to boli / it hurts

(ENG.below) Namalowałam dziś najstraszniejszy obraz, jaki kiedykolwiek przeniosłam na papier. Krzycząca, zapłakana, zasmarkana, wykrzywiona twarz, która wygląda, jakby za chwilę miała się udusić. To też ja. To też ja, czasami. Dziś rano musiałam wziąć trzy Lorazepamy, żeby w ogóle wyjść z domu. Po drodze – myśli samobójcze, bo nie mam już siły. Doczłapałam do ośrodka. Pomogli, ale nastrój depresyjny nie zniknął. Ustaliłam z terapeutką, że przygotuję listę rzeczy, które stresują mnie przed wyjazdem do Polski, i będziemy się z nimi rozprawiać jedna za drugą. Powstała długa lista. Ciągnę ją za sobą każdego dnia jak jakiś pieprzony worek kamieni. Boję się dosłownie wszystkiego. Nad wszystkim usiłuję zapanować, a nie potrafię nawet zapanować nad sobą. „Nie widzę sensu tam jechać, jeśli będziesz w takim stanie jak teraz” – powiedział dziś trzeźwo mój mąż.

Mam wrażenie że każdego poranka rozpadam się, w ciągu dnia w centrum kryzysowym pomagają mi się poskładać, wracam do domu i rozpad zaczyna się od nowa. Jestem wycieńczona tym ciągłym upadaniem i wstawaniem, mobilizowaniem się i dekompozycją. Gdybym była rzeźbą, byłabym jakimś futurystycznym, rozrzuconym po sali wystawowej tworem, niezrozumiałym nawet dla samego siebie. 

Ja wiem, ja wiem. To proces. To boli. Tak to już jest, nie da się wprowadzić zmiany w skostniały, zamrożony, sparaliżowany mechanizm bez jego rozłożenia na części. Tylko, do kurwy nędzy, dlaczego boli aż tak…

Today I painted the most terrible picture I have ever put on paper. A screaming, tearful, snotty, contorted face that looks like it’s about to suffocate. It’s me, too. It’s me, too, sometimes. This morning I had to take three Lorazepams to leave the house at all. Along the way – suicidal thoughts, because I have no more strength to go on. I reached the crisis center. They helped, but the depressed mood did not disappear. I agreed with the therapist that I would prepare a list of things that stress me before going to Poland, and we would deal with them one by one. A long list has been created. I drag it with me every day like a fucking sack of stones. I am literally afraid of everything. I’m trying to control everything and I can’t even control myself. „I don’t see the point of going there if you are in a state like now,” my husband said reasonably today.

I have the impression that every morning I fall apart, during the day at the crisis center they help me pull myself together, I go back home and the breakup begins again. I am exhausted by this constant falling and getting up, mobilizing myself and decomposing. If I were a sculpture, I would be a futuristic creation scattered around the exhibition hall, incomprehensible even to myself.

I know, I know. It’s a process. It hurts. That’s the way it is, you can’t introduce change into a fossilized, frozen, paralyzed mechanism without breaking it down. Only, for fuck’s sake, why must it hurt so much…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.