taki żal / such grief

(ENG.below) Jako że już oficjalnie choruję na chorobę schizoafektywną, doświadczam ostatnio jej schizofrenicznej części z większą intensywnością. Przeżyłam ostatnio coś, co spróbuję ubrać w słowa, choć nie wiem, czy mi się uda.

Sufit faluje, są na nim wzory. Mąż odchodzi od okna, jego głowa jest fioletowa. Na moim popiersiu grasuje szczur, udomowiony, mój najlepszy przyjaciel. Jestem cała pokryta, przykryta zwierzętami i roślinami. Czuję się nieskończenie błogo, jak w raju. Zjednoczona z całym naturalnym światem. Rozumiem śpiew ptaków, rozumiem, co do mnie mówią. Opowiadam o tym mężowi w nieskładny, dziwaczny sposób, który sprawia, że on zaczyna się bać. Nalega, żebym wzięła Olanzapinę. Ale po co? Jest mi tak dobrze, tak dobrze…Potrafię latać, wiesz? Umiem latać. Zaraz ci pokażę. On zaczyna dzwonić do naszego psychiatry. Biorę tabletkę i zaczynam płakać. Nie chcę do szpitala. Jest mi tak cudownie dobrze. Tabletka działa szybko, zaczynam tracić połączenie z wszechświatem, nie rozumiem już, co mówią do mnie ptaki. Zaczynam płakać, szlochać, nie mogę się uspokoić. Dlaczego? Dlaczego oderwano mnie od tego stanu? Choć na chwilę byłam taka spokojna, taka szczęśliwa, w błogostanie…

Do dziś mnie to boli.

Do dziś pamiętam tę jedność i za nią tęsknię.

Lecz tak działa psychoza: raz serwuje błogostan, a raz terror. Mi najczęściej terror.

Kiedy jednak serwuje błogostan…czy na pewno powinniśmy od razu interweniować lekami?…

A może faktycznie skoczyłabym z tego balkonu, przekonana, że potrafię latać?…

Wyobrażam sobie, gdy chorzy czują połączenie z bogiem, z duchami, z naturą – ich koszmarny ból, gdy po lekach wychodzą z tego stanu i tracą tę jedność. Bóg już do nich nie przemawia. Natura milczy. Duchy się ulotniły. Tej jedności nie da się zapomnieć. Nawet teraz, gdy o tym piszę, płaczę. Tak mi żal…

As I already officially have schizoaffective disease, I have recently experienced the schizophrenic part of it with greater intensity. I will try to put into words, although I do not know if I will succeed.

The ceiling is undulating, there are patterns on it. The husband is walking away from the window, his head is purple. On my bust prowls a rat, a domesticated one, my best friend. I am covered all over, covered with animals and plants. I feel infinitely blissful as in paradise. United with the whole natural world. I understand birds singing, I understand what they say to me. I tell my husband about it in a messy, weird way that makes him scared. He insists that I take Olanzapine. But why? I feel so good, so good … I can fly, you know? I can fly. I’ll show you right away. He starts calling our psychiatrist. I take a pill and start crying. I don’t want to go to the hospital. I am so wonderfully good. The pill works fast, I am starting to lose connection with the universe, I no longer understand what the birds are saying to me. I start to cry, I start to sob, I can’t calm down. Why? Why was I separated from this state? For a moment I was so calm, so happy, in bliss …

It still hurts me today.

I still remember this unity and miss it to this day.

But this is how psychosis works: sometimes it serves bliss and sometimes terror. Most often I feel terror.

But when it serves bliss … are we sure we should intervene immediately with medications? …

Or maybe I would actually jump off that balcony convinced that I can fly? …

I can imagine when sick people feel connected with God, with spirits, with nature – their terrible pain when they recover from this state after taking medication and lose this unity. God no longer speaks to them. Nature is silent. The ghosts disappeared. This unity cannot be forgotten. Even now, as I write about it, I cry. I feel so sorry …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.