pusto / empty

(ENG.below) Skończyły się przesłuchania, spotkania, gale, wystawy…mój psychiatra zapowiadał mi już w zeszłym tygodniu, że na ile mnie zna, pustka po tych wydarzeniach będzie dla mnie większym stresorem niż cały ten wymagający maraton. Od kilku dni jestem niestabilna. Mam momenty, w których odpływam od rzeczywistości; nie jestem pewna, co się dzieje naprawdę, a co jest tylko iluzją. Miewam stany urojeniowe, które na szczęście nie rozwijają się w pełny atak psychotyczny. Dochodzą do tego fazy niepokoju; codziennie biorę Lorazepam. Kilka godzin w ciągu dnia funkcjonuję zwyczajnie, idę na spacer, jadę na wycieczkę…jednak na moich zdjęciach nie widać, że – by być w stanie wyjść z domu bez drgawek lękowych – wzięłam już jedną tabletkę na uspokojenie, a lek antypsychotyczny mam w plecaku. Urojenia nie wybierają sobie bowiem okoliczności.

Kończę pisanie książki, która ma się ukazać w przyszłym roku. Dziś poprawiałam ją po raz czwarty. Nie wiem, czy usiłuję dążyć do jakiegoś idealnego, nieistniejącego rezultatu, zamiast pamiętać, że książka to tylko pewna fotografia zrobiona w danym momencie w czasie, i wystarczy że będzie dostatecznie dobra. Może za rok napisałabym ją inaczej, może nawet i lepiej; lecz w tej chwili jest w porządku w takiej a nie innej formie. Za kilka dni przecież i tak będę musiała się z nią rozstać, wysyłając ją wydawnictwu. To trochę jak z rysowaniem – trzeba wiedzieć, poczuć, kiedy rysunek jest skończony. Ta książka jakoś mimo wszystko nie chce się…zakończyć. Być może najzwyczajniej w świecie ciężko mi się z nią rozstać, bo od kilku miesięcy zapewniała mi kilka godzin aktywności tygodniowo? Boję się tego, jaka luka we mnie pozostanie, gdy ją w końcu wyślę. Oczywiście, później będzie korekta, wybór ilustracji, okładki, i tak dalej…sama próbuję się tymi myślami uspokajać. Lęk przed pustką wydaje się jednak większy. Znam ten lęk i znam tę pustkę. Budują napięcie, które ciężko rozładować.

Przez najbliższy czas będę więc musiała zająć się sobą jak najlepszy rodzic z możliwych. Może pobawimy się w…wakacje? Odpoczywamy, robimy to, co nam sprawia przyjemność, oddychamy, spacerujemy, pływamy, rozmawiamy z przyjaciółmi.

Wewnętrzny Krytyk: pustka i tak cię dopadnie, nie dasz rady.

Opiekuńczy Rodzic: ona zawsze daje sobie radę.

The auditions, meetings, galas, exhibitions are over…my psychiatrist already announced to me last week that as far as he knows me, the void after these events will be a bigger stressor for me than all this demanding marathon. I have been unstable for the past few days. I have moments where I drift away from reality; I am not sure what is really happening and what is just an illusion. I have delusional states which, fortunately, do not develop into full psychotic attacks. There are also phases of anxiety; I take Lorazepam daily. I function normally for a few hours during the day, I go for a walk, I go on a trip… but what you don’t see in my photos is that, in order to be able to leave the house without having anxiety attacks, I have already taken a tranquilliser and I have an antipsychotic in my backpack. Because delusions can come in any circumstances.

I am finishing writing a book to be published next year. Today I revised it for the fourth time. I don’t know if I am trying to strive for some perfect, non-existent result, instead of remembering that a book is just a certain photograph taken at a certain moment in time, and all it needs is to be good enough. Maybe in a year’s time I would have written it differently, maybe even better; but at the moment it is fine in this form and not another. In a few days’ time I’ll have to part with it anyway, sending it off to the publisher. It’s a bit like drawing – you have to know and feel when the drawing is finished. This book somehow doesn’t want to…end. Maybe it’s just hard for me to part with it, because it has provided me with several hours of activity a week for several months? I am afraid of what gap will be left in me when I finally send it away. Of course, then there will be the proofreading, the choice of illustrations, the cover, and so on…I try to reassure myself with these thoughts. The fear of emptiness, however, seems greater. I know that fear and I know that emptiness. They build up a tension that is hard to relieve.

So for the next little while, I’m going to have to take care of myself like the best parent possible. How about we play…holiday? We relax, do what makes us happy, breathe, walk, swim, talk to friends.

Inner Critic: the emptiness will get you anyway, you won’t cope.

Caring Parent: she always copes.

misja / a mission

(ENG.below) Zakończyły się grupowe przesłuchania do mojej sztuki teatralnej. Kosztowały mnie dużo energii – i żalu. Odkryłam, że stereotypy na temat osób psychicznie chorych mają się doskonale. W scenie grupowej, gdy aktorzy mają odgrywać pacjentów kliniki psychiatrycznej, zachowują się doprawdy kuriozalnie; zaśmiewają się bez sensu, drapią, wiercą, wiją, mówią podniesionym głosem. Tymczasem pośród kilkuset osób, jakie poznałam w klinikach psychiatrycznych może kilkanaście mogłoby zachowywać się w tej sposób – i to wyłącznie na oddziale interwencyjnym. Większość z nas próbuje przetrwać w głębokiej depresji, otoczona przez intruzywne myśli samobójcze, załamana – bo znów się nie udało tam, „na zewnątrz”, bo się pocięłam, bo połknąłem za dużo tabletek, bo napisałam już list pożegnalny, bo upiłam się tak, że upadając na podłogę zmiażdżyłam sobie twarz, bo potrzebuję odwyku. Jesteśmy głównie spokojni i przygnębieni. Oczywiście zdarzają się też „kolorowi” pacjenci, Jezus, Mahomet, dlaczego podają mi leki, jestem przecież zupełnie zdrowy; maszty telekomunikacyjne wpływają na moje myśli; to spisek tutaj, w klinice, a ze mną wszystko jest w porządku; wypuśćcie mnie do domu…Jest ich jednak zdecydowana mniejszość. Być może wynika to z tego, że depresja wciąż trzyma się mocno i stanowi najczęstszą przyczynę poszukiwania pomocy – i hospitalizacji. Pacjenci maniakalni nie zamkną się przecież w szpitalu, bo są w najcudowniejszym okresie swojego życia. A psychotyczni – nie wiedzą, że są psychotyczni.

Ustaliliśmy z teatralną ekipą produkcyjną, że próby zaczniemy od spotkania ze mną. Chcę powiedzieć aktorom: zapomnijcie o wszelkich wyobrażeniach, jakie macie na temat chorych psychicznie. Zamiast tego spójrzcie na mnie. Czy zgadlibyście, że jestem chora? Wkrótce zagracie w mojej sztuce, która podobno jest wciągająca i dość niezwykła. Możecie, między próbami, wpaść na wystawę moich obrazów. W przyszłym roku ma ukazać się moja książka. Robię to wszystko POMIMO choroby, WŚRÓD choroby, Z chorobą. I co wy na to?

Jestem przejęta tym spotkaniem. Mam jednak nieśmiałe poczucie misji – zmieniać stereotypy dotyczące chorób i chorych psychicznie, poczynając od grupy teatralnej a na publiczności skończywszy.

Zobaczymy, jak mi pójdzie.

The group auditions for my play have ended. They cost me a lot of energy – and grief. I discovered that stereotypes about mentally ill people are perfectly common. In the group scene, when the actors are supposed to play the patients of a psychiatric clinic, they behave in a truly bizarre way; they laugh without any sense, scratch, squirm, wriggle and speak in a raised voice. However, among the several hundred people I have met in psychiatric clinics, maybe a dozen could behave in this way – and mostly only in the acute ward. The majority of us are trying to survive in deep depression, surrounded by intrusive suicidal thoughts, broken down – because we failed again out there, „outside”, because I cut myself, because I swallowed too many pills, because I already wrote a goodbye letter, because I got so drunk that I crushed my face when I fell on the floor, because I need rehab. We are mostly quiet and depressed. Of course, there are also „coloured” patients, Jesus, Mohammed, why are they giving me drugs, I’m perfectly healthy after all; the telecommunication masts are affecting my thoughts; it’s a conspiracy here in the clinic, and everything is fine with me; let me go home…But there is a definite minority of them. Perhaps this is because depression still holds firm and is the most common reason for seeking help – and hospitalisation. Manic patients, after all, will not lock themselves in hospital because they are in the most wonderful time of their lives. And psychotic ones – they don’t know they’re psychotic.

We agreed with the theatrical production team that rehearsals would begin with a meeting with me. I want to say to the actors: forget any ideas you have about the mentally ill. Instead, look at me. Would you have guessed that I am ill? You are about to star in my play, which is said to be engaging and quite unusual. You can, between rehearsals, drop in to see an exhibition of my paintings. My book is due to be published next year. I’m doing all this IN SPITE of the illness, WITH the illness, AMONG the symptoms. And what do you think about it now?

I am excited – and concerned – about this meeting. But I have a tentative sense of mission – to change stereotypes about illness and the mentally ill, starting with a theatre group and ending with the audience.

We’ll see how it goes.

sprzedam mózg / brain for sale

(ENG.below) Jestem sobą – nie jestem sobą. Jestem – nie ma mnie. Jestem jakaś, za chwilę zupełnie inna. Mówię głośno – ledwo mówię. Pływam – nie mam siły chodzić. Bryluję w towarzystwie – planuję samobójstwo. Wszystko to nie w przeciągu tygodni, nie dni…ale godzin.

Chcę zapuścić włosy – chcę obciąć włosy. Chcę wyjść z domu – nie mam siły wyjść z domu. Wiem, że rysowanie mi pomoże – nie mam siły sięgnąć po flamaster. Wskakuję do zimnej rzeki – trzy godziny później zalewam się łzami. Próbuję robić ćwiczenia oddechowe – jestem smutna, że oddychanie jest automatyczne. Cieszę się ogromnie, uśmiecham całą sobą, pozuję do zdjęć – dwie godziny później chcę skoczyć z balkonu.

Nie wiem już, która ja to ja. Czy w ogóle jest jakaś ja? Gdzie moje sedno, ziarno mnie? Dlaczego tak się męczę, tak mną szarpie, tak mną miota; moja łódeczka podczas sztormu, canoe mojego ciała z trudem unosi się na falach, lecz mimo wszystko wciąż nie tonie. Nie wczoraj, nie dziś, a więc może i nie jutro?…

Ultraszybka zmiana faz, ta przeklęta odmiana choroby dwubiegunowej. Dysregulacja emocji, ten powykrzywiany, połamany mózg, który najchętniej sprzedałabym do lombardu; może znalazłby się kolekcjoner zepsutych mózgów, a ja dostałabym w końcu rentę i mogła sobie kupić nowy. Lśniący, kolorowy, niezawodny mózg.

I znów chce mi się płakać, głównie nad sobą. Cierpienie ma wiele twarzy, podobnie jak szczęście, za którym w moim życiu drepta nieubłaganie nieszczęście; podobnie jak wysiłek, którego nie widzi nikt poza moim wiernym mężem, pytającym co chwilę „jak mogę ci pomóc? co mogę dla ciebie zrobić? czego teraz potrzebujesz?”

Nie wiem, ja nie wiem. Za chwilę przecież mogę potrzebować czegoś wręcz przeciwnego. Skoro nie czuję ja, nie wiem, co jest w tej sytuacji dla mnie dobre.

A jednak. Szuram jak paralityk i siadam przy biurku, po dwóch Lorazepamach, bo chciałam sobie zrobić krzywdę. Siadam i rysuję.

I jest lepiej.

Na jak długo? Może do wieczora, może do jutra? A może tylko na chwilę.

I am me – I am not me. I am – I am not. I am one version of me, in a moment a completely different one. I speak loudly – I barely speak. I swim – I can’t walk. I am celebrating – I am planning suicide. All this not within weeks, not days…but hours.

I want to grow my hair – I want to cut my hair. I want to leave the house – I don’t have the strength to leave the house. I know drawing will help me – I don’t have the strength to reach for a marker. I jump into a cold river – three hours later I am in tears. I try to do breathing exercises – I am sad that breathing is automatic. I enjoy myself immensely, smile with my whole self, pose for photos – two hours later I want to jump off the balcony.

I don’t know which me is me anymore. Is there any me at all? Where is my core, the seed of me? Why am I so tired, why am I so torn, so tossed about; my boat in the storm, the canoe of my body struggling to float, but still not sinking. Not yesterday, not today, so maybe not tomorrow either….

An ultra-fast change of phases, this cursed type of bipolar disorder. Dysregulation of emotions, this twisted, broken brain that I would love to sell to a pawnshop; maybe there would be a collector of broken brains and I would finally get a pension and be able to buy a new one. A shiny, colourful, reliable brain.

And again I want to cry, mostly over myself. Suffering has many faces, as does happiness, followed inexorably by misery in my life; as does effort, which no one sees except my faithful husband, who asks every now and then „how can I help you? what can I do for you? what do you need right now?”

I don’t know, I don’t know. After all, I may need the opposite in a moment. Since I don’t feel “me”, I don’t know what is right for me in this situation.

And yet. I shuffle like a paralytic and sit down at my desk, after two miligrams of Lorazepam, because I wanted to hurt myself. I sit down and draw.

And it gets better.

For how long? Maybe until tonight, maybe until tomorrow? Or maybe just for a while.

leczący gniew / healing anger

(ENG.below) Dawno nie pisałam – a ściślej, nie pisałam tutaj, bo zajmowałam się głównie właśnie pisaniem. Do początku listopada mam zamiar skończyć książkę, która ukaże się w przyszłym roku, pod na razie roboczym tytułem „Artystka przetrwania. Symptomy i strategie.” Jednocześnie rozpoczęły się przesłuchania do napisanej przeze mnie sztuki, która zostanie wystawiona w marcu, oraz pomagałam w przygotowaniach do wystawy (wernisaż w najbliższą sobotę), w której prezentowane będzie około 20 moich prac.

Oczywiście, gdybym była zdrowa, działałabym pewnie na turbodoładowaniu, ekscytacji i radości. Tymczasem jestem – oprócz momentów, gdy biorę głęboki oddech i dociera do mnie, ile właśnie osiągam – głównie spięta, niespokojna, zmartwiona, przerażona, przejęta; wczoraj nastąpiła wielka kumulacja i odpłynęłam najpierw w atak paniki, a następnie symtomy psychotyczne. Nie wiedziałam, czy jestem w domu (byłam), czy na wernisażu (nadchodzi dopiero), czy mam atak psychotyczny na wernisażu albo na przesłuchaniach i wydaje mi się tylko, że jestem w domu; czy mój mąż jest przy mnie (był), czy to kolejne urojenie, i tak dalej. Wzięłam na noc dużą dawnę Olanzapiny i rano obudziłam się spokojniejsza. Byłam w stanie pojechać powiesić resztę moich prac na wystawowym poddaszu.

Równocześnie zachodzi we mnie ciekawy proces, któremu przyglądamy się z moim psychiatrą z dużym zainteresowaniem. Otóż – przez większość czasu czuję się wkurwiona. To naprawdę duża nowość, bo w moim życiu wkurzałam się dotychczas prawie wyłącznie na siebie. A tu nagle – zwrot akcji. Wkurzam się na przyjaciół, na tak zwanych partnerów biznesowych, znajomych, organizatorów, opiekę społeczną, rząd, psa, inne psy goniące bez smyczy; czego się nie dotknę, tam czuję złość. Z tej złości – w tej złości – podejmuję różne działania, których o dziwo się nie boję, jak do tej pory. Staram się jednocześnie myśleć racjonalnie i dokonywać takich wyborów, których nie będę żałować. Jednak ten przypływ mocy, związany z gniewem, jest…hmm. Energetyzujący!

To naprawdę fajne uczucie.

I haven’t written in a while – or, more accurately, I haven’t written here, because I’ve been mostly just writing. By the beginning of November, I intend to finish my book that will be published next year, under the working title for now, „Survival Artist. Symptoms and Strategies.” At the same time, auditions have begun for a play I’ve written and that will be performed in March, and I’ve been helping to prepare an exhibition (opening this Saturday) that will feature about 20 of my works.

Of course, if I were healthy, I’d probably be operating on turbocharged excitement and joy. In the meantime, I am – apart from moments when I take a deep breath and realise how much I have just achieved – mostly tense, anxious, worried, frightened, preoccupied; yesterday there was a great accumulation and I drifted off first into panic attack and then psychotic symtoms. I didn’t know whether I was at home (I was) or at the opening of the exhibition (it is coming in two days), whether I was having a psychotic attack at the opening or at the auditions and it only seemed to me that I was at home; whether my husband was with me (he was) or whether it was another delusion, and so on. I took a large dose of Olanzapine overnight and woke up calmer in the morning. I was able to go and hang the rest of my works in the exhibition loft.

At the same time, an interesting process is taking place in me which my psychiatrist and I are watching with great interest. Well – most of the time I feel pissed off. This is a really big novelty, because so far in my life I have been pissed off almost exclusively at myself. And then suddenly there’s a twist. I’m pissed off at my friends, at so-called business partners, acquaintances, organisers, social services, government, my dog, other dogs chasing me without a leash; whatever I touch, I feel anger there. Out of this anger – in this anger – I take various actions which, surprisingly, don’t scare me out like before. At the same time, I try to think rationally and make choices that I will definitely not regret. However, this surge of power associated with anger is…hmm. Energising!

And it feels so good.

ocean oddycha / the ocean breathes

(ENG.below) Huśtam się na huśtawce nastrojów, ruch tak bardzo mi znany, a jednak wciąż pobolewa, jak niewygodny ząb. Wczoraj popołudniu – tryb zombie. Leżę w łóżku i gapię się w sufit, tak, jakby stamtąd miał przyjść jakiś przełom. Przychodzą tylko myśli samobójcze. Mąż: weź Lorazepam, tylko się nie zapadaj…Tabletka pomaga. I oczywiście nowa farba do włosów, popielaty blond. Takiego odcienia jeszcze nie miałam…

Mój nastrój nie zmienia się już w ciągu dni, tylko w ciągu godzin. Nie mam pojęcia, jaka będę popołudniu, co dopiero wieczorem, mimo, że wstaję pełna energii i pomysłów. Za kilka godzin mogę nie mieć siły chodzić, mówić. Nic nie mogę z tym zrobić, nie mogę z tym walczyć. Podwyższenie balansera nastrojów, Lamotryginy, na razie nie wchodzi w grę – mój organizm mocno reaguje na podwyższoną dawkę, czerwonymi, rozlanymi plamami na szyi; znak ostrzegawczy. Nie mam czym się ratować, poza sprawdzoną strategią: nie nakręcać się – nie zapadać się. Szukać drogi środka. Tyle to kosztuje energii…jak się wypośrodkować, gdy siły odśrodkowe są tak intensywne?

Mimo wszystko śni mi się oddychający ocean. Fale są duże, rozległe, jak głębokie wdechy i wydechy. Patrzę na nie z daleka i się boję. Tymczasem kąpiący się wydają się zupełnie spokojni. Nic im nie jest, nie uciekają panicznie z wody, raczej – dostosowują swoją pozycję do rytmu oceanu. Wyglądają nawet na zadowolonych. Jak oni to robią?…

Wczoraj całkowicie się przeciążyłam trzema rozmowami telefonicznymi. Dla zdrowej osoby może wydać się to niepojęte. Kiedyś potrafiłam tak rozmawiać, utrzymywać uwagę i kontenerować emocje przez wiele godzin. Dziś myślę, że jedna rozmowa dziennie to mój szczyt możliwości. Trochę mi z tego powodu wstyd, za swoją niemoc, swoją słabość, kondycję psychiczną, która na tak niewiele pozwala. Mam jednak wybór, jak zwykle: podążać za głosem Wewnętrznego Krytyka (jesteś do niczego, spójrz tylko na siebie, jak ty w ogóle chcesz funkcjonować?) albo Opiekuńczego Rodzica (wszystko jest w porządku; najważniejsze, że teraz znasz swoje granice i uczysz się je szanować).

Wybieram to drugie.

I swing on mood swings, a movement so very familiar to me, and yet it still hurts, like an uncomfortable tooth. Yesterday afternoon – zombie mode. I’m  in bed, staring at the ceiling, as if some kind of breakthrough would come from there. Only suicidal thoughts come. Husband: take Lorazepam, just don’t collapse…The pill helps. And of course a new hair dye, ash blonde. I have never had such a shade before…

My mood no longer changes in days, but in hours. I have no idea what I will be like in the afternoon, let alone in the evening, even though I get up full of energy and ideas. In a few hours, I may not have the strength to walk or talk. I can’t do anything about it, I can’t fight it. Increasing the mood balancer, Lamotrigine, is out of the question for the time being – my body reacts strongly to the increased dose with red, diffuse spots on my neck; a warning sign. I have nothing to save myself with except a proven strategy: don’t turn myself on – don’t sink. Look for the middle way. It costs so much energy…how to centre myself when the centrifugal forces are so intense?

Few days ago I had a dream about a breathing ocean. The waves were large, expansive, like deep inhales and exhales. I looked at them from a distance and got scared. Meanwhile, the bathers seemed completely calm. They looked fine, they did not panic, they did not run away from the water, rather – they adjusted their position to the rhythm of the ocean. They even looked happy. How do they do it…?

Yesterday I completely overloaded myself with three phone calls. For a healthy person this may seem inconceivable. I used to be able to talk like that, maintain attention and contain emotions for hours. Today, I think that one conversation a day should be my best result. I am a little ashamed of this, ashamed of my powerlessness, my weakness, my mental condition which does not allow me to do so much. But I have a choice, as usual: to follow the voice of the Inner Critic (you suck, just look at yourself, how do you even want to function?) or the Caring Parent (everything is fine; the most important thing is that now you know your limits and learn to respect them).

I choose the latter.

decyzje / decisions

(ENG.below) Nie wytrzymałam bez sportu, wycieczek i wysiłku fizycznego, z sennością, słabością, mdłościami, bólami głowy – w porozumieniu z lekarką pierwszego kontaktu wycofałam antydepresant. Mój psychiatra jest na urlopie.

Pierwsze dwa dni były wspaniałe. W końcu mogłam przejść 7, 8 kilometrów; poszłam na basen, na zakupy, na pracę z ciałem. Trzeciego dnia powoli zaczęłam się czuć tak, jakby zachodziło słońce mojego serca i umysłu, a dziś ogarnia mnie coraz większa ciemność, włącznie z myślami samobójczymi, które znam – „bo nie mam już siły ciągnąć tej choroby, tego życia w takiej formie”.

Pewnie istnieją antydepresanty, które lepiej współgrają z Lamotryginą, ale…mój psychiatra jest na urlopie. Pozostaje mi zacisnąć zęby i wytrzymać jeszcze tydzień. Łatwo powiedzieć, zacisnąć zęby, wytrzymać…przetrwać jakoś; myśli zasnuwa rezygnacja, mówię z wysiłkiem, uśmiecham się z wysiłkiem, cieszę się z radości mojego psa, lecz w głębi duszy chciałabym już wracać do domu ze spaceru, położyć się, zniknąć na ten tydzień, w trakcie którego nie spodziewam się pomocy.

Ostatnie pięć dni było bardzo egzotycznym czasem. Ruszyły zapisy na przesłuchania do mojej (drugiej) sztuki. Jestem tylko autorką scenariusza, od organizacji jest producent i reżyser, jednakże nie potrafię porzucić własnego, życiowego scenariusza, jakim jest branie odpowiedzialności za wszystko, wszystkich, każdy krok przedsięwzięcia, jego przebieg, efekt końcowy i potencjalny sukces lub porażkę. Wypalam się więc każdego dnia, obserwując, ile osób zapisało się na przesłuchania, manewrując tekstem, mając nadzieję, tracąc nadzieję, spinając się i szamocząc. Dziś, gdy depresja ogarnia mnie coraz bardziej, w końcu nie mam na to siły. To dobra wiadomość. Stan depresyjny przychodzi jak głębszy oddech po gorączce. Tak bardzo bym chciała wyłonić się po drugiej, spokojnej lecz nie mrocznej stronie. Napisałam sztukę – dramat, ale wolałabym nie tworzyć go we własnym życiu. Choć pewnie na to jest już za późno.

I couldn’t last without sports, hikes and exercise, with lethargy, weakness, nausea, headaches – in consultation with my GP I withdrew the antidepressant. My psychiatrist is on leave.

The first two days were great. I was finally able to walk 7, 8 kilometers; I went to the pool, shopping, body work. By the third day, I slowly began to feel like the sun was setting on my heart and mind, and today more and more darkness enveloped me, including suicidal thoughts I know – „because I don’t have the strength to continue with this illness, this life as it is”.

Sure there are antidepressants that work better with Lamotrigine, but…my psychiatrist is on vacation. I am left to grit my teeth and hold out for another week. It’s easy to say, clench your teeth, endure…endure somehow; thoughts are clouded with resignation, I speak with effort, smile with effort, rejoice at my dog’s joy, but deep down I wish I could come home from a walk, lie down, disappear for this week, during which I expect no help.

The last five days have been a very exotic time. Auditions for my (second) play have started. I’m only the author of the script, there’s a producer and director to organize the whole thing, but I can’t let go of my own life script, which is to take responsibility for everything, everyone, every step of the project, its course, the end result and potential success or failure. So I burn myself out every day, watching how many people have signed up for auditions, maneuvering the text, hoping, losing hope, tensing and grokking. Today, as depression grips me more and more, I’m finally out of it. This is the good news. The depressive state comes like a deeper breath after a fever. I would so much like to emerge on the other, peaceful – but not dark – side. I have written a play – a drama – but I would rather not create a drama in my own life. Though it is probably too late for that.

kamyczki / pebbles

(ENG.below) Antydepresant zaczyna działać, choć w połączeniu z Lamotryginą daje mocne skutki uboczne – słabość, zmęczenie, senność. Nie ma takiego leku psychiatrycznego, który nie niósł by ze sobą jakichś konsekwencji. Na szczęście tym razem nie jest to przyrost masy ciała (na Zyprexie przytyłam kilka lat temu 30kg). Choć nie jestem teraz w stanie pójść na dłuższą wycieczkę, przynajmniej nie patrzę już w oczy próżni, a one nie patrzą na mnie. W głowie układają się plany i zadania do zrobienia, kolejne projekty, ale nie pędzą w niepokojący sposób, po prostu machają swoimi łapkami, dając o sobie znać.

Staram się robić codziennie po kilka razy ćwiczenia oddechowe, które sprawiają, że zaczynam czuć się w swoim ciele jak w domu. Zauważyłam, że takie „lądowanie” we własnej fizyczności bardzo mnie uspokaja. Tak, jakbym zaczynała czuć własne granice, zamiast zlewać się z otoczeniem, z własnymi myślami i ocenami, gadającym wciąż umysłem. Bla bla bla – na chwilę stop.

Wczoraj pływałam w rzece, i było to również bardzo medytacyjne doświadczenie. Nigdy nie miałam serca do opisów przyrody, ale może spróbuję:

Zimna, przejrzysta woda w kolorze szmaragdowym.

Kamienie na dnie są jak masaż stóp, muszę wchodzić powoli.

Słyszę tylko delikatny dźwięk liści, spadających do wody. Lądują tuż obok mnie – pływam pośród liści, wystawiając twarz do słońca.

Kładę się na plecach, w uszach słyszę łagodny szum prądu rzeki, przesuwający najmniejsze kamyczki po dnie.

Patrzę w górę i widzę głowy drzew, niektóre już w połowie łyse, inne jeszcze trochę zielone. Gdy powiewa wiatr, liście lecą w moim kierunku.

Wychodzę z wody i czuję zapach ogniska, słyszę jego trzeszczącą melodię. Przyda mi się jego ciepło. Nad ogniskiem gotuje się woda na herbatę.

Pies wygrzewa się w słońcu, mokra sierść, bo wszedł za mną do wody, chociaż bardzo tego nie lubi.

Spokój.

The antidepressant starts to work, although in combination with Lamotrigine it gives strong side effects – weakness, fatigue, drowsiness. There is no psychiatric drug that would not have any consequences. Fortunately, this time it is not a weight gain (on Zyprex I gained 30 kg a few years ago). Even though I am now unable to go on a longer trip, at least I don’t look into the eyes of the void anymore, and they don’t look at me. Plans and tasks to be done, subsequent projects get arranged in my head, but they do not rush in a disturbing way, they just wave their little hands, making themselves known.

I try to do some breathing exercises every day that make me feel at home in my body. I noticed that such a „landing” in my own physicality calms me down a lot. It is as if I am beginning to feel my own boundaries, instead of merging with the environment, with my own thoughts and judgments, the still talking mind. Blah blah blah – stop for a moment.

Yesterday I was swimming in the river and it was also a very meditative experience. I have never had a heart for nature descriptions, but maybe I’ll try:

Cold, clear water emerald in color.

The stones on the bottom feel like a foot massage, I have to go in slowly.

All I can hear is the soft sound of leaves falling into the water. They land right next to me – I swim among the leaves, my face exposed to the sun.

I lie on my back, in my ears I can hear the gentle hum of the river current, moving the smallest pebbles along the bottom.

I look up and see the heads of the trees, some half bald, others a little green. When the wind blows, leaves fly towards me.

I get out of the water and smell the fire, hear its crackling melody. I need its warmth. Water for tea is boiling over the fire.

The dog is basking in the sun, his fur is wet because he followed me into the water, although he does not like it very much.

Peace.

wielkie oczy / big eyes

(ENG.below) Od ostatniego wpisu mój stan zmienił się tyle razy, że nie wiem, od czego zacząć pisanie. W końcu zaczęły przeważać głębokie fazy depresyjne, w trakcie których nie miałam siły wstać z łóżka, mówiłam słabym głosikiem jak jakiś ptaszek, odwołałam spotkania i rozmowy, płakałam z bezsilności i mentalnego bólu. Podjęliśmy z moim psychiatrą decyzję o włączeniu niedużej dawki leku antydepresyjnego (Venlafaxyna). W przeszłości ta substancja wyciągała mnie już z ciemności. Zobaczymy, co tym razem zdziała.

Natrafiłam ostatnio na mema: „Nie boisz się być sama w ciemności. Boisz się nie być sama w ciemności.” W zamierzeniu śmieszny, doskonale oddaje rzeczywistość depresji. Nie jesteś w ciemności sama. Ciemność ma wielkie oczy, doskonale cię widzi, wie, gdzie jesteś i po prostu gapi się na ciebie, a jej wzroku nie da się uniknąć; gdziekolwiek się nie odwrócisz, tam znajdzie cię ta pozornie ożywiona pustka.

Żeby wyciągnąć do siebie rękę, pomóc sobie, zwlekam się z łóżka i zaczynam rysować. Jednego dnia mój stan jest zły, lecz nie tragiczny, moje rysunki są więc smutne, ale nie dramatyczne. Drugiego dnia jest już tak źle, że moje prace wystraszają mnie samą. Mroczne, wykrzywione cierpieniem i łzami twarze. Kto zechce to oglądać? Kto będzie chciał oglądać mnie taką? Bliskim oszczędzam detali związanych z tym, jak się czuję; proszę tylko męża, by wcześniej wrócił z pracy. Nie chcę być sama wobec wielkich wstrętnych oczu pustki. Może przytulenie pomoże mi choć na chwilę od tej perspektywy uciec – do ciepła bliskiego ciała.

Jak zwykle w depresji, czekam na wieczór, sygnalizujący koniec dnia pełnego bólu. Towarzyszy mi jednak niepokój: co to będzie jutro? Jaka będę jutro? Na co znajdę siłę? Czy znów przeleżę popołudnie?

Obudziłam się w niezłej formie. Tylko mdłości; skutek uboczny antydepresanta. Wolę je jednak dużo bardziej niż te wielkie oczy i moją szarą, nieruchomą twarz.

Since my last post, my condition has changed so many times that I don’t know where to start writing. In the end, deep depressive phases began to prevail, during which I did not have the strength to get out of bed, I spoke in a weak voice like a tiny bird, canceled meetings and conversations, cried with helplessness and mental pain. We made a decision with my psychiatrist to introduce a small dose of an antidepressant (Venlafaxine). In the past, this medication has pulled me out of the dark. We’ll see what it does this time.

Recently I came across a meme: “You’re not afraid to be alone in the dark. You are afraid of not being alone in the dark. ” Intentionally funny, it perfectly captures the reality of depression. You are not alone in the dark. Darkness has big eyes, sees you perfectly well, knows where you are and just stares at you and its eyes cannot be avoided; wherever you turn, this apparently alive void will find you.

To reach out and help myself, I drag myself out of bed and start drawing. One day my condition is bad but not tragic, so my drawings are sad but not dramatic. On the second day it is so bad that my works scare me. Dark faces, distorted with suffering and tears. Who would want to watch It? Who would want to see me like this? I spare my loved ones the details related to how I feel; I’m just asking my husband to come home early from work. I don’t want to be alone in the face of the big hideous eyes of emptiness. Maybe a hug will help me escape from this perspective for a moment – to the warmth of my beloved’s body.

As usual in depression, I look forward to the evening signaling the end of a painful day. However, I feel anxiety: what will it be tomorrow? What will I be like tomorrow? What will I find the strength for? Will I spend the afternoon in bed again?

I woke up in good shape. Just nausea; side effect of an antidepressant. But I prefer it much more than those big eyes and my gray, still face.

skorupka / empty shell

(ENG.below) Wyobraź sobie stan, w którym myślisz, że gdyby oddychanie nie było automatycznym procesem, przestałabyś oddychać, bo po prostu nie masz siły. Leżysz w łóżku i wydaje ci się, że razem z materacem będziesz się zapadać głęboko, głęboko pod ziemię. Twoje ciało jest skorupką, pustą wydmuszką. Jesteś zarazem przekonana, że jeśli się nie ruszysz, nie ruszysz się już nigdy. Wstajesz, zmuszasz się do jakiejś czynności, lecz łóżko znowu cię wzywa, bo wszystko jest niezwykle męczące. Piszesz zdanie za zdaniem, bo próbujesz skądś zaczerpnąć choć trochę energii, poczuć, że żyjesz; nie-bycie czai się jednak za każdym słowem, a umysł podpowiada „wszystko jest bez sensu”. Poddać się? Nie poddać się? Podać sobie rękę czy podstawić sobie nogę?…

Wczoraj wszystko jeszcze wydawało się normalne. Basen, spotkanie z kolegą, lekcja niemieckiego. Później sesja z terapeutą – wypłakanie morza łez; może to one sprawiły, że dziś jestem na dnie, że nie unoszę się już z prądem. Nie działam, jestem jak zepsute radio.

Depresyjne fazy przychodzą i odchodzą, zwłaszcza w odmianie szybkiej zmiany faz; zaciskam więc zęby, piszę więc w zwolnionym tempie, siedzenie mnie męczy; liczę kolejne godziny, które mogłyby przynieść odmianę.

Imagine a state where you think that if breathing wasn’t an automatic process, you would stop breathing because you just don’t have enough strength. You lie in bed and it seems to you that you will sink deep, deep underground together with the mattress. Your body is like an empty shell. At the same time, you are convinced that if you do not move, you will never move again. You get up, you force yourself to do something, but the bed is calling you again, because everything is extremely exhausting. You write sentence after sentence because you are trying to get some energy from somewhere, to feel that you are alive; but non-being lurks behind each word, and the mind tells „everything is pointless.” Give up? Do not give up? Should I lend myself a hand or knock myself out? …

Yesterday everything still seemed normal. Swimming pool, meeting with a friend, German lesson. Later, a session with a therapist – crying a sea of ​​tears; maybe they made me find myself at the bottom today, that I no longer float with the flow. I’m not working, I’m like a broken radio.

Depressive phases come and go, especially in the rapid cycling; so I grit my teeth, I write in slow motion, it makes me tired to sit; I count the following hours that could bring change.

nieśmiała / shy

(ENG.below) Hipomaniakalne dni przemieniły się w jeden depresyjny dzień z myślami samobójczymi, ale on też minął; mogę chyba powiedzieć, że wracam do równowagi. Oczywiście, i ona przeminie, by ustąpić jednej z wielu innych faz. Staram się jednak nie wybiegać myślami daleko w przyszłość, bo by mnie unieruchomiły.

Tak się jakoś stało, że mam teraz swoją prywatną fotografkę, która przygotowuje o mnie pracę dyplomową – fotoreportaż. Odwiedza mnie w atelier i w domu, przegląda prace sprzed lat i te najnowsze, wzdycha, patrzy mi głęboko w oczy i mówi, że są niezwykłe. Ma mnóstwo pomysłów dotyczących tego, co można z nimi zrobić. Pomaga mi także w przygotowaniach do – szóstej w tym roku – wystawy. Przepełnia mnie to wdzięcznością, a jednocześnie nieśmiałością; gdzieś w głębi czuję się jak dziwadło, jak może i ciekawostka, ale z kategorii tych niepokojących, o których do końca nie wiesz, co myśleć. Fotografka natomiast przekonuje mnie, że jestem żyłą złota. Czerwienię się, uśmiecham nieśmiało, nie wiem, co powiedzieć. Zauważyłam, że w tym kraju, gdy ludzie są skonfundowani, zakrywają się – trochę nerwowym, a jednak – śmiechem. Śmieję się więc. Wyceniam swoje prace wystawowe, a kurator mówi, że powinny być dziesięć razy droższe. Nie wiem, czy żartuje. I znów – onieśmielenie. I wycofanie. W fazie hipomaniakalnej pożądam sukcesów, w fazie depresyjnej – chowam się jak ślimak. Jak będzie w czasie równowagi – nie wiem. Zaczynam jednak…czuć się zmęczona.

The hypomanic days turned into one depressive day with suicidal thoughts, but that too was gone; I guess I can say that I’m getting back into balance. Of course, it will pass, too, to give way to one of the many other phases. However, I try not to look far ahead, because they would paralyse me.

Somehow it happened that I now have my private photographer who is preparing a diploma thesis about me – a photo reportage. She visits me in the studio and at home, looks at the works from years ago and the newest ones, she sighs, looks deep into my eyes and says that they are extraordinary. She has tons of ideas about what to do with them. She also helps me prepare for the sixth exhibition this year. It fills me with gratitude and shyness at the same time; somewhere deep inside, I feel like a freak, maybe a curiosity, but from the disturbing category, about which you do not know what to think. The photographer, on the other hand, convinces me that I am a gold mine. I turn red, smile shyly, don’t know what to say. I noticed that in this country, when people are confused, they cover themselves up – a bit nervous but still – with laughter. So I laugh. I assess prices of my exhibition works, and the curator says they should be ten times more expensive. I don’t know if he’s joking. And again – intimidation. And withdrawal. In the hypomanic phase, I desire success, in the depressive phase – I hide like a snail. What will it be like at the time of balance – I do not know. But I’m starting to… feel tired.