wstydliwe finanse / shameful finances

(ENG.below) Konkurs dramaturgiczny. Konkurs prozatorski. Konkurs poetycki. Konkurs dla artystów sztuk wizualnych. Takie wyszukałam sobie projekty i systematycznie je realizuję. Po co? Lubię mieć cel, strukturę, lubię dostawać informację zwrotną, sprawdzać się, coś osiągać (nawet jeśli jest to jedynie wysłanie zgłoszenia pocztą. Trzeba pójść na pocztę, a to stresujące). Nie mam regularnej pracy – nie mam w zasadzie żadnej pracy – więc organizowanie sobie czasu to ważna umiejętność w tych okolicznościach. Niektórzy mili ludzie nazywają moje malowanie pracą (czasem coś za nią zarabiam), ale mnie ciężko nazywać tym słowem coś, co jest naturalne jak oddech czy uśmiech.

Wczorajszy dzień upłynął bez symptomów (no, prawie; było troszkę urojeniowo, ale do zniesienia). Podwoiliśmy dawkę nowego leku antypsychotycznego (Solian), w wyniku czego miałam być nadzwyczajnie zmęczona – tymczasem dziś o 7:15 wyszłam na jogging. Za własne pieniądze kupiłam sobie nowe buty do biegania, w których czuję się, jakbym stąpała po leciutkiej piance. Własne pieniądze – w życiu wariata to rzadkość, zarazem powód do dumy i radości. Zwykle utrzymujemy się z zasiłków społecznych, renty, specjalnych programów pomocowych. Jeśli symptomy przychodzą tak często jak u mnie, właściwa instytucja orzeka, że jesteśmy niezdolni do pracy. Nieprzewidywalni, nie można na nas polegać, nieodpowiedzialni, „nie dowożący”, jak mawiali moi klienci korporacyjni. Sprzedanie obrazu i zarobienie na nowe buty to więc nie lada gratka. Podobnie jak zafundowanie mężowi pobytu w hotelu – w ramach mojej rezydencji artystycznej; temu samemu mężowi, który od kilku lat niestrudzenie, samodzielnie utrzymuje mnie, siebie i dzieci z poprzedniego małżeństwa.

Temat finansów w życiu chorych psychicznie jest trudny, wstydliwy. Gdy przychodzą depresyjne dni, czuję się obciążeniem dla partnera, dla społeczeństwa, dla rodziny. Wolałabym dokładać swoją cegiełkę do społeczno-finansowego życia, ale jak to zrobić, gdy mam halucynacje, urojenia, nakręt maniakalny lub depresyjny dół – i tak, z niewielkimi przerwami, od kilku lat?…Pogodzenie się z własną niepełnosprawnością i tym, że potrzebuję pomocy innych ludzi, łączy się z zagryzaniem wargi i poczuciem winy. Bo przecież…powinnam dać radę. Bo przecież…inni mają gorzej. Bo przecież…nie jest aż tak źle?…

Drama competition. Prose competition. Poetry competition. A competition for visual artists. I have found such projects and implement them systematically. For what? I enjoy having a goal, structure, I like to receive feedback, prove myself, achieve something (even if it is only sending an application by post. Means going to the post office. It’s stressful, you know?). I don’t have a regular job – I basically have no job – so organizing my time is an important skill in these circumstances. Some nice people call my painting a job (sometimes I earn a bit for it), but it’s hard for me to use this word for something that is natural like a breath or a smile.

Yesterday was symptom-free (well, almost; it was a little delusional, but bearable). We doubled the dose of a new antipsychotic drug (Solian), which was supposed to make me extremely tired – meanwhile today at 7:15 AM I went jogging. With my own money I bought myself new running shoes in which I feel like walking on a light foam. Own money – it is a rarity in a madman’s life, and at the same time a reason to be proud and happy. We usually live off social benefits, pensions, special assistance programs. If the symptoms come as often as in my case, the institution responsible rules that we are unable to work. Unpredictable, unreliable, irresponsible, „not delivering” as my corporate clients used to say. So selling the painting and getting new shoes is a real treat. Just like founding my husband’s stay in a hotel – as part of my artist-in-residence; the same husband who has been tirelessly financing me, himself and the children from his previous marriage for several years.

The subject of finance in the life of the mentally ill is difficult and shameful. When depressive days come, I feel being a burden on my partner, on society, on my family. I would rather make my contribution to the social and financial life, but how do I do it when I’m hallucinating, delusional, nut manic or depressed – and yes, with minor interruptions, for several years? … Coming to terms with my own disability and the fact that I need other people’s help, it has to do with biting my lips and feeling guilty. Because… I should be able to do it. Because… others have it worse. Because … it’s not that bad? …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.