Tym razem / This time

(ENG.below) Mąż podpowiada, że nie powinnam pisać codziennie, bo ludzie nie ogarną ciężaru. Jeśli więc nie ogarniasz, nie czytaj, a ja mimo wszystko będę pisać, bo sama nie ogarniam.

Dziś depresja osiągnęła poziom „natarczywe myśli samobójcze”. To już niebezpieczne stadium. Wracając z atelier, wzięłam Lorazepam w autobusie (no cóż…), i natarczywość zmalała. Nie opuściła mnie jednak myśl, że moje życie jest naprawdę głęboko bez sensu, że jestem zmęczona, zrobiłam już wszystko, co chciałam i czas się pożegnać.

Człowiek zdrowy, gdyby sprzedał, jak ja dzisiaj, swój obraz za najwyższą kwotę, za jaką kiedykolwiek sprzedał swoją pracę, byłby szczęśliwy – tak sobie wyobrażam. Co więcej, koleżanka z atelier spojrzała na mój dzisiejszy, nowy malunek i stwierdziła, że chce go mieć w domu, więc w sumie sprzedałam dwa. Zdrowy człowiek byłby zadowolony. Lecz bolesna prawda o chorobach psychicznych jest taka: nasze nastroje i stany są w dużej mierze zupełnie niezależne od tego, co się wokół dzieje, co się nam przytrafia. Uśmiechamy się więc do klienta, bo tak zachowałaby się osoba normalna, a pod spodem, w sobie, myślimy: jaki to miły akcent, którym można by dziś zakończyć swoje tu bytowanie. Koleżanka zachwala pracę, odkrywa kolejne jej warstwy, zupełnie przeze mnie nie zamierzone, i myślę sobie – sztuka gada już z odbiorcą bez mojego udziału, świetnie; a może by tak rzucić się pod autobus w drodze powrotnej?…

Mózg zalany ciemnością, zimnem, z domieszką niebezpiecznej determinacji. Mąż: mam rzucić wszystko i wrócić szybko z pracy do domu?…Ja: nieoficjalnie – tak, bo się boję jak cholera, bo niebezpieczeństwo jest blisko; oficjalnie wypluwam jednak komunikat: poradzę sobie.

Myślę, że to zdanie kiedyś mnie zdradzi.

I wszystkim będzie smutno.

A jednak…kiedy mam poprosić o pomoc w dramatycznej sytuacji, najpierw włącza mi się opcja „nie bądź ciężarem”.

Opcja „nie bądź ciężarem” ma nieco głębiej zakodowaną sekretną wiadomość:

„a może by tak już nigdy nie być ciężarem?…”

Po Lorazepamie trochę popłakałam i zabrałam się do śpiewania, by wypełnić się czymś ożywczym.

I dotrwałam do „normalnej godziny” jego powrotu z pracy.

Udało się.

Znowu.

Tym razem.

My husband tells me that I shouldn’t write every day because people won’t survive being so burdened. So if you feel overwhelmed, please don’t read and I’ll write nevertheless, because I’m myself overwhelmed.

Today, depression has reached the level of „persistent suicidal thoughts.” This is already a dangerous stage. Returning from the atelier, I took Lorazepam on the bus (well …), and urgency of these thoughts decreased. However, the idea that my life is really deeply meaningless, that I’m tired, I did everything I wanted and it was time to say goodbye was still there.

A healthy person – if she sold, like me today, her painting for the highest amount of money for which she has ever sold her work – would be happy I imagine. What’s more, a colleague from the studio looked at my painting from today and said that she wanted to have it at home, so I sold two in total. A healthy person would be pleased. But the painful truth about mental illness is this: our moods and states are largely independent of what is happening around us and to us. So we smile to the client, because this is how a normal person would behave, and underneath, in ourselves, we’re thinking: what a nice accent that could end your life here today. A colleague praises the work, discovers its next layers, which I didn’t intend, and I think – art is already talking to the recipient without my participation, great; maybe I should jump under the bus on the way back home? …

The brain is flooded with darkness and cold, with an admixture of dangerous determination. Husband: should I quit everything and get home quickly from work? … Me: unofficially – yes, because I’m scared as hell, because danger is near; but I spit out an official message: I can handle it.

I think this sentence will cheat on me one day.

And everyone will be sad.

And yet … when I am to ask for help in a dramatic situation, first the „don’t be a burden” option turns on.

The „don’t be a burden” option has a slightly deeper secret message:

„Maybe you should consider never being a burden again? …”

After Lorazepam I cried a little and started to sing to fill myself with something refreshing.

And I survived until the „normal time” of his return from work.

Managed to.

Again.

This time.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.