obsesja / obsession

(ENG.below) Podróżowanie z jednego bieguna na drugi w ciągu 12 godzin jest naprawdę męczące.

Ale po kolei.

Wczoraj obudziłam się rozdygotana i chwiejna – niedobrze spałam; najpierw nie mogłam zasnąć, potem budziły mnie niepokojące sny, aż w końcu nadszedł ranek i musiałam wstać, by udać się do osteopaty. Zanim wyszłam z domu, wzięłam połówkę Lorazepamu, by nie dostać ataku paniki w tramwaju. Ta tabletka i cuda, jakie z moim kręgosłupem czyni dr B., bardzo mnie uspokoiły. Powzięłam ambitny plan 11-kilometrowej wycieczki (1/3 drogi pod górę) z zamiarem pobicia rekordu życiowego w tempie. Może po takim wysiłku będę lepiej spała? Gdy tylko w moim mózgu zaczęły się wydzielać wszelkie możliwe hormony szczęścia, rodzące się w wyniku wysiłku fizycznego, piękna natury (nic to, że zaczęło padać), poczucia siły, kontroli, radości z osiągnięcia (pobiłam ten rekord), satysfakcji z bycia we własnym ciele, które jest sprawne i dostarcza mi radości, czułam się jak w siódmym niebie. Wróciłam do domu i – przemoczona, spocona, ucieszona – postanowiłam wziąć gorącą kąpiel. Wtedy się zaczęło.

„Wiesz przecież, że po momentach szczęścia zawsze przychodzi dół. Im większe szczęście, tym większy.”

„Teraz będzie już tylko gorzej.”

„Jesteś przygotowana na cios?”

„To taki piękny moment. Moment satysfakcji, dumy, radości. Chcesz go dobrze zapamiętać? To zabij się teraz. Nie chcesz znów cierpieć. Nie chcesz być ciężarem dla twojego wiecznie zmartwionego męża. On ma już dość kłopotów. Zrób to. Nie zniesiesz kolejnego załamania. Po co.”

Nic sobie nie zrobiłam. Zagryzłam zęby, zabrałam się za porządki, pranie, odkurzanie…Lecz myśli samobójcze były coraz głośniejsze i coraz bardziej uporczywe. Miałam coraz mniej siły. W końcu położyłam się do łóżka. Gdy mąż wrócił z pracy, byłam już nieruchomą, nie bardzo będącą w stanie mówić kukiełką z maskowatą twarzą.

Co zrobić?

Mamy z moim lekarzem teorię, że uporczywe myśli samobójcze (gdy nie jestem w stanie myśleć o niczym innym; samobójcza obsesja) mają charakter taki jak atak psychotyczny – tylko specyficzną zawartość. Postanowiłam więc wczoraj w końcu poratować się Zyprexą i Lorazepamem.

Poprawiło się. Zaczęłam mówić, i to mówić do rzeczy.

Tej nocy spałam spokojnie. Na razie wszystko wygląda dobrze.

Lecz cały dzień jeszcze przede mną.

Traveling from one pole to the other in 12 hours is really exhausting.

But first things first.

Yesterday I woke up shaky and anxious – I didn’t sleep well; at first I wasn’t able to fall sleep, then I was awakened by disturbing dreams, and finally morning came and I had to get up to go to the osteopath. Before I left the house, I took half of the Lorazepam to avoid a panic attack on the tram. This pill and the miracles Dr. B. does on my spine calmed me down a lot. I made an ambitious plan of an 11-kilometer trip (1/3 of the way – uphill) with the intention of breaking my life record at pace. Maybe I will sleep better after such an effort? As soon as all possible happiness hormones began to be released in my brain, resulting from physical exertion, the beauty of nature (despite it started to rain), a sense of strength, control, joy of achievement (I broke this record), satisfaction with being in my own a body that is fit and gives me joy, I felt like in seventh heaven. I came home and – soaked, sweaty, happy – I decided to take a hot bath. Then it started.

“You know that after moments of happiness you always go down. The greater the happiness, the greater the despair. „

„Now it will only get worse.”

„Are you ready for a downfall?”

“It’s such a beautiful moment. A moment of satisfaction, pride and joy. Do you want to remember it well? Then kill yourself now. You don’t want to suffer again. You don’t want to be a burden to your eternally troubled husband. He’s had enough trouble. Do it. You can’t take another breakdown. For what?”

I didn’t do anything to myself. I grit my teeth, started cleaning, washing, vacuuming … But thoughts of suicide were getting louder and more persistent. I had less and less strength. I finally got to bed. By the time my husband came home from work, I was motionless, not quite able to speak, with a masked face.

What to do?

We have the theory with my doctor that persistent suicidal thoughts (when I am unable to think of anything else; suicidal obsession) are like a psychotic attack – only with a specific content. So I decided yesterday to finally rescue myself with an antypsychotic Zyprexa and Lorazepam.

It got better. I started talking, and it made sense.

I slept soundly that night. Everything looks fine so far.

But the whole day is still ahead of me.