życie pełne niespodzianek / life full of surprises

(ENG.below) Nie pisałam długo, bo udało nam się dotrzeć do Polski. Od tygodnia jestem z rodzicami, dojechała też moja siostra. Głównie chodzimy po górach – w zmiennym składzie, bo tata chorujący na przewlekłą chorobę ma dni dobrej formy i dni takie, w których nie potrafi sam się ubrać. Mama, również chora, ma chyba jakiś zapasowy silnik w ciele – daje radę nawet na długich trasach. Mój pies pobił rekord życiowy i przeszedł z nami 12km po górach, co jak na chihuahua jest niebotycznym osiągnięciem…

Moja psyche sprawia się nieźle; zdarzają się poranne niepokoje, a wczoraj atak psychotyczny, urojenia, panika. Pomogła Zyprexa, zapadłam w dwugodzinny sen i obudziłam się głodna, ale w kontakcie z rzeczywistością. Już nie chciałam poszerzać sobie uśmiechu nożem i przestało mi się wydawać, że ojciec ma na smyczy dinozaura.

Podzieliliśmy się z mężem na dwa zespoły – on jest u swoich rodziców. Bałam się tego bardzo, bo na co dzień jest moim głównym opiekunem; wie, co robić, gdy atakuje mnie choroba, wie, jak ze mną rozmawiać, jak postępować. Ostatnim razem, kiedy się rozstawaliśmy na jakiś czas, byłam w klinice – poza tym jesteśmy ze sobą maksymalnie blisko. Lecz taki opiekun – a może nawet zwłaszcza taki opiekun – potrzebuje wakacji. Ma je teraz. A ja przeżywam to zaplanowane rozstanie całkiem dobrze. No, może za wyjątkiem dinozaurów w kuchni.

Do Polski wyjechaliśmy następnego dnia po wernisażu, który był cudownym przeżyciem. Bajeczne miejsce, kilkadziesiąt osób, biała, pachnąca róża w formie prezentu od organizatorów, muzyka na żywo, przekąski, wyrównany poziom wystawy sześciu artystów z naszego atelier. Jeden z moich obrazów sprzedał się od razu. Mam nadzieję, że to nie koniec, i że inne też powędrują do czyichś domów. Kolejna wystawa już za półtora miesiąca. A w międzyczasie tu w Polsce odwiedził mnie pewien kurator, który chce zorganizować moją indywidualną wystawę w kraju. Przywiozłam prace, stwierdził, że są fantastyczne. Cieszę się. Kilka lat temu, kiedy byłam jeszcze psycholożką-szkoleniowcem, nie przypuszczałam, że będę kiedyś malarką. Życie pełne niespodzianek.

Mama pyta mnie, o czym marzę. Wymieniam marzenia po kolei i słuchając siebie odkrywam, że jestem w nich bardzo nieśmiała – ot, marzę o przedłużeniu tej passy, którą już mam. Tak niewiele? – pyta mama. A ja mam wrażenie, że marzenia zawężają życie – chyba wolę poczekać na niespodziewane szanse, nowe otwarcia, uchylone drzwi, właściwych ludzi, interesujące kontakty; na życie pełne niespodzianek, które wywołają mój uśmiech.

I didn’t write for long, because we managed to arrive in Poland. I have been with my parents for a week, my sister has also arrived. We mainly walk in the mountains – in a variable composition, because my dad who suffers from a chronic disease has days of good shape and days when he cannot dress himself. My mother, also ill, seems to have a spare engine in her body – she is able to make even long journeys. My dog ​​broke his life record and walked with us 12 km in the mountains, which is a sky-high achievement for a chihuahua …

My psyche is mostly doing fine; there are some morning anxieties, and yesterday a psychotic attack, delusions, panic. Zyprexa helped, I fell into a two-hour sleep and woke up hungry but in touch with reality. I didn’t want to widen my smile with the knife anymore, and I no longer thought that my father had a dinosaur on a leash.

My husband and I split into two teams – he is with his parents now. I was very afraid of this because he is my main caretaker on a daily basis; he knows what to do when an illness attacks me, he knows how to talk to me, how to act. The last time we split up for a while I was at the clinic – and beside that, we are as close to each other as possible. But such a guardian – and perhaps especially such a guardian – needs a vacation. He has them now. And I am going through this planned breakup quite well. Well, except maybe the dinosaurs in the kitchen.

We left for Poland the next day after the vernissage, which was a wonderful experience. A fabulous place, several dozen people, a white, fragrant rose as a gift from the organizers, live music, snacks, an even level of exhibition by six artists from our atelier. One of my paintings sold out right away. I hope this is not the end, and that other artworks will also go to someone’s house. Another exhibition in one and a half months. Meanwhile, here in Poland, I was visited by a curator who wants to organize my individual exhibition in Poland. I brought the works, he said they were fantastic. I am happy. A few years ago, when I was still a psychologist-business trainer, I did not think that I would be a painter one day. A life full of surprises.

Mom asks me what I dream about. I speak about my dreams, one by one, and while listening to myself I discover that I am very shy in them – I dream only about extending the good flow I already have. So little? – asks mom. And I have the impression that dreams narrow my life – I think I prefer to wait for unexpected opportunities, new openings, ajar doors, right people, interesting contacts; for a life full of surprises that will make me smile.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.