Wolna od nadziei / Hopefree

(ENG.below) Przeczytałam dziś wywiad z prof. dr hab. Januszem Rybakowskim, specjalistą od choroby dwubiegunowej. Rozmowa pochodziła sprzed 15 lat, a jednak wydawała się diabelnie aktualna. Dla mnie najważniejsze było jedno: profesor jak tylko mógł unikał odpowiedzi wprost na pytanie “czy to jest uleczalne”; mówił: to choroba przewlekła, leki mogą stabilizować, a okresy remisji trwać nawet lata.

Nie jest to choroba uleczalna. A gdy zmieszać ją ze schizofrenią, robi się jeszcze mniej uleczalna.

Mam wrażenie, że już jakiś czas temu odmówiłam sobie luksusu nadziei. Moi bliscy mniej. Ja mam się za osobę “wolną od nadziei”, bo życie z nią za dużo mnie kosztuje. A może jutro będzie lepiej? A może to ostatni epizod? A może remisja dłużej potrwa niż ostatnio? A może ten nowy lek się sprawdzi? A może nowy terapeuta? A może, a może…..Każde dotychczasowe “a może” grozi bolesnym rozczarowaniem; potraktujmy tu “bolesny” nie jako wyświechtany epitet, ale jako dosłowne określenie. To boli. Ściska serce. Przygina kark. Wyciska łzy. Bo jutro nie jest lepiej, a epizodów było już kilkadziesiąt; dwa miesiące remisji to maksimum, jakie udało mi się otrzymać w darze od Bezlitosnej Królowej; nowych leków nie toleruje wątroba, a terapeuta spóźnia się jak ten poprzedni.

Czy ty żyjesz z nadzieją na coś? Jeśli tak, co ci daje? Czy wyobrażasz sobie życie bez niej?…

Pamiętam grupę “recovery” (dochodzenie do zdrowia, tak to roboczo tłumaczę) w klinice. Zadanie: spisać swoje marzenia.

Moja kartka jest pusta.

I read an interview today with prof. dr hab. Janusz Rybakowski, a specialist in bipolar disorder. The conversation was from 15 years ago, but it seemed devilishly up-to-date. For me, the most important thing was one: the professor, as much as he could, avoided the answer directly to the question „is it curable”; he said: it is a chronic disease, medications can stabilize, and remission periods last even for years.

It is not a curable disease. And when you mix it with schizophrenia, it gets even less curable.

I have the impression that I refused the luxury of hope some time ago. My loved ones – less. I have a „hopefree” attitude because living with hope costs me too much. Maybe tomorrow will be better? Or maybe this is the last episode? Or maybe the remission will last longer than last time? Or maybe this new drug will work? Or maybe a new therapist? Or maybe, or maybe … ..Every hitherto „maybe” threatens me with a painful disappointment. Let us treat here „painful” not as a worn out epithet, but as a literal term. It hurts. It squeezes the heart. It bends the neck. Brings tears. Because tomorrow is not better, and there were already several dozen episodes; two months of remission is the maximum that I was able to receive as a gift from the Ruthless Queen; the liver doesn’t tolerate new drugs, and the therapist is late like the previous one.

Do you live with hope for something? If so, what does it give you? Can you imagine life without it?…

I remember the „recovery group” in the clinic. Task: write down your dreams.

My piece of paper is empty.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.