Wszechświat ziewnął i spojrzał / The Universe yawned and looked down

(ENG.below) Miałam wczoraj wrażenie, że wszechświat ziewnął, przetarł oczy i…spojrzał właśnie na mnie, a następnie postanowił zalać mnie darami. Tak jakby przypomniał sobie, że połamani ludzie też lubią bywać szczęśliwi. To, co się podziało, przerosło moje najśmielsze oczekiwania; nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać ze wzruszenia.

Po pierwsze, C. doradziła mi, by moją sztukę wysłać do Londynu, bo tu, gdzie mieszkam, nie ma potencjału, by ją wystawić autentycznie i profesjonalnie. Zamarłam. Pokazanie mi, że są większe możliwości niż A i B, które wydawały mi się jedynymi, było jak uchylenie rąbka dotychczas niedostępnej rzeczywistości – i wolności. Jak głęboki oddech, aż do zakrętu w głowie.

Po drugie, dostałam maila od czasopisma poświęconego zdrowiu psychicznemu i chorobom psychicznym – mój rysunek idzie na okładkę świątecznego numeru, a do środka jeszcze kilka innych moich obrazków. Ha! Podobno „Kuckkucksnest” prenumeruje sam książę Lichtensteinu, więc, wyobraź sobie, mój smutny autoportret trafi na książęcy dwór. Po tej informacji od uśmiechania bolała mnie twarz. Ale to nie koniec. Wieczorem dostałam maila od pewnego pisarza, który…zakochał się w moim rysunku „okładkowym” (widział go na spotkaniu redakcyjnym) i chce kupić oryginał. Bardzo. Bardzo bardzo.

Gdyby tego jeszcze było mało, poszłam na pierwsze spotkanie chóru – i świetnie się bawiłam, przypisana razem z kilkoma mężczyznami do najniższych głosów. Śmiałam się do rozpuku, gdy prowadzący chór nie potrafił zejść na tak niskie rejestry, jak ja. Śpiewanie, które zarzuciłam kilka lat temu (kiedyś występowałam na scenie, nagrałam nawet płytę z moją cudowną przyjaciółką M.), jest chyba najbardziej zmysłową ścieżką twórczą, jaką podążam: porusza tyle mięśni w ciele, których nie używasz na co dzień, wibruje w tobie jak stado złotych pszczół, wprawia w drżenie całe ciało i jest, nie będę ukrywać, ogromnie seksowne.

Byłam też w atelier i namalowałam intensywny obraz „Trzy siedzące kobiety”, który zebrał peany współartystów i niezawoalowane sugestie, że mogłabym go sprzedać za duże pieniądze. Moja twarz znów rozciągała się w uśmiechu, a ja stawałam się coraz bardziej obolała od wrażeń. W międzyczasie dotarła do mnie wiadomość potwierdzająca moją indywidualną wystawę obrazów w lutym 2020.

Teraz, gdy to piszę, brzmi to wszystko jak bajka, jak sen. To tak, jakbym była bezdomnym uchodźcą, którego nagle zaprosili na święta i obdarowali masą prezentów. Jest ciepło, jest choinka, jest jedzenie, są inni, życzliwi ludzie. Ja zaś, prosto z niedoli, nagle znajduję się w tym cudownym miejscu i nie mam pojęcia, co robić; śmiać się, płakać, drżeć, że to wszystko zaraz zniknie, dysocjować, bo nie da się pomieścić tyle szczęścia naraz?…

Dziś postanowiłam więc zrobić sobie Spokojny Dzień. Bez wrażeń. Zniknąć na chwilę.

Do zobaczenia.

I had the impression yesterday that the universe yawned, rubbed its eyes and … just looked at me, and then decided to shower me with gifts. As if it remembered that broken people also like to be happy from time to time. What happened has exceeded my wildest expectations; I didn’t know whether to laugh or cry with emotion.

First, C. advised me to send my theatre play to London, because here where I live there is no potential to exhibit it authentically and professionally. I froze. Showing me that there are more possibilities than A and B, which seemed to me to be the only ones, was like opening the hem of the previously inaccessible reality – and freedom. Like a deep breath, up to dizziness in the head.

Secondly, I received an email from a magazine about mental health and mental illness – my drawing goes to the cover of the Christmas issue, and a few more of my pictures inside. Ha! Apparently, „Kuckkucksnest” is subscribed by Prince of Liechtenstein, so, imagine, my sad self-portrait will go to the prince’s court. After that information, my face hurt from smiling. But this is not the end. In the evening I received an email from a writer who … fell in love with my „cover” drawing (he saw it at an editorial meeting) and wants to buy the original. He wants it a lot. Like – really a lot.

If that wasn’t enough, I went to the first meeting of the choir – and I had a great time, assigned together with a few men to the lowest voices. I laughed when the choir leader couldn’t get to such low registers as I did. Singing, which I gave up a few years ago (I used to perform on stage, I even recorded an album with my wonderful friend M.), is probably the most sensual creative path I follow: it moves so many muscles in the body that you don’t use every day, vibrates in you like a flock of golden bees, it shakes the whole body and is, in my experience, extremely sexy.

I was also in an atelier and I painted an intensly colourful image titled „Three Sitting Women”, which gathered a lot of resonanse among co-artists and some crazy suggestions that I could sell it for big money. My face was smiling again and I was getting more and more painful because of it. In the meantime, I received a message confirming my individual painting exhibition in February 2020.

Now, as I write this, it sounds like a fairy tale, like a dream. It is as if I were a homeless refugee, whom they suddenly invited to Christmas party and gave lots of presents. It is warm, there is a Christmas tree, there is food, there are other, friendly people. I, straight from misery, suddenly find myself in this wonderful place and have no idea what to do; laugh, cry, tremble that all this will disappear in a moment, dissociate because it is impossible to contain so much happiness at once? …

Today I decided to make a Calm Day. No stimuli. Disappearing, for a moment.

See you soon.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.