żniwa / harvest

(ENG. BELOW) Słaba zaczęłam być w sobotę popołudniu. W niedzielę orzekliśmy: łagodny spacer. Szłam noga za nogą. Wróciliśmy do domu, miałam problem, by się rozebrać. Popłakałam się ze zmęczenia i bezradności. Zrobiłam się tak słaba, że musiałam leżeć, nie byłam w stanie mówić, jeść. Poniedziałek do południa, po trzech kawach, był znośny. Potem siedem godzin w łóżku i znów te same symptomy: straszna słabość, dreszcze, stan podgorączkowy na zmianę z temperaturą 35,5, zawroty głowy; nie mam siły jeść, nie mam siły mówić, przestaję malować. Już w niedzielę wieczorem podejmujemy z moim psychiatrą decyzję o obniżeniu kwasu walproinowego. W poniedziałek – kolejna obniżka. Mam wrażenie, że mój organizm jest zatruty. Słabość, nudności, zawroty głowy, wyczerpanie są na liście skutków ubocznych leku, który miał mnie ocalić od wahań nastroju. Już wiemy, że nie ocali, bo po raz kolejny…nie będę w stanie go tolerować. Mam do wyboru: albo być leżąca, z narastającą depresją, że nic nie jestem w stanie zrobić, albo cierpieć na zaburzenia afektywne. Trudny wybór. Dziś rano, po trzech kawach, pojawiają się myśli samobójcze na tle bezradności.

Skutki uboczne leków psychiatrycznych to temat rzeka. Jesteśmy słabi, senni, tyjemy, jemy bez przerwy albo mamy nudności i nie jemy; przestajemy czuć cokolwiek, ślinimy się albo mamy nieustannie sucho w ustach; jesteśmy permanentnie zmęczeni, bolą nas mięśnie, nasza wątroba albo nerki stawiają weto; mamy problemy z koncentracją, motywacją, twórczością. Do tego dochodzi dopasowywanie a) leków (mam ich wypróbowanych już ponad 25) b) dawek leków, które może trwać tygodniami albo miesiącami. I nieustanny rollercoaster oczekiwań, nadziei i rozczarowań: czy tym razem się uda? Czy ten zadziała? Czy mój organizm go przyjmie, czy sobie z nim poradzi? Czy skutki uboczne nie będą przeważały potencjalnych korzyści?…

W międzyczasie dzieją się dobre rzeczy, będące jak prezenty podczas tego ciężkiego okresu przymierzania kwasu walproinowego. Pojawia się potencjalny zainteresowany reżyserią mojej drugiej sztuki. Mój pierwszy podcast o chorobie i twórczości pojawi się w sieci w niedzielę. Moje rysunki wykorzystała grupa feministyczna, komplementując je wielce, a jedno z twórczych miejsc w Krakowie chce zorganizować wieczór literacki poświęcony mojej książce i obrazom.

Mam wrażenie, jakbym znalazła się w okresie żniw i zbierała owoce tego, co tak pieczołowicie zasiewałam przez cały rok. Cudowne uczucie, onieśmielające, jednocześnie jak dobry, otulający balsam. Chciałabym mieć troszkę więcej siły, by móc się tym wszystkim cieszyć.

I started being weak on Saturday afternoon. On Sunday we had to give up the idea of an excursion and go just for a gentle walk instead. I was walking very slowly, trying to save the little amounts of energy I still had. We came home, I had a problem to undress. I cried from exhaustion and helplessness. I got so weak that I had to lie down, I couldn’t speak, I couldn’t eat. Monday until noon, after three coffees, was bearable. Then seven hours in bed and the same symptoms again: terrible weakness, chills, low-grade fever alternating with a temperature of 35.5, dizziness; I had no strength to eat, no strength to speak, I stopped painting. Already on Sunday evening we make an emergency decision with my psychiatrist to lower valproic acid. On Monday – another one, lowering the medication to minimum. I had the impression that my body was poisoned. Weakness, nausea, dizziness and exhaustion are on the list of side effects of a drug that was supposed to save me from mood swings. We already know that it will not save me, because once again … I will not be able to tolerate it. I have a choice: either be lying down with increasing depression that there’s nothing I can do, or suffer from affective disorders. A difficult choice. This morning, after three coffees, I started to have thoughts of suicide because of my helplessness.

The side effects of psychiatric medications are a long and complex subject. We are weak, sleepy, we get fat, we eat all the time, or we feel sick and do not eat; we stop feeling anything, we drool over or our mouth is constantly dry; we are constantly tired, our muscles ache, our liver or kidneys veto; we have problems with concentration, motivation, creativity. Added to this is the adjustment of a) drugs (I have tried more than 25 of them) b) drug doses, and this whole process can last for weeks or months. And a constant rollercoaster of expectations, hopes and disappointments: will it work this time? Will this one work at all? Will my body accept it or cope with it? Will the side effects outweigh the potential benefits? …

Meanwhile, good things happen that are like gifts during this hard time of trying on valproic acid. There is a potential interest in directing my second play. My first podcast about disease and creativity will be online this Sunday. A feminist group used my drawings, complimenting them greatly, and one of the creative places in Krakow wants to organize a literary evening devoted to my book and paintings.

I have the impression that I am in the harvest season, reaping the fruits of what I have been sowing so carefully all year round. A wonderful feeling, a bit intimidating and at the same time like a good, enveloping balm. I wish I had a little more strength to enjoy it all.