Znaleźć miejsce / Finding a place

(ENG.below) Powroty z kliniki do domu są dla mnie zwykle trochę ambiwalentne. Towarzyszy im zawsze rytuał długiej kąpieli i prania wszystkiego, żeby jakoś zmyć z siebie resztki szaleństwa i zapachu palarni. Nowa pościel, nowa piżama, ból głowy, ibuprofen. Próby wrócenia do codziennej rutyny, czyli basenu, rysowania i spacerów z psem; z depresyjnej perspektywy wydają się te czynności zupełnie bez sensu, ale staram się nie ulegać temu przekonaniu, bo znów położyłabym się do łóżka. Od czasu do czasu przypływa do mnie myśl, że nie dam rady już dłużej ciągnąć mojego wagonika „życie z chorobą psychiczną”…próbuję się wtedy skupiać na tym, że jestem silna i tyle już przeszłam, że pójdę dalej.

Ambiwalencja bierze się stąd, że klinika to bezpieczna przystań; non stop ktoś czuwa, nie da się – no, prawie się nie da – zrobić sobie krzywdy. Przebywasz wśród ludzi, którzy rozumieją twoje problemy, bo sami są obolali i poobijani. Co dzień do twojej dyspozycji jest lekarz specjalista. Możesz brać udział w różnych zajęciach, od wspólnego gotowania, przez muzykoterapię, po jogę. Nie jesteś sam/a.

Jednak z czasem, gdy mijają mi symptomy, nie czuję się już w szpitalu jak w domu. Czuję się w nim jak…w szpitalu psychiatrycznym. A dla zdrowych to nie jest dobre miejsce. Zwykle więc, gdy tylko sięgam ręką rzeczywistości i czuję dostatecznie mocny chwyt, wysuwam się z powrotem do domu. Powroty mają w sobie więcej z szarości niż czarno-białego, bo wiem, że po epizodzie jestem krucha i muszę się zregenerować; mogłabym to zrobić w klinice, ale…No właśnie. Już nie wariat, a jeszcze nie w pełni sił. Gdzie jest moje miejsce?…

Coming home from the clinic is usually a bit ambivalent to me. These returns are always accompanied by a ritual of long bathing and massive laundry, to somehow wash away the remnants of madness and smell of the smoking room. New bedding, new pajamas, headache, ibuprofen. Attempts to return to the daily routine, that is, the pool, drawing and walking the dog; from a depressive perspective, these activities seem completely meaningless, but I try not to succumb to this belief, because I would go to bed again. From time to time the thought comes to me that I can no longer pull my wagon called „living with a mental illness” … I try to focus on feeling strong and a belief that I have come through so much that I am able to go on.

Ambivalence comes from the fact that the clinic is a safe haven; all the time someone is watching and caring, you can’t – well, you almost can’t – hurt yourself. You are among people who understand your problems because they are sore and battered themselves. A specialist doctor is at your disposal every day. You can take part in various activities, from cooking together, through music therapy, to yoga. You’re not alone.

However, with time, when the symptoms disappear, I no longer feel at home in the hospital. I feel like … in a psychiatric hospital. And for healthy people this is not a good place. So usually, as soon as I reach out with my hand, touch reality again and feel a strong enough grip, I slide back home. Returns are more gray than black and white, because I know that after the episode I am fragile and I need to regenerate; I could do that at the clinic, but … That’s right. Not crazy anymore, but not yet in full strength. Where is my place then?…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.