Życie według Heraklita / Life according to Heraclitus

(ENG.below) Miałam dziś iść do muzeum sztuki, bo deszcz pada nawet w górach, a pogoda mówi „lepiej dziś siedzieć w domu”. Sprawdziłam wczoraj godziny otwarcia i aktualne wystawy. Tymczasem rano obudziłam się z silnym napadem lękowym z nieustalonej przyczyny (halo, mózgu); musiałam wziąć jeden Lorazepam, potem kolejny…zasnęłam i spałam do 12:30. Teraz siedzę w łóżku i próbuję zniknąć dla świata.

Takie dziwne dni – dni niemocy; trochę depresyjne, trochę lękowe – właśnie one powodują, że nie mogę angażować się w projekty wymagające mojej stałej obecności bądź superwizji. Stałość to odwrotność mojego stanu. Choroba jest tak zmienna – wczoraj wieczorem zrobiłam plan na dziś, który dziś okazał się niekompatybilny z tym, czemu jestem w stanie podołać – że moje życie przypomina chodzenie po ruchomych piaskach. Wyobrażam sobie, że gdybym była zdrowa, taka rzeczywistość byłaby maksymalnie frustrująca. Chcę, ale nie mogę. Planuję, lecz nie realizuję. Marzę – po czym znikam. Potrafię – a za chwilę już nie potrafię.

Przyzwyczajenie się do takiego życia zajmuje mnie od kilku lat (podobnie jak mojego męża. Dziś nie dam rady nawet wyjść z psem.) Czy w ogóle da się do niego przyzwyczaić, do takiej heraklitycznej rzeczywistości? Wszystko płynie, nie da się płynąć pod prąd ani stworzyć zapory, zatrzymać biegu choć na chwilę. Można się tylko unosić, czasem szorować tyłkiem po dnie, momentami tonąć, ale nie da się wysiąść z tej wielkiej wodnej przygody, otrzepać, wysuszyć i pójść w swoją stronę. Nie mogę powiedzieć: chorobo, daj spokój na kilka tygodni, muszę odpocząć. Choroba mnie nie słucha, nie słyszy; nie widzi mnie, nie dostrzega moich potrzeb. Ona po prostu jest, nieproszony gość, którego nie da się wyprosić.

Jest taka piękna piosenka Petera Gabriela, która mnie zawsze porusza, a traktuje właśnie o rzece (fragment w moim tłumaczeniu):

Rzeko, rzeko, ponieś mnie

Żywa rzeko, ponieś mnie

Rzeko, rzeko, zanieś mnie

Do moich źródeł

Tak głęboka, tak szeroka

weź mnie na swój grzbiet na przejażdżkę

a jeśli się potknę, pochłoń mnie swoją głębią

Rzeko, pokaż mi, jak się unosić

Czuję, że tonę

Wydawało mi się, że mi się uda

Lecz tu, w twoich wodach, nie dotykam stopami dna

Potrzebuję czegoś, by zawrócić swój bieg

Rzeko, o rzeko głęboka

Daj mi coś na sen

Zmyj ze mnie to wszystko

Zabierz ze sobą mój ból

I was supposed to go to an art museum today because it rains even in the mountains and the weather says „it’s better to stay at home today”. I checked the opening hours and current exhibitions yesterday. Meanwhile, in the morning I woke up with a strong anxiety attack with an unknown cause (hello, brain); I had to take one Lorazepam, then another … I fell asleep and slept until 12:30. Now I’m sitting in bed and trying to disappear for the world.

Such strange days – days of powerlessness; a bit depressing, a little anxious – they make me unable to engage in projects requiring my constant presence or supervision. Stability is the reverse of my condition. The disease is so variable – last night I made a plan for today, which today turned out to be incompatible with what I am able to cope with – that my life is like walking on shifting sands. I imagine that if I were healthy, such a reality would be extremely frustrating. I want but I can not. I plan but do not implement. I dream – then disappear. I can – and in a moment I am not able to.

I have been getting used to such a life for several years (just like my husband. I am not even able to go out with my dog ​​today.) Is it possible to get used to it, to such a Heraclitic reality? Everything flows, you can’t swim against the tide or create a dam, stop it for a moment. You can only float, sometimes scrub your butt on the bottom, sometimes sink, but you can not get off this great water adventure, dust off, dry yourself out and go your way. I can’t say: sickness, come on, for a few weeks, I need to rest. The disease does not listen to me, cannot hear me; she can’t see me, she doesn’t see my needs. She’s just an uninvited guest who can’t be thrown out.

There is a beautiful song by Peter Gabriel that always moves me  – and deals with the river (pieces of it below):

River, river, carry me on
Living river, carry me on

River, river, carry me on
To the place where I come from

So deep, so wide, will you take me on your back for a ride
If I should fall, would you swallow me deep inside
River, show me how to float, I feel like I’m sinking down
Thought that I could get along

But here in this water, my feet won’t touch the ground
I need something to turn myself around

River, oh river, river running deep
Bring me something that will let me get to sleep

In the washing of the water will you take it all away
Bring me something to take this pain away

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.