zmiana dekoracji / change of scenery

(ENG.below) Jestem w pięknym miejscu, na pierwszej w moim życiu rezydencji artystycznej.

Budzę się wcześnie rano, jest jeszcze szaro-ciemno. Z mojego tarasu widać ośnieżone Alpy – w porannym mroku są czarno-białe – i tak blisko…Jest cicho, powietrze jest czyste, bo mieszkam na wysokości ponad 1000m nad poziomem morza. Do mojej dyspozycji farby, papier, karton, płótna. Wszystko za darmo. Do jednego z najpopularniejszych kurortów Europy 6 kilometrów. Jak marzenie.

Wczoraj – wernisaż. Sytuacja epidemiologiczna nie jest dobra, bałam się, że nikt nie przyjdzie. Zjawiło się zaskakująco wielu ludzi. Robiono mi zdjęcia, przeprowadzono ze mną wywiad, sprzedałam grafikę, poznałam nowych kolekcjonerów i odświeżyłam znajomość z tymi, których już znam. Rozdawałam uśmiechy oczami spod maski, angażowałam się w miłe, drobne konwersacje. Starałam się być w kontakcie, łapać okazje do rozmowy, wyrażać wdzięczność i zainteresowanie. Pozowałam. I znów się uśmiechałam. I jeszcze raz. I jeszcze raz…

Dwie godziny uspołeczniania. Po tym płakałam z napięcia i zapadłam się w sobie na granicy psychozy. Uciekłam z kolacji do pokoju. Nie mogłam się doczekać chwili, gdy zdejmę sukienkę, zmyję makijaż, założę piżamę w misie polarne i zniknę. Żeby już się nie uśmiechać, nie odzywać, żeby nikt do mnie nic nie mówił. Żeby mnie już nie było.

Miałam przedwczoraj pomysł, by zostać tu na tydzień sama – bez męża; tworzyć i spacerować. Wczoraj wieczorem stwierdziłam, że boję się siebie, a zatem i o siebie – i że nie dam rady. Negocjuję z mężem, by został ze mną i pracował zdalnie stąd. Problem w tym, że nie odpocznie wtedy ode mnie, a chciałam mu taką okazję sprezentować. A jak ja mogłabym odpocząć od siebie?…Przychodzą mi do głowy same ekstremalne rozwiązania.

Przyjaciółka ze studiów powiedziała mi kiedyś: jeśli chcesz coś w życiu zmienić, uważaj, żeby nie była to tylko zmiana dekoracji. Jestem w pięknym miejscu, dzieją się piękne rzeczy, ale moja choroba przybyła tu razem ze mną. Choćbym nie wiem jak się starała, pakuje się do mojej walizki, do mojej torebki, do mojej głowy. Mówię wczoraj dziennikarce, jak bardzo byłam zestresowana przed całym tym wydarzeniem. Ona: ale nie jest to Pani pierwszy wernisaż? Ja: nie, ale za każdym razem denerwuję się tak, jakby był pierwszy. Kurator przedstawia krótko moją historię: psycholożka, terapeutka, aktorka na scenie teatru w stolicy – a ja przypominam sobie, z jaką lekkością i entuzjazmem stawałam niegdyś przed grupami osób, grając, śpiewając, prowadząc szkolenia. Teraz zaś dwie godziny ekspozycji społecznej działają na mnie tak, jakby przejechał po mnie czołg.

Łapię się na tym, że czuję żal. Rozczarowanie, niezgodę, frustrację. Chce mi się płakać. Wiem, że kiedy przejdę przez te emocje, po drugiej stronie odszukam zgodę na to, że jestem teraz inna niż kiedyś – i potrzebuję innego podejścia, innej ochrony, opieki, uważności, granic.

Na razie jednak siedzę w kącie i jestem zła na chorobę.

Czyli na siebie.

z wczorajszego spaceru / from a yesterday’s hike

I am in a beautiful place, at the first artist residence in my life.

I wake up early in the morning, it’s still gray and dark. From my terrace you can see the snow-capped Alps – in the morning darkness they are black and white – and so close … It’s quiet, the air is clean, because I live at an altitude of over 1000m above sea level. Paints, paper, cardboard and canvases are at my disposal. All for free. 6 kilometers to one of the most popular resorts in Europe. Like a dream.

Yesterday – the vernissage. The epidemiological situation is not good, I was afraid that nobody would come. Surprisingly many people showed up. Pictures were taken, I was interviewed, I sold my artwork, met new collectors and renewed my acquaintance with those I already know. I spread smiles through my eyes from under the mask, engaged in nice little conversations. I tried to stay in touch, catch opportunities to talk, express my gratitude and interest. I posed. And I was smiling again. And once more. And once more…

Two hours of socialization. After that, I cried with tension and collapsed into myself on the verge of psychosis. I escaped from dinner to my room. I couldn’t wait to take off my dress, wash off my makeup, put on my polar bear pajamas and be gone. In order not to smile anymore, not to speak, so that nobody would talk to me. That I would no longer be there.

The day before yesterday I had an idea to stay here for a week alone – without my husband; to create and hike. Yesterday evening I realized that I was afraid of myself, and therefore also for myself – and that I would not be able to cope alone. I am negotiating with my husband so that he would stay with me and work remotely from here. The problem is that he will not rest from me then, and I wanted to give him such an opportunity. And how could I take a break from myself? … Only extreme solutions come to my mind.

A friend from college once told me: if you want to change something in your life, be careful not to just change the scenery. I am in a beautiful place, beautiful things are happening, but my disease has come with me. No matter how I try, it gets packed into my suitcase, my purse, my head. I was telling a journalist yesterday how stressed I was before the whole event. She: but this is not your first vernissage? Me: no, but every time I get nervous like it’s the first. The curator briefly introduces my story: a psychologist, therapist, actress on the stage of a theater in the capital – and I remember with what lightness and enthusiasm I used to stand in front of groups of people, playing, singing and conducting trainings. Now, two hours of social exposure are feels as if I had been run over by a tank.

I find myself feeling regret. Disappointment, discord, frustration. I want to cry. I know that when I go through these emotions, on the other side I will find consent that I am different now than I used to be – and I need a different approach, different protection, care, awareness, boundaries.

For now, however, I’m sitting in the corner and I’m angry with the disease.

Meaning – with myself. 

obsesja / obsession

(ENG.below) Podróżowanie z jednego bieguna na drugi w ciągu 12 godzin jest naprawdę męczące.

Ale po kolei.

Wczoraj obudziłam się rozdygotana i chwiejna – niedobrze spałam; najpierw nie mogłam zasnąć, potem budziły mnie niepokojące sny, aż w końcu nadszedł ranek i musiałam wstać, by udać się do osteopaty. Zanim wyszłam z domu, wzięłam połówkę Lorazepamu, by nie dostać ataku paniki w tramwaju. Ta tabletka i cuda, jakie z moim kręgosłupem czyni dr B., bardzo mnie uspokoiły. Powzięłam ambitny plan 11-kilometrowej wycieczki (1/3 drogi pod górę) z zamiarem pobicia rekordu życiowego w tempie. Może po takim wysiłku będę lepiej spała? Gdy tylko w moim mózgu zaczęły się wydzielać wszelkie możliwe hormony szczęścia, rodzące się w wyniku wysiłku fizycznego, piękna natury (nic to, że zaczęło padać), poczucia siły, kontroli, radości z osiągnięcia (pobiłam ten rekord), satysfakcji z bycia we własnym ciele, które jest sprawne i dostarcza mi radości, czułam się jak w siódmym niebie. Wróciłam do domu i – przemoczona, spocona, ucieszona – postanowiłam wziąć gorącą kąpiel. Wtedy się zaczęło.

„Wiesz przecież, że po momentach szczęścia zawsze przychodzi dół. Im większe szczęście, tym większy.”

„Teraz będzie już tylko gorzej.”

„Jesteś przygotowana na cios?”

„To taki piękny moment. Moment satysfakcji, dumy, radości. Chcesz go dobrze zapamiętać? To zabij się teraz. Nie chcesz znów cierpieć. Nie chcesz być ciężarem dla twojego wiecznie zmartwionego męża. On ma już dość kłopotów. Zrób to. Nie zniesiesz kolejnego załamania. Po co.”

Nic sobie nie zrobiłam. Zagryzłam zęby, zabrałam się za porządki, pranie, odkurzanie…Lecz myśli samobójcze były coraz głośniejsze i coraz bardziej uporczywe. Miałam coraz mniej siły. W końcu położyłam się do łóżka. Gdy mąż wrócił z pracy, byłam już nieruchomą, nie bardzo będącą w stanie mówić kukiełką z maskowatą twarzą.

Co zrobić?

Mamy z moim lekarzem teorię, że uporczywe myśli samobójcze (gdy nie jestem w stanie myśleć o niczym innym; samobójcza obsesja) mają charakter taki jak atak psychotyczny – tylko specyficzną zawartość. Postanowiłam więc wczoraj w końcu poratować się Zyprexą i Lorazepamem.

Poprawiło się. Zaczęłam mówić, i to mówić do rzeczy.

Tej nocy spałam spokojnie. Na razie wszystko wygląda dobrze.

Lecz cały dzień jeszcze przede mną.

Traveling from one pole to the other in 12 hours is really exhausting.

But first things first.

Yesterday I woke up shaky and anxious – I didn’t sleep well; at first I wasn’t able to fall sleep, then I was awakened by disturbing dreams, and finally morning came and I had to get up to go to the osteopath. Before I left the house, I took half of the Lorazepam to avoid a panic attack on the tram. This pill and the miracles Dr. B. does on my spine calmed me down a lot. I made an ambitious plan of an 11-kilometer trip (1/3 of the way – uphill) with the intention of breaking my life record at pace. Maybe I will sleep better after such an effort? As soon as all possible happiness hormones began to be released in my brain, resulting from physical exertion, the beauty of nature (despite it started to rain), a sense of strength, control, joy of achievement (I broke this record), satisfaction with being in my own a body that is fit and gives me joy, I felt like in seventh heaven. I came home and – soaked, sweaty, happy – I decided to take a hot bath. Then it started.

“You know that after moments of happiness you always go down. The greater the happiness, the greater the despair. „

„Now it will only get worse.”

„Are you ready for a downfall?”

“It’s such a beautiful moment. A moment of satisfaction, pride and joy. Do you want to remember it well? Then kill yourself now. You don’t want to suffer again. You don’t want to be a burden to your eternally troubled husband. He’s had enough trouble. Do it. You can’t take another breakdown. For what?”

I didn’t do anything to myself. I grit my teeth, started cleaning, washing, vacuuming … But thoughts of suicide were getting louder and more persistent. I had less and less strength. I finally got to bed. By the time my husband came home from work, I was motionless, not quite able to speak, with a masked face.

What to do?

We have the theory with my doctor that persistent suicidal thoughts (when I am unable to think of anything else; suicidal obsession) are like a psychotic attack – only with a specific content. So I decided yesterday to finally rescue myself with an antypsychotic Zyprexa and Lorazepam.

It got better. I started talking, and it made sense.

I slept soundly that night. Everything looks fine so far.

But the whole day is still ahead of me.