czarno-białe / black and white

(ENG.below) Pierwszy stabilny dzień od tygodnia. Jak zwykle, po raz wielotysięczny, zastanawiam się, jak długo potrwa ta zbalansowana faza. Czy to przypadek? Chorobowy wypadek przy pracy, przysnęła sobie na chwilę? A może to zasługa podwyższenia Lamotryginy? A może po prostu, tak jak ciężkie fazy przychodzą, kiedy chcą, tak samo robią stabilne?…Po siedmiu latach chorowania powinnam chyba już wiedzieć. A jednak nie.

Koleżanka pisze: podziwiam cię, że tworzysz nawet wtedy, gdy się źle czujesz. Nie rozumie, że ja MUSZĘ tworzyć. Malowanie i rysowanie jest jak podawanie sobie samej ręki w momentach, gdy tonę. Pomaga – bo rysowane przeze mnie postaci przejmują część moich emocji, albo ich brak, w związku z czym staję się lżejsza, lub bardziej ugruntowana, bądź też w większym kontakcie ze sobą.

Ostatnio mój psychiatra złapał mnie na gorącym uczynku borderline’owego, czarno-białego myślenia. Chcę czuć wszystko, intensywnie i dramatycznie, bo wtedy tylko, jak mi się wydaje, żyję pełnią życia – albo nie czuję nic. Czytanie mojej sztuki, po którym dostałam bardzo pozytywny feedback, zakwalifikowało się do kategorii „nic”, ponieważ ani się nadmiernie nie zestresowałam, ani nie uniosłam jak maniakalny balonik pod niebo, ani nie popłakałam, ani…”Czyli nic nie czułaś” – podpowiada czarno-biały system. Satysfakcja, radość, duma – nie kwalifikują się jako „pełnia życia”. Popadam więc w smutek i głód, spragniona brzegowych, granicznych, borderline’owych przeżyć.

Tymczasem życie płynie i mnie omija, zatroskaną, że nie biorę w nim udziału.

The first stable day in a week. As always, for a thousand time, I wonder how long this balanced phase will last. Is it a coincidence? The illness had an accident at work, she dozed for a moment? Or is it due to the increase in Lamotrigine? Or maybe just like the hard phases come when they want, so do the same stable ones? … After seven years of being ill, I should probably already know. And yet not.

My friend writes: I admire you, that you create even when you feel bad. She doesn’t understand that I MUST create. Painting and drawing is like lending myself a hand when I’m drowning. It helps – because the characters drawn by me take over some of my emotions, or the lack of them, and therefore I become lighter, or more grounded, or more in touch with myself.

Recently, my psychiatrist caught me red-handed in borderline black and white thinking. I want to feel everything, intensely and dramatically, because then only, as it seems to me, I live my life to the fullest – otherwise I don’t feel anything. Reading my theatre play, after which I got a very positive feedback, qualified for the „nothing” category, because I neither got overly stressed, nor lifted myself up to the sky like a maniacal balloon, nor did I cry, nor … – welcome to the black and white system. Satisfaction, joy, pride – do not qualify as the „fullness of life.” So I fall into sadness and hunger, craving for borderline, liminal experiences.

Meanwhile, life goes by and passes me by, me worried that I am not taking part in it.

światowy dzień zapobiegania samobójstwom / world suicide prevention day

(ENG.below) Dziś światowy dzień zapobiegania samobójstwom.

Jako osoba, której myśli samobójcze towarzyszą dość regularnie, mam do tego dnia nieco sceptyczne nastawienie. Kiedy jestem w ciężkiej depresji, włącza mi się widzenie tunelowe – w którym śmierć wydaje się jedynym wyjściem wobec egzystencjonalnego cierpienia. Nie wiem, jak miałbyś mi w tej sytuacji pomóc, ulżyć. Możesz jednak utrudnić mi realizację planu, bardzo konkretnie: schować leki do sejfu, noże do piwnicy, żyletki do najgłębszej szuflady; być ze mną w domu i nie wypuszczać samej na spacer. A także powtarzać: to minie, to minie, to minie; to nie ty, to choroba myśli za ciebie…Może właśnie na tym polega zapobieganie samobójstwom? Na drobnych, racjonalnych działaniach? Na byciu z chorym, by – tym razem  -przetrwał?

Mój przyjaciel spędził cały wczorajszy dzień na planowaniu własnej śmierci. Na szczęście zanim cokolwiek zrobił, upił się do nieprzytomności. Napisał mi dziś: „cholera, nie mogę. Mój syn ma w poniedziałek urodziny.” Nie wiem, co będzie we wtorek, ale jestem z nim w regularnym kontakcie, zapewniając, że nie jest sam. Nie mogę jednak pilnować go przez cały czas. Nie rozwiążę też za niego problemów, które go przytłaczają. Zapobieganie – czy bezradność? A może wybór jest większy, niż mi się wydaje?…

Dzwoni do mnie przyjaciółka; kolejny dzień chodzi w piżamie, nie kąpała się, płacze, szlocha, panicznie oddycha. Chce sobie zrobić krzywdę, nie zniesie cierpienia. Uspokajam. Opisuję plan: skontaktuj się z lekarzem. Skontaktuj się z asystentem psychiatrycznym. Weź Lorazepam. Grozi ci niebezpieczeństwo, musisz iść do szpitala. Wiem, że tego nie chcesz. Ale tam jest bezpiecznie. Idź, choćby na kilka dni. Przetrzymasz. Pomogą ci. Musisz – iść – w bezpieczne – miejsce.

Tego samego dnia partner zawozi ją do kliniki.

Tym razem się udało.

Co będzie następnym razem?

Zapobieganie – i bezradność.

Today is the World Suicide Prevention Day.

As a person who experiences suicidal thoughts quite regularly, I am somewhat skeptical to this day. When I am severely depressed, tunnel vision turns on – in which death seems to be the only solution to existential suffering. I don’t know how you could help me, relieve me in this situation. However, you can make it difficult for me to implement the plan, very specifically: put the medication in the safe, take the knives to the locked basement, hide the razor blades in the deepest drawer; be at home with me and not let me out for a walk. And also – repeat: it will pass, it will pass, it will pass; it’s not you, it’s the disease that thinks for you … Maybe that’s what suicide prevention is all about? About small, rational activities? Being with the sick so that – this time – he would survive?

My friend spent all day yesterday planning his own death. Fortunately, before he could do anything, he got passed out drunk. He wrote me today: damn it, I can’t. My son’s birthday is on Monday. I don’t know what will happen on Tuesday, but I keep in touch with him on a regular basis, reassuring him that he is not alone. But I can’t keep an eye on him all the time. Nor will I solve for him the problems that overwhelm him. Prevention – or helplessness? Or maybe the choice is broader than I think? …

A friend is calling me; she wears her pajamas the fourth day, has not bathed, cries, weeps and breathes panically. She wants to hurt herself, she cannot bear the suffering. I calm her down. I describe the plan: now, call your doctor. Contact a psychiatric assistant. Take Lorazepam. You are in danger, you must go to the hospital. I know you don’t want this. But it’s safe there. Go, if only for a few days. You will make it. They will help you. You – have to – go – to a safe place – right now.

On the same day, her partner drives her to the clinic.

This time it worked.

What will happen next time?

Prevention – and helplessness.

nieśmiała / shy

(ENG.below) Hipomaniakalne dni przemieniły się w jeden depresyjny dzień z myślami samobójczymi, ale on też minął; mogę chyba powiedzieć, że wracam do równowagi. Oczywiście, i ona przeminie, by ustąpić jednej z wielu innych faz. Staram się jednak nie wybiegać myślami daleko w przyszłość, bo by mnie unieruchomiły.

Tak się jakoś stało, że mam teraz swoją prywatną fotografkę, która przygotowuje o mnie pracę dyplomową – fotoreportaż. Odwiedza mnie w atelier i w domu, przegląda prace sprzed lat i te najnowsze, wzdycha, patrzy mi głęboko w oczy i mówi, że są niezwykłe. Ma mnóstwo pomysłów dotyczących tego, co można z nimi zrobić. Pomaga mi także w przygotowaniach do – szóstej w tym roku – wystawy. Przepełnia mnie to wdzięcznością, a jednocześnie nieśmiałością; gdzieś w głębi czuję się jak dziwadło, jak może i ciekawostka, ale z kategorii tych niepokojących, o których do końca nie wiesz, co myśleć. Fotografka natomiast przekonuje mnie, że jestem żyłą złota. Czerwienię się, uśmiecham nieśmiało, nie wiem, co powiedzieć. Zauważyłam, że w tym kraju, gdy ludzie są skonfundowani, zakrywają się – trochę nerwowym, a jednak – śmiechem. Śmieję się więc. Wyceniam swoje prace wystawowe, a kurator mówi, że powinny być dziesięć razy droższe. Nie wiem, czy żartuje. I znów – onieśmielenie. I wycofanie. W fazie hipomaniakalnej pożądam sukcesów, w fazie depresyjnej – chowam się jak ślimak. Jak będzie w czasie równowagi – nie wiem. Zaczynam jednak…czuć się zmęczona.

The hypomanic days turned into one depressive day with suicidal thoughts, but that too was gone; I guess I can say that I’m getting back into balance. Of course, it will pass, too, to give way to one of the many other phases. However, I try not to look far ahead, because they would paralyse me.

Somehow it happened that I now have my private photographer who is preparing a diploma thesis about me – a photo reportage. She visits me in the studio and at home, looks at the works from years ago and the newest ones, she sighs, looks deep into my eyes and says that they are extraordinary. She has tons of ideas about what to do with them. She also helps me prepare for the sixth exhibition this year. It fills me with gratitude and shyness at the same time; somewhere deep inside, I feel like a freak, maybe a curiosity, but from the disturbing category, about which you do not know what to think. The photographer, on the other hand, convinces me that I am a gold mine. I turn red, smile shyly, don’t know what to say. I noticed that in this country, when people are confused, they cover themselves up – a bit nervous but still – with laughter. So I laugh. I assess prices of my exhibition works, and the curator says they should be ten times more expensive. I don’t know if he’s joking. And again – intimidation. And withdrawal. In the hypomanic phase, I desire success, in the depressive phase – I hide like a snail. What will it be like at the time of balance – I do not know. But I’m starting to… feel tired.

zamiast / instead

(ENG.below) Dla osoby zlewającej się w bliskich relacjach niemalże bez granic spędzenie trzynastu godzin w ciągu dnia w samotności przyprawia o ciarki. Lęk. Co będzie, jeśli przyjdzie atak psychotyczny? A co z myślami samobójczymi? Co jeżeli napięcie będzie tak nie do zniesienia, że znów się samookaleczę? Mnóstwo obaw przed możliwymi czarnymi scenariuszami, które tylko napędzają stres i napięcie właśnie. W dodatku mój psychiatra jest na trzytygodniowym urlopie i nie znalazł dla mnie zastępstwa…Niedziela przed samotnym poniedziałkiem – tyle niepokoju, że płaczę. Płakanie przynosi ulgę. Nie oswaja jednak strachu.

Przychodzi Straszny Poniedziałek. Najdłuższy samotny dzień od nie pamiętam już kiedy – okazał się krótszy, niż myślałam. Spotkałam się z ludźmi, spacerowałam z psem, rysowałam i wycinałam, czytałam książkę, rozmawiałam z rodziną, pisałam maile – odkryłam, że moje dni wcale nie muszą być przerażająco puste, a ja nie muszę cierpieć na BOREOUT, czyli zdemotywowanie nudą. Nie muszę też histerycznie poszukiwać aktywności, napinać się z tego powodu; mogę znaleźć równowagę między „robić” a „nie robić”. Bardzo pomogła mi w tym piątkowa sesja pracy z ciałem. Odkryłam, że udręczam się niemiłosiernie – pijąc po pięć kaw dziennie, szukając zajęcia za wszelką cenę, przejmując się moją samotnością, przeforsowując się podczas biegania. Zrobiłam więc kilka małych kroczków we właściwą stronę. Zamiast biegania do utraty tchu – biegomarsz. Odstawienie kawy. Sięganie do ludzi zamiast zamartwiania się, że to oni do mnie nie sięgają. Szukanie zajęcia nie z napięcia, ale z ciekawości. Głębokie oddychanie i podążanie za potrzebami ciała: tworzyć – czytać – leżeć i głaskać psa – wyjść na zewnątrz – poruszać się, i tak dalej.

Podjęłam także decyzję o tym, by poszukać dla siebie menedżera sztuki – który z procent od sprzedanych prac pomógłby mi w marketingu i promocji moich obrazów.

Jeśli znasz kogoś takiego lub sam/a jesteś taką osobą, napisz do mnie: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Do usłyszenia !

For a person that blends in close relationships with almost boundlessness, spending thirteen hours a day alone can be a creepy feeling. Fear. What if a psychotic attack comes? What about suicidal thoughts? What if the tension is so unbearable that I will hurt myself again? Lots of fear of possible black scenarios that only fuel stress and tension. In addition, my psychiatrist is on a three-week vacation and has not found a replacement for me … Sunday before lonely Monday – so much anxiety that I cry. Crying brings relief. However, it does not tame fear.

It’s Terrible Monday at last. The longest lonely day since I can’t remember when – turned out to be shorter than I thought. I met people, walked the dog, drew and cut, read a book, talked to my family, wrote e-mails – I discovered that my days don’t have to be terribly empty, and I don’t have to suffer from BOREOUT, i.e. demotivation from boredom. I also don’t have to hysterically seek activity, get tense because of it; I can find a balance between „doing” and „not doing”. The Friday session of bodywork helped me a lot. I discovered that I was tormenting myself mercilessly – drinking five coffees a day, looking for a job at all costs, worrying about my loneliness, overwhelming myself while running. So I took a few small steps in the right direction. Instead of running until you are out of breath – marching plus jogging. Put the coffee aside. Reaching out to people instead of worrying that they aren’t reaching to me. Seeking work not out of tension, but out of curiosity. Deep breathing and following the needs of the body: create – read – lie down and pet the dog – get outside – move, and so on.

I also made a decision to find an art manager for myself – who for a percentage of the works sold would help me in the marketing and promotion of my paintings.

If you know someone like that or you are such a person yourself, write to me: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Until next time!

pierwszy krok / first step

(ENG.below) Borderline plus napięcie przedmiesiączkowe: nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie kocha, dla nikogo nie jestem ważna, moje życie jest puste i nic nie warte, jestem zbędna, równie dobrze może mnie nie być.

Dzień wcześniej – derealizacja. Głos mojego męża dociera do mnie z daleka, mimo, że siedzi on metr ode mnie; ten głos jest jedyną nicią łączącą mnie z rzeczywistością. Znikam – zanikam, jakbym zlewała się ze wszystkim i nie miała granic; nic nie trzyma mnie w całości. Chwytam się więc nitki. Kosztuje mnie to sporo wysiłku.

Panicznie usiłuję zaplanować sobie dni, jak nakazał lekarz (struktura! struktura!) – będąc bez pracy mam z tym niemały problem. Śni mi się, że dostaję pracę, ale jest ona zupełnie absurdalna. Ileż mogę malować, rysować; to też kosztuje mnie emocjonalnie, bo nie rysuję koncepcyjnie, a „uczuciowo”; tym samym nie potrafię wypełnić sztuką całego dnia. „No wiesz” – odzywa się głos Wewnętrznego Krytyka. „Jesteś taka niewdzięczna. Powinnaś się cieszyć. Inni nie mają tyle szczęścia by robić to, co chcą, móc robić cokolwiek.” Jestem sfrustrowana tym, że mój wewnętrzny głos nie waliduje moich uczuć; rozdarta między „czuję się właśnie tak, a nie inaczej” a „powinnam czuć coś zdecydowanie innego”.

Czekam więc na maile, na SMSy, na sygnał, że ktoś o mnie myśli, że komuś na mnie zależy, że ktoś właśnie teraz chce się ze mną skontaktować czy spotkać, porozmawiać, zapłodnić mnie nowymi pomysłami, ideami.

Wysyłam witki w świat, próbując zrobić pierwszy krok. Myślę sobie z jednej strony: w tej sposób dbam o swoje potrzeby. Borderlinowa samotność podpowiada jednak: no tak, znowu ty robisz ten pierwszy krok. A nie do końca o to ci chodzi, prawda?…

Borderline plus premenstrual tension: no one likes me, no one loves me, I’m not important to anyone, my life is empty and worth nothing, I am redundant, I may as well be gone.

The day before – derealization. My husband’s voice reaches me from a distance, even though he is sitting a meter from me; this voice is the only thread connecting me to reality. I disappear – I become vague, as if I am merging with everything and have no limits; nothing holds me whole. So I grab the thread. It costs me a lot of effort.

I am trying to plan my days as my doctor told me to do (structure! structure!), in panic – being out of work I have quite a problem with that. I dream that I am getting a job, but it is completely absurd. How much can I paint, draw; it also costs me emotionally, because I do not draw conceptually, but emotionally indeed; thus I cannot fill the whole day with art. „You know,” says the voice of the Inner Critic. “You are so ungrateful. You should be happy. Others aren’t so lucky to do what they want, to be able to do anything.” I am frustrated that my inner voice is not validating my feelings; torn between “I feel what I feel” and “I should feel differently”.

So I am waiting for e-mails, for text messages, for a signal that someone thinks about me, that someone cares about me, that someone wants to contact me right now or meet, talk, fertilize me with new ideas or projects.

I send signals out into the world trying to take the first step. On the one hand, I think to myself: this is how I take care of my needs. Borderline loneliness, however, suggests: well, you are taking the first step again. And that’s not exactly what you mean, is it? …

dieta psychiczna / mental diet

(ENG.below) Przyjaciel powierzył mi swoją książkę – genialną powieść, świetnie napisaną – a ja nie jestem w stanie jej czytać. Po pierwsze, nie pamiętam już, kiedy ostatnio czytałam fikcję; cokolwiek, co nie byłoby poradnikiem/książką dla borderlinowców/książką o mindfulness. Zapomniałam więc, jak to jest utonąć w historii o kimś innym. Po drugie, książka napisana jest w tak wciągający sposób, że gdy tylko się od niej odrywam, mimo wysiłku nadal w niej jestem, a granica między rzeczywistym a nierzeczywistym niebezpiecznie się zaciera. Dla osoby z tendencjami do odrealnienia, depersonalizacji, derealizacji – bardzo ryzykowny stan. Czuję się więc jak czytelnik specjalnych potrzeb. To mnie frustruje.

Oczywiście, pojawia się we mnie też wspierający głos, wyrażający zgodę na to, że jestem, jaka jestem, i to się raczej nie zmieni. Że to dobre ćwiczenie zauważania i strzeżenia własnych granic, granic możliwości. Jednakże jestem smutna, bo książka jest świetna i chętnie pożarłabym ją w całości. Na razie jednak to ona pożera mnie, wypluwa zmęczoną i senną, nie do końca pewną, czy to majak, czy rzeczywistość. Dodatkowo napisana jest w taki sposób, że głównego bohatera podglądamy we wszystkich możliwych sytuacjach i okolicznościach, a ja nagle czuję się tak, jakbym stała w cudzej łazience i patrzyła, jak ktoś oddaje mocz, zupełnie nieświadomy mojej obecności. Dla borderlinowca, który ma problem z bliskością, granicami, podchodzi za blisko lub odpycha ze strachu, bojąc się, że to on zostanie porzucony w pierwszej kolejności, to także duże wyzwanie. Ktoś – fikcyjna postać przecież, a jednak opisana w tak ludzki, rzeczywisty sposób – nagle podchodzi na centrymentrową do ciebie odległość i nie daje ci wyboru, możesz tylko patrzeć, patrzeć, patrzeć. To mnie stresuje. I nie mogę czytać dalej.

Nie dość, że jestem osobą specjalnej troski, to jestem też czytelniczką specjalnej troski. Muszę uważać na to, co przeżywam, co przyjmuję, ale też na to, co czytam i oglądam. To tak, jakby być na permanentnej psychicznej diecie. „Muminki” – mówi moja siostra. „Teletubisie”.

Milczę, lecz protestuję.

A friend entrusted me with his book – a brilliant novel, fantastically written – and I cannot read it. First, I don’t remember the last time I read fiction; anything that would not be a guide / book for borderliners / a book on mindfulness. So I forgot what it’s like to drown in a story about someone else. Secondly, the book is written in such an engaging way that as soon as I break away from it, despite my efforts, I am still in it, and the line between the real and the unreal becomes dangerously blurred. For a person with tendencies to un-real, depersonalize, derealise – a very risky state. So I feel like a special needs reader. It frustrates me.

Of course, there is also a supporting voice in me, agreeing that I am what I am, and that is unlikely to change. That it’s a good exercise for noticing and guarding my own limits, the limits of my capabilites. However, I am sad because the book is great and I would like to eat it whole. For now, however, it is she who devours me, spits out tired and sleepy, not entirely sure if it is a dream or reality. Additionally, it is written in such a way that we watch the main character in all possible situations and circumstances, and I suddenly feel as if I am standing in someone else’s bathroom and watching someone urinate, completely unaware of my presence. For a borderliner who has problems with intimacy, borders, comes too close or pushes others away in fear, scared that she will be abandoned in the first place, it is also a big challenge. Someone – a fictional character after all, yet described in such a human, realistic way – suddenly approaches you at a centimeter distance and gives you no choice, you can only look, look, look. It stresses me out. And I can’t read any further.

Not only am I a special needs person, I am also a special needs reader. I have to be careful with what I experience, what I take in, but also with what I read and watch. It’s like being on a permanent mental diet. „Moomins,” says my sister. “Teletubbies”.

I am silent, but I protest.

trzeźwa / sober

(ENG.below) Brak mi słów, brak mi słów. Dziś wielkie oczy bo dużo zmartwień. Ojciec chory, matka chora, mąż zestresowany na granicy torsji, pies uszkodził sobie łapki, proces przyznawania mi renty może zakończy się w tym roku, a może nie; nie sprzedałam moich obrazów więc nic nie zarobiłam, wystawa się zakończyła, druga też, i trzecia, bez efektu poza dumą i chwilowym uniesieniem. Z początku radzę sobie dziś nieźle, lecz z każdą godziną jest coraz gorzej, jakby ktoś wsiadł mi na plecy i zaczynał dusić. Wiem, martwienie się nikomu i niczemu nie pomaga; może to po prostu mój sposób na bezsensowne wydatkowanie energii? Działa paraliżująco, zamiast mobilizująco. Trzęsawka. Lorazepam. Piłeczka do ugniatania, na nerwy. Chciałabym głęboko odetchnąć, ale nie potrafię. Mam wrażenie, że jeśli to zrobię, zemdleję albo pęknie mi klatka piersiowa. W tym stanie wolę chyba mieć ją zapadniętą. Cała jestem zapadnięta.

Wczoraj zdałam sobie sprawę, że Abilify od dwóch miesięcy uniemożliwia mi ucieczkę od rzeczywistości w stan psychotyczny. Ciągle jestem „trzeźwa”, muszę wszystko znosić „na trzeźwo”. Mój mózg unieruchomiony skutecznie – w końcu – przez ten lek antypsychotyczny nie może odpocząć w dziwacznym stanie urojeniowo-halucynacyjnym. Nigdy nie myślałam, że będzie mi tego brakowało. Świadomość, czujność, bezustanność tych dwóch stanów…jest jednocześnie darem i zarazem przekleństwem. Jestem dojrzała, w kontakcie i…zmęczona. Piję po pięć kaw dziennie. Gdybym tak mogła, choć na chwilę, choć na kilka godzin się odłączyć…sama nie wierzę w to, co właśnie piszę.

Mój psychiatra chwali mnie za autentyczność i dojrzałość. Tak, to zasługa Abilify, mojego porannego syropku. Nie wydaje mi się, że to jakiekolwiek moje osiągnięcie. Po prostu – na mój mózg założono w końcu skuteczny kaganiec. Nie może się nigdzie uciec.

Wielkie oczy, trzeźwe oczy, bezsenne oczy.

I have no words, I have no words. Big eyes today because I have a lot of worries. My father is sick, my mother is sick, my husband is stressed on the verge of vomiting, my dog ​​has damaged his paws, the process of granting me a pension may end this year, or maybe not; I didn’t sell my paintings so I didn’t earn anything, the exhibition ended, the second and the third too, with no effect except for pride and a momentary excitement. At first I’m doing fine today, but it gets worse with every hour, as if someone has climbed on my back and started choking me. I know, worrying doesn’t help anyone or anything; maybe it’s just my way of senseless energy expenditure? It is paralyzing, not mobilizing. Trembling. Lorazepam. Relaxing ball to calm my nerves. I’d like to take a deep breath, but I can’t. I have a feeling that if I do this, I will pass out or my chest will burst. In this state, I think I’d rather have it sunken. I’m all sunken.

Yesterday I realized that Abilify has been preventing me from escaping reality into a psychotic state for two months now. I am still „sober”, I have to endure everything „sober”. My brain, effectively – finally – immobilized by this antipsychotic drug cannot rest in a bizarre delusional-hallucinatory state. I never thought that I would miss it. Awareness, vigilance, ceaselessness of these two states … is both a gift and a curse at the same time. I am mature, in touch and… tired. I drink five coffees a day. If I could, even for a moment, for a few hours, just dettach… I don’t believe what I’m writing right now.

My psychiatrist praises me for authenticity and consciousness. Yes, it is thanks to Abilify, my morning syrup. I don’t think that’s any achievement of mine. Quite simply – an effective muzzle was finally put on my brain. It can’t run anywhere.

Big eyes, sober eyes, sleepless eyes.

dom / home

(ENG.below) Wróciłam z trzytygodniowego pobytu w Polsce, stąd moje długotrwałe milczenie. Nie doświadczyłam prawie żadnych symptomów, mimo, że sytuacja była wymagająca i „dynamiczna”. Trzy krótkie derealizacje, problemy ze snem; tyle można unieść bez większego wysiłku. Po moim powrocie po prostu zabrakło mi słów; może stało się tak, ponieważ wszystkie mieszczą się teraz w nowej książce, którą wytrwale piszę, i która znalazła już swojego wydawcę.

Polska od jakiegoś czasu wydaje mi się nieznośnie homogeniczna w porównaniu z miejscem, w którym teraz żyję. Brak śniadych, czarnych, oliwkowych twarzy; kwiecistych sukien przybyszów z innych kontynentów, hidżabów, turbanów; siwe kobiety farbują w Polsce włosy z uporem maniaka, mamy mają po dwadzieścia lat mniej, niż tutaj, i wydaje się, że elegancję stawiają wyżej, niż wygodę, w przeciwieństwie do uporczywie sportowo ubranych zachodnio-europejczyków. Tu, gdzie żyję, moje lekarki się nie malują, niemal nikt oprócz kosmetyczek nie nosi tipsów, a na ulicy nie wzbudzam zainteresowania piercingiem i tatuażami, w przeciwieństwie do sytuacji w mojej rodzinnej miejscowości („no wiesz, tu nikt nie wygląda tak jak ty”; „mamo zobacz, ta pani ma kolorowe włosy!”) Są to jednak wyłącznie moje subiektywne wrażenia, wynikające zapewnie z niezgody na „Polskę dla Polaków”, rozczarowania i goryczy, że moja ojczyzna się zamyka – zamiast otwierać.

Nie wiem, jak przeżyłam trzy tygodnie bardzo napiętej atmosfery, z dwojgiem przewlekle chorych rodziców, z których jedno złamało sobie w trakcie mojego pobytu rękę i wymagało operacji; usiłowałam dostosować się do rytmu i nawyków dawnego domu, które stały się tak odległe od mojego stylu życia. Skutecznie zablokowałam więc wszystkie emocje, zmieniając się w usłużną maszynę do pomocy, przy okazji mediującą, wspierającą i empatyczną, mimo gwałtownie rosnącego poziomu agresji jednego z rodziców. Okazało się jednak, że to skutek uboczny leków, jakie zażywa. Współczuję, bo jestem w stanie to zrozumieć – bywałam „nie sobą” na lekach psychiatrycznych. Gdy wróciłam do siebie po trzech tygodniach, był to powrót do znanych miejsc i ludzi, ale nie prawdziwy powrót do siebie: moje emocje wciąż były zablokowane i kontakt z nimi umożliwiało mi wyłącznie oglądanie piłkarskich rozgrywek Euro. Aż dotarliśmy do kolejnej sesji terapeutycznej. Wylało się ze mnie morze łez, z napięcia i żalu.

Później nastąpiła seria fantastycznych zdarzeń, czyli rozmowa z wydawcą, dwa wernisaże i oprowadzanie po trzeciej wystawie, w której brałam udział. Jak tu unikać emocji w takiej sytuacji? Jak chronić się przed nadmiarem przeżyć, w tym i tych pozytywnych? Nadal nie potrafię tego robić. Kończyłam więc dni w głębokiej depresji, na ogromnym zmęczeniu; potrafiłam zasnąć popołudniu po czterech kawach, a po przebudzeniu wypić redbulla, by móc dalej funkcjonować. Na wydarzeniach artystycznych rozdawałam uśmiechy i pozowałam do zdjęć, po to, by po powrocie nie mieć siły się odzywać czy nie być w stanie przygotować sobie kolacji. Dysregulacja emocji – czuję albo wszystko, albo nic.

Fakt, że – z różnych względów – moi przyjaciele nie towarzyszyli mi w trakcie tych ważnych dla mnie wydarzeń uderzył boleśnie w samo serce borderline: odrzucenie, opuszczenie, samotność; dla nikogo nie jestem ważna, nikt mnie nie lubi, wszyscy mają mnie gdzieś lub dość. Bardzo to przeżyłam. Zaczęłam, jak typowy borderlinowiec, myśleć w kategoriach czarno-białych: „prawdziwi przyjaciele” versus „ludzie, którym na mnie w ogóle nie zależy, więc powinnam uciąć z nimi kontakt”. Złapałam się z pomocą męża na tym pogłębiającym przecież moją samotność mechanizmie. Dziś oprowadzam więc po wystawie jednego przyjaciela, w czwartek – drugiego.

Powoli oswajam się ze sobą i ze światem. Wracam do siebie, do swojego wewnętrznego domu. Nie zawsze mi się on podoba, lecz jest jedynym, jaki mam.

I came back from a three-week stay in Poland, hence my long silence. I experienced almost no symptoms, even though the situation was demanding and „dynamic”. Three short derealizations, trouble sleeping; this is how much I can bare without much effort. After my return, I just ran out of words; maybe it was because they are all now in a new book, which I am writing with persistence and which has already found its publisher.

For some time now, Poland has seemed unbearably homogeneous to me compared to the place where I live now. No black or olive faces; flowery dresses of visitors from other continents, hijabs, turbans; gray-haired women in Poland dye their hair with the stubbornness of a maniac, mothers are twenty years younger than here, and it seems that they put elegance above comfort, in contrast to the casually dressed people here. Here, where I live, my female doctors do not wear makeup, almost nobody except beauticians wears tips, and on the street I do not arouse interest in piercings and tattoos, unlike in my hometown („you know, nobody looks like you here” ;

„Mom, look, this lady has colorful hair!”) However, these are only my subjective impressions, probably resulting from the disagreement with „Poland for Poles”, disappointment and bitterness that my homeland is closing – instead of opening.

I still don’t know how I survived three weeks of a very tense atmosphere, with two chronically ill parents, one of whom broke his arm during my stay and required surgery; I tried to adjust to the rhythm and habits of my old home that had become so distant from my lifestyle. So I successfully blocked all emotions, turning into a helpful machine of support, good and empathetic at the same time, despite the rapidly growing level of aggression of one of the parents. It turned out, however, that it was a side effect of the medications she was taking. I feel sorry because I can understand it – I was „not myself” on psychiatric drugs. When I came back after three weeks, it was a return to familiar places and people, but not a real return to myself: my emotions were still blocked and I was able to contact them only while watching Euro football games. Until we got to the next therapy session. A sea of ​​tears spilled out of me, from tension and regret.

Later, there was a series of fantastic events, i.e. an interview with the publisher, two openings of new wxhibitions and a tour of the third exhibition in which I participated. How to avoid emotions in such a situation? How to protect yourself from the excess of experiences, including positive ones? I still can’t do this. So I ended my days deeply depressed and exhausted; I was able to fall asleep in the afternoon after four coffees, and after waking up, drink Redbull to be able to continue functioning. At artistic events, I handed out smiles and posed to photos, only to return home exhausted, not having the strength to speak or not being able to prepare dinner for myself. Emotional dysregulation – I feel either all or nothing.

The fact that – for various reasons – my friends did not accompany me during these important events for me, hit the very heart of borderline painfully: rejection, abandonment, loneliness; I’m not important to anyone, nobody likes me, no one cares or everyone is sick of me. I started to think in black and white terms like a typical borderliner: „true friends” versus „people who don’t care about me at all, so I should cut contact with them.” With my husband’s help, I caught myself on this mechanism, which after all, deepened my loneliness. So today I’m showing one friend around the exhibition, and on Thursday – the other one.

I am slowly getting used to myself and the world. I’m going back to myself, to my inner home. I don’t always like it, but it is the only one I have.

nie martw się / don’t worry

(ENG. below) Ach, jaki cudowny dzień przeżyłam wczoraj. Na placu w centrum miasta, w którym mieszkam, otwarto wystawę plakatów artystów żyjących z diagnozą psychiatryczną. Znalazła się na niej także moja praca. Wystawa nie jest duża, ale obrazy – niesamowicie zróżnicowane, bo każdy z twórców ma swój niepowtarzalny styl.

Przez pandemię zapomniałam już, że potrafię być zwierzęciem społecznym. Że cieszą mnie small talks, uśmiechy, pozowanie do zdjęć, rozmowy z przyjaciółmi, którzy przyszli na otwarcie, chwila małej „chwały” i „popularności”. To moja pierwsza wystawa w samym centrum stolicy, na zewnątrz, ogólnie dostępna. Może ją zobaczyć każdy, kto wraca z pracy transportem publicznym –  po prostu nie da się na nią nie natknąć.

Oczywiście, jeśli jesteś osobą cierpiącą na dysregulację emocji, takie wydarzenia nie pozostają bez echa w twoim mózgu. W noc poprzedzającą otwarcie nie mogłam zasnąć z ekscytacji i poruszenia. W noc po wystawie – podobnie. Pomagałam sobie tabletkami nasennymi, które jednak nie do końca potrafiły pomóc mi wyhamować. Popełniłam też podręcznikowy błąd, wypijając cztery łyki piwa z myślą, że może pomoże mi zasnąć. Poranek następnego dnia był naprawdę bardzo ciężki.

Na szczęście mała dawka Abilify (Aripiprazol), którą zażywam od tygodnia, skutecznie blokuje objawy psychotyczne. Mimo wielu emocji udało mi się więc nie zdysocjować ani nie zderealizować. Ten lek powoduje jednak, że waham się pomiędzy pobudzeniem a zmęczeniem, ale zgadzam się na to z uwagi na brak symptomów psychotycznych.

Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość z wczoraj: mój obraz znajdzie się na okładce katalogu kolejnej wystawy i na zaproszeniach wysyłanych do tysiąca potencjalnych odwiedzających. I znów – wielka radość. I znów – obawa, że stanę się zbyt nakręcona i pojawią się objawy manii. Lecz jednocześnie – medytacyjne przypomnienie: podobnie jak trudne emocje, i te cudowne przemijają, bo taka jest ich „falowa natura”. Nie ma więc co martwić się na zapas.

(ENG.) Ah, what a wonderful day it was yesterday. An exhibition of posters by artists living with a psychiatric diagnosis has opened on the square in the center of the city where I live. It also includes my work. The exhibition is not large, but the paintings – incredibly diverse, because each of the creators has their own unique style.

Due to the pandemic, I have forgotten that I can be a social animal. That I enjoy small talks, smiles, posing for photos, chatting with friends who came to the opening, a moment of little „glory” and „popularity”. This is my first exhibition in the very center of the capital, outside and open to the public. It can be seen by anyone who returns from work by public transport – it is simply impossible not to come across it.

Of course, if you are an emotionally disturbed person, such events do not go unnoticed in your brain. The night before the opening I couldn’t sleep because of excitement. On the night after the exhibition – similarly. I was helping myself with sleeping pills, which, however, were not quite able to help me slow down. I also made a textbook mistake of drinking four sips of beer thinking it might help me sleep. The next morning was really hard.

Fortunately, the small dose of Abilify (Aripiprazole) I’ve been taking for a week has been effective in blocking my psychotic symptoms. So despite many emotions, I managed not to dissociate. This medication, however, causes me to swing between agitation and fatigue, but I agree to it due to the lack of psychotic symptoms.

Finally, one more good news from yesterday: my painting will be on the cover of the catalog of the next exhibition and on invitations sent to 1,000 potential visitors. And again – great joy. And again, fear of getting too turned on and beginning of manic symptoms. But at the same time – a meditative reminder: just like difficult emotions, these wonderful ones pass, because this is their „wave nature”. So there is no need to worry in advance.

jedyna dostępna rzeczywistość / the only available reality

(ENG.below) Wczoraj przez cały dzień leżałam w łóżku z wysoką gorączką i bólem całego ciała – uroki drugiej dawki szczepienia na Covid. Miałam opartą na doświadczeniu nadzieję, że dolegliwości fizyczne wysuną się na pierwszy plan i nie będę cierpieć psychicznie. Tym razem się pomyliłam.

Obsesyjne myśli przychodzą najpierw powoli, a z czasem nie da się od nich opędzić. Nie potrafię skupić się na niczym innym, tylko na nich. Próbuję je hamować, blokować, zwalczać, potem – z drugiej strony – akceptować, przepuszczać, pozwalać im przepłynąć, lecz ich strumień staje się tylko szerszy i silniejszy. Nieważne, czego dotyczą; ważne, że po jakimś czasie jestem nimi i próbami radzenia sobie z nimi wycieńczona. Potem przychodzi lęk, że moje życie (znów) wymyka mi się spod kontroli; za nim maszeruje poczucie winy, a stąd już niedaleko do myśli o przyniesieniu sobie ulgi w sposób dramatyczny lub ostateczny. Żadne strategie nie łamią tego obsesyjnego kołowrotka. Nawet wyobrażanie sobie, że obsesja to smok, a ja jestem małym rycerzem, który próbuje go zabić. Smok jest pięć razy ode mnie większy. I jest niemal pewne, że mnie zje.

W końcu pomógł Lorezepam, który przerwał zaklęty krąg i pozwolił mi na chwilę odpocząć. Poprosiłam też męża, żeby swoją obecnością obok mnie pomógł mi się ugruntować w miejsce biegania w kółko po własnej głowie. Pomogło. Widok ulubionej twarzy, mocny uchwyt dłoni, zawrócenie do tu i teraz. Napisałam też do przyjaciela. Odpisał: to nasza ulubiona strategia, prawda? Biczować się za przeszłość, kiedy teraźniejszość i tak nieźle kopie nas w tyłek.

Ruminacje (obsesyjne myśli) często dotyczą właśnie przeszłości: mogłam zrobić tak, mogłam zrobić inaczej, dlaczego postąpiłam tak, a co by było gdybym, i tak dalej. Uwięzieni we własnym umyśle, prześladowani przez wybory, na które absolutnie nie mamy już wpływu, dręczeni przez duchy przeszłości obwiniamy siebie za to, że właśnie tak się czujemy, zamiast być tu i teraz, w rzeczywistości, która może nie jest dla nas łagodna i czuła, ale jest jedyną dostępną rzeczywistością, jaką mamy.

(ENG.) Yesterday I was lying in bed all day with a high fever and pain all over my body – the charms of the second dose of the Covid vaccination. I had hoped, based on experience, that my physical ailments would come to the fore and that I would not suffer mentally. This time I was wrong.

Obsessive thoughts come slowly at first, and over time, you can’t shake them off. You can’t focus on anything else. I try to inhibit them, block them, fight them, then – on the other hand – accept them, let them pass, let them flow, but their stream only becomes wider and stronger. No matter what they concern; it is important that after some time I am exhausted by trying to deal with them. Then comes the fear that my life is (again) getting out of control; guilt marches behind it, and hence it is not far to the thought of bringing yourself a dramatic or ultimate relief. No strategies break this obsessive reel. Even imagining that the obsession is a dragon and I’m a little knight trying to kill him. The dragon is at least five times bigger than me. And it is almost certain that he will eat me.

Lorezepam finally helped, breaking the vicious circle and allowing me to rest for a while. I also asked my husband to help me ground myself by his presence next to me, instead of running in circles in my own head. It helped. The sight of your favorite face, a firm grip on your hand, a return to the here and now. I also wrote to a friend. He replied: this is our favorite strategy, right? Torment yourself for the past, when the present is kicking us in the ass anyway.

Rumination (obsessive thoughts) is often about the past: I could have done this, I could have done differently, why I did this and what if I did something else, and so on. Trapped in our own mind, haunted by choices that we have absolutely no influence on, tormented by ghosts of the past, we blame ourselves for making us feel this way, instead of being here and now, in a reality that may not be gentle and affectionate to us but it is the only reality we have available.