Wtórna stygmatyzacja / Secondary stigmatisation

(ENG.below) Kiedy byłam zdrowa, wydawało mi się, że nie mam problemów z bliskością; że potrafię regulować dystans, i do tych, do których chcę, podchodzić blisko (a było ich całkiem sporo!), a do tych, których nie mam ochoty widzieć i znać, trzymać się z daleka. Oczywiście była to tylko ułuda.

Myślałam do tej pory, że ułudy to specjalność chorobowa, lecz bliskość to jedno z niewielu zjawisk, które wyregulowało mi się dopiero, gdy zachorowałam. Jakkolwiek zaskakująco to nie zabrzmi, odkryłam, że z większością ludzi, których znam, nie chcę się spotykać. Odkładając na bok ważny mimo wszystko czynnik, a mianowicie to, że są zdrowi, i a)słabo rozumieją moją rzeczywistość, b)nie chcę ich nadmiernie obciążać swoimi problemami, zdałam sobie sprawę, że skończyła mi się „patience for bullshit”, czyli, w wolnym tłumaczeniu, cierpliwość do pierdolenia. Jak wszystko w moim przypadku, i ta strata wiąże się u mnie z poczuciem winy, narracją, że to ze mną jest coś nie w porządku, że za mało się staram, że zdziczałam i zdziwniałam; jest jednak również taka część mnie, która podpowiada, że, mimo całej chorobowej otoczki, jest to, paradoksalnie, zdrowy odruch.

Brak cierpliwości do pierdolenia ma swoje konsekwencje, a jakże. Jestem samotna. Rzadko wychodzę z kimś na kawę, przestałam chodzić na imprezy i wszelkiego rodzaju ludzkie zloty i zgromadzenia. Często tęsknię za relacjami i towarzystwem, lecz silniejsza wydaje się potrzeba spokoju i niezależności. Niestety, gdy pojawia się okazja do zbudowania bliskości, mam wrażenie, że w pierwszej kolejności stawiam mur wokół twierdzy, by z czasem łaskawie – lub nie – otworzyć wrota. Zdarza się jednak, że nie ma na to czasu; okienko bliskości – wizyta rodziny, spotkanie z koleżanką, skype z przyjaciółką – zamyka się, a ja dalej stoję na flankach, rozpatrując ryzyka związane z wpuszczeniem kogoś „do środka”.

A oni już sobie poszli.

Myślę, że sama buduję narrację pod tytułem „jak choroba psychiczna skazuje na samotność”; mimo oficjalnego komunikatu, że to jej wina, w nieoficjalnym obiegu krąży wieść, że sama się do tego przyczyniam. Wiele myśli – że nie mam nic ciekawego do powiedzenia, że z braku pracy, zdrowia, dzieci i czegokolwiek, co „powinnam mieć” będąc koło czterdziestki, wypadłam z głównego nurtu życia – sprawia, że, najzwyczajniej w świecie, nie wychodzę do ludzi. Ani też nie zapraszam ich do siebie. Bo po co…by milczeć? Tłumaczyć niewytłumaczalne? Starać się zachowywać jakby nigdy nic? Udawać normalną?…

To, co próbuję powiedzieć tym przydługim wywodem, to to, że ulegam „wtórnej stygmatyzacji”. Na społeczne etykiety, przypinane ludziom chorym psychicznie, dokładam, jakby było ich nie dość, swoje. A potem siedzę sama w domu, przygnieciona zaskakującym ciężarem i próbująca dociec, skąd się wziął.

When I was healthy, I didn’t think I had problems with intimacy; I was convinced that I could regulate the distance, and to those that I wanted, I would come close to (and there were quite a lot of them!), and to those who I did not want to see and know, I stayed away. Of course it was only an illusion.

Until now, I thought that delusions are a disease specialty, but intimacy is one of the few phenomena that only settled in me when I got sick. However surprisingly it might sound, I have found that with most people I know, I do not want to meet anymore. Putting aside an important factor, namely – that they are healthy, and a) they don’t quite understand my reality, b) I do not want to overburden them with my problems, I realized that I ended up with zero „patience for bullshit”. Like everything in my case, this loss is related to the feeling of guilt, a narrative that there’s is something wrong with me, that I am not trying hard enough, that I am untamed and strange. However, there is also a part of me that suggests that, despite all the factors connected to the illness, it is, paradoxically, a healthy reflex.

Lack of patience for bullshit has consequences, naturally. I’m lonely. I rarely go out with someone for a coffee, I stopped going to parties and all kinds of human gatherings. I often miss relationships and company, but the need for peace and independence seems to be stronger. Unfortunately, when there is an opportunity to build intimacy, I have the impression that in the first place I am mounting a wall around the fortress, in order to kindly – or not at all – open the gate in time. Sometimes, however, there is no time; the window of intimacy – family visit, meeting with a colleague, skype with a friend – closes, and I continue to stand on the flanks, considering the risks of letting someone in.

And they have already left.

I think I am building a narrative myself, entitled „how a mental illness condemns you to loneliness”; despite the official announcement that it is the sickness that causes it, the news that circulates unofficially is that I am contributing to it myself. Many thoughts surround it – that I have nothing interesting to say, that due to a lack of work, health, children and anything that „I should have” being around forty, I fell out of the mainstream of life – and it makes me, as simple as is it, not go out to people. Nor do I invite them to my place. Because why should I?… To sit in silence? Translate inexplicable? Try to behave like nothing’s wrong? Pretend to feel normal? …

What I am trying to say with this lengthy argument is that I am undergoing a „secondary stigmatization”. I add my own stigma to the social labels attached to mentally ill people, as if they were not enough of these labels: dangerous, unpredictable, useless, strange, unreliable, awkward, and so on. And then I sit alone at home, crushed by a surprising burden and trying to figure out where it came from.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.