współuzależnienie / codependency

(ENG.below) Choć zmniejszyliśmy dawkę Risperdala, podejrzewanego o generowanie napięcia i niepokoju, napięcie i niepokój nie zniknęły całkowicie. Wczoraj znów płakałam, bo nie potrafiłam inaczej ulżyć stanowi rozpięcia/ściśnięcia – tak go roboczo nazwijmy. 

Mój mąż chodzi na konsultacje do tego samego lekarza, co ja. Dzięki doktorowi wiemy, że choroba jest moją sprawą, a mąż ma być w nią w jak najmniejszym stopniu angażowany…i uwikłany. Kiedy więc mam napady niepokoju, w pierwszej kolejności radzę sobie sama. Olanzapina. Lorazepam. Rysowanie. Oddech. Spokojne i racjonalne mówienie do siebie. Głaskanie psa. Kąpiel. Gdy to nie działa, proszę partnera o kwadrans przytulania. Na tyle jesteśmy umówieni.

To bardzo trudne, pewnie wiesz, jeśli próbowałaś, nie uwiesić się na kimś, o kim wiesz, że może ci pomóc. W naszym wypadku jego dobrostan jest co najmniej równoważny z moim, może nawet ważniejszy; nie mogę traktować męża jak opiekuna, ratownika, pielęgniarza i grupę wsparcia. I tak – czasem w mniejszym, czasem w większym stopni pełni te role – ale nasz zgodny kierunek działania jest taki, by zmniejszać jego odpowiedzialność. Oczywiście, nie jest tak łatwo – z jeszcze jednego powodu: „abandonment issues”, jak ładnie to brzmi po angielsku, czyli, w wolnym tłumaczeniu, „problemów z porzuceniem”. Niewiele mi trzeba, bym poczuła się jak zepsuta zabawka, której ktoś już nie chce; jak wrzód na tyłku i ostatnia zaraza, zatruwająca czyjeś spokojne dni. A kto chciałby trzymać w ramionach taki problem? Naturalnie nikt. Takie rozumowanie rozwija się we mnie błyskawicznie – pewnie dlatego, że, jak mówi mój psychiatra, to uczucia „dawne”, pewien schemat i matryca, bodziec-reakcja. Kiedy czuję się jak przekleństwo w czyimś życiu – co więcej, w życiu osoby, na której najbardziej mi zależy – momentalnie spada na mnie poczucie głębokiej, zimnej i czarnej samotności. Nie wiem, jak ją opisać; przydałoby mi się słowo mocniejsze, niż „samotność”; prędzej osamotnienie albo pozostawienie czy porzucenie. Nagle kurczę się do rozmiarów noworodka, wszystko mnie boli, krzyczę wewnątrz siebie ze strachu, a pomoc nie nadchodzi – bo przecież kwadrans minął.

Choroba psychiczna JEST samotnością, to prawda, lecz istnieje w niej także ILUZJA samotności. Mam co najmniej kilka osób, do których mogę zadzwonić, napisać, zawołać; wiem, że zareagują. Poza tym ogromnie zależy mi na dobrostanie mojego ukochanego, i wolę krzyczeć w sobie, niż zabierać mu wolny wieczór, podczas którego odstresowuje się z przyjacielem. To trudne wybory, bo współuzależnienie w chorobie to cholernie skomplikowana sprawa. Wciąż szukamy rozwiązań – tak, aby przynajmniej jedno z nas mogło pozostać zdrowe.

Although we have reduced the dose of Risperdal, suspected of generating tension and anxiety, tension and anxiety have not completely disappeared. Yesterday I cried again because I could not relieve the tension / feeling squeezed otherwise.

My husband goes for consultations to the same doctor as I do. Thanks to our psychiatrist, we know that illness is my business and that my husband should be involved in it as little as possible. So when I have anxiety attacks, I cope alone first. Olanzapine. Lorazepam. Drawing. Breath. Calm and rational talking to yourself. Stroking the dog. Bath. If that doesn’t work, I ask my partner for a 15 minutes of a hug. That’s enough, we’ve agreed.

It’s very difficult, you probably know if you’ve tried, not to hang on to someone you know can help you. In our case, his well-being is at least equivalent to mine, maybe even more important; I can’t treat my husband like a caregiver, lifeguard, nurse or support group. Nevertheless – sometimes to a smaller, sometimes to a greater extent he fulfills this role – but our consistent course of action is to reduce his responsibility. Of course, it is not so easy – for one more reason: „abandonment issues”. I don’t need much to start to feel like a broken toy that someone no longer wants; like a pain in the ass and the last blight, poisoning someone’s calm days. And who would like to have such a problem in their arms? Nobody, of course. Such reasoning develops rapidly in me – probably because, as my psychiatrist says, it is „old” feeling, a certain pattern and matrix, a stimulus-reaction pattern. When I feel like a curse in someone’s life – moreover, in the life of the person I care about most – I feel a sense of deep, cold and black loneliness. I don’t know how to describe it; I could use a word stronger than „loneliness”; solitaire, lonesome, or abandoned. Suddenly, I shrink to the size of a newborn baby, everything hurts me, I shout inside of myself in fear, and help does not come – because a quarter of an hour has already passed.

Mental illness IS loneliness, it is true, but there is also the ILLUSION of loneliness. I have at least a few people whom I can call, write to; I know they will react. In addition, I care a lot about the well-being of my beloved, and I prefer to scream in myself than to take away a free evening during which he relaxes with a  friend. These are difficult choices, because codependence in a disease is a damn complicated matter. We’re still looking for solutions – so that at least one of us can remain sane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.