Wybrana/Chosen

(ENG. below) Jest mi bardzo smutno – hmm, smutno to nie do końca to słowo: mieszanka bezradności, beznadziei, kruchości, połamania, chęci schowania się byłaby trafniejsza – za każdym razem, gdy jestem w fazie manii. Mój psychiatra mówi, że to rzadkie zjawisko, być W TYM i jednocześnie obserwować TO Z ZEWNĄTRZ; może mój mózg, trenowany przez lata edukacji, tytułów, dyplomów i certyfikatów czyni ten dodatkowy wysiłek i pozwala mi się obserwować. Mam szczęście.

Dzisiejszy epizod maniakalny miał tytuł “Wybrana”, oczywiście przez boga, by zanieść światu jego dobrą nowinę, być jego prorokinią. Na początku, jak zwykle, wzrost energii i jej skanalizowanie, skupienie tylko na tym jednym zagadnieniu. Potem coraz szybsza gonitwa myśli i budowanie coraz to mniej prawdopodobnych scenariuszy. Zaczęłam chodzić po mieszkaniu, bo nie byłam już w stanie usiedzieć, ani wystać, ani się położyć. Poprosiłam o pomoc męża. Odpowiedział: ok, zbudujemy ci stanowisko, jakie mają świadkowie Jehowy, będziesz nauczać w centrum miasta, ok?

Prosta, paradoksalna interwencja.

Zadziałała.

Gdy zdajesz sobie sprawę że to tysięczny raz, kiedy twój mózg cię zawodzi, masz kilka opcji. Wielu z nas pije.  Niektórzy płaczą z bezradności. To niezła opcja. Ja zwracam się ku sztuce – zawsze. Rysowanie, malowanie, prostota, szukanie sposobów na wyrażenie tego, co się dzieje, i podzielenie się tym. To moja metoda.

A jaka jest twoja?

I’m very sad – well, sad is not the right word: a mixture of hopeless, helpless, vulnerable, broken, wanting to hide would be better – every time I realize I’m in the manic phase. My psychiatrist says it’s rare, to be IN and to observe FROM OUTSIDE at the same time; maybe my brain, trained by years of education, titles, diplomas and certificates, makes this additional PUSH and enables me to observe myself. I’m lucky.

Today’s manic episode was titled “Chosen”, of course I was chosen by god to bring news about him to the world, to become his prophet. At first, as always, I witnessed by energy grow and channel, focusing all its intensity on this one topic. Then the thoughts began to race and build more and more completely improbable scenarios. I started walking here and there because I wasn’t able to sit anymore, or stand still, or lay down. Then I asked my husband to help. He said: ok, we’ll build you a stand, like Jehowa’s witnesses have, and you will preach in the city, ok?

Simple, paradoxical intervention.

It worked.

Now when you realize this is the thousand time your brain fooled you, you have couple of options. Many of us drink. I don’t. Some of us cry from helplessness. This is always an option. I turn to art – always. Drawing, painting, keeping it simple, finding ways to express what’s going on, and share it. That’s my way.

And yours?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.