czerwony alarm / red alert

(ENG.below) Och, tak bym chciała napisać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a ja zdrowieję. Tymczasem rzeczywistość wygląda tak, że zapadam się coraz głębiej w chorobę. Od tygodnia miałam jeden dzień bez symptomów – piękny, spokojny dzień, podczas którego udało mi się wyślizgnąć do teatru, by obejrzeć na scenie moją własną sztukę. Bałam się wyjść z domu do ostatniej chwili; ubrana i umalowana siedziałam na balkonie i negocjowałam z moimi lękami. Nikomu oprócz męża nie dałam znać, że idę, ponieważ nie byłam pewna, czy się tuż przed wyjściem nie wycofam. Mój mąż bardzo wspierał moje wyjście, zabezpieczając mnie z każdej strony. „Wiesz, że w każdej chwili możesz wrócić. Możesz w ogóle tam nie wchodzić. Masz przy sobie leki? Sukcesem będzie samo wyjście z domu…” – tak do mnie mówił, tak oswajał moje strachy. Wzięłam Lorazepam i poszłam. Wróciłam pozytywna i uradowana, bez ekstremalnych uniesień; po prostu zadowolona i dumna, że, po pierwsze, moją sztukę ktoś wystawił, po drugie, że była dobra, a po trzecie – że dałam radę. Dużo się śmiałam, ludzie przesympatyczni, aktorzy świetni; poznałam kilka nowych osób i zupełnie nie byłam w centrum uwagi, co pomogło mi przejść przez całe doświadczenie bez szkód. Taki jeden dobry dzień jest jak zastrzyk nadziei.

A po nim pojawia się następny dzień i robi się tak ciemno, jakby słońce zaszło na zawsze. Mam atak myśli samobójczych i jest bardzo intensywny; wydaje mi się, że wystarczy jeden krok, bym odzyskała spokój, którego tak bardzo potrzebuję. Obsesyjne myśli są tak silne, że zaczynam się bać siebie –  a jestem sama w domu. Ból psychiczny staje się nieznośny, jak duchowa migrena, która mnie jednocześnie ściska i jednocześnie rozsadza. Przypominam sobie, że gdy coś fizycznie mnie boli, maleją symptomy psychiczne. Robię więc coś, czego wcześniej nigdy nie zrobiłam. Mąż określił to jako „czerwony alarm” i powiedział, że jeśli się to powtórzy, jedziemy prosto do kliniki.

Pomyśl, jak wielki musi być ból psychiczny wariata, że wybiera on fizyczny, by odwrócić od tego pierwszego uwagę.

„Ktoś ukradł mi mózg i dał w zamian zepsuty”/”Someone stole my brain and gave me a broken one instead”

Oh, how much I would like to say that everything is fine and I am recovering. Meanwhile, the reality is that I am falling deeper and deeper into the disease. For a week I had one symptom-free day – a beautiful, quiet 15 hours, during which I managed to slip into the theater to watch my own play on stage. I was afraid to leave the house until the last moment; dressed and made up, I sat on the balcony and negotiated with my fears. I did not let anyone except my husband know that I was going because I was not sure if I would withdraw just before leaving. My husband was very supportive of my exit, protecting me from all sides. “You know you can come back at any time. You may not go in there at all. Do you have medication with you? Leaving the house alone will be a success… ”- that’s what he said to me, taming my fears. I took Lorazepam and left. I came back positive and happy, without extreme elation; just glad and proud that, first of all, my play was staged, second – that it was good, and third – that I managed. I laughed a lot, met very nice people, great actors; got introduced to few new people and was completely out of the spotlight, which helped me go through the whole experience without harm. One good day like this is like an injection of hope.

Then another day comes and it gets as dark as if the sun has gone down forever. I am having a suicidal attack and it is very intense; it seems to me that one step is enough for me to regain the peace that I so badly need. Obsessive thoughts are so strong that I start to fear myself – and I’m home alone. Mental pain becomes unbearable, like a spiritual migraine that both squeezes me and bursts me at the same time. I remember that when something physically hurts me, my mental symptoms decrease. So I do something that I’ve never done before. The husband referred to it as a „red alert” and said that if it happened again, we would go straight to the clinic.

Think how great the mental pain must be that we, crazy people, choose a physical one to distract ourselves from the former.

ultraszybka / ultrafast

(ENG.below) Mam nadzieję, że ten wpis przyczyni się do zrozumienia, czym jest w chorobie afektywnej dwubiegunowej/schizoafektywnej* (*połączeniu choroby dwubiegunowej i schizofrenii) szybka lub ultraszybka zmiana faz.

Poranek: czuję się całkiem nieźle. Idę z psem na spacer. Brak symptomów. Nastrój w porządku.

Południe: wciąż spokojna, pozytywnie zmęczona po 8-kilometrowym marszu.

Popołudnie: dostaję wiadomość, że sprzedałam prace z wystawy na zamku i zarobiłam za nie tyle, ile nigdy wcześniej za własną sztukę. Hasam po ulicy, podskakuję z radości. Piszę do rodziny, chcąc się podzielić swoim sukcesem, a pod maską ochronną mam banana na twarzy. Dostaję energetycznego kopa, chce mi się tańczyć, śpiewać, opowiadać dookoła o tym, co mi się przydarzyło. Radość, szczęście i duma tryskają ze mnie niepowstrzymanym strumieniem. Wracam do domu i wiem, że powinnam jakoś pozytywnie spożytkować moją energię – idę więc biegać. Gdzieś w tyle kołacze mi się myśl, że „im większa góra, tym większy dół”, ale wydaje mi się, że w taki dzień mój mózg chyba mi tego nie zrobi?…

Godzinę później: zaczyna się smutek. Że nawet cieszyć się nie mogę jak zdrowi ludzie, bo nadmierne emocje mi szkodzą. Bo powinnam przecież zachować umiar we wszystkim – inaczej wystrzeli mnie w kosmos albo manii, albo depresji, albo jednego i drugiego. Zaczynam się bać, co będzie za chwilę, a co może już się zaczyna… i jednocześnie wściekać na chorobę. Walę się pięścią w głowę, kilka razy. Pieprzony mózg! Zdrajca! Znów mnie zawodzi!

Pół godziny później: jest coraz gorzej. Przypływają myśli samobójcze i stają się coraz bardziej natarczywe. Tak, tak, jesteś zepsuta, zawsze będziesz, nic się nie zmieni, do dupy z takim życiem, nie chcemy tak żyć, nikt by nie chciał! Połamana laleczka! Skończ z tym! Wiesz, że zawsze tak będzie! Nie chcemy tak już dłużej żyć!

Biorę Lorazepam. Zamierzam się położyć do łóżka lecz wiem z doświadczenia, że w ten sposób tylko zapadnę się w ciemność jeszcze bardziej. Zaczynam więc sobie wyobrażać atak depresyjno-samobójczy jako przeciwniczkę na ringu. Taką totalnie nie fair, wiesz. Wali poniżej pasa, celuje tak, by spowodować bolesną kontuzję albo zupełnie usunąć mnie z gry. I tym razem walczę naprawdę mocno i zawzięcie. Nie kładę się do łóżka. Wizualizuję sobie tę wymianę ciosów, co dodaje mi energii. Potem włączam kolejną strategię: rozproszenie uwagi (z niemieckiego: ablenkung). Zabieram się za odświeżanie moich stron internetowych i przygotowywanie produktów świątecznych w moim designerskim sklepiku. Zapominam o śmierci. Skupiam się na zadaniu.

Godzinę później wstaję do kolacji. Mam już siłę mówić. Ale tracę ją z chwili na chwilę. Znów odzywam się za cicho, zbyt niewyraźnie. Przypływa depresyjne zmęczenie.

Odganiam je tworzeniem tego wpisu.

Hopefully this post will help you understand what fast or ultrafast phase change is in bipolar / schizoaffective disorder * (* a combination of bipolar disorder and schizophrenia).

Morning: I’m feeling pretty good. I go with the dog for a walk. No symptoms. The mood is fine.

Noon: still calm, positively tired after the 8-km walk.

Afternoon: I get a message that I have sold my artworks from the exhibition at the castle and have earned as much for them as never before for my own art. I start jumping and running down the street, laughing out loud with joy. I am writing to my family to share my success and I have a banana on my face under my face mask. I get an energetic kick, I feel like dancing, singing, talking about what happened to me to everyone I meet. Joy, happiness and pride gush out of me in an unstoppable stream. I come back home and I know that I should use my energy in some positive way – so I go jogging. Somewhere in the back of my mind I am recalling the menacing words that „the higher the top, the deeper the bottom”, but it seems to me that on such a day my brain won’t do it to me? …

One hour later: sadness and grief begin to grow in me. That I can’t even enjoy myself like healthy people, because excessive emotions hurt me. Because I should be moderate in everything  – otherwise, it will launch me into space, either mania or depression, or both. I am starting to be afraid of what will happen in a moment and what may already be starting … and at the same time angry about the disease. I hit my head with my fist a few times. The fucking brain! Traitor! He’s failing me again!

Half an hour later: it gets worse. Suicidal thoughts flush and become more and more persistent. Yes, yes, you are broken, you will always be, nothing will change, damned be life like this, we don’t want to live like this, nobody would! Broken doll! End with it! You know it will always be like this! We don’t want to live like this anymore!

I’m taking Lorazepam. I am going to go to bed, but I know from experience that this will only make me fall into darkness even more. So I begin to imagine a suicide-depression attack as an opponent in the ring. She is totally unfair, you know. She’s banging below the belt, aiming to cause a painful injury or remove me from the game. And this time I am fighting really hard and fiercely. I don’t go to bed. I visualize this blows exchange, which gives me some energy. Then I turn to another strategy: distraction (in German: ablenkung). I start refreshing my websites and preparing Christmas products in my designer shop. I forget about death. I focus on the task at hand.

An hour later I get up for dinner. I already have the strength to speak. But I lose it moment by moment. I am speaking too softly again, too indistinctly, muttering and whispering. Depressive fatigue comes.

I’m pushing it away by creating this blog entry.