Z samego środka / From the inside

(ENG.below) To będzie trudny wpis. Piszę z samego środka epizodu mieszanego. Ogniskiem zapalnym okazała się…płyta, której niegdyś słuchałam w manii. Moje myśli przyspieszyły i ukierunkowały się maniakalnie: wtedy naprawdę żyłam! Wtedy naprawdę kochałam! Wtedy byłam piękna i sexy! Wtedy czułam bliskość, radość, uniesienie!! I jednocześnie: Jestem stracona. Moje życie jest stracone. Pozostaje mi jedynie je zakończyć, bo w takiej niedoli jak teraz nie da się żyć.

To bardzo niebezpieczna mieszkanka. Mam energię, napęd, by coś sobie zrobić. Piszę, zamiast badać ostrość noży (najostrzejsze są schowane przede mną, podobnie jak najcięższe leki). Wzięłam już Temestę, czyli lek uspokajający; jeśli mi nie przejdzie, wezmę drugą.

Czuję się poruszona, napięta, przestraszona, zdenerwowana. Zaciskam pięści, zaciskam szczęki. Nie chcę zrobić nic głupiego, choc umysł podpowiada różne rozwiązania, które miałyby przynieść mi ulgę: skontaktować się z dawną “miłością” (maniakalną), iść do teatru (on gra na scenie); płaczę zarazem z bezradności bo wiem, że to tylko maniakalny nakręt; jednakże nie potrafię go usunąć, amputować, muszę go znieść, przeczekać. To bardzo dużo kosztuje, włączenie wszystkich silników hamujących przy jednoczesnym nie wpadnięciu w czarną pustkę depresji.

I tak sobie tańczę, laleczka na sznureczkach.

Następny dzień

Po każdym epizodzie nieodmiennie przychodzi mniej (tak) lub bardziej (rzadko) spokojna noc, a po niej kolejny dzień. Tego dnia bardzo się boję; przypominam zaszczute zwierzę, które w każdej chwili spodziewa się ataku. Nie wiem, czy epizod wróci, a jeśli tak, w jakiej formie, w jakim nasileniu. Spałam – z przerwami na rysunki – 10 godzin, a czuję się zmęczona i śpiąca. Na wyciągnięcie ręki mam cały bagaż poczucia winy (jak mogłam uderzać w tę nutę, to się skończyło już dawno, dlaczego znowu!) i rozczarowania (a miałam być stabilna, to ustawienie leków miało pomóc, w końcu pomóc!). Jestem spięta i zdenerwowana, co nie pomaga w niczym ani nikomu. Nie mam wpływu na to, co się ze mną stanie. To krańcowe przeżycie. Chcę krzyczeć.

Wyobraź sobie te okoliczności: może stać się z tobą coś złego, w każdej chwili, ale nie możesz na to wpłynąć. Jest to całkowicie poza tobą; to twój sympatyczny mózg chce spłatać ci figla. Żadne czynniki higieniczne nie pomogą. Lek – nie pomoże; może jedynie sprawić, że będziesz to znosić z większą godnością. Przykucie się do kaloryfera, przywiązanie do łóżka – nic nie dadzą. No, może nie wyjdziesz do miasta szukać przygodnego seksu ani odnajdywać dawnej, maniakalnej miłości.

“Robi pani dobrą robotę”, mówi lekarz. Moja robota polega na łykaniu tabletek w regularnych odstępach czasu. Jestem niedobitkiem, jestem straumatyzowaną lecz pozostałą przy życiu – wciąż – ofiarą psychozy.

Wieczór

I stało się, drugie uderzenie. Tym razem byłam już pewna, że moi bliscy byliby radośniejsi, mniej zmartwieni i spięci, gdyby mnie nie było. Mój mąż znalazłby sobie młodą, zdrową żonę. Byłam też pewna, że nie zniosę kolejnego roku tej choroby. Nienawidzę jej, nienawidzę siebie w niej. Opowiadam mężowi o intencjach samobójczych, na co on : ja teraz nie rozmawiam z tobą, to mówi choroba. I ma rację! Przeklęty mój mózg, ten oślizgły dekonstruktor tożsamości, osobowości, życia.

Jednocześnie maniakalny nakręt. To zróbmy coś! A co? Cokolwiek, żeby tylko się coś działo!! Może chodźmy do miasta? A może kogoś fajnego poznam? (przypominam, że jestem już po TRZECH tabletkach uspokajających).

Na tym chyba skończę, bo wydaje mi się, że już dostatecznie zakręciło ci się w głowie.

It will be a difficult entry. I write from the very middle of a mixed episode. A trigger turned out to be … a record I once listened to in mania. My thoughts accelerated and maniacally directed: That’s when I was really alive! That’s when I really loved someone! Then I was beautiful and sexy! Then I felt intimacy, joy, elation!! And simultaneously: I’m lost. My life is lost. All that remains is to end it, because in such a state of misery as now it is impossible to live.

This is a very dangerous mixture. I have energy, drive to do something to myself. I write instead of examining the sharpness of the knives (the sharpest ones are hidden from me, like the heaviest drugs). I have already taken Temesta, a calming medicine; If it does not knock me down, I’ll take the second one.

I feel moved, tense, scared, upset. I clench my fists, clench my jaws. I do not want to do anything stupid, although the mind suggests various solutions that would supposedly bring me relief: contact with the old love (manic), go to the theater (he plays); I cry at the same time – out of helplessness – because I know it’s just a maniacal drive; however, I can not remove it, amputate it, I have to live it through, wait it out. It costs a lot, switching on all braking motors, without falling into the black vacuum of depression.

And so I dance, a doll on strings.

The next day

After each episode invariably comes less (yes) or more (hardly ever) peaceful night, and after it – another day. I am very scared; I look and behave like a hunted animal that expects an attack at any moment. I do not know if the episode will come back, and if so, in what form, in what severity. I slept – with breaks for drawings – 10 hours, and I feel tired and sleepy. At my fingertips, I have guilt (why this subject again; it all ended long ago, why again!) and disappointment (and I was supposed to be stable, this set of medication was suppose to help, finally help!) I am tense and upset, which does not help me or anyone in anything. I have no influence on what will happen to me. This is an extreme experience. I want to scream.

Imagine yourself in this circumstances; something bad is going to happen, but you can not do anything about it. It is completely outside of you; a trick that your brain wants to play on you. No hygiene factors, no devices can stop it. Neither medication. Binding yourself to the radiator or bed – will not give you anything. Oh yes, maybe you will not go out, looking for quick sex or your maniacal love.

„You’re doing a good job,” says the doctor. My job is to swallow pills at a regular time. I am a survivor, I am traumatized but still alive – a victim of psychosis.

Evening

And it happened, the second hit. This time I was sure that my loved ones would be happier, less worried and tense if I was gone. My husband would find a young, healthy wife. I was also sure that I would not stand another year of this disease. I hate her, I hate myself in her. I tell my husband about my suicidal intentions, for which he answers: I do not talk to you now, this is the disease talking through you. And he is right! Cursed my brain, this slimy deconstructor of identity, personality, life.

At the same time, a maniac drive. Let’s do something! What? Anything, let just something happen !! Maybe let’s go to the city? Maybe I will meet someone cool? (I remind you that I am already after THREE sedative pills).

I will probably end up writing because it seems to me that you have already become dizzy enough.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.