Wiara / Faith

(ENG.below)  Znam pewną osobę, która, gdy czuje głęboki smutek, jakiego nie potrafi wyrazić, włącza sobie kompilację najsmutniejszych ścieżek filmowych, by sprowokować łzy.

Dziś słucham „Nędzników”. Będąc kilka lat temu w kinie, przepłakałam 90% czasu projekcji.

Nie wiem czemu dźwięk wzrusza mnie bardziej niż tekst i obraz. Było tak od najmłodszych moich lat; kochałam śpiewać, uwielbiałam muzykę. Ukoronowaniem mojej miłości do Polihymni była nagrana płyta.

W mieście, w którym teraz żyję, w klinice psychiatrycznej jest sekcja bębniarska, stoi także pianino, można skorzystać z zajęć muzykoterapii. Niezależnie od tego, w jakim stanie jestem, śpiew wyciąga mnie z niego – choćby na chwilę. Gdy śpiewam, staję się śpiewem, a moje ciało instrumentem; czuję ciarki, wzruszenie, słodki ciężar. To chwile radości i uniesienia.

Oczywiście, muszę uważać na zbyt wiele „stresu pozytywnego”…

To, czego się bałam i nadal boję, to „umiarkowanego życia”. Bez ekscytacji, bez ciarek na plecach, bez głębokich przeżyć, emocji odczuwanych każdą komórką ciała. Gdy byłam zdrowa, byłam poszukiwaczem doznań; mój mózg jednak odmówił współpracy i rozpoczął proces samoregulacji: nie czytamy, nie oglądamy, nie spotykamy się, nie chodzimy na, nie uczestniczymy w…Życie zredukowane. Życie minimalne. Życie skurczone.

Najbardziej chyba skurczyła się w nim sfera duchowa. W cokolwiek wierzyłam kilka lat temu, rozprysło się przy pierwszym uderzeniu psychozy. Teraz nie wierzę w nic.

No, może w entropię.

Tymczasem słucham „Nędzników”, wyposażona w chusteczki.

A niech tam.

I know a person who, when she feels a deep sadness that she can not express, involves herself compiling the saddest movie tracks to provoke tears.

Today I listen to „Les Misérables”. Being a few years ago in the cinema, I cried 90% of the projection time.

I do not know why the sound moves me more than the text and the picture. That was since I was a child; I loved singing, I loved music. The record I published was a tribute to my love for Polihymnia muse.

In the city where I live now, in the psychiatric clinic there is a drum section, there is also a piano, you can take part in music therapy classes. Regardless of the state I am in, singing takes me out of it – even if for a moment. When I sing, I become singing, and my body becomes an instrument; I feel shivers, emotions, sweet burden. These are moments of joy and elation.

Of course, I have to watch out for too much „positive stress” …

What I was scared of and am still afraid of was „moderate life”. No excitement, no shivers, no deep feelings, no emotions felt with every cell of the body. When I was healthy, I was a seeker of sensations; my brain, however, refused to cooperate and began the process of self-regulation: we do not read, do not watch, do not meet, do not go to, do not participate in … Reduced life. Minimal life. Life shrunken.

Mostly, the spiritual sphere has shrunk. Whatever I believed in a few years ago, it vanished in the first hit of the psychosis. Now I do not believe in anything.

Well, maybe in entropy.

Meanwhile, I listen to „Les Misérables”.

What the heck.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.