesterday’s session with a psychiatrist, it seemed to me that he was a frog transformed into a human. I was terribly afraid. Anxiety turned my face into a tight mask. The psychiatrist did something unexpected – he changed his position in the room, moved elsewhere with the chair. The frozen image of the enchanted frog was gone. After a while I calmed down.

The day before yesterday evening stronger and longer attack happened. First comes the anxiety and the feeling that not everything is in its place; that something in me is shifting and wobbling. I’m starting to think that my dog ​​- my little cuddly chichuahua – is about to grin its teeth and leap at my face, biting off parts of it. I caress him, tell myself that he has never done that, it won’t happen, but the fear is growing. Maybe he has a demon in him? … After all, I can’t look at my dog, because I think this terrible moment is going to happen right now, in a second. I start to cry with fear and ask my husband to take our chi to another room. I’m slowly calming down. Zyprexa and Lorazepam – helps.

The intensity of psychotic attacks as in the last three weeks has never happened before. The psychiatrist made a decision: we are lowering the level of antidepressant, which may contribute to such intensity of symptoms (welcome to the land of side effects). Due to problems with memory, we also give up the daily evening dose of Seroquel (Quetiapin); I’ve been taking it regularly for over three months now, and it doesn’t help in any way (apart from fatigue making it easier to fall asleep), and it can have side effects – like memory lapses. So I stay on a small dose of Venlafaxine (antidepressant) and – symptomatically, not every day – Zyprexa and Lorazepam.

It is really disappointing that in the 21st century, with tourist flights to Mars already being planned, there is no drug to PREVENT the symptoms of my illness. That I have only one option – to get used to it and learn to live with it. There are drugs that make me fall asleep when the attack begins and just sleep it over – but there is no prophylaxis, no golden mean that would allow me to say, “I am symptom free! I recovered!” Yes, the term „recovery” appears here and there, and there are also (so far several dozen) „recovery assistants” in Poland (patients who are doing better), but from my perspective I would describe my own life as the Labyrinth. Once I think it’s better, I get lost again. And the fear in the process of derealization or hallucination is THE SAME every time.

So I’m not counting on any Ariadne’s thread. Instead, I hold a lantern collected from pieces of experience, which sometimes goes out and sometimes shines.

It’s always something.

jak każdy / like everyone

(ENG.below) „Normalność jest przereklamowana. Nigdy jej nie ufałem.” – napisał dziś do mnie mój depresyjny przyjaciel.

Zacznę od końca.

Wracam wieczorem do domu, siadam za stołem, zaczynam płakać. Mamroczę: udawać normalną. Dostosować się. Dostroić. Zwyczajne konwersacje. Uśmiech. Pytanie – reakcja. Nie wyglądać źle. Nie wyglądać za dobrze. Wyglądać normalnie. Normalna. Normalna. Dlaczego czuję się normalna tylko w otoczeniu ludzi nienormalnych? Tylko przy nich spokojna, zwyczajna, jak reszta, jak każdy z nich. Dlaczego nie stresują mnie mamroczący, chrząkający, spięci, roztrzęsieni, a spinają błyskotliwi, zabawni, sympatyczni, koleżeńscy, zorganizowani? Kim się stałam? Co sobie zrobiłam?

Godzina wcześniej: biorę udział w próbie sztuki teatralnej, którą sama napisałam. Czy to nie powód do dumy? Cały zespół daje z siebie wszystko; atmosfera w ogóle nie jest napięta, wszyscy wytrwale dążą do perfekcji, powtarzają, szlifują, doskonalą, i jeszcze raz, i jeszcze jeden. Dobrze się bawię, podziwiam ich, śmieję się na głos. Jednocześnie gdzieś w środku rzednie mi mina. Wydawało mi się, że napisałam zabawną komedyjkę. Tymczasem patrzę na to, co grają aktorzy i widzę zwariowaną, gorzką, dziwaczną historię. Czy naprawdę we wszystkim muszę zostawiać ślady i tropy własnego szaleństwa? Czy nie potrafię już być…Normalna. Normalna.

Dwie godziny wcześniej: relaksująca kąpiel, pół Lorazepamu, bo inaczej po prostu nie wyjdę z domu; taka jestem przejęta. Przebieram się już siódmy raz. To zbyt wyzywające, to za ciasne, to za luźne; to za ponure, w tym wyglądam jak własna babcia, a w tamtym jak gwiazda porno. Makijaż? Lepiej nie, mam tylko jakieś stare kosmetyki, bo generalnie się nie maluję. Szminka, tak, to zadziała. Kurtka od mamy jako totem. Wychodzę z domu i znów próbuję udawać normalną, mimo że będę 20min za wcześnie, bo przecież mogę się po drodze zgubić, bo nie orientuję się w terenie, bo muszę oswoić nowe miejsce, bo przecież może być wypadek na drodze, bo przecież……

„Nie powinnaś się w kółko obracać w środowisku innych wariatów. Wyjdź do zdrowych, znajdź sobie jakichś normalnych przyjaciół!” – mówi do mnie moja depresyjna przyjaciółka.

Nie wiem czy jeszcze potrafię.

“Normality is overrated. I never trusted it.” – my depressive friend wrote to me today.

I’ll start from the end.

I come home in the evening, sit at the table, I start to cry. I mumble: pretend to be normal. Adjust. Blend in. Ordinary conversations. Smile. Question – reaction. Don’t look bad. Don’t look too good. Look normal. Normal. Normal. Why do I only feel normal around abnormal people? Only with tchem do I feel calm, ordinary, like the rest, like each of them. Why am I not stressed by mumbling, grunting, tense, jittery, and tightened by smart, funny, friendly, organized? Who have I become? What have I done to myself?

An hour earlier: I’m attending a theatre rehearsal of a play I wrote myself. Isn’t that something to be proud of? The whole team is doing their best; the atmosphere is not tense at all, everyone is persistently striving for perfection, repeating, polishing, perfecting, and again, and another. I’m having a good time, admiring them, laughing out loud. At the same time, somewhere inside I’m catching a thought: I recall I wrote a funny comedy. Meanwhile, I look at what the actors are playing and see a crazy, bitter, bizarre story. Do I really have to leave traces of my own madness in everything? Can I no longer be… Normal. Normal.

Two hours earlier: a relaxing bath, half of Lorazepam or I just won’t leave the house; I’m too stressed. This is the seventh time I am changing my outlook. This one is too provocative, this one too tight, that one too loose; this is too gloomy, in this I look like my own grandma, and in that I look like a porn star. Makeup? Better not, I only have some old cosmetics because I don’t wear makeup in general. Lipstick, yes, it will work. Jacket from mom as a totem. I leave the house and try to pretend to be normal again, even though I will be 20 minutes too early, because I can get lost on the way, because I don’t have a good sense of direction, because I have to get used to a new place, because there may be an accident on the road, because ……

“You shouldn’t gspend your time only around crazy freaks. Go out to the healthy ones, find yourself some normal friends! ” – says my depressive friend.

I don’t know if I’m able to anymore.

witraż / stained glass

(ENG.below) Zaczyna się zwykle od niepokoju, który szybko narasta – w ciągu kilkunastu minut z osoby, która funkcjonuje jak każdy, przemieniam się w spiętą, przestraszoną mysz. Zmienia się moja twarz, zapadają i jednocześnie szeroko otwierają się oczy, skóra się naciąga, marszczą brwi. Potem zaczyna się trzęsienie, najpierw rąk, następnie całego ciała. Próbuję się uspokoić Lorazepamem, ale jest już za późno. Zaczyna się faza psychotyczna. Spróbuję opisać moje myśli w trakcie takiego ataku – jak wczoraj wieczorem.

Mój mąż próbuje mnie zabić, we współpracy z moim asystentem psychiatrycznym. Ukartowali to razem z moim psychiatrą, który wyjechał na urlop, by finalnie nie brać w tym udziału. Mój mąż gotuje mi kolację, pewnie chce mnie otruć albo dźgnąć nożem od tyłu. Może to ja powinnam go dźgnąć?…Albo siebie? Tak, siebie, bo nie wytrzymam tej niepewności i lęku…

Czuję się jak witraż, jak istota ze szkła, i to szkło zaczyna pękać i sięr rozpadać na kawałki. Nie ma już mnie. Nie wiem kim jestem, nie wiem gdzie jestem. Czy na pewno to, co widzę i słyszę, jest rzeczywiste? Co jest prawdziwe?…Mogę być gdziekolwiek i kimkolwiek. Tak naprawdę mnie nie ma.

Jestem samą głową i mam pajęcze nogi. Głowa na pajęczych nogach chodzi po mieszkaniu. W moim brzuchu mieszkają małe pająki. Będę je rodzić?…

Mąż gotuje dla mnie wegetariańsko. Czy na pewno?…Syk na patelni…Może smaży żołądki jakiegoś wstrętnego zwierzęcia?…Chce mnie otruć. Ma mnie dość.

Próbuję wrócić do rzeczywistości metodą pięciu zmysłów: zaczynam od „co widzę, co słyszę”. Wiem, co widzę i słyszę, ale nie wiem, czy to jest prawdziwe. Przecież jako że mnie teraz nie ma, to mogę być gdziekolwiek. Może to wszystko tylko sen. Co jest urojeniem, a co nie? Może mój mąż też nie istnieje?…Może jestem teraz tak naprawdę w Polsce, w jakimś szpitalu? Może jestem z kimś innym? Gdzie jest moje życie? Gdzie ja jestem? Gdzie się zaczynam, gdzie kończę?…Nie ma się na kim oprzeć…Zagubiona, zagubiona. Boję się.

Razi mnie światło. Wszędzie tak jasno. Mąż pyta: zapalić ci światło? Nie nie, zasłoń okno, ta jasność…Ale przecież robi się już ciemno, mówi on. Dla mnie jest za jasno!

Biorę dużą dawkę Zyprexy (Olanzapina). Po godzinie jest lepiej, jestem w stanie mówić. Zaraz pójdę spać, ale przedtem myślę sobie: mój boże, jak czują się ludzie, u których fazy psychotyczne trwają tygodniami lub miesiącami?…Przecież tego nie da się przeżyć…Ja po takim ataku jestem ledwo żywa, a to tylko jeden wieczór w tygodniu…

Jeden wieczór, w trakcie którego wszystko się rozpada. Wszystkie punkty odniesienia – znikają. Nie ma żadnego centrum, żadnego środka. Nic nie jest na swoim miejscu. Nie ma się czego chwycić. Powykręcana, pokrzywiona rzeczywistość, w której nie działa żaden kompas.

Mąż potężnie kicha. Jego kichanie jest tak charakterystyczne, że myślę sobie: no przecież to musi być on.

Ale zaraz przychodzi druga myśl: a jeśli i tego się nauczyli, i on jest jednak podstawiony?…

It usually begins with anxiety that builds up quickly – within a dozen or so minutes from a person who functions like everyone else, I turn into a tense, scared mouse. My face is changing, my eyes are sunken and at the same time wide open, my skin is stretched, my eyebrows furrowed. Then the shaking begins, first the hands, then the whole body. I try to calm myself down with Lorazepam, but it’s too late. The psychotic phase begins. I will try to describe my thoughts in the course of such an attack – like the one that happened yesterday evening.

My husband is trying to kill me, in collaboration with my psychiatric assistant. They made it up together with my psychiatrist, who went on vacation to finally not participate in it. My husband is cooking super for me, he probably wants to poison me or stab me from behind. Maybe I should stab him? … Or myself? Yes, myself, because I can’t stand this uncertainty and fear …

I feel like a stained glass window, like a being made of glass, and this glass starts to crack and break into pieces. I am no more. I don’t know who I am, I don’t know where I am. Are you sure what I see and hear is real? What is real? … I can be anywhere and whoever. I’m not really there.

I am only the head and I have spider legs. The head on spider legs is walking around the apartment. Little spiders live in my stomach. Will I give birth to them?…

My husband cooks vegetarian for me. Are you sure?… The smell from the pan… Maybe he is frying the stomachs of some hideous animal?… He wants to poison me. He’s sick of me.

I try to come back to reality using the five senses method: I start with „what I see, what I hear”. I know what I see and hear, but I don’t know if it is real. After all, since I’m not here now, I can be anywhere. Maybe it’s all just a dream. What is delusional and what is not? Maybe my husband doesn’t exist either? … Maybe I’m actually in Poland now, in some hospital? Maybe I’m with someone else? Where is my life? Where am I? Where do I start, where do I end?… There is nobody to lean on … Lost, lost. I’m afraid.

The light attacks my eyes. Everywhere is so bright. Husband asks: shall I turn on the light for you? No no, cover the window, the brightness is unbearable… But it’s getting dark already, he says. It’s too bright for me!

I take a high dose of Zyprexa (Olanzapine). It’s better after an hour, I’m able to speak. I will go to sleep soon, but before that I think to myself: my god, how do people with psychotic phases lasting for weeks or months feel?… It is impossible to survive it… my attacks last only a couple of hours, every week, and I can barely survive them…

One evening when everything falls apart. All reference points – disappear. There is no center. Nothing is in place. Nothing to grab on to. A twisted, distorted reality where no compass works.

The husband is sneezing vloudly. His sneezing is so characteristic that I think to myself: well, it must be him then.

But straightaway a second thought comes: what if they also learned this, and he is also substituted?…