Zza sceny / Backstage

(ENG.below the image)

Zrobiłam to.

Długo się wahałam.

Za długo.

Napisałam do zespołu rockowego, z którym rozpoczęłam współpracę, że jestem chora – i jakie to ma możliwe konsekwencje. Wyjście na scenę? Koncerty? W momencie, gdy stres jest kluczowym czynnikiem w mojej chorobie, uruchamiającym lawinę symptomów?…Nie dam rady.

W mojej głowie trwa rozmowa, gwałtowna i bezpardonowa. „Po co w ogóle się w to angażowałaś? Tak jakbyś nie wiedziała, jakie masz ograniczenia. Po co w ogóle robiłaś im i sobie nadzieję?…” „Bo miałam nadzieję” – odpowiada drugi, łagodniejszy głos. „Że się zmobilizuję. Że będzie twórcze wyzwanie, a to mnie zawsze motywuje. Że jakoś…dam radę.” „Jakoś? Jakoś! To słowo z języka manii, wiesz o tym! Jakoś to będzie, jakoś damy radę, zafastrygujemy, zacerujemy rzeczywistość, będzie dobrze. A nigdy nie jest! Nie nauczyłaś się tego jeszcze? Na końcu każdej drogi zawsze czeka na ciebie choroba!” „Nie chciałam się wycofywać, gdy wszystko było dobrze. Tak łatwo mi szło, pisanie tekstów, wymyślanie linii melodycznych, a na próbie było tak sympatycznie…To było jak nowy wiatr w żagle…” „Nowy wiatr? Stary wiatr, kretynko! Stary wiatr hipomaniakalnej fazy! A wiesz, co potem następuje, nieodmiennie i nieubłaganie: depresja, objawy psychotyczne, wypalenie, wewnętrzna próżnia. Tak wygląda twoje życie. Liczenie na lepsze jutro jest…nierealistyczne, rozumiesz? Nie będziesz już na scenie. Pogódź się z tym.”

Zanim wysłałam maila, zasięgnęłam rady kilku osób. Jedna napisała: lepiej teraz, niż w przeddzień koncertu w zarezerwowanej za kupę kasy sali. Druga: odpowiedzialnie zrobiłaś, fair. Trzecia (również chora): jeśli skończą z tobą współpracę, to znaczy, że to nie był zespół dla ciebie. Nie akceptują nas takimi, jakie jesteśmy naprawdę? To niech się w dupę pocałują.

Wczoraj czułam się smutna i przegrana. Jednocześnie towarzyszyła mi ulga, związana z tym, że nie muszę już udawać…zdrowej i normalnej. Oraz pewna doza niepokoju, co odpowiedzą.

Od wczoraj nie otrzymałam odpowiedzi.

Jako że moja dusza nie wytrzymuje w próżni zbyt długo, zaczęłam nowy projekt. Zleceniodawczyni od początku wie, że jestem chora, i akceptuje to. Co więcej, zamierza z tego zrobić użytek. Będę miała „niepełnosprawny kącik” w czasopiśmie feministycznym.

Nie na scenie. Za sceną.

I did it.

I hesitated for a long time.

Too long.

I wrote to the rock band that I started working with that I was sick – and what the consequences of that might be. Going out on stage? Concerts? At a time when stress is a key factor in my illness, triggering an avalanche of symptoms? … I can’t do it.

There is a conversation in my head, violent and ruthless. „Why did you even get involved in this? As if you don’t know your limits. Why did you even give hope to them and yourself? … ” „Because I was hoping,” says a second, softer voice. „That I will have enough strength. That it will be a creative challenge, which always motivates me. That somehow … I will do it.” „Somehow? Somehow! It’s a word from the language of mania, you know it! Somehow I’ll manage, somehow we will manage, basting, mending the reality, it will be fine. And it never is! Haven’t you learned it yet? You are always sick at the end of every road!” „I didn’t want to back down when everything was fine. It was so easy for me, writing lyrics, coming up with melodic lines, and at the rehearsal it was so nice … It was like a new wind in my sails … ” „New wind? Old wind, you moron! The old wind of the hypomanic phase! And you know what follows, invariably and inexorably: depression, psychotic symptoms, burnout, internal void. This is your life. Hoping for a better tomorrow is … unrealistic, you understand? You won’t be on stage anymore. Deal with it.”

Before I sent the email to the band, I consulted some people. One wrote: better now than on the eve of the concert in the concert hall booked for tones of money. Second: you did it responsibly, fair. Third (also sick): if they stop working with you, it means it wasn’t a band for you. They don’t accept us as we really are? Let them kiss their ass.

Yesterday I felt sad and lost. At the same time, I was relieved that I no longer had to pretend … to be healthy and normal. And I felt some anxiety about what their answer will be.

I haven’t received a reply since yesterday.

Since my soul doesn’t bear the void for too long, I started a new project. The client knows from the beginning that I am sick and accepts it. What’s more, she intends to make use of it. I will have a „disabled corner” in the feminist magazine.

Not on stage. Behind the scene.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.