dieta psychiczna / mental diet

(ENG.below) Przyjaciel powierzył mi swoją książkę – genialną powieść, świetnie napisaną – a ja nie jestem w stanie jej czytać. Po pierwsze, nie pamiętam już, kiedy ostatnio czytałam fikcję; cokolwiek, co nie byłoby poradnikiem/książką dla borderlinowców/książką o mindfulness. Zapomniałam więc, jak to jest utonąć w historii o kimś innym. Po drugie, książka napisana jest w tak wciągający sposób, że gdy tylko się od niej odrywam, mimo wysiłku nadal w niej jestem, a granica między rzeczywistym a nierzeczywistym niebezpiecznie się zaciera. Dla osoby z tendencjami do odrealnienia, depersonalizacji, derealizacji – bardzo ryzykowny stan. Czuję się więc jak czytelnik specjalnych potrzeb. To mnie frustruje.

Oczywiście, pojawia się we mnie też wspierający głos, wyrażający zgodę na to, że jestem, jaka jestem, i to się raczej nie zmieni. Że to dobre ćwiczenie zauważania i strzeżenia własnych granic, granic możliwości. Jednakże jestem smutna, bo książka jest świetna i chętnie pożarłabym ją w całości. Na razie jednak to ona pożera mnie, wypluwa zmęczoną i senną, nie do końca pewną, czy to majak, czy rzeczywistość. Dodatkowo napisana jest w taki sposób, że głównego bohatera podglądamy we wszystkich możliwych sytuacjach i okolicznościach, a ja nagle czuję się tak, jakbym stała w cudzej łazience i patrzyła, jak ktoś oddaje mocz, zupełnie nieświadomy mojej obecności. Dla borderlinowca, który ma problem z bliskością, granicami, podchodzi za blisko lub odpycha ze strachu, bojąc się, że to on zostanie porzucony w pierwszej kolejności, to także duże wyzwanie. Ktoś – fikcyjna postać przecież, a jednak opisana w tak ludzki, rzeczywisty sposób – nagle podchodzi na centrymentrową do ciebie odległość i nie daje ci wyboru, możesz tylko patrzeć, patrzeć, patrzeć. To mnie stresuje. I nie mogę czytać dalej.

Nie dość, że jestem osobą specjalnej troski, to jestem też czytelniczką specjalnej troski. Muszę uważać na to, co przeżywam, co przyjmuję, ale też na to, co czytam i oglądam. To tak, jakby być na permanentnej psychicznej diecie. „Muminki” – mówi moja siostra. „Teletubisie”.

Milczę, lecz protestuję.

A friend entrusted me with his book – a brilliant novel, fantastically written – and I cannot read it. First, I don’t remember the last time I read fiction; anything that would not be a guide / book for borderliners / a book on mindfulness. So I forgot what it’s like to drown in a story about someone else. Secondly, the book is written in such an engaging way that as soon as I break away from it, despite my efforts, I am still in it, and the line between the real and the unreal becomes dangerously blurred. For a person with tendencies to un-real, depersonalize, derealise – a very risky state. So I feel like a special needs reader. It frustrates me.

Of course, there is also a supporting voice in me, agreeing that I am what I am, and that is unlikely to change. That it’s a good exercise for noticing and guarding my own limits, the limits of my capabilites. However, I am sad because the book is great and I would like to eat it whole. For now, however, it is she who devours me, spits out tired and sleepy, not entirely sure if it is a dream or reality. Additionally, it is written in such a way that we watch the main character in all possible situations and circumstances, and I suddenly feel as if I am standing in someone else’s bathroom and watching someone urinate, completely unaware of my presence. For a borderliner who has problems with intimacy, borders, comes too close or pushes others away in fear, scared that she will be abandoned in the first place, it is also a big challenge. Someone – a fictional character after all, yet described in such a human, realistic way – suddenly approaches you at a centimeter distance and gives you no choice, you can only look, look, look. It stresses me out. And I can’t read any further.

Not only am I a special needs person, I am also a special needs reader. I have to be careful with what I experience, what I take in, but also with what I read and watch. It’s like being on a permanent mental diet. „Moomins,” says my sister. “Teletubbies”.

I am silent, but I protest.

obca twarz / strange face

(ENG.below) Wyobraź sobie lęk, który towarzyszy pewności, że twoja twarz w lustrze nie jest twoją twarzą. Jest obca. Ktoś podmienił ci głowę. Kto to jest, to odbicie? Bo na pewno nie ty. To wydarzyło mi się w sobotę. Przerażona, mówię do męża: popatrz, popatrz! Mam nie swoją twarz! Co się dzieje? Mąż, spokojnie: to twoja twarz, tylko wykrzywiona strachem, buzia jak pięść, przerażona. Ja: nie nie, wygląda jak nie moja! Mąż: ja ją znam, ona jest na pewno twoja.

Czasem myślę, że mój partner ma nieskończone pokłady cierpliwości. Jednakże każdy mój atak odbija się na nim, wywołując stan nieustannej gotowości, jak w partyzance. Nie wiadomo bowiem, co się tym razem wydarzy. A co, jeśli będę chciała sobie tę twarz wymienić?…

Próbowałam podwyższyć lek antypsychotyczny, Aripiprazol (Abilify), jednakże nawet niewielka zmiana w dawce wywołała ogromny niepokój, napięcie i stres. Denerwowałam się nawet wyjściem z domu. Znam te skutki uboczne, stanęłam więc przed wyborem: albo wszechogarniający niepokój, powodujący znaczne utrudnienie codziennego funkcjonowania, albo ryzyko nawrotu symptomów psychotycznych. Postawiłam na to drugie. Gdy przychodzi epizod, najpierw przeżywam urojenia i lęk przez pół godziny – godzinę, potem śpię, lecz cała ta trudna przygoda nie trwa cały dzień. Alternatywą jest całodzienny niepokój i napięcie.

A ty co byś wybrała?

Imagine the fear that comes with the certainty that your face in the mirror is not yours. You see a stranger. Someone changed your head. Who is it, this reflection? Because it’s not you. It happened to me on Saturday. Terrified, I say to my husband: look, look! It’s not my face! What’s happening? Husband, calmly: it’s your face, just twisted with fear, like a fist, terrified. Me: no no, it looks like not mine! Husband: I know it, it is definitely yours.

Sometimes I think my partner has endless patience. However, my every attack takes its toll on him, creating a state of constant readiness, like in a guerrilla. We don’t know what will happen this time. What if I want to replace this face? …

I tried to boost my antipsychotic drug, Aripiprazole (Abilify), however, even a small change in dose caused tremendous anxiety, tension and stress. I was even nervous about leaving the house. I was familiar with these side effects, so I was faced with a choice: either overwhelming anxiety that makes my daily functioning significantly impaired, or the risk of recurrence of psychotic symptoms. I bet on the latter. When an episode comes, I first experience delusions and anxiety for half an hour – an hour, then I sleep, but the whole difficult adventure doesn’t last a whole day. The alternative is anxiety and tension all day long.

What would you choose?

podstawieni / substitutes

(ENG.below)

I już, dwa dni później, mam atak urojeniowy w trakcie podróży do domu. Chciałam, co mam. Ludzie na przystanku są podstawieni. Dlaczego to są sami starcy? Coś tu nie gra. Ludzie w autobusie też. Wsiada dwójka młodych asasynów. Poczekają na ostatni przystanek, na którym wysiadam, i tam mnie zlikwidują. Boże jak się boję. Biorę Lorazepam z torebki, ale Olanzapiny nie mam czym popić. Muszę dojechać do domu. Pierwsze słowa do męża: ty też jesteś w spisku?

Biorę drugi Lorazepam, 10mg Olanzapiny i kładę się do łóżka.

Budzę się po czterech godzinach.

Tak, od wielu dni narastało we mnie napięcie. Rosło jak pęcherzyki pod skórą całego ciała, których nie dało się przekłuć. Objawiało się między innymi paraliżem decyzyjnym, odrealnieniem (kto to powiedział? Czy to ja to właśnie powiedziałam?), atakami płaczu, ale także zaczęło przybierać formy myśli autodestruktywnych (powyrywać sobie wszystkie kolczyki). Jak dobrze, że dziś „straciłam przytomność” na te kilka godzin. Obudziłam się już po drugiej stronie, spokojna.

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że będę opisywać ataki psychotyczne jako koło ratunkowe. A jednak w chwilach, kiedy żadnymi dostępnymi strategiami nie potrafię sobie pomóc, atak urojeń prześladowczych czy ksobnych wnosi najpierw kumulację lęku, by następnie, dzięki lekom, rozładować całe zebrane napięcie.

Teraz pomalutku… i ze wsłuchiwaniem się we własne potrzeby.

And here we go, two days later, I have a delusional attack on my way home. I have what I wanted. People at the bus stop are substitutes. Why are they all old men? Something is not right here. So are the people on the bus. Two young Assassins are getting on. They will wait for the last stop where I get off and they’ll kill me there. God how I’m scared. I take Lorazepam from my purse, but I have nothing to drink and thus I’m not able to take Olanzapine. I have to get home. First words to my husband: are you in a conspiracy too?

I take a second Lorazepam, 10mg Olanzapine, and go to bed.

I wake up after four hours.

Yes, for days I had been tense. It grew like bubbles beneath the skin of my entire body and could not be pierced. It manifested itself with decision paralysis, depersonalization (who said that? Was that what I said?), attacks of crying, but also began to take the form of self-destructive thoughts (to tear off all the earrings). How good that today I „passed out” for these few hours. I woke up on the other side, calm.

It never occurred to me that I would describe psychotic seizures as a lifesavior. And yet, at times when I cannot help myself with any available strategies, an attack of persecutory delusions first brings about an accumulation of anxiety, and then, thanks to drugs, relieve all the accumulated tension.

Now I need to take it slowly, step by step… and listening to my own needs.

trzeźwa / sober

(ENG.below) Brak mi słów, brak mi słów. Dziś wielkie oczy bo dużo zmartwień. Ojciec chory, matka chora, mąż zestresowany na granicy torsji, pies uszkodził sobie łapki, proces przyznawania mi renty może zakończy się w tym roku, a może nie; nie sprzedałam moich obrazów więc nic nie zarobiłam, wystawa się zakończyła, druga też, i trzecia, bez efektu poza dumą i chwilowym uniesieniem. Z początku radzę sobie dziś nieźle, lecz z każdą godziną jest coraz gorzej, jakby ktoś wsiadł mi na plecy i zaczynał dusić. Wiem, martwienie się nikomu i niczemu nie pomaga; może to po prostu mój sposób na bezsensowne wydatkowanie energii? Działa paraliżująco, zamiast mobilizująco. Trzęsawka. Lorazepam. Piłeczka do ugniatania, na nerwy. Chciałabym głęboko odetchnąć, ale nie potrafię. Mam wrażenie, że jeśli to zrobię, zemdleję albo pęknie mi klatka piersiowa. W tym stanie wolę chyba mieć ją zapadniętą. Cała jestem zapadnięta.

Wczoraj zdałam sobie sprawę, że Abilify od dwóch miesięcy uniemożliwia mi ucieczkę od rzeczywistości w stan psychotyczny. Ciągle jestem „trzeźwa”, muszę wszystko znosić „na trzeźwo”. Mój mózg unieruchomiony skutecznie – w końcu – przez ten lek antypsychotyczny nie może odpocząć w dziwacznym stanie urojeniowo-halucynacyjnym. Nigdy nie myślałam, że będzie mi tego brakowało. Świadomość, czujność, bezustanność tych dwóch stanów…jest jednocześnie darem i zarazem przekleństwem. Jestem dojrzała, w kontakcie i…zmęczona. Piję po pięć kaw dziennie. Gdybym tak mogła, choć na chwilę, choć na kilka godzin się odłączyć…sama nie wierzę w to, co właśnie piszę.

Mój psychiatra chwali mnie za autentyczność i dojrzałość. Tak, to zasługa Abilify, mojego porannego syropku. Nie wydaje mi się, że to jakiekolwiek moje osiągnięcie. Po prostu – na mój mózg założono w końcu skuteczny kaganiec. Nie może się nigdzie uciec.

Wielkie oczy, trzeźwe oczy, bezsenne oczy.

I have no words, I have no words. Big eyes today because I have a lot of worries. My father is sick, my mother is sick, my husband is stressed on the verge of vomiting, my dog ​​has damaged his paws, the process of granting me a pension may end this year, or maybe not; I didn’t sell my paintings so I didn’t earn anything, the exhibition ended, the second and the third too, with no effect except for pride and a momentary excitement. At first I’m doing fine today, but it gets worse with every hour, as if someone has climbed on my back and started choking me. I know, worrying doesn’t help anyone or anything; maybe it’s just my way of senseless energy expenditure? It is paralyzing, not mobilizing. Trembling. Lorazepam. Relaxing ball to calm my nerves. I’d like to take a deep breath, but I can’t. I have a feeling that if I do this, I will pass out or my chest will burst. In this state, I think I’d rather have it sunken. I’m all sunken.

Yesterday I realized that Abilify has been preventing me from escaping reality into a psychotic state for two months now. I am still „sober”, I have to endure everything „sober”. My brain, effectively – finally – immobilized by this antipsychotic drug cannot rest in a bizarre delusional-hallucinatory state. I never thought that I would miss it. Awareness, vigilance, ceaselessness of these two states … is both a gift and a curse at the same time. I am mature, in touch and… tired. I drink five coffees a day. If I could, even for a moment, for a few hours, just dettach… I don’t believe what I’m writing right now.

My psychiatrist praises me for authenticity and consciousness. Yes, it is thanks to Abilify, my morning syrup. I don’t think that’s any achievement of mine. Quite simply – an effective muzzle was finally put on my brain. It can’t run anywhere.

Big eyes, sober eyes, sleepless eyes.

dom / home

(ENG.below) Wróciłam z trzytygodniowego pobytu w Polsce, stąd moje długotrwałe milczenie. Nie doświadczyłam prawie żadnych symptomów, mimo, że sytuacja była wymagająca i „dynamiczna”. Trzy krótkie derealizacje, problemy ze snem; tyle można unieść bez większego wysiłku. Po moim powrocie po prostu zabrakło mi słów; może stało się tak, ponieważ wszystkie mieszczą się teraz w nowej książce, którą wytrwale piszę, i która znalazła już swojego wydawcę.

Polska od jakiegoś czasu wydaje mi się nieznośnie homogeniczna w porównaniu z miejscem, w którym teraz żyję. Brak śniadych, czarnych, oliwkowych twarzy; kwiecistych sukien przybyszów z innych kontynentów, hidżabów, turbanów; siwe kobiety farbują w Polsce włosy z uporem maniaka, mamy mają po dwadzieścia lat mniej, niż tutaj, i wydaje się, że elegancję stawiają wyżej, niż wygodę, w przeciwieństwie do uporczywie sportowo ubranych zachodnio-europejczyków. Tu, gdzie żyję, moje lekarki się nie malują, niemal nikt oprócz kosmetyczek nie nosi tipsów, a na ulicy nie wzbudzam zainteresowania piercingiem i tatuażami, w przeciwieństwie do sytuacji w mojej rodzinnej miejscowości („no wiesz, tu nikt nie wygląda tak jak ty”; „mamo zobacz, ta pani ma kolorowe włosy!”) Są to jednak wyłącznie moje subiektywne wrażenia, wynikające zapewnie z niezgody na „Polskę dla Polaków”, rozczarowania i goryczy, że moja ojczyzna się zamyka – zamiast otwierać.

Nie wiem, jak przeżyłam trzy tygodnie bardzo napiętej atmosfery, z dwojgiem przewlekle chorych rodziców, z których jedno złamało sobie w trakcie mojego pobytu rękę i wymagało operacji; usiłowałam dostosować się do rytmu i nawyków dawnego domu, które stały się tak odległe od mojego stylu życia. Skutecznie zablokowałam więc wszystkie emocje, zmieniając się w usłużną maszynę do pomocy, przy okazji mediującą, wspierającą i empatyczną, mimo gwałtownie rosnącego poziomu agresji jednego z rodziców. Okazało się jednak, że to skutek uboczny leków, jakie zażywa. Współczuję, bo jestem w stanie to zrozumieć – bywałam „nie sobą” na lekach psychiatrycznych. Gdy wróciłam do siebie po trzech tygodniach, był to powrót do znanych miejsc i ludzi, ale nie prawdziwy powrót do siebie: moje emocje wciąż były zablokowane i kontakt z nimi umożliwiało mi wyłącznie oglądanie piłkarskich rozgrywek Euro. Aż dotarliśmy do kolejnej sesji terapeutycznej. Wylało się ze mnie morze łez, z napięcia i żalu.

Później nastąpiła seria fantastycznych zdarzeń, czyli rozmowa z wydawcą, dwa wernisaże i oprowadzanie po trzeciej wystawie, w której brałam udział. Jak tu unikać emocji w takiej sytuacji? Jak chronić się przed nadmiarem przeżyć, w tym i tych pozytywnych? Nadal nie potrafię tego robić. Kończyłam więc dni w głębokiej depresji, na ogromnym zmęczeniu; potrafiłam zasnąć popołudniu po czterech kawach, a po przebudzeniu wypić redbulla, by móc dalej funkcjonować. Na wydarzeniach artystycznych rozdawałam uśmiechy i pozowałam do zdjęć, po to, by po powrocie nie mieć siły się odzywać czy nie być w stanie przygotować sobie kolacji. Dysregulacja emocji – czuję albo wszystko, albo nic.

Fakt, że – z różnych względów – moi przyjaciele nie towarzyszyli mi w trakcie tych ważnych dla mnie wydarzeń uderzył boleśnie w samo serce borderline: odrzucenie, opuszczenie, samotność; dla nikogo nie jestem ważna, nikt mnie nie lubi, wszyscy mają mnie gdzieś lub dość. Bardzo to przeżyłam. Zaczęłam, jak typowy borderlinowiec, myśleć w kategoriach czarno-białych: „prawdziwi przyjaciele” versus „ludzie, którym na mnie w ogóle nie zależy, więc powinnam uciąć z nimi kontakt”. Złapałam się z pomocą męża na tym pogłębiającym przecież moją samotność mechanizmie. Dziś oprowadzam więc po wystawie jednego przyjaciela, w czwartek – drugiego.

Powoli oswajam się ze sobą i ze światem. Wracam do siebie, do swojego wewnętrznego domu. Nie zawsze mi się on podoba, lecz jest jedynym, jaki mam.

I came back from a three-week stay in Poland, hence my long silence. I experienced almost no symptoms, even though the situation was demanding and „dynamic”. Three short derealizations, trouble sleeping; this is how much I can bare without much effort. After my return, I just ran out of words; maybe it was because they are all now in a new book, which I am writing with persistence and which has already found its publisher.

For some time now, Poland has seemed unbearably homogeneous to me compared to the place where I live now. No black or olive faces; flowery dresses of visitors from other continents, hijabs, turbans; gray-haired women in Poland dye their hair with the stubbornness of a maniac, mothers are twenty years younger than here, and it seems that they put elegance above comfort, in contrast to the casually dressed people here. Here, where I live, my female doctors do not wear makeup, almost nobody except beauticians wears tips, and on the street I do not arouse interest in piercings and tattoos, unlike in my hometown („you know, nobody looks like you here” ;

„Mom, look, this lady has colorful hair!”) However, these are only my subjective impressions, probably resulting from the disagreement with „Poland for Poles”, disappointment and bitterness that my homeland is closing – instead of opening.

I still don’t know how I survived three weeks of a very tense atmosphere, with two chronically ill parents, one of whom broke his arm during my stay and required surgery; I tried to adjust to the rhythm and habits of my old home that had become so distant from my lifestyle. So I successfully blocked all emotions, turning into a helpful machine of support, good and empathetic at the same time, despite the rapidly growing level of aggression of one of the parents. It turned out, however, that it was a side effect of the medications she was taking. I feel sorry because I can understand it – I was „not myself” on psychiatric drugs. When I came back after three weeks, it was a return to familiar places and people, but not a real return to myself: my emotions were still blocked and I was able to contact them only while watching Euro football games. Until we got to the next therapy session. A sea of ​​tears spilled out of me, from tension and regret.

Later, there was a series of fantastic events, i.e. an interview with the publisher, two openings of new wxhibitions and a tour of the third exhibition in which I participated. How to avoid emotions in such a situation? How to protect yourself from the excess of experiences, including positive ones? I still can’t do this. So I ended my days deeply depressed and exhausted; I was able to fall asleep in the afternoon after four coffees, and after waking up, drink Redbull to be able to continue functioning. At artistic events, I handed out smiles and posed to photos, only to return home exhausted, not having the strength to speak or not being able to prepare dinner for myself. Emotional dysregulation – I feel either all or nothing.

The fact that – for various reasons – my friends did not accompany me during these important events for me, hit the very heart of borderline painfully: rejection, abandonment, loneliness; I’m not important to anyone, nobody likes me, no one cares or everyone is sick of me. I started to think in black and white terms like a typical borderliner: „true friends” versus „people who don’t care about me at all, so I should cut contact with them.” With my husband’s help, I caught myself on this mechanism, which after all, deepened my loneliness. So today I’m showing one friend around the exhibition, and on Thursday – the other one.

I am slowly getting used to myself and the world. I’m going back to myself, to my inner home. I don’t always like it, but it is the only one I have.

nie martw się / don’t worry

(ENG. below) Ach, jaki cudowny dzień przeżyłam wczoraj. Na placu w centrum miasta, w którym mieszkam, otwarto wystawę plakatów artystów żyjących z diagnozą psychiatryczną. Znalazła się na niej także moja praca. Wystawa nie jest duża, ale obrazy – niesamowicie zróżnicowane, bo każdy z twórców ma swój niepowtarzalny styl.

Przez pandemię zapomniałam już, że potrafię być zwierzęciem społecznym. Że cieszą mnie small talks, uśmiechy, pozowanie do zdjęć, rozmowy z przyjaciółmi, którzy przyszli na otwarcie, chwila małej „chwały” i „popularności”. To moja pierwsza wystawa w samym centrum stolicy, na zewnątrz, ogólnie dostępna. Może ją zobaczyć każdy, kto wraca z pracy transportem publicznym –  po prostu nie da się na nią nie natknąć.

Oczywiście, jeśli jesteś osobą cierpiącą na dysregulację emocji, takie wydarzenia nie pozostają bez echa w twoim mózgu. W noc poprzedzającą otwarcie nie mogłam zasnąć z ekscytacji i poruszenia. W noc po wystawie – podobnie. Pomagałam sobie tabletkami nasennymi, które jednak nie do końca potrafiły pomóc mi wyhamować. Popełniłam też podręcznikowy błąd, wypijając cztery łyki piwa z myślą, że może pomoże mi zasnąć. Poranek następnego dnia był naprawdę bardzo ciężki.

Na szczęście mała dawka Abilify (Aripiprazol), którą zażywam od tygodnia, skutecznie blokuje objawy psychotyczne. Mimo wielu emocji udało mi się więc nie zdysocjować ani nie zderealizować. Ten lek powoduje jednak, że waham się pomiędzy pobudzeniem a zmęczeniem, ale zgadzam się na to z uwagi na brak symptomów psychotycznych.

Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość z wczoraj: mój obraz znajdzie się na okładce katalogu kolejnej wystawy i na zaproszeniach wysyłanych do tysiąca potencjalnych odwiedzających. I znów – wielka radość. I znów – obawa, że stanę się zbyt nakręcona i pojawią się objawy manii. Lecz jednocześnie – medytacyjne przypomnienie: podobnie jak trudne emocje, i te cudowne przemijają, bo taka jest ich „falowa natura”. Nie ma więc co martwić się na zapas.

(ENG.) Ah, what a wonderful day it was yesterday. An exhibition of posters by artists living with a psychiatric diagnosis has opened on the square in the center of the city where I live. It also includes my work. The exhibition is not large, but the paintings – incredibly diverse, because each of the creators has their own unique style.

Due to the pandemic, I have forgotten that I can be a social animal. That I enjoy small talks, smiles, posing for photos, chatting with friends who came to the opening, a moment of little „glory” and „popularity”. This is my first exhibition in the very center of the capital, outside and open to the public. It can be seen by anyone who returns from work by public transport – it is simply impossible not to come across it.

Of course, if you are an emotionally disturbed person, such events do not go unnoticed in your brain. The night before the opening I couldn’t sleep because of excitement. On the night after the exhibition – similarly. I was helping myself with sleeping pills, which, however, were not quite able to help me slow down. I also made a textbook mistake of drinking four sips of beer thinking it might help me sleep. The next morning was really hard.

Fortunately, the small dose of Abilify (Aripiprazole) I’ve been taking for a week has been effective in blocking my psychotic symptoms. So despite many emotions, I managed not to dissociate. This medication, however, causes me to swing between agitation and fatigue, but I agree to it due to the lack of psychotic symptoms.

Finally, one more good news from yesterday: my painting will be on the cover of the catalog of the next exhibition and on invitations sent to 1,000 potential visitors. And again – great joy. And again, fear of getting too turned on and beginning of manic symptoms. But at the same time – a meditative reminder: just like difficult emotions, these wonderful ones pass, because this is their „wave nature”. So there is no need to worry in advance.

jedyna dostępna rzeczywistość / the only available reality

(ENG.below) Wczoraj przez cały dzień leżałam w łóżku z wysoką gorączką i bólem całego ciała – uroki drugiej dawki szczepienia na Covid. Miałam opartą na doświadczeniu nadzieję, że dolegliwości fizyczne wysuną się na pierwszy plan i nie będę cierpieć psychicznie. Tym razem się pomyliłam.

Obsesyjne myśli przychodzą najpierw powoli, a z czasem nie da się od nich opędzić. Nie potrafię skupić się na niczym innym, tylko na nich. Próbuję je hamować, blokować, zwalczać, potem – z drugiej strony – akceptować, przepuszczać, pozwalać im przepłynąć, lecz ich strumień staje się tylko szerszy i silniejszy. Nieważne, czego dotyczą; ważne, że po jakimś czasie jestem nimi i próbami radzenia sobie z nimi wycieńczona. Potem przychodzi lęk, że moje życie (znów) wymyka mi się spod kontroli; za nim maszeruje poczucie winy, a stąd już niedaleko do myśli o przyniesieniu sobie ulgi w sposób dramatyczny lub ostateczny. Żadne strategie nie łamią tego obsesyjnego kołowrotka. Nawet wyobrażanie sobie, że obsesja to smok, a ja jestem małym rycerzem, który próbuje go zabić. Smok jest pięć razy ode mnie większy. I jest niemal pewne, że mnie zje.

W końcu pomógł Lorezepam, który przerwał zaklęty krąg i pozwolił mi na chwilę odpocząć. Poprosiłam też męża, żeby swoją obecnością obok mnie pomógł mi się ugruntować w miejsce biegania w kółko po własnej głowie. Pomogło. Widok ulubionej twarzy, mocny uchwyt dłoni, zawrócenie do tu i teraz. Napisałam też do przyjaciela. Odpisał: to nasza ulubiona strategia, prawda? Biczować się za przeszłość, kiedy teraźniejszość i tak nieźle kopie nas w tyłek.

Ruminacje (obsesyjne myśli) często dotyczą właśnie przeszłości: mogłam zrobić tak, mogłam zrobić inaczej, dlaczego postąpiłam tak, a co by było gdybym, i tak dalej. Uwięzieni we własnym umyśle, prześladowani przez wybory, na które absolutnie nie mamy już wpływu, dręczeni przez duchy przeszłości obwiniamy siebie za to, że właśnie tak się czujemy, zamiast być tu i teraz, w rzeczywistości, która może nie jest dla nas łagodna i czuła, ale jest jedyną dostępną rzeczywistością, jaką mamy.

(ENG.) Yesterday I was lying in bed all day with a high fever and pain all over my body – the charms of the second dose of the Covid vaccination. I had hoped, based on experience, that my physical ailments would come to the fore and that I would not suffer mentally. This time I was wrong.

Obsessive thoughts come slowly at first, and over time, you can’t shake them off. You can’t focus on anything else. I try to inhibit them, block them, fight them, then – on the other hand – accept them, let them pass, let them flow, but their stream only becomes wider and stronger. No matter what they concern; it is important that after some time I am exhausted by trying to deal with them. Then comes the fear that my life is (again) getting out of control; guilt marches behind it, and hence it is not far to the thought of bringing yourself a dramatic or ultimate relief. No strategies break this obsessive reel. Even imagining that the obsession is a dragon and I’m a little knight trying to kill him. The dragon is at least five times bigger than me. And it is almost certain that he will eat me.

Lorezepam finally helped, breaking the vicious circle and allowing me to rest for a while. I also asked my husband to help me ground myself by his presence next to me, instead of running in circles in my own head. It helped. The sight of your favorite face, a firm grip on your hand, a return to the here and now. I also wrote to a friend. He replied: this is our favorite strategy, right? Torment yourself for the past, when the present is kicking us in the ass anyway.

Rumination (obsessive thoughts) is often about the past: I could have done this, I could have done differently, why I did this and what if I did something else, and so on. Trapped in our own mind, haunted by choices that we have absolutely no influence on, tormented by ghosts of the past, we blame ourselves for making us feel this way, instead of being here and now, in a reality that may not be gentle and affectionate to us but it is the only reality we have available.

staraj się bardziej / try harder

(ENG.below) Uspokoiło się. Wczoraj brak symptomów, za to słabość fizyczna, która skończyła się kilkoma godzinami spędzonymi w łóżku. Mam hipotezę, że moje ciało dostało sygnał: już nie musisz walczyć, możesz odpocząć.

Oczywiście, odpoczynek nie jest moją mocną stroną. Z godziny na godzinę frustrowałam się coraz bardziej, ponieważ moje oczekiwania dotyczące tego, jak mogłoby i powinno być różniły się diametralnie od tego, jak jest. Znane od zarania dziejów „powinnaś coś robić”, „bądź produktywna”, „nie marnuj czasu”, a na nich narastające wtórne przekonania „powinnaś już dac sobie spokój z tymi nakazami”, „przecież miałaś akceptować rzeczywistość taką, jaka jest”, „no co, to ta medytacja w końcu ci nie pomaga, prawda?” Wewnętrzny Krytyk ma się jak pączek w maśle, a ja znajduję się w samym środku kołowrotku emocji i przekonań.

Dawno temu, kiedy byłam zdrowa, prowadziłam warsztaty pracy z Wewnętrznym Krytykiem. Uczyłam tego, że można jego głos „wyciszyć”, będąc empatyczną dla siebie i wyłuskując z jego bezustannego krytycznego bełkotu ziarna prawdy. Próbuję zastosować do siebie własne nauki sprzed lat, ale wychodzi mi to średnio. Wiem bowiem, że krytyczny głos we mnie ma nuklearną broń, którą lubi stosować, a po której niewiele odżywczych składników zostaje wewnątrz mnie: „jesteś zepsuta bo jesteś chora”.

Nie jest więc łatwo, ale usiłuję negocjować: tak, jestem chora, ale się staram. Nie dość się starasz, odparowuje Krytyk. Mam prawo do słabości, mówię ja. Ale ileż można! – mówi on. Komunikat „staraj się bardziej” nie ma końca. Zawsze przecież można starać się bardziej, i nigdy nie dość się starać.

Uruchamiam więc medytacyjną radykalną akceptację. Próbuję nią objąć również Krytyka. Zamiera ze zdumienia, bo przecież był przygotowany na wymianę ognia.

A tu – niespodzianka.

It calmed down. Yesterday – no symptoms, but a physical weakness that ended with several hours in bed. My hypothesis is that my body got the signal: you don’t have to fight anymore, you can rest.

Of course, rest is not my forte. Hour by hour I became more and more frustrated because my expectations of how it could and should be were diametrically different from what it is. Known since the dawn of time, „you should do something”, „be productive”, „don’t waste your time”, and on them growing secondary beliefs „you should give up on these dictates”, „after all, you were supposed to accept reality as it is”, ” what, this meditation doesn’t help you after all, right? ” The Inner Critic feel great, and I am right in the middle of the spinning wheel of emotions and beliefs.

A long time ago, when I was healthy, I conducted workshops concerning the Inner Critic. I taught that you could “mute” his voice by being empathetic to yourself and extracting a grain of truth from his constant critical gibberish. I try to apply my own teachings from years ago, but it doesn’t seem to work well. For I know that the critical voice within me has a nuclear weapon that he likes to use, that leaves little nutrients inside of me: „you are broken because you are sick.”

So it’s not easy, but I try to negotiate: yes, I’m sick, but I’m trying. You’re not trying enough, says the Critic. I have a right to weakness, I say. But how can you be weak so often! – he says. The message „try harder” is endless. You can always try harder, and never try enough.

So I activate meditative radical acceptance. I am trying to extend it to the Critic as well. He freezes in amazement, because he was prepared for a firefight.

And here – a surprise.

cholernie trudne / damn hard

(ENG.below) Chciałabym być mówcą motywacyjnym. Albo chociaż napisać książkę o tym, jak „zarządzać swoją chorobą” i „złapać równowagę” (taka książka o dwubiegunówce została wydana w Polsce – i całkowicie mnie zdemotywowała, bo wyszło na to, że autor doskonale sobie radzi, a ja wprost przeciwnie). Lub może niech ktoś przeprowadzi ze mną wywiad o tym, że mimo choroby można mieć fajną pracę i projekty…Ups, zapomniałam, że nie mam pracy, a projekty zależą od tego, jak się aktualnie czuję. A czuję się tak, że w zeszłym tygodniu nie zjawiłam się w atelier, a temat książki jest dla mnie tak ciężki, że przez ostatnie trzy dni nie napisałam ani zdania.  

Piszę to wszystko z miejsca frustracji i rozczarowania, bo czuję, że znów tonę. Wynurzam się na kilka godzin dziennie, maszeruję na wycieczce, uśmiecham się, jest dobrze, po czym nagle i bez przyczyny znowu chcę umierać, chcę się pociąć, chcę poddać się eutanazji bo tak mnie wszystko nieznośnie boli wewnątrz. Nie potrafię wyjść z siebie i stanąć obok, nie potrafię sięgnąć do spokojnego centrum w medytacji, nie potrafię się ukoić. Codziennie dostaję cios w twarz i czuję się już jak bokser po dwunastu rundach. A to dopiero tydzień takich intensywnych objawów.

Przyjaciółka doradza: idź do kliniki. Chryste, przecież dwa miesiące temu stamtąd wróciłam! Nie chcę tam zamieszkać na stałe. Zaciskam zęby i myślę sobie: dobra, powoli, dzień po dniu. Żadnych oczekiwań, żadnych planów, żadnych „jak mogłoby być” czy „jak powinno”. Życie z momentu na moment. Nie przywiązywanie się do niczego, bo wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Rano jestem sobą, popołudniu zwiniętą w kłębek istotą planującą własną śmierć, wieczorem znów sobą, następnego ranka roztrzęsioną galaretą, popołudniu zderealizowaną osobą niepewną tego gdzie jest i kim jest, a wieczorem już mnie nie ma bo zażyłam tyle leków, by dać się powalić i mieć spokój.

Za dwa tygodnie mam w końcu, po wielu miesiącach przerwy, zobaczyć rodziców. Zrobię absolutnie wszystko, żeby to się wydarzyło. Pójdę na nogach do Jerozolimy, wpłacę na kościół zielonoświątkowców, wystawię ołtarz bogini Shakti i pomodlę się do matki boskiej albo latającego potwora spaghetti. Wiem, miałam się nie przywiązywać. Wiem – dzień po dniu.

Tylko dlaczego to jest tak cholernie trudne.

(ENG.) I would like to be a motivational speaker. Or at least write a book on how to „manage your illness” and „catch your balance” (such a book about bipolar disorder was published in Poland – and it completely demotivated me, because it turned out that the author is doing very well, and I am quite the opposite). Or maybe someone would interview me about the fact that despite my illness I can have a nice job and interesting projects … Whoops, I forgot that I have no job and the projects depend on how I feel at the moment. I didn’t show up at the atelier last week and the subject of the book is so hard for me that I haven’t written a sentence for the last three days.

I am writing this all out of a place of frustration and disappointment because I feel like drowning again. I emerge for a few hours a day, march on a trip, smile, it is fine, then suddenly and for no reason I want to die again, I want to cut myself, I want to undergo euthanasia because everything hurts so unbearably inside me. I cannot go out of myself and stand next to me, I cannot reach the calm center in meditation, I cannot soothe myself. I get a punch in the face every day and feel like a boxer after twelve rounds. And this is only a week of such intense symptoms.

A friend advises: go to the clinic. Christ, I got back from there two months ago! I don’t want to live there permanently. I grit my teeth and think to myself: okay, slowly, day after day. No expectations, no plans, no „as it could be” or „as it should be.” Living moment by moment. Not getting attached to anything, because everything changes like a kaleidoscope. In the morning I am myself, in the afternoon a curled creature planning her own death, in the evening I am again myself, the next morning I’m an anxious jelly, in the afternoon I am a deeralized person unsure of where she is and who she is, and in the evening I am gone because I have taken enough medication to get knocked down and have a peaceful sleep.

In two weeks, after many months of break, I am finally going to see my parents. I’ll do absolutely anything to make it happen. I will walk to Jerusalem, donate to a Pentecostal church, build an altar to the goddess Shakti, and pray to the mother Mary or a flying spaghetti monster. I know, I was not supposed to get attached. I know – day after day.

Just why is it so damn hard.

duszno, ciasno / stuffy, tight

(ENG.below)

Ostatnie trzy dni upłynęły pod znakiem symptomów psychotycznych – derealizacji, depersonalizacji i urojeń paranoidalnych. Mówię coś do kogoś, a nagle nabieram wątpliwości – czy to na pewno ja mówię? Kto to mówi? Czy ja właśnie to chcę powiedzieć? Mąż patrzy na mnie jakoś niepewnie, mówi do mnie powoli – ja robię wielkie oczy; czy mój mąż to na pewno wciąż mój mąż?…Wracam z terapii – w gabinecie wszystko ze mną w porządku, zaczyna się na przystanku autobusowym: wszyscy na mnie patrzą, przyglądają mi się, to nie przypadkowi ludzie, to podstawieni aktorzy, coś tu się szykuje, coś się kręci. W autobusie biorę lek antypsychotyczny i z wykrzywioną przerażeniem oraz wysiłkiem związanym z pomieszczeniem w sobie tego przerażenia twarzą docieram do domu.

Dlaczego te ataki – akurat teraz? Skąd, po co?…

Mój psychiatra nalega, żeby NIE rozpoczynała brania nowego antypsychotyka, tylko próbowała notować to, co konkretnie poprzedza atak. Świadoma konstelacji pewnych czynników mogłabym, być może, atakom zapobiec. Tymczasem jedyna korelacja jaką widzę to rozpoczęcie pisania książki. W trzy dni napisałam 12 stron, z których większość była bolesną podróżą w przeszłość. Kiedy piszę, mam wrażenie, że jestem tylko maszyną do pisania; gotowe zdania wychodzą z mojej głowy poprzez dłonie na klawiaturze. Nie czuję absolutnie nic – jestem pisaniem; książka pisze się sama. Mój lekarz podejrzewa, że w trakcie pisania czuję całe mnóstwo emocji, tylko nie docierają one do świadomości. Gdy kończę pisać – cała ta sfora, od wściekłości przez wstyd i żal aż do poczucia winy – dopada mnie, a że nie potrafię jej pomieścić, uciekam w dysocjację. I nie czuję już nic oprócz psychotycznego strachu, bo rzeczywistość staje się dziwaczna i pokręcona. Nagle moje mieszkanie wydaje mi się za ciasne, chcę wymienić wszystkie moje ubrania, chcę zdjąć skórę z mojej twarzy. Duszno, duszno, ciasno.

Wczoraj zepsuł mi się komputer, więc nie mogłam pisać.

Nie uratowało mnie to jednak przed atakiem psychozy.

Chcę pisać dalej, chcę napisać tę książkę. Lecz na razie to książka pisze mnie.

(ENG.) The last three days have been marked by psychotic symptoms – derealization, depersonalization and paranoid delusions. I am saying something to someone and suddenly I have doubts – is it really me? Who is it saying? Is that what I wanted to say? My husband looks at me uncertainly, talks to me slowly – my eyes are wide. I’m coming back from therapy – everything is fine with me in the therapy room, but something begins at the bus stop: everyone is looking at me, they are watching me, they are not random people, they are substitute actors, something is getting ready here, something is spinning. On the bus, I take an antipsychotic medication, and with distorted my face distorted with terror and the effort to contain that terror within myself, I reach my home.

Why these attacks – right now? Where from, what for? …

My psychiatrist urges me NOT to start taking a new antipsychotic, but to try to note down what exactly precedes the attack. Being aware of the constellation of certain factors, I could, perhaps, prevent attacks. Meanwhile, the only correlation I see is when I start writing a book. In three days, I wrote 12 pages, most of which were a painful journey into the past. When I write, I have the feeling that I am just a typewriter; the finished sentences come out of my head through my hands on the keyboard. I feel absolutely nothing – I AM the writing; the book writes itself. My doctor suspects that I feel a whole lot of emotions while writing, but they don’t reach my consciousness. When I finish writing – this whole pack, from rage to shame and regret to guilt – gets me, and because I can’t contain it, I run away into dissociation. And I feel nothing but psychotic fear anymore because reality gets weird and twisted. Suddenly my apartment seems too cramped, I want to replace all my clothes, I want to remove the skin from my face. Stuffy, stuffy, tight.

Yesterday my computer broke down so I couldn’t write.

However, this did not save me from an attack of psychosis.

I want to keep writing, I want to write this book. But for now, this book is writing me.