kocha, lubi, gardzi / loves, likes, despises

(ENG.below) I znów taniec z chorobą: trzy kroki do przodu, dwa kroki wstecz. Mój psychiatra zawsze mawia, że powinnam sobie oszczędzać zarówno zbyt intensywnych przeżyć negatywnych, jak i pozytywnych. To ostatnie nie brzmi zdroworozsądkowo, a jednak – wczoraj doświadczyłam sporo emocji pozytywnych, których nie byłam w stanie pomieścić w sobie. Z minuty na minutę czułam się coraz bardziej rozdygotana, a mój mąż niestety (na szczęście dla niego) miał w tym czasie gości – usiłowałam więc sobie pomóc sama. Włączyłam wszystkie znane strategie, ale było tylko gorzej, bo wróciły do mnie wspomnienia związane z tym, że cierpię i jestem w tym sama; inni się w tym czasie bawią. Próbowałam przemawiać do swojej dorosłej części, ale było to jak krzyczenie pod wiatr za kimś, kto znajduje się naprawdę bardzo daleko. Zaczęłam się trząść, przypłynęły myśli samobójcze, a napięcie było tak ogromne, że wydawało mi się, że rozładuję je tylko zadając sobie fizyczny ból. Rozsadzało mnie od środka. Wzięłam Lorazepam, potem drugi. Ten uspokoił mnie na tyle, że potrafiłam skorzystać ze strategii „relaksująca kąpiel”, nie bojąc się już, że będę miała impuls samobójczy w wannie.

Osoby z zaburzeniami ze spektrum borderline panicznie boją się samotności i odrzucenia. Jak rekin, który wyczuwa kropelkę krwi na mile, tak one interpretują „zwyczajne” dla ludzi zdrowych sytuacje jako dramat odtrącenia, samotności i ogromnej pustki, której panicznie się boją. Błyskawicznie regresują do stanu dziecka, które przerażone wyciąga ręce, ale łapie tylko powietrze. To wzmacnia tylko symptomy i znajdują się w błędnym kole lęku przed wyimaginowanym odrzuceniem i lęku przed samą sobą, bo w tym stanie zdolne są niemal do wszystkiego, by poradzić sobie z napięciem.

Czytam ostatnio książki o borderline i są jak lustro – nie w każdym aspekcie, ale w wielu. Dysregulacja emocji – tak, zdecydowanie; odczuwanie wszystkiego mocniej, niż inni; porwanie przez emocje; regresowanie; paniczny lęk przed odrzuceniem i poczucie wewnętrznej pustki. Ostatnio utknęłam na ćwiczeniu „rzeczy, które w sobie kochasz”. Nie potrafiłam wymyśleć absolutnie nic. Słowo „kochasz” wydało mi się całkowicie nieadekwatne w opisie mojej relacji z samą sobą. „Lubię” brzmi łatwiej, ale i tak niełatwo. „Rzeczy, których się w sobie boję, którymi gardzę i które odrzucam” – o, takie ćwiczenie przyszłoby mi z łatwością. I tu znów odzywa się BPD (bordeline personality disorder) i propozycja autorów książki, by jednak szukać i drążyć, i znaleźć – choćby jedną rzecz, za którą się kochamy.

To naprawdę trudne ćwiczenie.

And… dancing with the disease again: three steps forward, two steps back. My psychiatrist always says that I should spare myself both overly intense negative and positive experiences. The latter does not sound common sense, and yet – yesterday I experienced a lot of positive emotions that I was not able to contain inside myself. Every minute I felt more and more shaky, and my husband, unfortunately (fortunately for him), had guests at that time – so I tried to help myself. I turned on all the known strategies, but it only got worse because the memories of suffering and being alone in it came back to me; others are having fun at the time. I tried to speak to my adult part, but it was like shouting into the wind for someone who is really far away. I started to tremble, suicidal thoughts surged, and the tension was so great that I thought I could only relieve it by giving myself physical pain. I was bursting from the inside. I took Lorazepam, then another. This calmed me down enough that I was able to use the „relaxing bath” strategy, not being afraid any longer that I would have a suicide impulse in the bathtub.

People with borderline disorder fear loneliness and rejection. Like a shark that senses a drop of blood for miles, so they interpret „ordinary” situations for healthy people as a drama of rejection, loneliness and a huge emptiness that they fear. They instantly regress to the state of a child who, frightened, stretches out her arms, but only grasps air. This only strengthens the symptoms, and they are in the vicious cycle of fear of imaginary rejection and fear of themselves, because in this state they are capable of almost anything to deal with the tension.

I have been reading books on borderline recently and they are like a mirror – not in every aspect, but in many. Emotional dysregulation – yes, definitely; feeling everything stronger than others; kidnapped by emotions; regressing; panic fear of rejection and a feeling of emptiness inside. Recently, I got stuck practicing „the things you love about yourself.” I couldn’t think of anything. The word „love” seemed to me to be completely inadequate in describing my relationship with myself. „Like” sounds easier, but still not easy. „Things I fear about myself, which I despise and reject” – oh, such an exercise would come easily to me. And here again comes BPD (bordeline personality disorder) and the proposition of the authors of the book to search and drill down and find – at least one thing for which we love ourselves.

This is a really hard exercise.

obecność / presence

(ENG.below) Kiedy spoglądam wstecz na czas sprzed pobytu w klinice, widzę, jak bardzo cierpiałam. Góra – dół, dół – góra; zwidy, urojenia, myśli samobójcze. Przerażające, lecz byłam do takiej rzeczywistości niemal przyzwyczajona. Ot, takie życie mi się utkało – nie z mojej winy; muszę je jakoś uciągnąć, jakoś uciągnąć siebie w tym wszystkim i mimo tego wszystkiego.

Teraz, kiedy w szpitalu nauczono mnie trochę więcej o mnie samej, zmieniono leki i wyposażono w bukiet umiejętności (oraz czekoladki na do widzenia), nagle żyję innym życiem. Spokojniejszym, mniej wymagającym, krok za krokiem. Leżenie i oddychanie nie wydaje się już stratą czasu, a koniecznym zajęciem się własnym spokojem. Wdychanie lawendy – codzienną strategią na rozluźnienie, a nie tylko weekendowym wypadem na alpejską łąkę. Gorące kąpiele z niezliczoną liczbą zapachów – momentem powrotu do własnego ciała i poczucia siebie jako fizycznej istoty, chwilowo nie rozrywanej przez skrajne emocje. Piłka relaksacyjna, którą mogę objąć, na której mogę się rozciągnąć i poturlać oraz szukać równowagi jest moją nową najlepszą przyjaciółką. Zaczęłam słuchać muzyki medytacyjnej nie przy okazji robienia czegoś innego, produktywnego, lecz po prostu – dla samej tej uspokajającej czynności. Ziołowa herbata na sen i ukojenie nerwów już nie kojarzy mi się z bezradnością, a z wieczornym rytuałem dla siebie samej.

Wszystko to jest dla mnie nowe.

Widzę, jak bardzo ściśnięta żyłam.

Oczywiście, to nie jest bajka. Wciąż zdarzają mi się momenty lęku, przerażenia, zacisku gardła i łez napięcia; poczucia pustki i obezwładniającej, skrajnej samotności. Staram się wtedy stawać naprzeciwko mojego zaburzenia i mówić mu: nie pójdziesz dalej. A gdy mimo wszystko idzie, a ja wiem, że moi wewnętrzni wojownicy wykorzystali już wszystkie strategie obrony, ratuję się Lorazepamem.

Uważność. Troska. Otwartość. Czułość. Wsparcie. Obecność. To wszystko dostałam w moim bezpiecznym miejscu, w klinice psychiatrycznej. Gdy jest źle, przypominam sobie pielęgniarza, pana M., który siadał dwa metry ode mnie, zdejmował maseczkę, uśmiechał się i zachęcał do mówienia. Zawsze, zawsze miał dla mnie czas.

Tego czasu i tej uważności bardzo potrzebuję.

*cokolwiek mnie wzmocniło, nie był to ból (napis na rysunku)

When I look back at the time before I went to the clinic, I can see how much I was suffering. Up – down, down – up; delusions, distorted thinking, emotional rollercoaster, thoughts and plans of suicide. Scary, but I was almost used to it. Oh, such a life has been woven for me, I thought – not my fault; I have to pull it somehow, somehow pull myself in all this, and in spite of it all.

Now that I’ve been taught a little more about myself in the hospital, my medications have been changed and I have been given a bunch of skills (and goodbye chocolates), suddenly I’m living a different life. Calmer, less demanding, step by step. Lying down and breathing no longer seems like a waste of time, but a necessary concern for my own peace. Lavender inhalation – a daily relaxation strategy, not just a weekend trip to an alpine meadow. Hot baths with countless fragrances – a moment of returning to my own body and feeling myself as a physical being, temporarily not torn by extreme emotions. A relaxation ball that I can embrace, where I can stretch and roll and look for balance is my new best friend. I started listening to meditation music not while doing something else, productively, but simply for the sake of the calming activity itself. Herbal tea for sleep and soothing nerves I no longer associate with helplessness, but with an evening ritual for myself.

All of this is new to me.

I can see how cramped I was.

Of course, this is not a fairy tale. I still have moments of fear, terror, tightness in my throat and tears of tension; a feeling of emptiness and overwhelming, extreme loneliness. Then I try to face my disorder and tell him: you won’t go any further. And when it does not go despite all, and I know my inner warriors have used all their defense strategies, I save myself with Lorazepam.

Mindfulness. Care. Openness. Tenderness. Support. Presence. I got it all in my safe place, in a psychiatric clinic. When it is bad, I remember a nurse, Mr. M., who used to sit down two meters away from me, took off his mask, smiled and encouraged me to speak. Always, always had time for me.

I need this time and this presence very much.

ultraszybka / ultrafast

(ENG.below) Mam nadzieję, że ten wpis przyczyni się do zrozumienia, czym jest w chorobie afektywnej dwubiegunowej/schizoafektywnej* (*połączeniu choroby dwubiegunowej i schizofrenii) szybka lub ultraszybka zmiana faz.

Poranek: czuję się całkiem nieźle. Idę z psem na spacer. Brak symptomów. Nastrój w porządku.

Południe: wciąż spokojna, pozytywnie zmęczona po 8-kilometrowym marszu.

Popołudnie: dostaję wiadomość, że sprzedałam prace z wystawy na zamku i zarobiłam za nie tyle, ile nigdy wcześniej za własną sztukę. Hasam po ulicy, podskakuję z radości. Piszę do rodziny, chcąc się podzielić swoim sukcesem, a pod maską ochronną mam banana na twarzy. Dostaję energetycznego kopa, chce mi się tańczyć, śpiewać, opowiadać dookoła o tym, co mi się przydarzyło. Radość, szczęście i duma tryskają ze mnie niepowstrzymanym strumieniem. Wracam do domu i wiem, że powinnam jakoś pozytywnie spożytkować moją energię – idę więc biegać. Gdzieś w tyle kołacze mi się myśl, że „im większa góra, tym większy dół”, ale wydaje mi się, że w taki dzień mój mózg chyba mi tego nie zrobi?…

Godzinę później: zaczyna się smutek. Że nawet cieszyć się nie mogę jak zdrowi ludzie, bo nadmierne emocje mi szkodzą. Bo powinnam przecież zachować umiar we wszystkim – inaczej wystrzeli mnie w kosmos albo manii, albo depresji, albo jednego i drugiego. Zaczynam się bać, co będzie za chwilę, a co może już się zaczyna… i jednocześnie wściekać na chorobę. Walę się pięścią w głowę, kilka razy. Pieprzony mózg! Zdrajca! Znów mnie zawodzi!

Pół godziny później: jest coraz gorzej. Przypływają myśli samobójcze i stają się coraz bardziej natarczywe. Tak, tak, jesteś zepsuta, zawsze będziesz, nic się nie zmieni, do dupy z takim życiem, nie chcemy tak żyć, nikt by nie chciał! Połamana laleczka! Skończ z tym! Wiesz, że zawsze tak będzie! Nie chcemy tak już dłużej żyć!

Biorę Lorazepam. Zamierzam się położyć do łóżka lecz wiem z doświadczenia, że w ten sposób tylko zapadnę się w ciemność jeszcze bardziej. Zaczynam więc sobie wyobrażać atak depresyjno-samobójczy jako przeciwniczkę na ringu. Taką totalnie nie fair, wiesz. Wali poniżej pasa, celuje tak, by spowodować bolesną kontuzję albo zupełnie usunąć mnie z gry. I tym razem walczę naprawdę mocno i zawzięcie. Nie kładę się do łóżka. Wizualizuję sobie tę wymianę ciosów, co dodaje mi energii. Potem włączam kolejną strategię: rozproszenie uwagi (z niemieckiego: ablenkung). Zabieram się za odświeżanie moich stron internetowych i przygotowywanie produktów świątecznych w moim designerskim sklepiku. Zapominam o śmierci. Skupiam się na zadaniu.

Godzinę później wstaję do kolacji. Mam już siłę mówić. Ale tracę ją z chwili na chwilę. Znów odzywam się za cicho, zbyt niewyraźnie. Przypływa depresyjne zmęczenie.

Odganiam je tworzeniem tego wpisu.

Hopefully this post will help you understand what fast or ultrafast phase change is in bipolar / schizoaffective disorder * (* a combination of bipolar disorder and schizophrenia).

Morning: I’m feeling pretty good. I go with the dog for a walk. No symptoms. The mood is fine.

Noon: still calm, positively tired after the 8-km walk.

Afternoon: I get a message that I have sold my artworks from the exhibition at the castle and have earned as much for them as never before for my own art. I start jumping and running down the street, laughing out loud with joy. I am writing to my family to share my success and I have a banana on my face under my face mask. I get an energetic kick, I feel like dancing, singing, talking about what happened to me to everyone I meet. Joy, happiness and pride gush out of me in an unstoppable stream. I come back home and I know that I should use my energy in some positive way – so I go jogging. Somewhere in the back of my mind I am recalling the menacing words that „the higher the top, the deeper the bottom”, but it seems to me that on such a day my brain won’t do it to me? …

One hour later: sadness and grief begin to grow in me. That I can’t even enjoy myself like healthy people, because excessive emotions hurt me. Because I should be moderate in everything  – otherwise, it will launch me into space, either mania or depression, or both. I am starting to be afraid of what will happen in a moment and what may already be starting … and at the same time angry about the disease. I hit my head with my fist a few times. The fucking brain! Traitor! He’s failing me again!

Half an hour later: it gets worse. Suicidal thoughts flush and become more and more persistent. Yes, yes, you are broken, you will always be, nothing will change, damned be life like this, we don’t want to live like this, nobody would! Broken doll! End with it! You know it will always be like this! We don’t want to live like this anymore!

I’m taking Lorazepam. I am going to go to bed, but I know from experience that this will only make me fall into darkness even more. So I begin to imagine a suicide-depression attack as an opponent in the ring. She is totally unfair, you know. She’s banging below the belt, aiming to cause a painful injury or remove me from the game. And this time I am fighting really hard and fiercely. I don’t go to bed. I visualize this blows exchange, which gives me some energy. Then I turn to another strategy: distraction (in German: ablenkung). I start refreshing my websites and preparing Christmas products in my designer shop. I forget about death. I focus on the task at hand.

An hour later I get up for dinner. I already have the strength to speak. But I lose it moment by moment. I am speaking too softly again, too indistinctly, muttering and whispering. Depressive fatigue comes.

I’m pushing it away by creating this blog entry.