wybrana / the chosen one

(*ENG.below) Zostałam wybrana przez boginię Shakti; czas zmienić imię, spakować się i wyjechać do Indii; znaleźć mistrza duchowego i stąpać duchową ścieżką.

Urojenia mają wiele twarzy.

W odmianie psychozy, która mnie dotyczy, mają bardzo zmienny charakter: raz jest to niewysłowione szczęście, które szybko zmienia się w przerażenie. Shakti, kłaniam się tobie, ale ten demon wysysający moją krew przed zaśnięciem już nie jest taki wspierający. Czy to na pewno ty go wysłałaś? Czy za twoim światłem nie czai się przypadkiem groza? Szybka zmiana nastroju – od spokoju do lęku. Psychoza lęku-szczęścia, w niemieckim Angst-Glück Psychose.

W związku z powyższym kryzysem miałam wczoraj ciężki dzień; nie tylko dlatego, że urojenia spalają mnóstwo energii, ale przede wszystkim dlatego, że wydawało mi się, że przegrałam życie. Znów nawrót symptomów. A było już tak dobrze. Już, już myślałam, że tak zostanie; w końcu minęły trzy tygodnie od ostatniego ataku, a to, jak na mnie, całkiem spory sukces. Przecież robiłam wszystko jak trzeba. Przestrzegałam wszystkich zasad, stosowałam wyuczone strategie, uważałam na siebie, zażywałam leki. Dlaczego nawrót? Czułam rozczarowanie, żal, wściekłość i bezradność. Nie chcę być ofiarą losu. Chcę mieć wpływ na swoje życie, widzieć efekty moich działań. Niestety, choroba ma swoje plany, najwyraźniej różne od moich.

Postąpiłam wczoraj zgodnie z radą mojego lekarza: podwyższyłam dawkę jednego z leków antypsychotycznych (Abilify), zażyłam potężną dawkę drugiego (Olanzapina), w wyniku czego spałam spokojnie 11 godzin i obudziłam się bez symptomów. Poziom zmęczenia – horrendalny, bo oba te leki wzmacniają swoje wzajemne skutki uboczne. Sama nie wiem, co teraz mam sobie myśleć, w jakiej narracji o relacji mojej z chorobą funkcjonować. Czy: „pamiętaj, zdrowienie to nie linearny proces”, czy „cokolwiek bym nie robiła, i tak nie mam wpływu na to, kiedy zaatakuje mnie choroba”, czy może „moje życie nie ma sensu, czas się stąd wynosić”, albo „mogę robić to, na co mam wpływ, a z resztą muszę się pogodzić”, lub też „będę żyć w ciągłym lęku, bo nigdy nie wiem, kiedy mnie dopadnie”, i tak dalej. Znów jestem zagubiona.

Może coś podpowiesz?

I was chosen by the goddess Shakti; time to change my name, pack up and go to India; find a spiritual master and walk on the spiritual path.

Delusions have many faces.

In the kind of psychosis that concerns me, they are very changeable in nature: once it is inexpressible happiness that quickly turns into terror. Shakti, I bow to you, but this demon that sucks my blood before falling asleep is not so supportive anymore. Are you sure you sent him? Is there a terror behind your light? A quick changes of mood – from calmness to anxiety. The anxiety-happiness psychosis, in German Angst-Glück Psychose.

I had a hard day yesterday due to the above crisis; not only because delusions burn a lot of energy, but mostly because I thought I had lost my life. Symptoms recur again. And it was already so good. I thought it would stay that way; after all, three weeks have passed since the last attack, and for me, it’s quite a success. After all, I did everything right. I followed all the rules, used learned strategies, took care of myself, took medications. Why relapse? I felt disappointment, regret, rage and helplessness. I don’t want to be a victim of fate. I want to influence my life, see the effects of my actions. Unfortunately, the disease has plans of its own, apparently different from mine.

I followed my doctor’s advice yesterday: I increased the dose of one of the antipsychotic drugs (Abilify), took a massive dose of the other (Olanzapine), and as a result I slept soundly for 11 hours and woke up symptom-free. The level of fatigue – horrendous, because both of these drugs enhance each other’s side effects. I don’t know what to think now, in what narrative about my relationship with the disease should I function. Is it: „remember, recovery is not a linear process” or „whatever I do, I still have no influence on when an illness attacks me”, or maybe „my life is pointless, it’s time to get out of here” or „I can do what I have control over and have to deal with the rest that I cannot control”, or „I’ll live in constant fear because I never know when it’s gonna get me”, and so on. I’m lost again.

Maybe you can suggest something?

czerwony alarm / red alert

(ENG.below) Och, tak bym chciała napisać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, a ja zdrowieję. Tymczasem rzeczywistość wygląda tak, że zapadam się coraz głębiej w chorobę. Od tygodnia miałam jeden dzień bez symptomów – piękny, spokojny dzień, podczas którego udało mi się wyślizgnąć do teatru, by obejrzeć na scenie moją własną sztukę. Bałam się wyjść z domu do ostatniej chwili; ubrana i umalowana siedziałam na balkonie i negocjowałam z moimi lękami. Nikomu oprócz męża nie dałam znać, że idę, ponieważ nie byłam pewna, czy się tuż przed wyjściem nie wycofam. Mój mąż bardzo wspierał moje wyjście, zabezpieczając mnie z każdej strony. „Wiesz, że w każdej chwili możesz wrócić. Możesz w ogóle tam nie wchodzić. Masz przy sobie leki? Sukcesem będzie samo wyjście z domu…” – tak do mnie mówił, tak oswajał moje strachy. Wzięłam Lorazepam i poszłam. Wróciłam pozytywna i uradowana, bez ekstremalnych uniesień; po prostu zadowolona i dumna, że, po pierwsze, moją sztukę ktoś wystawił, po drugie, że była dobra, a po trzecie – że dałam radę. Dużo się śmiałam, ludzie przesympatyczni, aktorzy świetni; poznałam kilka nowych osób i zupełnie nie byłam w centrum uwagi, co pomogło mi przejść przez całe doświadczenie bez szkód. Taki jeden dobry dzień jest jak zastrzyk nadziei.

A po nim pojawia się następny dzień i robi się tak ciemno, jakby słońce zaszło na zawsze. Mam atak myśli samobójczych i jest bardzo intensywny; wydaje mi się, że wystarczy jeden krok, bym odzyskała spokój, którego tak bardzo potrzebuję. Obsesyjne myśli są tak silne, że zaczynam się bać siebie –  a jestem sama w domu. Ból psychiczny staje się nieznośny, jak duchowa migrena, która mnie jednocześnie ściska i jednocześnie rozsadza. Przypominam sobie, że gdy coś fizycznie mnie boli, maleją symptomy psychiczne. Robię więc coś, czego wcześniej nigdy nie zrobiłam. Mąż określił to jako „czerwony alarm” i powiedział, że jeśli się to powtórzy, jedziemy prosto do kliniki.

Pomyśl, jak wielki musi być ból psychiczny wariata, że wybiera on fizyczny, by odwrócić od tego pierwszego uwagę.

„Ktoś ukradł mi mózg i dał w zamian zepsuty”/”Someone stole my brain and gave me a broken one instead”

Oh, how much I would like to say that everything is fine and I am recovering. Meanwhile, the reality is that I am falling deeper and deeper into the disease. For a week I had one symptom-free day – a beautiful, quiet 15 hours, during which I managed to slip into the theater to watch my own play on stage. I was afraid to leave the house until the last moment; dressed and made up, I sat on the balcony and negotiated with my fears. I did not let anyone except my husband know that I was going because I was not sure if I would withdraw just before leaving. My husband was very supportive of my exit, protecting me from all sides. “You know you can come back at any time. You may not go in there at all. Do you have medication with you? Leaving the house alone will be a success… ”- that’s what he said to me, taming my fears. I took Lorazepam and left. I came back positive and happy, without extreme elation; just glad and proud that, first of all, my play was staged, second – that it was good, and third – that I managed. I laughed a lot, met very nice people, great actors; got introduced to few new people and was completely out of the spotlight, which helped me go through the whole experience without harm. One good day like this is like an injection of hope.

Then another day comes and it gets as dark as if the sun has gone down forever. I am having a suicidal attack and it is very intense; it seems to me that one step is enough for me to regain the peace that I so badly need. Obsessive thoughts are so strong that I start to fear myself – and I’m home alone. Mental pain becomes unbearable, like a spiritual migraine that both squeezes me and bursts me at the same time. I remember that when something physically hurts me, my mental symptoms decrease. So I do something that I’ve never done before. The husband referred to it as a „red alert” and said that if it happened again, we would go straight to the clinic.

Think how great the mental pain must be that we, crazy people, choose a physical one to distract ourselves from the former.

na szlaku / on a trail

(ENG.below) Wyobraź sobie halę z basenem – pustym – wypełnioną sztuką; obrazami, rysunkami, rzeźbami. W kilku miejscach hali stoją stoliki albo stelaże, a przy nich malują artyści-outsiderzy. Cały ten obiekt mieści się w hotelu na rdzawo-złotej górze. Z tarasów pokojów widać ośnieżone Alpy – na wyciągnięcie ręki. Poranek jest szaro-różowy. Dziś nie ma mrozu. Piszę na zewnątrz.

Wyobraź sobie też piękną, jedenastokilometrową trasę, wiodącą krętą ścieżką pod górę, od lasu do ośnieżonej przełęczy – i z powrotem. Maszerujesz nią, oddychasz głęboko, słońce opala ci twarz, szumi strumień, nikogo po drodze. Czujesz się zjednoczona z naturą, aż przypływa do ciebie wizja na jawie: gigantyczna kobieta z torfu, mchu i wilgoci powstaje, przeciąga się i powoli rusza na wschód, nie zwracając na ciebie uwagi. Za nią toczą się kamienie i grudki ziemi. Jest wielka jak górskie zbocze. Jesteś wzruszona jej naturalnym pięknem.

Kiedy dzielisz się tą wizją z towarzyszem podróży, zaczynacie rozmowę o szamanach, darach widzenia rzeczy, do których inni nie mają dostępu. Rozmowa jest bardzo owocna i ma intelektualny charakter; racjonalna część twojego mózgu zgadza się z rozmówcą, który twierdzi, że szamanizm to dyscyplina, wieloletnie przygotowania, rozeznanie i doświadczenie, tak bardzo spłycone w naszym kręgu kulturowym i zminiaturyzowane do rozmiarów strawnego, atrakcyjnego pop-new age hamburgera.

Wtedy zaczynasz zauważać, że twoje myślenie się zmienia. Znasz to uczucie – racjonalna część mózgu zaczyna blaknąć, a na pierwszy plan wysuwa się dziwne, obsesyjne przekonanie. Ty przecież jesteś szamanem. To twoja misja życiowa. To twoje powołanie. Twój towarzysz podróży – twój mąż – chce cię od niego odwieść. Powinnaś teraz rzucić wszystkim i udać się do Mongolii. Sprzedaj wszystko i jedź. Twój mąż cię podtruwa każdego dnia, bo chce, byś została przy nim. Twoje papierosy są zatrute narkotykami; przecież to on ci je kupił. Opłacił twojego psychiatrę, twojego asystenta psychiatrycznego – wszyscy razem są w spisku, by uniemożliwić ci realizację twojej życiowej misji, twojego powołania, twojego prawdziwego ja.

Ostatkiem racjonalnych sił zatrzymujesz się na szlaku, wyciągasz lek antypsychotyczny i połykasz go. Myślisz sobie: mój pies nie jest prawdziwy, jest tylko hologramem. Mój mąż za chwilę mnie zabije gdzieś tu w gęstwinie. Łykasz lek na uspokojenie. Jakoś dotrzecie do samochodu. Mąż cię uspokaja: to minie.

To zawsze mija.

Po to, by znów tobą owładnąć.

Może dziś, może jutro. Może w domu, może w sklepie, może w górach.

Jesteś zmęczona, prawda?

Imagine a hall with a swimming pool – empty – but filled with art; paintings, drawings, sculptures. There are tables or racks in several places in the hall, and outsider artists paint next to them. The entire property is housed in a hotel on a rusty gold mountain. From the terraces of the rooms you can see the snow-covered Alps – at your fingertips. The morning is gray-pink. There is no frost today. I’m writing outside.

Also, imagine a beautiful eleven kilometer route, taking a winding path uphill, from the forest to the snow-covered mountain pass – and back again. You march it, breathe deeply, the sun kisses your face, the stream rustles, no one on the way. You feel one with nature until a daydream vision comes to you: a gigantic woman of peat, moss and moisture rises, stretches and slowly moves eastward, ignoring you. Behind her, stones and lumps of earth roll. She is as big as a mountain slope. You are touched by her natural beauty.

When you share this vision with your traveling companion, you start talking about shamans and a gift of seeing things that others don’t have access to. The conversation is very fruitful and intellectual; the rational part of your brain agrees with your interlocutor that shamanism is a discipline, many years of preparation, insight and experience, so shallowed in our culture and miniaturized to the size of a digestible, attractive pop-new age hamburger.

Then you start to notice that your thinking is changing. You know this feeling – the rational part of the brain begins to fade, and a strange obsessive belief comes to the fore. After all, you are a shaman. This is your life mission. This is your calling. Your traveling companion – your husband – wants to dissuade you from it. You should drop everything now and go to Mongolia. Sell ​​everything and drive. Your husband poisons you every day because he wants you to stay with him. Your cigarettes are poisoned with drugs; after all, he bought them for you. He has paid off your psychiatrist, your psychiatric assistant – they are all conspiring together to prevent you from fulfilling your life mission, your calling, your true self.

With the last of your rational strength, you stop on the trail, take your antipsychotic drug and swallow it. You think to yourself: my dog ​​isn’t real, it’s just a hologram. My husband is about to kill me somewhere in the thicket. You take a sedative medicine. You’ll get to the car somehow. Your husband reassures you: it will pass.

It always passes.

Just to take over you again.

Maybe today, maybe tomorrow. Maybe at home, maybe in a shop, maybe in the mountains.

You’re tired, aren’t you?

nie wstydź się / don’t feel ashamed

(ENG.below) Zdarzyło mi się to już w przeszłości, ale chyba nigdy nie trwało tak długo – a to dlatego, że tym razem nie miałam ze sobą Zyprexy.

Wyobraź sobie: idziesz z ulicą, prowadzisz psa, słońce świeci, wieje miły wiaterek. Zaczyna cię jednak drażnić ruch uliczny. Jest za głośno i za intensywnie. Auta huczą wokół ciebie, czujesz się jak otoczona rojem pszczół. Potem zaczynasz odczuwać niepokój w całym ciele – to sygnał, że najprawdopodobniej zaraz zacznie się większy atak. I zaczyna się. Mijani przez ciebie ludzie stają się zagrożeniem lub podstawionymi aktorami. Dziwnie się na ciebie patrzą, prawda? Gdzieś z oddali dobiega śmiech. Pewnie z ciebie się śmieją. Może ludzie, może demony? Zaciskasz zęby i zastanawiasz się: dojdę do domu czy lepiej usiąść na jakimś przystanku i napisać sms do męża?…No tak, ale on ma teraz telekonferencję. Powalczymy zatem, dobra? Powoli, do celu. Skupiać się na krokach. Nie rozglądać. Nie dawać się wciągać dziwacznym, pokręconym myślom. Już niedaleko.

Wchodzę do domu i wyglądam jak duch. Jestem całkiem blada, spocona i pomarszczona z niepokoju i lęku. Zyprexa. Odpocznę…

To było w piątek.

Wczoraj jedyny w tym tygodniu dzień bez symptomów. Niestety wieczorem nie mogłam zasnąć do późnych godzin nocnych. Snułam się po mieszkaniu coraz bardziej porcelanowa i przestraszona, bo wiem, że regularny sen naprawdę dodaje mi wiele punktów do stabilności. A tu – nie chce przyjść…

Dziś dokonałam przełomowego kroku, a to dzięki mojemu małżonkowi. Od wielu miesięcy nie wiedziałam, co zrobić ze swoim profesjonalnym kontem na LinkedIn. Mam na nim link do strony mojej poradni psychologicznej, która przecież od dawna już nie działa; do biznesowego bloga, którego od lat już nie piszę; dane o profesji, której już nie uprawiam; zdjęcie sprzed kilku lat i opis, który nijak się nie ma do osoby, którą się stałam. Jednocześnie dostaję z portalu powiadomienia, że ludzie odwiedzają mój profil, a ja…no cóż. Nie lubię robić ludzi w konia.

Mąż zaproponował: dopisz do swojej ścieżki kariery kolejne punkty. Nie kasuj przeszłości – rekomendacji od tylu osób, tych ponad 450 znajomości, ról, jakie pełniłaś. Napisz po prostu, co robisz teraz. Nazwij to i określ się na nowo. Wymień wystawy (6), publikacje (wiele), wolontariaty (kilka). Zrób sobie aktualne zdjęcie. Popatrz na to w ten sposób: niektórzy rzucają korporację dla prowadzenia schroniska w górach, a ty rzuciłaś korporacje, by być artystką. Niech taką cię zobaczą.

Ach, co to była za odświeżająca przygoda! Najpierw makijaż, z tych produktów, które jeszcze się jakoś u mnie ostały. Potem szukanie dobrego oświetlenia i robienie sympatycznej miny. Może tak, a może lepiej tak? Nie chcę wyglądać dramatycznie, chcę się uśmiechać! Następnie nazwa zawodu: ARTYSTA…krótko i do rzeczy. I dwie ścieżki kariery: obraz i słowo. Jejku, czuję się jakbym otwarła książkę o swoim życiu na nowej, pustej stronie!

Jakie to dobre…

I wcale się nie wstydzę swojej „nowej twarzy”!

It has happened to me in the past, but it probably never lasted this long – and that’s because I didn’t carry Zyprexa with me this time.

Imagine: you are walking down the street, with you dog; the sun is shining, a nice breeze is blowing. However, you are starting to get irritated by the traffic. It’s too loud and too intense. Cars roar around you, you feel surrounded by a swarm of bees. Then you start to feel anxiety throughout your body – this is a signal that a major attack is most likely about to begin. And it starts. People you pass by become threats – or actors. They look at you weird, don’t they? You hear a laugh somewhere in the distance. They must be laughing at you. Maybe people, maybe demons? You grit your teeth and wonder: will I get home or is it better to sit down at a bus stop and text my husband? … but he has a teleconference now. So we’ll fight, okay? Slowly, towards the goal. Focus on the steps. Don’t look around. Don’t get caught up in weird, twisted thoughts. Home is not far away.

I come in and look like a ghost. I am pale and sweaty and wrinkled with anxiety and dread. Zyprexa. I will be able to rest now…

It was on Friday.

Yesterday was the only day this week without symptoms. Unfortunately, in the evening I could not fall asleep until late at night. I wandered around the apartment more and more porcelain-like and scared, because I knew that regular sleep really gives me a lot of points to stability. And now – it doesn’t want to come…

Today I made a breakthrough step thanks to my husband. For months, I hadn’t known what to do with my professional LinkedIn account. I have a link to the website of my psychological counselling center, which has not been operating for a long time; to a business blog that I have not been writing for years; data about a profession that I no longer practice; a photo from a few years ago and a description that has nothing to do with the person I have become. At the same time, I get notifications from the portal that people are visiting my profile, and I … well. I don’t fooling people.

The husband suggested: add more points to your career path. Do not erase the past – recommendations from so many people, those over 450 contacts, the roles you played. Just write what you are doing now. Name it and redefine yourself. List exhibitions (6), publications (many), volunteering (several). Take a recent photo of yourself. Look at it this way: some people quit corporations to run a mountain shelter, and you quit corporations to become an artist. Let them see you like that.

Ah, what a refreshing adventure it was! First – make-up, from those products that somehow still remain in my bathroom. Then looking for good lighting and making a nice face. Maybe this way, or maybe better like that? I don’t want to look dramatic, I want to smile! Then the name of the profession: ARTIST … short and to the point. And two career paths: image and words. Gee, I feel like opening a book about my life on a new blank page!

How good is that …

And I’m not ashamed at all of my „new face”!