miłość, która ocala / love that saves

(ENG.below)

Obchodziliśmy z mężem wczoraj dwunastą rocznicę ślubu. Dlaczego piszę o tym na blogu poświęconym zaburzeniom psychicznym? 

Po pierwsze, kiedy się pobraliśmy, nie byłam chora. Byłam zupełnie zdrowa. Podróżowaliśmy, nurkowaliśmy, wspinaliśmy się, świetnie się razem bawiliśmy. W momencie pierwszego ataku nie wiadomo było, jak dalej rozwinie się choroba, jakie będą prognozy. Później przez jakiś czas było znośnie, potem coraz, coraz gorzej, aż do codziennych ataków.

Moim zdaniem każdego dnia mój mąż ma wybór: zostać – albo zniknąć. Są dni, kiedy ma dość. Są dni, kiedy musi wyjść z domu, bo sam by oszalał. Są takie, w których musi mnie pilnować, mówić do mnie, przekonywać, uzasadniać, że warto żyć, że jestem warta życia. Był taki czas, kiedy złamałam mu serce. A może łamię je za każdym razem, gdy planuję samobójstwo. Tylko on ma kluczyk do sejfu z lekami. On jest pierwszym emergency, które uruchamiamy, gdy jest źle. Takie życie kosztowało go już miesiące depresji, stany lękowe i nerwicowe, problemy ze snem i odżywianiem. 

W naszym małżeństwie czas chorobowy przerósł już czas zdrowy; jesteśmy dłużej razem w chorobie. A jednak mimo wszystko on mówi do mnie codziennie: kocham cię. Mówi: nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Jesteś mądra, błyskotliwa, piękna, zabawna, twórcza, czuła. I wtedy ja się rozjaśniam, widząc swoje odbicie w jego oczach, i świat staje się na chwilę lepszy i bezpieczniejszy. Co ciekawe, jemu też się przy mnie łatwiej zasypia. 

Wiesz, wielu z nas, chorych, nie ma przy sobie najbliższej osoby, bo naprawdę ciężko z nami żyć – w roli ukochanego-opiekuna czy ukochanej-opiekunki. Nie każdy jest w stanie taką rolę unieść, nie każdy chce, nie każdy ma do niej przygotowanie czy predyspozycje. A jednak gdy zakładamy miłosne soczewki, widzimy POPRZEZ chorobę – osobę, nie jej zaburzenie. I to tę osobę kochamy, niezależnie od jej ciężaru, a może właśnie i z nim. 

Jestem kochana i to mnie wspiera, cieszy – i ratuje. 


(ENG.) Yesterday, my husband and I celebrated our twelfth wedding anniversary. Why am I writing about this on a mental disorder blog?

First, when we got married, I wasn’t sick. I was completely healthy. We traveled, we dived, we climbed, we had a great time together.At the time of the first attack, it was not known how the disease would develop further, what the prognosis would be. Later it was tolerable for a while, then it got worse and worse, until the daily attacks.

In my opinion, every day my husband has a choice: to stay – or disappear. There are days when he has enough. There are days when he has to leave the house because he would go mad himself. There are those in which he has to look after me, talk to me, convince me, justify that life is worth living, that I am worth living. There was a time when I broke his heart. Or maybe I break it every time I plan to kill myself. Only he has the key to the safe with medicines. He’s the first emergency we trigger when it’s going wrong. Such a life has cost him months of depression, anxiety and neurosis, problems with sleep and eating.

In our marriage, the time of sickness has already exceeded the healthy time; we are sick together for longer.

And yet, despite everything, he says to me every day: I love you. He says: I can’t imagine my life without you. You are smart, brilliant, beautiful, funny, creative, tender. And then I brighten up, seeing myself reflected in his eyes, and the world becomes better and safer for a moment.Interestingly, he also falls asleep more easily by my side.

You know, many of us, the sick, do not have the closest person in our lives, because it is really hard to live with us – as a beloved-caretaker. Not everyone is able to take on such a role, not everyone wants to, not everyone has preparation or predispositions for it. Yet when we put on the love lenses, we see THROUGH the disease – the person, not the disorder. And we love this person, regardless of their burden, and maybe even with it.

I am loved and it supports me, makes me happy – and saves me.