chmury na niebie / clouds in the sky

(ENG.below) Nie musisz się zmieniać. Jesteś już kompletna. Wystarczy, że dotrzesz do swojego centrum, do świadomości myśli i emocji, która jest jak niebo – a one – jak chmury na tym niebie. Obejmij siebie współczuciem i dobrocią. A potem rozszerz je na swoje bliskie otoczenie, później dalsze, następnie – cały świat.

Brzmię jakbym zwariowała, prawda? Odkleiłam się od rzeczywistości! Jakby to był kolejny epizod psychotyczny.

A nie jest. Poza tym, zwariowałam już dawno temu.

Zapamiętałam się po prostu w praktyce medytacji i mindfulness. A że lubię się uczyć nowych rzeczy, chłonę je jak gąbka. Zamykam oczy i jestem w spokojnym świecie własnego oddechu i bicia serca. Przez większość czasu już nie targana emocjami, choć oczywiście wciąż mi się to zdarza – że ciężko mi je pomieścić. Jak wczoraj. Okazało się, że na przełomie czerwca i lipca moje prace biorą udział w czterech wystawach w trzech różnych miastach. Zupełnie bez sensu wzięłam na siebie odpowiedzialność za to, by „dobrze wypaść”. A przecież są od tego kuratorzy i organizatorzy…W zasadzie nic nie muszę robić, no, może zaproponować jakiś wybór prac. Jednakże moja potrzeba bezpieczeństwa – realizowana przez strategię kontrolowania wszystkiego w duchu obsesyjno-kompulsywnym – wzięła wczoraj górę, i nawet krótkie medytacje w ciągu dnia na niewiele się zdały. Czy już wspominałam, że w testach robionych w klinice na skali zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych osiągnęłam wysoki wynik?…

Dziś jest jednak nowy dzień i jestem dużo spokojniejsza. Może dlatego, że rano wzięłam udział w prowadzonej przez Jona Kabat-Zinna medytacji – wytrzymałam kwadrans – i jakoś lepiej osadziłam się w sobie. Oczywiście, nie mam pewności, że nowe praktyki zostaną ze mną na dłużej. Może wrócę do swojego dramatu, do uwikłania w swoje symptomy, skonfliktowanych emocji, lęku i napięcia, cierpienia. Taki scenariusz też jest możliwy. Na razie jednak łapię się na swoich zmartwieniach możliwą przyszłością i staram się je puszczać jak łódeczki na rzece. Bo teraz, w tej chwili – jestem spokojna. A tylko bycie teraz jest byciem naprawdę. Reszta to chmury na niebie.

(ENG.)

You don’t have to change yourself. You are complete as you are now. It is enough for you to reach your center, to the awareness of thoughts and emotions, which is like the sky – and they are like the clouds in this sky. Embrace yourself with compassion and kindness. And then extend it to your immediate surroundings, then further, then – to the whole world.

I sound like I’m crazy, right? As if it were another psychotic episode.

But it is not. Besides, I became crazy a long time ago.

I just totally fell for practicing meditation and mindfulness. And since I like to learn new things, I absorb them like a sponge. I close my eyes and am in the tranquil world of my own breathing and heartbeat. Not tormented by emotions, although of course it still happens – that it’s hard for me to contain them. Like yesterday. It turned out that in June and July my artworks take part in four exhibitions in three different cities. Completely pointless, I took responsibility for „looking good”. And yet there are curators and organizers who take care of this … In fact, I don’t have to do anything, well, maybe I can propose a selection of works. However, my need for security – pursued by the strategy of controlling everything in an obsessive-compulsive spirit – prevailed yesterday, and even brief daytime meditations were of little use. Did I mention that I scored high on the Obsessive Compulsive Disorder Scale Tests at the clinic? …

But today is a new day and I am much calmer. Maybe because in the morning I took part in a meditation led by Jon Kabat-Zinn – I managed to participate for a quarter of an hour – and somehow settled into myself better. Of course, I am not sure that the new practices will stay with me for longer. Maybe I will return to my drama, to being entangled in my symptoms, conflicting emotions, anxiety and tension, suffering. This scenario is also possible. For now, however, I catch my worries about the possible future and try to let them go like paper boats on the river. Because now, right now – I am calm. And just being now means really “being”. The rest are clouds in the sky.

miłość, która ocala / love that saves

(ENG.below)

Obchodziliśmy z mężem wczoraj dwunastą rocznicę ślubu. Dlaczego piszę o tym na blogu poświęconym zaburzeniom psychicznym? 

Po pierwsze, kiedy się pobraliśmy, nie byłam chora. Byłam zupełnie zdrowa. Podróżowaliśmy, nurkowaliśmy, wspinaliśmy się, świetnie się razem bawiliśmy. W momencie pierwszego ataku nie wiadomo było, jak dalej rozwinie się choroba, jakie będą prognozy. Później przez jakiś czas było znośnie, potem coraz, coraz gorzej, aż do codziennych ataków.

Moim zdaniem każdego dnia mój mąż ma wybór: zostać – albo zniknąć. Są dni, kiedy ma dość. Są dni, kiedy musi wyjść z domu, bo sam by oszalał. Są takie, w których musi mnie pilnować, mówić do mnie, przekonywać, uzasadniać, że warto żyć, że jestem warta życia. Był taki czas, kiedy złamałam mu serce. A może łamię je za każdym razem, gdy planuję samobójstwo. Tylko on ma kluczyk do sejfu z lekami. On jest pierwszym emergency, które uruchamiamy, gdy jest źle. Takie życie kosztowało go już miesiące depresji, stany lękowe i nerwicowe, problemy ze snem i odżywianiem. 

W naszym małżeństwie czas chorobowy przerósł już czas zdrowy; jesteśmy dłużej razem w chorobie. A jednak mimo wszystko on mówi do mnie codziennie: kocham cię. Mówi: nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Jesteś mądra, błyskotliwa, piękna, zabawna, twórcza, czuła. I wtedy ja się rozjaśniam, widząc swoje odbicie w jego oczach, i świat staje się na chwilę lepszy i bezpieczniejszy. Co ciekawe, jemu też się przy mnie łatwiej zasypia. 

Wiesz, wielu z nas, chorych, nie ma przy sobie najbliższej osoby, bo naprawdę ciężko z nami żyć – w roli ukochanego-opiekuna czy ukochanej-opiekunki. Nie każdy jest w stanie taką rolę unieść, nie każdy chce, nie każdy ma do niej przygotowanie czy predyspozycje. A jednak gdy zakładamy miłosne soczewki, widzimy POPRZEZ chorobę – osobę, nie jej zaburzenie. I to tę osobę kochamy, niezależnie od jej ciężaru, a może właśnie i z nim. 

Jestem kochana i to mnie wspiera, cieszy – i ratuje. 


(ENG.) Yesterday, my husband and I celebrated our twelfth wedding anniversary. Why am I writing about this on a mental disorder blog?

First, when we got married, I wasn’t sick. I was completely healthy. We traveled, we dived, we climbed, we had a great time together.At the time of the first attack, it was not known how the disease would develop further, what the prognosis would be. Later it was tolerable for a while, then it got worse and worse, until the daily attacks.

In my opinion, every day my husband has a choice: to stay – or disappear. There are days when he has enough. There are days when he has to leave the house because he would go mad himself. There are those in which he has to look after me, talk to me, convince me, justify that life is worth living, that I am worth living. There was a time when I broke his heart. Or maybe I break it every time I plan to kill myself. Only he has the key to the safe with medicines. He’s the first emergency we trigger when it’s going wrong. Such a life has cost him months of depression, anxiety and neurosis, problems with sleep and eating.

In our marriage, the time of sickness has already exceeded the healthy time; we are sick together for longer.

And yet, despite everything, he says to me every day: I love you. He says: I can’t imagine my life without you. You are smart, brilliant, beautiful, funny, creative, tender. And then I brighten up, seeing myself reflected in his eyes, and the world becomes better and safer for a moment.Interestingly, he also falls asleep more easily by my side.

You know, many of us, the sick, do not have the closest person in our lives, because it is really hard to live with us – as a beloved-caretaker. Not everyone is able to take on such a role, not everyone wants to, not everyone has preparation or predispositions for it. Yet when we put on the love lenses, we see THROUGH the disease – the person, not the disorder. And we love this person, regardless of their burden, and maybe even with it.

I am loved and it supports me, makes me happy – and saves me.

wybrana / the chosen one

(*ENG.below) Zostałam wybrana przez boginię Shakti; czas zmienić imię, spakować się i wyjechać do Indii; znaleźć mistrza duchowego i stąpać duchową ścieżką.

Urojenia mają wiele twarzy.

W odmianie psychozy, która mnie dotyczy, mają bardzo zmienny charakter: raz jest to niewysłowione szczęście, które szybko zmienia się w przerażenie. Shakti, kłaniam się tobie, ale ten demon wysysający moją krew przed zaśnięciem już nie jest taki wspierający. Czy to na pewno ty go wysłałaś? Czy za twoim światłem nie czai się przypadkiem groza? Szybka zmiana nastroju – od spokoju do lęku. Psychoza lęku-szczęścia, w niemieckim Angst-Glück Psychose.

W związku z powyższym kryzysem miałam wczoraj ciężki dzień; nie tylko dlatego, że urojenia spalają mnóstwo energii, ale przede wszystkim dlatego, że wydawało mi się, że przegrałam życie. Znów nawrót symptomów. A było już tak dobrze. Już, już myślałam, że tak zostanie; w końcu minęły trzy tygodnie od ostatniego ataku, a to, jak na mnie, całkiem spory sukces. Przecież robiłam wszystko jak trzeba. Przestrzegałam wszystkich zasad, stosowałam wyuczone strategie, uważałam na siebie, zażywałam leki. Dlaczego nawrót? Czułam rozczarowanie, żal, wściekłość i bezradność. Nie chcę być ofiarą losu. Chcę mieć wpływ na swoje życie, widzieć efekty moich działań. Niestety, choroba ma swoje plany, najwyraźniej różne od moich.

Postąpiłam wczoraj zgodnie z radą mojego lekarza: podwyższyłam dawkę jednego z leków antypsychotycznych (Abilify), zażyłam potężną dawkę drugiego (Olanzapina), w wyniku czego spałam spokojnie 11 godzin i obudziłam się bez symptomów. Poziom zmęczenia – horrendalny, bo oba te leki wzmacniają swoje wzajemne skutki uboczne. Sama nie wiem, co teraz mam sobie myśleć, w jakiej narracji o relacji mojej z chorobą funkcjonować. Czy: „pamiętaj, zdrowienie to nie linearny proces”, czy „cokolwiek bym nie robiła, i tak nie mam wpływu na to, kiedy zaatakuje mnie choroba”, czy może „moje życie nie ma sensu, czas się stąd wynosić”, albo „mogę robić to, na co mam wpływ, a z resztą muszę się pogodzić”, lub też „będę żyć w ciągłym lęku, bo nigdy nie wiem, kiedy mnie dopadnie”, i tak dalej. Znów jestem zagubiona.

Może coś podpowiesz?

I was chosen by the goddess Shakti; time to change my name, pack up and go to India; find a spiritual master and walk on the spiritual path.

Delusions have many faces.

In the kind of psychosis that concerns me, they are very changeable in nature: once it is inexpressible happiness that quickly turns into terror. Shakti, I bow to you, but this demon that sucks my blood before falling asleep is not so supportive anymore. Are you sure you sent him? Is there a terror behind your light? A quick changes of mood – from calmness to anxiety. The anxiety-happiness psychosis, in German Angst-Glück Psychose.

I had a hard day yesterday due to the above crisis; not only because delusions burn a lot of energy, but mostly because I thought I had lost my life. Symptoms recur again. And it was already so good. I thought it would stay that way; after all, three weeks have passed since the last attack, and for me, it’s quite a success. After all, I did everything right. I followed all the rules, used learned strategies, took care of myself, took medications. Why relapse? I felt disappointment, regret, rage and helplessness. I don’t want to be a victim of fate. I want to influence my life, see the effects of my actions. Unfortunately, the disease has plans of its own, apparently different from mine.

I followed my doctor’s advice yesterday: I increased the dose of one of the antipsychotic drugs (Abilify), took a massive dose of the other (Olanzapine), and as a result I slept soundly for 11 hours and woke up symptom-free. The level of fatigue – horrendous, because both of these drugs enhance each other’s side effects. I don’t know what to think now, in what narrative about my relationship with the disease should I function. Is it: „remember, recovery is not a linear process” or „whatever I do, I still have no influence on when an illness attacks me”, or maybe „my life is pointless, it’s time to get out of here” or „I can do what I have control over and have to deal with the rest that I cannot control”, or „I’ll live in constant fear because I never know when it’s gonna get me”, and so on. I’m lost again.

Maybe you can suggest something?

obecność / presence

(ENG.below) Kiedy spoglądam wstecz na czas sprzed pobytu w klinice, widzę, jak bardzo cierpiałam. Góra – dół, dół – góra; zwidy, urojenia, myśli samobójcze. Przerażające, lecz byłam do takiej rzeczywistości niemal przyzwyczajona. Ot, takie życie mi się utkało – nie z mojej winy; muszę je jakoś uciągnąć, jakoś uciągnąć siebie w tym wszystkim i mimo tego wszystkiego.

Teraz, kiedy w szpitalu nauczono mnie trochę więcej o mnie samej, zmieniono leki i wyposażono w bukiet umiejętności (oraz czekoladki na do widzenia), nagle żyję innym życiem. Spokojniejszym, mniej wymagającym, krok za krokiem. Leżenie i oddychanie nie wydaje się już stratą czasu, a koniecznym zajęciem się własnym spokojem. Wdychanie lawendy – codzienną strategią na rozluźnienie, a nie tylko weekendowym wypadem na alpejską łąkę. Gorące kąpiele z niezliczoną liczbą zapachów – momentem powrotu do własnego ciała i poczucia siebie jako fizycznej istoty, chwilowo nie rozrywanej przez skrajne emocje. Piłka relaksacyjna, którą mogę objąć, na której mogę się rozciągnąć i poturlać oraz szukać równowagi jest moją nową najlepszą przyjaciółką. Zaczęłam słuchać muzyki medytacyjnej nie przy okazji robienia czegoś innego, produktywnego, lecz po prostu – dla samej tej uspokajającej czynności. Ziołowa herbata na sen i ukojenie nerwów już nie kojarzy mi się z bezradnością, a z wieczornym rytuałem dla siebie samej.

Wszystko to jest dla mnie nowe.

Widzę, jak bardzo ściśnięta żyłam.

Oczywiście, to nie jest bajka. Wciąż zdarzają mi się momenty lęku, przerażenia, zacisku gardła i łez napięcia; poczucia pustki i obezwładniającej, skrajnej samotności. Staram się wtedy stawać naprzeciwko mojego zaburzenia i mówić mu: nie pójdziesz dalej. A gdy mimo wszystko idzie, a ja wiem, że moi wewnętrzni wojownicy wykorzystali już wszystkie strategie obrony, ratuję się Lorazepamem.

Uważność. Troska. Otwartość. Czułość. Wsparcie. Obecność. To wszystko dostałam w moim bezpiecznym miejscu, w klinice psychiatrycznej. Gdy jest źle, przypominam sobie pielęgniarza, pana M., który siadał dwa metry ode mnie, zdejmował maseczkę, uśmiechał się i zachęcał do mówienia. Zawsze, zawsze miał dla mnie czas.

Tego czasu i tej uważności bardzo potrzebuję.

*cokolwiek mnie wzmocniło, nie był to ból (napis na rysunku)

When I look back at the time before I went to the clinic, I can see how much I was suffering. Up – down, down – up; delusions, distorted thinking, emotional rollercoaster, thoughts and plans of suicide. Scary, but I was almost used to it. Oh, such a life has been woven for me, I thought – not my fault; I have to pull it somehow, somehow pull myself in all this, and in spite of it all.

Now that I’ve been taught a little more about myself in the hospital, my medications have been changed and I have been given a bunch of skills (and goodbye chocolates), suddenly I’m living a different life. Calmer, less demanding, step by step. Lying down and breathing no longer seems like a waste of time, but a necessary concern for my own peace. Lavender inhalation – a daily relaxation strategy, not just a weekend trip to an alpine meadow. Hot baths with countless fragrances – a moment of returning to my own body and feeling myself as a physical being, temporarily not torn by extreme emotions. A relaxation ball that I can embrace, where I can stretch and roll and look for balance is my new best friend. I started listening to meditation music not while doing something else, productively, but simply for the sake of the calming activity itself. Herbal tea for sleep and soothing nerves I no longer associate with helplessness, but with an evening ritual for myself.

All of this is new to me.

I can see how cramped I was.

Of course, this is not a fairy tale. I still have moments of fear, terror, tightness in my throat and tears of tension; a feeling of emptiness and overwhelming, extreme loneliness. Then I try to face my disorder and tell him: you won’t go any further. And when it does not go despite all, and I know my inner warriors have used all their defense strategies, I save myself with Lorazepam.

Mindfulness. Care. Openness. Tenderness. Support. Presence. I got it all in my safe place, in a psychiatric clinic. When it is bad, I remember a nurse, Mr. M., who used to sit down two meters away from me, took off his mask, smiled and encouraged me to speak. Always, always had time for me.

I need this time and this presence very much.

widz specjalnej troski / a special needs spectator

(ENG.BELOW) Rozglądam się w prawo, rozglądam się w lewo, a symptomów jak nie było, tak nie ma. To już niemal cały wolny od cierpienia tydzień! Pierwszy od wielu, wielu dni. Kwas walproinowy, moja nowa miłość, mój obiekt westchnień i wdzięczności; oby tylko moja wątroba zareagowała podobnie. Oczywiście, są i skutki uboczne, jak zawsze w przypadku leków psychiatrycznych: słabość, senność, zawroty głowy. Dziś już jednak nie wytrzymałam trybu leżąco-siedzącego i mimo wszystko poszłam biegać. Na początku moje mięśnie były jak z waty albo siana, ale po kilku okrążeniach stadionu (trochę koślawych, bo zawroty głowy) wszystko się ustabilizowało. Zegarek pokazuje, że w tym miesiącu przebiegłam już 40km. Jak na osobę cierpiącą, niedospaną, osłabioną – całkiem nieźle. Udaje się to jednak tylko dlatego, że nauczyłam się wskakiwać w okienka dobrego samopoczucia i wykorzystywać je jak najbardziej. Godziny, chwile w ciągu dnia, kiedy wyglądam i zachowuję się „jak normalny człowiek”. Maluję, piszę, usiłuję sprzedawać, by zarobić pieniądze na świąteczne prezenty. Zaczynam myśleć też o tym co robię w kategoriach „malarstwo”, a nie „malowanie, rysowanie, nowe obrazki”, i przymierzam do siebie to pierwsze słowo, z rumieńcem niepewności, czy pasuje; na razie jest trochę za duże i za mocne, ale chcę do niego dorosnąć.

Wczoraj, na fali dobrego samopoczucia, postanowiłam obejrzeć polecany serial „Gambit Królowej”. Od kilku tygodni niczego nie oglądałam ani nie czytałam, bo mój mózg w fazie maniakalno-psychotycznej dostarczał mi dostatecznej stymulacji od wewnątrz – myśl o dokładaniu sobie emocji filmem czy książką wywoływała we mnie odrazę. Tym razem się przeceniłam. Musiałam wyłączyć. Tak strasznie się spięłam, przejęłam, ścisnęłam (nie chcę spoilerować…), że przerwałam już w trakcie pierwszego odcinka i ratowałam się Lorazepamem, gorącą kąpielą i sesją przytulania. Bądźcie uważni, polecając wydarzenia kulturalne chorym psychicznie – niezależnie od tego, jak bardzo sami jesteście pod wrażeniem i jak bardzo was wciągnęły (mamo, tato…). Zastanówcie się najpierw, czy film, serial, książka nie zawiera treści, które grzebią takim osobom prosto w bebechach, wywracając je na drugą stronę. Samobójstwo? Uzależnienia? Napięcie? Szaleństwo? Dojmująca samotność? Nie.

Polecajcie lepiej Teletubisie.

A ja muszę się pogodzić z tym, że jestem widzem specjalnej troski. Że mój mózg nie ma dostatecznej osłony przed tak wieloma treściami. Że muszę…uważać na głowę.

I look to the right, I look to the left, and symptoms are not there. It’s been almost a whole week without suffering! The first in many, many days. Valproic acid, my new love, my object of sighs and gratitude; if only my liver reacted similarly. Of course, there are also side effects, as always with psychiatric drugs: weakness, drowsiness, dizziness. Today, however, I couldn’t stand the lying-sitting mode and went for a run anyway. At first my muscles felt like cotton or hay, but after a few laps of the stadium (a bit lopsided, because I was dizzy) everything stabilized. My watch shows that I have already run 40 km this month. For a suffering, sleepy, weakened person – not bad. However, it only works because I have learned to jump into the feel-good windows and use them as much as possible. Hours, moments during the day when I look and act „like a normal person”. I paint, write, try to sell to earn money for Christmas presents. I am also starting to think about what I am doing in terms of „painting art” istead of „playing around, drawing, new pictures”, and I try on the first expression with myself, with a blush of uncertainty as to whether it fits; for now it’s a bit too big and too strong, but I want to grow up to it.

Yesterday, on the wave of well-being, I decided to watch the recommended series „The Queen’s Gambit”. For several weeks I had not watched or read anything, because my brain in the manic-psychotic phase provided me with enough stimulation from the inside – the thought of adding emotions to myself with a film or a book made me almost want to throw up. This time I overestimated myself. I had to turn the series off. I got so tense, overwhelmed, squeezed (I don’t want to write spoilers…) that I stopped during the first episode and saved myself with Lorazepam, a hot bath and a cuddle session. Be careful when recommending cultural events to the mentally ill – no matter how impressed you are and how much you got involved (Mum, Dad…). First, think about whether the movie, series or book does not contain any content that kicks such people right in the guts. Suicide? Addiction? Tension? Madness? Overwhelming loneliness? No.

Better recommend Teletubbies.

And I have to accept that I am a spectator of special needs. That my brain does not have enough shield against a specific content. That I must … watch my head.

nie wstydź się / don’t feel ashamed

(ENG.below) Zdarzyło mi się to już w przeszłości, ale chyba nigdy nie trwało tak długo – a to dlatego, że tym razem nie miałam ze sobą Zyprexy.

Wyobraź sobie: idziesz z ulicą, prowadzisz psa, słońce świeci, wieje miły wiaterek. Zaczyna cię jednak drażnić ruch uliczny. Jest za głośno i za intensywnie. Auta huczą wokół ciebie, czujesz się jak otoczona rojem pszczół. Potem zaczynasz odczuwać niepokój w całym ciele – to sygnał, że najprawdopodobniej zaraz zacznie się większy atak. I zaczyna się. Mijani przez ciebie ludzie stają się zagrożeniem lub podstawionymi aktorami. Dziwnie się na ciebie patrzą, prawda? Gdzieś z oddali dobiega śmiech. Pewnie z ciebie się śmieją. Może ludzie, może demony? Zaciskasz zęby i zastanawiasz się: dojdę do domu czy lepiej usiąść na jakimś przystanku i napisać sms do męża?…No tak, ale on ma teraz telekonferencję. Powalczymy zatem, dobra? Powoli, do celu. Skupiać się na krokach. Nie rozglądać. Nie dawać się wciągać dziwacznym, pokręconym myślom. Już niedaleko.

Wchodzę do domu i wyglądam jak duch. Jestem całkiem blada, spocona i pomarszczona z niepokoju i lęku. Zyprexa. Odpocznę…

To było w piątek.

Wczoraj jedyny w tym tygodniu dzień bez symptomów. Niestety wieczorem nie mogłam zasnąć do późnych godzin nocnych. Snułam się po mieszkaniu coraz bardziej porcelanowa i przestraszona, bo wiem, że regularny sen naprawdę dodaje mi wiele punktów do stabilności. A tu – nie chce przyjść…

Dziś dokonałam przełomowego kroku, a to dzięki mojemu małżonkowi. Od wielu miesięcy nie wiedziałam, co zrobić ze swoim profesjonalnym kontem na LinkedIn. Mam na nim link do strony mojej poradni psychologicznej, która przecież od dawna już nie działa; do biznesowego bloga, którego od lat już nie piszę; dane o profesji, której już nie uprawiam; zdjęcie sprzed kilku lat i opis, który nijak się nie ma do osoby, którą się stałam. Jednocześnie dostaję z portalu powiadomienia, że ludzie odwiedzają mój profil, a ja…no cóż. Nie lubię robić ludzi w konia.

Mąż zaproponował: dopisz do swojej ścieżki kariery kolejne punkty. Nie kasuj przeszłości – rekomendacji od tylu osób, tych ponad 450 znajomości, ról, jakie pełniłaś. Napisz po prostu, co robisz teraz. Nazwij to i określ się na nowo. Wymień wystawy (6), publikacje (wiele), wolontariaty (kilka). Zrób sobie aktualne zdjęcie. Popatrz na to w ten sposób: niektórzy rzucają korporację dla prowadzenia schroniska w górach, a ty rzuciłaś korporacje, by być artystką. Niech taką cię zobaczą.

Ach, co to była za odświeżająca przygoda! Najpierw makijaż, z tych produktów, które jeszcze się jakoś u mnie ostały. Potem szukanie dobrego oświetlenia i robienie sympatycznej miny. Może tak, a może lepiej tak? Nie chcę wyglądać dramatycznie, chcę się uśmiechać! Następnie nazwa zawodu: ARTYSTA…krótko i do rzeczy. I dwie ścieżki kariery: obraz i słowo. Jejku, czuję się jakbym otwarła książkę o swoim życiu na nowej, pustej stronie!

Jakie to dobre…

I wcale się nie wstydzę swojej „nowej twarzy”!

It has happened to me in the past, but it probably never lasted this long – and that’s because I didn’t carry Zyprexa with me this time.

Imagine: you are walking down the street, with you dog; the sun is shining, a nice breeze is blowing. However, you are starting to get irritated by the traffic. It’s too loud and too intense. Cars roar around you, you feel surrounded by a swarm of bees. Then you start to feel anxiety throughout your body – this is a signal that a major attack is most likely about to begin. And it starts. People you pass by become threats – or actors. They look at you weird, don’t they? You hear a laugh somewhere in the distance. They must be laughing at you. Maybe people, maybe demons? You grit your teeth and wonder: will I get home or is it better to sit down at a bus stop and text my husband? … but he has a teleconference now. So we’ll fight, okay? Slowly, towards the goal. Focus on the steps. Don’t look around. Don’t get caught up in weird, twisted thoughts. Home is not far away.

I come in and look like a ghost. I am pale and sweaty and wrinkled with anxiety and dread. Zyprexa. I will be able to rest now…

It was on Friday.

Yesterday was the only day this week without symptoms. Unfortunately, in the evening I could not fall asleep until late at night. I wandered around the apartment more and more porcelain-like and scared, because I knew that regular sleep really gives me a lot of points to stability. And now – it doesn’t want to come…

Today I made a breakthrough step thanks to my husband. For months, I hadn’t known what to do with my professional LinkedIn account. I have a link to the website of my psychological counselling center, which has not been operating for a long time; to a business blog that I have not been writing for years; data about a profession that I no longer practice; a photo from a few years ago and a description that has nothing to do with the person I have become. At the same time, I get notifications from the portal that people are visiting my profile, and I … well. I don’t fooling people.

The husband suggested: add more points to your career path. Do not erase the past – recommendations from so many people, those over 450 contacts, the roles you played. Just write what you are doing now. Name it and redefine yourself. List exhibitions (6), publications (many), volunteering (several). Take a recent photo of yourself. Look at it this way: some people quit corporations to run a mountain shelter, and you quit corporations to become an artist. Let them see you like that.

Ah, what a refreshing adventure it was! First – make-up, from those products that somehow still remain in my bathroom. Then looking for good lighting and making a nice face. Maybe this way, or maybe better like that? I don’t want to look dramatic, I want to smile! Then the name of the profession: ARTIST … short and to the point. And two career paths: image and words. Gee, I feel like opening a book about my life on a new blank page!

How good is that …

And I’m not ashamed at all of my „new face”!

jak każdy / like everyone

(ENG.below) „Normalność jest przereklamowana. Nigdy jej nie ufałem.” – napisał dziś do mnie mój depresyjny przyjaciel.

Zacznę od końca.

Wracam wieczorem do domu, siadam za stołem, zaczynam płakać. Mamroczę: udawać normalną. Dostosować się. Dostroić. Zwyczajne konwersacje. Uśmiech. Pytanie – reakcja. Nie wyglądać źle. Nie wyglądać za dobrze. Wyglądać normalnie. Normalna. Normalna. Dlaczego czuję się normalna tylko w otoczeniu ludzi nienormalnych? Tylko przy nich spokojna, zwyczajna, jak reszta, jak każdy z nich. Dlaczego nie stresują mnie mamroczący, chrząkający, spięci, roztrzęsieni, a spinają błyskotliwi, zabawni, sympatyczni, koleżeńscy, zorganizowani? Kim się stałam? Co sobie zrobiłam?

Godzina wcześniej: biorę udział w próbie sztuki teatralnej, którą sama napisałam. Czy to nie powód do dumy? Cały zespół daje z siebie wszystko; atmosfera w ogóle nie jest napięta, wszyscy wytrwale dążą do perfekcji, powtarzają, szlifują, doskonalą, i jeszcze raz, i jeszcze jeden. Dobrze się bawię, podziwiam ich, śmieję się na głos. Jednocześnie gdzieś w środku rzednie mi mina. Wydawało mi się, że napisałam zabawną komedyjkę. Tymczasem patrzę na to, co grają aktorzy i widzę zwariowaną, gorzką, dziwaczną historię. Czy naprawdę we wszystkim muszę zostawiać ślady i tropy własnego szaleństwa? Czy nie potrafię już być…Normalna. Normalna.

Dwie godziny wcześniej: relaksująca kąpiel, pół Lorazepamu, bo inaczej po prostu nie wyjdę z domu; taka jestem przejęta. Przebieram się już siódmy raz. To zbyt wyzywające, to za ciasne, to za luźne; to za ponure, w tym wyglądam jak własna babcia, a w tamtym jak gwiazda porno. Makijaż? Lepiej nie, mam tylko jakieś stare kosmetyki, bo generalnie się nie maluję. Szminka, tak, to zadziała. Kurtka od mamy jako totem. Wychodzę z domu i znów próbuję udawać normalną, mimo że będę 20min za wcześnie, bo przecież mogę się po drodze zgubić, bo nie orientuję się w terenie, bo muszę oswoić nowe miejsce, bo przecież może być wypadek na drodze, bo przecież……

„Nie powinnaś się w kółko obracać w środowisku innych wariatów. Wyjdź do zdrowych, znajdź sobie jakichś normalnych przyjaciół!” – mówi do mnie moja depresyjna przyjaciółka.

Nie wiem czy jeszcze potrafię.

“Normality is overrated. I never trusted it.” – my depressive friend wrote to me today.

I’ll start from the end.

I come home in the evening, sit at the table, I start to cry. I mumble: pretend to be normal. Adjust. Blend in. Ordinary conversations. Smile. Question – reaction. Don’t look bad. Don’t look too good. Look normal. Normal. Normal. Why do I only feel normal around abnormal people? Only with tchem do I feel calm, ordinary, like the rest, like each of them. Why am I not stressed by mumbling, grunting, tense, jittery, and tightened by smart, funny, friendly, organized? Who have I become? What have I done to myself?

An hour earlier: I’m attending a theatre rehearsal of a play I wrote myself. Isn’t that something to be proud of? The whole team is doing their best; the atmosphere is not tense at all, everyone is persistently striving for perfection, repeating, polishing, perfecting, and again, and another. I’m having a good time, admiring them, laughing out loud. At the same time, somewhere inside I’m catching a thought: I recall I wrote a funny comedy. Meanwhile, I look at what the actors are playing and see a crazy, bitter, bizarre story. Do I really have to leave traces of my own madness in everything? Can I no longer be… Normal. Normal.

Two hours earlier: a relaxing bath, half of Lorazepam or I just won’t leave the house; I’m too stressed. This is the seventh time I am changing my outlook. This one is too provocative, this one too tight, that one too loose; this is too gloomy, in this I look like my own grandma, and in that I look like a porn star. Makeup? Better not, I only have some old cosmetics because I don’t wear makeup in general. Lipstick, yes, it will work. Jacket from mom as a totem. I leave the house and try to pretend to be normal again, even though I will be 20 minutes too early, because I can get lost on the way, because I don’t have a good sense of direction, because I have to get used to a new place, because there may be an accident on the road, because ……

“You shouldn’t gspend your time only around crazy freaks. Go out to the healthy ones, find yourself some normal friends! ” – says my depressive friend.

I don’t know if I’m able to anymore.