Tam, gdzie nie otwierają się okna / Where windows do not open

(ENG.below) Złapałam się na tym, że trochę brakuje mi słów, co mi się rzadko zdarza. Widzę raczej obrazy. Trzy tygodnie w prywatnej, najstarszej w Szwajcarii klinice psychiatrycznej. Inteligenty budynek z klimatyzacją, bo nie można otwierać okien. Ktoś mógłby wyskoczyć, jesteśmy bowiem na oddziale kryzysowym – potencjalni samobójcy, w tym ja. Spacerniak z brzozą pośrodku. Dłuższy bok – 30 kroków, krótszy – 20 kroków. Miejsce nazywa się Brzozowy Dom. Otaczają nas pola uprawne i wzgórza, ale na razie nie mogę pójść na spacer, chyba, że z asystą. Po pewnym czasie będę mogła chodzić po całym kompleksie szpitala, później – dalej, nawet na półtora godzinne spacery, potem pojadę na weekend do domu, lecz z noclegiem w klinice, a przed samym wyjściem – na weekend z noclegiem u siebie. Na próbę. Bo wiesz, w domu nie ma pielęgniarzy 24h/7 dni w tygodniu, z którymi zawsze możesz porozmawiać. Nie ma lekarki, dostępnej od rana do wieczora. Nie ma terapii dwa razy w tygodniu. Ani arteterapii. Ani terapii ruchowej, na której między innymi turlamy się na wielkich piłkach do relaksu. Chyba nigdy w życiu tak się nie zrelaksowałam, jak na takiej piłce. Nie ma też kangurów z Tasmanii, które dokarmiałam, starych emu ani lam. Próbuję więc przenieść trochę kliniki do domu. Piłka – wkrótce dotrze. Zwierzątko – jest mój pies Stefan, stęskniony; mogę tulić do woli, a on się cieszy. Rozmowy – angażuję asystenta psychiatrycznego. Umówiona na terapię – jestem. Dostałam namiary na terapeutki pracy z ciałem. Staram się jeść i chodzić spać o podobnych porach, co w szpitalu. Gorączkowo usiłuję nie angażować męża w moje lęki i napięcia, które wciąż czasem się pojawiają. Nie ma siły być moim zespołem wsparcia. Nie zastąpi przecież nagle kilkunastu osób – od sprzątaczek, przez kucharzy, pielęgniarzy, psychoedukatorów, po psychiatrów, terapeutów i opiekunów zwierząt. Mam więc poważną intencję rozłożyć wokół siebie sieć wsparcia i aktywnie z niej korzystać.

W klinice rozbudowano moją diagnozę (w oparciu o całą historię choroby, obserwację, testy i sesje terapii) i poczułam, jakby jeden element pozostający do tej pory w ciemności i bardzo mi brakujący wskoczył w końcu na miejsce. Oprócz choroby schizoafektywnej mam także zaburzenia ze spektrum borderline. Kwestie przywiązania, bliskich relacji, tendencje autodestrukcyjne, permanentny głód uwagi, docenienia i miłości – wstydzę się, lecz jednocześnie przyjmuję do wiadomości. Co więcej, zaczynam już wykonywać małe kroczki we właściwym kierunku. Jednocześnie czuję się bardzo delikatna i krucha, choć zarazem dużo zdrowiej silniejsza, niż przed pobytem. Chcę żyć. Jestem ciekawa, co będzie. Nie chcę już znikać ze strachu i z żalu. Choć wciąż, czasem zdarza mi się bać siebie – i bać o siebie.

I find myself a bit lacking in words, which I rarely do. Rather, I see images. Three weeks in the oldest private psychiatric clinic in Switzerland. Intelligent building with air conditioning, because windows cannot be opened. Someone could jump out, because we are in the crisis unit – potential suicides, including me. A stroller with a birch in the middle. The longer side – 30 steps, the shorter side – 20 steps. The place is called Birch House. We are surrounded by farmland and hills, but for now I cannot go for a walk unless with an assistant. After some time I will be able to walk around the entire hospital complex, then – further, even for an hour and a half walks, then I will go home for the weekend, but with an overnight stay at the clinic, and before leaving – for a weekend with an overnight stay at home. As a test. Because you know, there are no nurses at home 24/7 with whom you can always talk. There is no doctor available from morning to evening. There is no treatment twice a week. Neither art therapy. Or bodywork therapy, during which, among other things, we roll on huge balls for relaxation. I don’t think I’ve ever relaxed so much in my life as on a ball like this. There are also no Tasmania kangaroos that I fed, old emus or llamas. So I’m trying to bring a little of the clinic home. Ball – will arrive soon. Pet – there is my dog ​​Stefan, longing; I can hug him as much as I like and he is happy. Talks – I involve my psychiatric assistant. Appointed for therapy – here I am. I got references to bodywork therapists. I try to eat and go to bed at the same times as in the hospital. I frantically try not to involve my husband in my fears and tensions that still arise from time to time. He doesn’t have the strength to be my support team. After all, he will not suddenly replace a dozen or so people – from cleaners, through cooks, nurses, psychoeducators, to psychiatrists, therapists and animal carers. So I have the serious intention of setting up a support network around me and using it actively.

At the clinic, my diagnosis (based on my entire medical history, observation, tests, and therapy sessions) was expanded and I felt as if one element that had been left in the dark so far, the one that was missing, had finally jumped into place. In addition to schizoaffective disease, I was also diagnosed on borderline spectrum. The issues of attachment, close relationships, self-destructive tendencies, constant hunger for attention, appreciation and love – I am ashamed, but at the same time I acknowledge that it is there. Moreover, I am already starting to take small steps in the right direction. At the same time, I feel very delicate and fragile, but at the same time much healthier and stronger than before the stay. I want to live. I am curious to see what will happen. I don’t want to disappear from fear and regret anymore. Although I still, from time to time, fear myself – and fear for myself.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.