gówno wiem / I know shit

(ENG.below) Ach te dni, w których mam jakiś fizyczny problem zdrowotny! Ulga od problemów psychicznych. Magia? Mój doświadczony psychiatra twierdzi, że to powszechne zjawisko; tak, jakby mózg nie potrafił ogarnąć dwóch trudności naraz. W końcu nie jestem urojeniowa, jak w zeszłym tygodniu (wydawało mi się, że ktoś zepsuł nam spłuczkę w toalecie, by doprowadzić mnie do załamania nerwowego), hipomaniakalna (również zeszły tydzień, lawina myśli w tempie Formuły 1), depresyjno-samobójcza (poprzedni weekend), nie mam wysokiego poziomu niepokoju (idą święta…). Jestem fizycznie osłabiona – ale spokojna. Trochę szkoda, że muszę wybierać pomiędzy „boli mnie brzuch” a „moja choroba psychiczna mnie zmiata”, ale – no trudno. Tak się złożyło.

Dziś wieczorem chcę się zmobilizować na spotkanie z aktorami, grającymi w mojej sztuce, żeby zrobić wprowadzenie do tematyki chorób psychicznych i facylitować dyskusję na ten temat. Towarzyszy mi mój kolaż sprzed kilku lat: bądź dobra dla innych, bo gówno wiesz na temat tego, przez co sami przeszli. Nie mam pojęcia, jakie doświadczenia wnosi ze sobą obsada, a bardzo chciałabym je uszanować. Będę więc dzielić się wyłącznie moim bagażem i historią, moimi intencjami stojącymi za tekstem, oraz zachęcać do wszelkich możliwych pytań – bo „lepiej być odważnym niż nieświadomym”. Mam nadzieję, że dołożę do tematu zaburzeń psychicznych trochę jasności. Chcę powiedzieć – spójrzcie na mnie, tworzę mimo choroby, z sukcesem. Wyglądam i zachowuję się przez większość czasu tak, że nigdy byście się nie domyślili, że cierpię na rzadką chorobę schizoafektywną plus borderline. Niech to będzie dla was punktem wyjścia do gry aktorskiej.

Myślę sobie, że pewnie dużo łatwiej byłoby obsadzie zagrać wariatów tak, jak wyobraża sobie ich historia i, jak sądzę, współczesny świat w ogóle. A tu przychodzi pani, która napisała sztukę, która zostanie wystawiona w stolicy pięknego kraju, w całkiem sporym teatrze, której książka ukaże się w przyszłym roku, a właśnie dziś kończy się szósta w 2021 wystawa, w której jej prace biorą udział. Chcę wprowadzić trochę zamętu i niewygody, dysonansu. Zobaczymy, jak mi pójdzie.

„Bądź dobra dla innych, bo gówno wiesz na temat tego, przez co sami przeszli.”

Ah, those days when I have some physical health problem! Relief from mental problems. Magic? My experienced psychiatrist says it’s a common phenomenon; as if the brain can’t grasp two difficulties at once. After all, I’m not delusional, as I was last week (I thought someone had broken our toilet flush to bring me to a nervous breakdown), hypomaniacal (also last week, an avalanche of thoughts at the speed of Formula One), depressive/suicidal (last weekend), neither with high anxiety (Christmas is coming…). I am physically debilitated – but calm. It’s a bit of a shame that I have to choose between „my stomach hurts” and „my mental illness is sweeping me away”, but – well, welcome to my life.

Tonight, nevertheless, I want to attend a meeting with the actors starring in my play, to do an introduction to the subject of mental illness and to facilitate a discussion about it. I’m thinking about my collage from a few years ago: “Be good to others because you don’t know shit about what they’ve been through”. I have no idea what experiences the cast brings with them and I would like to be respectful. So I will only share my baggage and story, my intentions behind the text, and encourage any questions they may have – because „it’s better to be brave than ignorant”. I hope to add some clarity to the topic of mental disorders. I want to say – look at me, I create despite my illness, successfully. I look and behave most of the time in a way that you would never guess that I suffer from a rare schizoaffective disorder plus borderline. Let that be a starting point for you as an actor.

I think to myself that it would probably be much easier for the cast to play the lunatics as the history portrays them and, I think, the modern world in general. And here comes a lady who has written a play that will be performed in the capital of a beautiful country, in a pretty big theatre, whose book will be published next year, and just today the sixth exhibition in 2021, in which her works are taking part, ends. I want to introduce some confusion and discomfort, dissonance. We’ll see how it goes for.

„Be good to others because you don’t know shit about what they’ve been through.”

pusto / empty

(ENG.below) Skończyły się przesłuchania, spotkania, gale, wystawy…mój psychiatra zapowiadał mi już w zeszłym tygodniu, że na ile mnie zna, pustka po tych wydarzeniach będzie dla mnie większym stresorem niż cały ten wymagający maraton. Od kilku dni jestem niestabilna. Mam momenty, w których odpływam od rzeczywistości; nie jestem pewna, co się dzieje naprawdę, a co jest tylko iluzją. Miewam stany urojeniowe, które na szczęście nie rozwijają się w pełny atak psychotyczny. Dochodzą do tego fazy niepokoju; codziennie biorę Lorazepam. Kilka godzin w ciągu dnia funkcjonuję zwyczajnie, idę na spacer, jadę na wycieczkę…jednak na moich zdjęciach nie widać, że – by być w stanie wyjść z domu bez drgawek lękowych – wzięłam już jedną tabletkę na uspokojenie, a lek antypsychotyczny mam w plecaku. Urojenia nie wybierają sobie bowiem okoliczności.

Kończę pisanie książki, która ma się ukazać w przyszłym roku. Dziś poprawiałam ją po raz czwarty. Nie wiem, czy usiłuję dążyć do jakiegoś idealnego, nieistniejącego rezultatu, zamiast pamiętać, że książka to tylko pewna fotografia zrobiona w danym momencie w czasie, i wystarczy że będzie dostatecznie dobra. Może za rok napisałabym ją inaczej, może nawet i lepiej; lecz w tej chwili jest w porządku w takiej a nie innej formie. Za kilka dni przecież i tak będę musiała się z nią rozstać, wysyłając ją wydawnictwu. To trochę jak z rysowaniem – trzeba wiedzieć, poczuć, kiedy rysunek jest skończony. Ta książka jakoś mimo wszystko nie chce się…zakończyć. Być może najzwyczajniej w świecie ciężko mi się z nią rozstać, bo od kilku miesięcy zapewniała mi kilka godzin aktywności tygodniowo? Boję się tego, jaka luka we mnie pozostanie, gdy ją w końcu wyślę. Oczywiście, później będzie korekta, wybór ilustracji, okładki, i tak dalej…sama próbuję się tymi myślami uspokajać. Lęk przed pustką wydaje się jednak większy. Znam ten lęk i znam tę pustkę. Budują napięcie, które ciężko rozładować.

Przez najbliższy czas będę więc musiała zająć się sobą jak najlepszy rodzic z możliwych. Może pobawimy się w…wakacje? Odpoczywamy, robimy to, co nam sprawia przyjemność, oddychamy, spacerujemy, pływamy, rozmawiamy z przyjaciółmi.

Wewnętrzny Krytyk: pustka i tak cię dopadnie, nie dasz rady.

Opiekuńczy Rodzic: ona zawsze daje sobie radę.

The auditions, meetings, galas, exhibitions are over…my psychiatrist already announced to me last week that as far as he knows me, the void after these events will be a bigger stressor for me than all this demanding marathon. I have been unstable for the past few days. I have moments where I drift away from reality; I am not sure what is really happening and what is just an illusion. I have delusional states which, fortunately, do not develop into full psychotic attacks. There are also phases of anxiety; I take Lorazepam daily. I function normally for a few hours during the day, I go for a walk, I go on a trip… but what you don’t see in my photos is that, in order to be able to leave the house without having anxiety attacks, I have already taken a tranquilliser and I have an antipsychotic in my backpack. Because delusions can come in any circumstances.

I am finishing writing a book to be published next year. Today I revised it for the fourth time. I don’t know if I am trying to strive for some perfect, non-existent result, instead of remembering that a book is just a certain photograph taken at a certain moment in time, and all it needs is to be good enough. Maybe in a year’s time I would have written it differently, maybe even better; but at the moment it is fine in this form and not another. In a few days’ time I’ll have to part with it anyway, sending it off to the publisher. It’s a bit like drawing – you have to know and feel when the drawing is finished. This book somehow doesn’t want to…end. Maybe it’s just hard for me to part with it, because it has provided me with several hours of activity a week for several months? I am afraid of what gap will be left in me when I finally send it away. Of course, then there will be the proofreading, the choice of illustrations, the cover, and so on…I try to reassure myself with these thoughts. The fear of emptiness, however, seems greater. I know that fear and I know that emptiness. They build up a tension that is hard to relieve.

So for the next little while, I’m going to have to take care of myself like the best parent possible. How about we play…holiday? We relax, do what makes us happy, breathe, walk, swim, talk to friends.

Inner Critic: the emptiness will get you anyway, you won’t cope.

Caring Parent: she always copes.

sprzedam mózg / brain for sale

(ENG.below) Jestem sobą – nie jestem sobą. Jestem – nie ma mnie. Jestem jakaś, za chwilę zupełnie inna. Mówię głośno – ledwo mówię. Pływam – nie mam siły chodzić. Bryluję w towarzystwie – planuję samobójstwo. Wszystko to nie w przeciągu tygodni, nie dni…ale godzin.

Chcę zapuścić włosy – chcę obciąć włosy. Chcę wyjść z domu – nie mam siły wyjść z domu. Wiem, że rysowanie mi pomoże – nie mam siły sięgnąć po flamaster. Wskakuję do zimnej rzeki – trzy godziny później zalewam się łzami. Próbuję robić ćwiczenia oddechowe – jestem smutna, że oddychanie jest automatyczne. Cieszę się ogromnie, uśmiecham całą sobą, pozuję do zdjęć – dwie godziny później chcę skoczyć z balkonu.

Nie wiem już, która ja to ja. Czy w ogóle jest jakaś ja? Gdzie moje sedno, ziarno mnie? Dlaczego tak się męczę, tak mną szarpie, tak mną miota; moja łódeczka podczas sztormu, canoe mojego ciała z trudem unosi się na falach, lecz mimo wszystko wciąż nie tonie. Nie wczoraj, nie dziś, a więc może i nie jutro?…

Ultraszybka zmiana faz, ta przeklęta odmiana choroby dwubiegunowej. Dysregulacja emocji, ten powykrzywiany, połamany mózg, który najchętniej sprzedałabym do lombardu; może znalazłby się kolekcjoner zepsutych mózgów, a ja dostałabym w końcu rentę i mogła sobie kupić nowy. Lśniący, kolorowy, niezawodny mózg.

I znów chce mi się płakać, głównie nad sobą. Cierpienie ma wiele twarzy, podobnie jak szczęście, za którym w moim życiu drepta nieubłaganie nieszczęście; podobnie jak wysiłek, którego nie widzi nikt poza moim wiernym mężem, pytającym co chwilę „jak mogę ci pomóc? co mogę dla ciebie zrobić? czego teraz potrzebujesz?”

Nie wiem, ja nie wiem. Za chwilę przecież mogę potrzebować czegoś wręcz przeciwnego. Skoro nie czuję ja, nie wiem, co jest w tej sytuacji dla mnie dobre.

A jednak. Szuram jak paralityk i siadam przy biurku, po dwóch Lorazepamach, bo chciałam sobie zrobić krzywdę. Siadam i rysuję.

I jest lepiej.

Na jak długo? Może do wieczora, może do jutra? A może tylko na chwilę.

I am me – I am not me. I am – I am not. I am one version of me, in a moment a completely different one. I speak loudly – I barely speak. I swim – I can’t walk. I am celebrating – I am planning suicide. All this not within weeks, not days…but hours.

I want to grow my hair – I want to cut my hair. I want to leave the house – I don’t have the strength to leave the house. I know drawing will help me – I don’t have the strength to reach for a marker. I jump into a cold river – three hours later I am in tears. I try to do breathing exercises – I am sad that breathing is automatic. I enjoy myself immensely, smile with my whole self, pose for photos – two hours later I want to jump off the balcony.

I don’t know which me is me anymore. Is there any me at all? Where is my core, the seed of me? Why am I so tired, why am I so torn, so tossed about; my boat in the storm, the canoe of my body struggling to float, but still not sinking. Not yesterday, not today, so maybe not tomorrow either….

An ultra-fast change of phases, this cursed type of bipolar disorder. Dysregulation of emotions, this twisted, broken brain that I would love to sell to a pawnshop; maybe there would be a collector of broken brains and I would finally get a pension and be able to buy a new one. A shiny, colourful, reliable brain.

And again I want to cry, mostly over myself. Suffering has many faces, as does happiness, followed inexorably by misery in my life; as does effort, which no one sees except my faithful husband, who asks every now and then „how can I help you? what can I do for you? what do you need right now?”

I don’t know, I don’t know. After all, I may need the opposite in a moment. Since I don’t feel “me”, I don’t know what is right for me in this situation.

And yet. I shuffle like a paralytic and sit down at my desk, after two miligrams of Lorazepam, because I wanted to hurt myself. I sit down and draw.

And it gets better.

For how long? Maybe until tonight, maybe until tomorrow? Or maybe just for a while.

leczący gniew / healing anger

(ENG.below) Dawno nie pisałam – a ściślej, nie pisałam tutaj, bo zajmowałam się głównie właśnie pisaniem. Do początku listopada mam zamiar skończyć książkę, która ukaże się w przyszłym roku, pod na razie roboczym tytułem „Artystka przetrwania. Symptomy i strategie.” Jednocześnie rozpoczęły się przesłuchania do napisanej przeze mnie sztuki, która zostanie wystawiona w marcu, oraz pomagałam w przygotowaniach do wystawy (wernisaż w najbliższą sobotę), w której prezentowane będzie około 20 moich prac.

Oczywiście, gdybym była zdrowa, działałabym pewnie na turbodoładowaniu, ekscytacji i radości. Tymczasem jestem – oprócz momentów, gdy biorę głęboki oddech i dociera do mnie, ile właśnie osiągam – głównie spięta, niespokojna, zmartwiona, przerażona, przejęta; wczoraj nastąpiła wielka kumulacja i odpłynęłam najpierw w atak paniki, a następnie symtomy psychotyczne. Nie wiedziałam, czy jestem w domu (byłam), czy na wernisażu (nadchodzi dopiero), czy mam atak psychotyczny na wernisażu albo na przesłuchaniach i wydaje mi się tylko, że jestem w domu; czy mój mąż jest przy mnie (był), czy to kolejne urojenie, i tak dalej. Wzięłam na noc dużą dawnę Olanzapiny i rano obudziłam się spokojniejsza. Byłam w stanie pojechać powiesić resztę moich prac na wystawowym poddaszu.

Równocześnie zachodzi we mnie ciekawy proces, któremu przyglądamy się z moim psychiatrą z dużym zainteresowaniem. Otóż – przez większość czasu czuję się wkurwiona. To naprawdę duża nowość, bo w moim życiu wkurzałam się dotychczas prawie wyłącznie na siebie. A tu nagle – zwrot akcji. Wkurzam się na przyjaciół, na tak zwanych partnerów biznesowych, znajomych, organizatorów, opiekę społeczną, rząd, psa, inne psy goniące bez smyczy; czego się nie dotknę, tam czuję złość. Z tej złości – w tej złości – podejmuję różne działania, których o dziwo się nie boję, jak do tej pory. Staram się jednocześnie myśleć racjonalnie i dokonywać takich wyborów, których nie będę żałować. Jednak ten przypływ mocy, związany z gniewem, jest…hmm. Energetyzujący!

To naprawdę fajne uczucie.

I haven’t written in a while – or, more accurately, I haven’t written here, because I’ve been mostly just writing. By the beginning of November, I intend to finish my book that will be published next year, under the working title for now, „Survival Artist. Symptoms and Strategies.” At the same time, auditions have begun for a play I’ve written and that will be performed in March, and I’ve been helping to prepare an exhibition (opening this Saturday) that will feature about 20 of my works.

Of course, if I were healthy, I’d probably be operating on turbocharged excitement and joy. In the meantime, I am – apart from moments when I take a deep breath and realise how much I have just achieved – mostly tense, anxious, worried, frightened, preoccupied; yesterday there was a great accumulation and I drifted off first into panic attack and then psychotic symtoms. I didn’t know whether I was at home (I was) or at the opening of the exhibition (it is coming in two days), whether I was having a psychotic attack at the opening or at the auditions and it only seemed to me that I was at home; whether my husband was with me (he was) or whether it was another delusion, and so on. I took a large dose of Olanzapine overnight and woke up calmer in the morning. I was able to go and hang the rest of my works in the exhibition loft.

At the same time, an interesting process is taking place in me which my psychiatrist and I are watching with great interest. Well – most of the time I feel pissed off. This is a really big novelty, because so far in my life I have been pissed off almost exclusively at myself. And then suddenly there’s a twist. I’m pissed off at my friends, at so-called business partners, acquaintances, organisers, social services, government, my dog, other dogs chasing me without a leash; whatever I touch, I feel anger there. Out of this anger – in this anger – I take various actions which, surprisingly, don’t scare me out like before. At the same time, I try to think rationally and make choices that I will definitely not regret. However, this surge of power associated with anger is…hmm. Energising!

And it feels so good.

decyzje / decisions

(ENG.below) Nie wytrzymałam bez sportu, wycieczek i wysiłku fizycznego, z sennością, słabością, mdłościami, bólami głowy – w porozumieniu z lekarką pierwszego kontaktu wycofałam antydepresant. Mój psychiatra jest na urlopie.

Pierwsze dwa dni były wspaniałe. W końcu mogłam przejść 7, 8 kilometrów; poszłam na basen, na zakupy, na pracę z ciałem. Trzeciego dnia powoli zaczęłam się czuć tak, jakby zachodziło słońce mojego serca i umysłu, a dziś ogarnia mnie coraz większa ciemność, włącznie z myślami samobójczymi, które znam – „bo nie mam już siły ciągnąć tej choroby, tego życia w takiej formie”.

Pewnie istnieją antydepresanty, które lepiej współgrają z Lamotryginą, ale…mój psychiatra jest na urlopie. Pozostaje mi zacisnąć zęby i wytrzymać jeszcze tydzień. Łatwo powiedzieć, zacisnąć zęby, wytrzymać…przetrwać jakoś; myśli zasnuwa rezygnacja, mówię z wysiłkiem, uśmiecham się z wysiłkiem, cieszę się z radości mojego psa, lecz w głębi duszy chciałabym już wracać do domu ze spaceru, położyć się, zniknąć na ten tydzień, w trakcie którego nie spodziewam się pomocy.

Ostatnie pięć dni było bardzo egzotycznym czasem. Ruszyły zapisy na przesłuchania do mojej (drugiej) sztuki. Jestem tylko autorką scenariusza, od organizacji jest producent i reżyser, jednakże nie potrafię porzucić własnego, życiowego scenariusza, jakim jest branie odpowiedzialności za wszystko, wszystkich, każdy krok przedsięwzięcia, jego przebieg, efekt końcowy i potencjalny sukces lub porażkę. Wypalam się więc każdego dnia, obserwując, ile osób zapisało się na przesłuchania, manewrując tekstem, mając nadzieję, tracąc nadzieję, spinając się i szamocząc. Dziś, gdy depresja ogarnia mnie coraz bardziej, w końcu nie mam na to siły. To dobra wiadomość. Stan depresyjny przychodzi jak głębszy oddech po gorączce. Tak bardzo bym chciała wyłonić się po drugiej, spokojnej lecz nie mrocznej stronie. Napisałam sztukę – dramat, ale wolałabym nie tworzyć go we własnym życiu. Choć pewnie na to jest już za późno.

I couldn’t last without sports, hikes and exercise, with lethargy, weakness, nausea, headaches – in consultation with my GP I withdrew the antidepressant. My psychiatrist is on leave.

The first two days were great. I was finally able to walk 7, 8 kilometers; I went to the pool, shopping, body work. By the third day, I slowly began to feel like the sun was setting on my heart and mind, and today more and more darkness enveloped me, including suicidal thoughts I know – „because I don’t have the strength to continue with this illness, this life as it is”.

Sure there are antidepressants that work better with Lamotrigine, but…my psychiatrist is on vacation. I am left to grit my teeth and hold out for another week. It’s easy to say, clench your teeth, endure…endure somehow; thoughts are clouded with resignation, I speak with effort, smile with effort, rejoice at my dog’s joy, but deep down I wish I could come home from a walk, lie down, disappear for this week, during which I expect no help.

The last five days have been a very exotic time. Auditions for my (second) play have started. I’m only the author of the script, there’s a producer and director to organize the whole thing, but I can’t let go of my own life script, which is to take responsibility for everything, everyone, every step of the project, its course, the end result and potential success or failure. So I burn myself out every day, watching how many people have signed up for auditions, maneuvering the text, hoping, losing hope, tensing and grokking. Today, as depression grips me more and more, I’m finally out of it. This is the good news. The depressive state comes like a deeper breath after a fever. I would so much like to emerge on the other, peaceful – but not dark – side. I have written a play – a drama – but I would rather not create a drama in my own life. Though it is probably too late for that.

kamyczki / pebbles

(ENG.below) Antydepresant zaczyna działać, choć w połączeniu z Lamotryginą daje mocne skutki uboczne – słabość, zmęczenie, senność. Nie ma takiego leku psychiatrycznego, który nie niósł by ze sobą jakichś konsekwencji. Na szczęście tym razem nie jest to przyrost masy ciała (na Zyprexie przytyłam kilka lat temu 30kg). Choć nie jestem teraz w stanie pójść na dłuższą wycieczkę, przynajmniej nie patrzę już w oczy próżni, a one nie patrzą na mnie. W głowie układają się plany i zadania do zrobienia, kolejne projekty, ale nie pędzą w niepokojący sposób, po prostu machają swoimi łapkami, dając o sobie znać.

Staram się robić codziennie po kilka razy ćwiczenia oddechowe, które sprawiają, że zaczynam czuć się w swoim ciele jak w domu. Zauważyłam, że takie „lądowanie” we własnej fizyczności bardzo mnie uspokaja. Tak, jakbym zaczynała czuć własne granice, zamiast zlewać się z otoczeniem, z własnymi myślami i ocenami, gadającym wciąż umysłem. Bla bla bla – na chwilę stop.

Wczoraj pływałam w rzece, i było to również bardzo medytacyjne doświadczenie. Nigdy nie miałam serca do opisów przyrody, ale może spróbuję:

Zimna, przejrzysta woda w kolorze szmaragdowym.

Kamienie na dnie są jak masaż stóp, muszę wchodzić powoli.

Słyszę tylko delikatny dźwięk liści, spadających do wody. Lądują tuż obok mnie – pływam pośród liści, wystawiając twarz do słońca.

Kładę się na plecach, w uszach słyszę łagodny szum prądu rzeki, przesuwający najmniejsze kamyczki po dnie.

Patrzę w górę i widzę głowy drzew, niektóre już w połowie łyse, inne jeszcze trochę zielone. Gdy powiewa wiatr, liście lecą w moim kierunku.

Wychodzę z wody i czuję zapach ogniska, słyszę jego trzeszczącą melodię. Przyda mi się jego ciepło. Nad ogniskiem gotuje się woda na herbatę.

Pies wygrzewa się w słońcu, mokra sierść, bo wszedł za mną do wody, chociaż bardzo tego nie lubi.

Spokój.

The antidepressant starts to work, although in combination with Lamotrigine it gives strong side effects – weakness, fatigue, drowsiness. There is no psychiatric drug that would not have any consequences. Fortunately, this time it is not a weight gain (on Zyprex I gained 30 kg a few years ago). Even though I am now unable to go on a longer trip, at least I don’t look into the eyes of the void anymore, and they don’t look at me. Plans and tasks to be done, subsequent projects get arranged in my head, but they do not rush in a disturbing way, they just wave their little hands, making themselves known.

I try to do some breathing exercises every day that make me feel at home in my body. I noticed that such a „landing” in my own physicality calms me down a lot. It is as if I am beginning to feel my own boundaries, instead of merging with the environment, with my own thoughts and judgments, the still talking mind. Blah blah blah – stop for a moment.

Yesterday I was swimming in the river and it was also a very meditative experience. I have never had a heart for nature descriptions, but maybe I’ll try:

Cold, clear water emerald in color.

The stones on the bottom feel like a foot massage, I have to go in slowly.

All I can hear is the soft sound of leaves falling into the water. They land right next to me – I swim among the leaves, my face exposed to the sun.

I lie on my back, in my ears I can hear the gentle hum of the river current, moving the smallest pebbles along the bottom.

I look up and see the heads of the trees, some half bald, others a little green. When the wind blows, leaves fly towards me.

I get out of the water and smell the fire, hear its crackling melody. I need its warmth. Water for tea is boiling over the fire.

The dog is basking in the sun, his fur is wet because he followed me into the water, although he does not like it very much.

Peace.

czarno-białe / black and white

(ENG.below) Pierwszy stabilny dzień od tygodnia. Jak zwykle, po raz wielotysięczny, zastanawiam się, jak długo potrwa ta zbalansowana faza. Czy to przypadek? Chorobowy wypadek przy pracy, przysnęła sobie na chwilę? A może to zasługa podwyższenia Lamotryginy? A może po prostu, tak jak ciężkie fazy przychodzą, kiedy chcą, tak samo robią stabilne?…Po siedmiu latach chorowania powinnam chyba już wiedzieć. A jednak nie.

Koleżanka pisze: podziwiam cię, że tworzysz nawet wtedy, gdy się źle czujesz. Nie rozumie, że ja MUSZĘ tworzyć. Malowanie i rysowanie jest jak podawanie sobie samej ręki w momentach, gdy tonę. Pomaga – bo rysowane przeze mnie postaci przejmują część moich emocji, albo ich brak, w związku z czym staję się lżejsza, lub bardziej ugruntowana, bądź też w większym kontakcie ze sobą.

Ostatnio mój psychiatra złapał mnie na gorącym uczynku borderline’owego, czarno-białego myślenia. Chcę czuć wszystko, intensywnie i dramatycznie, bo wtedy tylko, jak mi się wydaje, żyję pełnią życia – albo nie czuję nic. Czytanie mojej sztuki, po którym dostałam bardzo pozytywny feedback, zakwalifikowało się do kategorii „nic”, ponieważ ani się nadmiernie nie zestresowałam, ani nie uniosłam jak maniakalny balonik pod niebo, ani nie popłakałam, ani…”Czyli nic nie czułaś” – podpowiada czarno-biały system. Satysfakcja, radość, duma – nie kwalifikują się jako „pełnia życia”. Popadam więc w smutek i głód, spragniona brzegowych, granicznych, borderline’owych przeżyć.

Tymczasem życie płynie i mnie omija, zatroskaną, że nie biorę w nim udziału.

The first stable day in a week. As always, for a thousand time, I wonder how long this balanced phase will last. Is it a coincidence? The illness had an accident at work, she dozed for a moment? Or is it due to the increase in Lamotrigine? Or maybe just like the hard phases come when they want, so do the same stable ones? … After seven years of being ill, I should probably already know. And yet not.

My friend writes: I admire you, that you create even when you feel bad. She doesn’t understand that I MUST create. Painting and drawing is like lending myself a hand when I’m drowning. It helps – because the characters drawn by me take over some of my emotions, or the lack of them, and therefore I become lighter, or more grounded, or more in touch with myself.

Recently, my psychiatrist caught me red-handed in borderline black and white thinking. I want to feel everything, intensely and dramatically, because then only, as it seems to me, I live my life to the fullest – otherwise I don’t feel anything. Reading my theatre play, after which I got a very positive feedback, qualified for the „nothing” category, because I neither got overly stressed, nor lifted myself up to the sky like a maniacal balloon, nor did I cry, nor … – welcome to the black and white system. Satisfaction, joy, pride – do not qualify as the „fullness of life.” So I fall into sadness and hunger, craving for borderline, liminal experiences.

Meanwhile, life goes by and passes me by, me worried that I am not taking part in it.

światowy dzień zapobiegania samobójstwom / world suicide prevention day

(ENG.below) Dziś światowy dzień zapobiegania samobójstwom.

Jako osoba, której myśli samobójcze towarzyszą dość regularnie, mam do tego dnia nieco sceptyczne nastawienie. Kiedy jestem w ciężkiej depresji, włącza mi się widzenie tunelowe – w którym śmierć wydaje się jedynym wyjściem wobec egzystencjonalnego cierpienia. Nie wiem, jak miałbyś mi w tej sytuacji pomóc, ulżyć. Możesz jednak utrudnić mi realizację planu, bardzo konkretnie: schować leki do sejfu, noże do piwnicy, żyletki do najgłębszej szuflady; być ze mną w domu i nie wypuszczać samej na spacer. A także powtarzać: to minie, to minie, to minie; to nie ty, to choroba myśli za ciebie…Może właśnie na tym polega zapobieganie samobójstwom? Na drobnych, racjonalnych działaniach? Na byciu z chorym, by – tym razem  -przetrwał?

Mój przyjaciel spędził cały wczorajszy dzień na planowaniu własnej śmierci. Na szczęście zanim cokolwiek zrobił, upił się do nieprzytomności. Napisał mi dziś: „cholera, nie mogę. Mój syn ma w poniedziałek urodziny.” Nie wiem, co będzie we wtorek, ale jestem z nim w regularnym kontakcie, zapewniając, że nie jest sam. Nie mogę jednak pilnować go przez cały czas. Nie rozwiążę też za niego problemów, które go przytłaczają. Zapobieganie – czy bezradność? A może wybór jest większy, niż mi się wydaje?…

Dzwoni do mnie przyjaciółka; kolejny dzień chodzi w piżamie, nie kąpała się, płacze, szlocha, panicznie oddycha. Chce sobie zrobić krzywdę, nie zniesie cierpienia. Uspokajam. Opisuję plan: skontaktuj się z lekarzem. Skontaktuj się z asystentem psychiatrycznym. Weź Lorazepam. Grozi ci niebezpieczeństwo, musisz iść do szpitala. Wiem, że tego nie chcesz. Ale tam jest bezpiecznie. Idź, choćby na kilka dni. Przetrzymasz. Pomogą ci. Musisz – iść – w bezpieczne – miejsce.

Tego samego dnia partner zawozi ją do kliniki.

Tym razem się udało.

Co będzie następnym razem?

Zapobieganie – i bezradność.

Today is the World Suicide Prevention Day.

As a person who experiences suicidal thoughts quite regularly, I am somewhat skeptical to this day. When I am severely depressed, tunnel vision turns on – in which death seems to be the only solution to existential suffering. I don’t know how you could help me, relieve me in this situation. However, you can make it difficult for me to implement the plan, very specifically: put the medication in the safe, take the knives to the locked basement, hide the razor blades in the deepest drawer; be at home with me and not let me out for a walk. And also – repeat: it will pass, it will pass, it will pass; it’s not you, it’s the disease that thinks for you … Maybe that’s what suicide prevention is all about? About small, rational activities? Being with the sick so that – this time – he would survive?

My friend spent all day yesterday planning his own death. Fortunately, before he could do anything, he got passed out drunk. He wrote me today: damn it, I can’t. My son’s birthday is on Monday. I don’t know what will happen on Tuesday, but I keep in touch with him on a regular basis, reassuring him that he is not alone. But I can’t keep an eye on him all the time. Nor will I solve for him the problems that overwhelm him. Prevention – or helplessness? Or maybe the choice is broader than I think? …

A friend is calling me; she wears her pajamas the fourth day, has not bathed, cries, weeps and breathes panically. She wants to hurt herself, she cannot bear the suffering. I calm her down. I describe the plan: now, call your doctor. Contact a psychiatric assistant. Take Lorazepam. You are in danger, you must go to the hospital. I know you don’t want this. But it’s safe there. Go, if only for a few days. You will make it. They will help you. You – have to – go – to a safe place – right now.

On the same day, her partner drives her to the clinic.

This time it worked.

What will happen next time?

Prevention – and helplessness.

nieśmiała / shy

(ENG.below) Hipomaniakalne dni przemieniły się w jeden depresyjny dzień z myślami samobójczymi, ale on też minął; mogę chyba powiedzieć, że wracam do równowagi. Oczywiście, i ona przeminie, by ustąpić jednej z wielu innych faz. Staram się jednak nie wybiegać myślami daleko w przyszłość, bo by mnie unieruchomiły.

Tak się jakoś stało, że mam teraz swoją prywatną fotografkę, która przygotowuje o mnie pracę dyplomową – fotoreportaż. Odwiedza mnie w atelier i w domu, przegląda prace sprzed lat i te najnowsze, wzdycha, patrzy mi głęboko w oczy i mówi, że są niezwykłe. Ma mnóstwo pomysłów dotyczących tego, co można z nimi zrobić. Pomaga mi także w przygotowaniach do – szóstej w tym roku – wystawy. Przepełnia mnie to wdzięcznością, a jednocześnie nieśmiałością; gdzieś w głębi czuję się jak dziwadło, jak może i ciekawostka, ale z kategorii tych niepokojących, o których do końca nie wiesz, co myśleć. Fotografka natomiast przekonuje mnie, że jestem żyłą złota. Czerwienię się, uśmiecham nieśmiało, nie wiem, co powiedzieć. Zauważyłam, że w tym kraju, gdy ludzie są skonfundowani, zakrywają się – trochę nerwowym, a jednak – śmiechem. Śmieję się więc. Wyceniam swoje prace wystawowe, a kurator mówi, że powinny być dziesięć razy droższe. Nie wiem, czy żartuje. I znów – onieśmielenie. I wycofanie. W fazie hipomaniakalnej pożądam sukcesów, w fazie depresyjnej – chowam się jak ślimak. Jak będzie w czasie równowagi – nie wiem. Zaczynam jednak…czuć się zmęczona.

The hypomanic days turned into one depressive day with suicidal thoughts, but that too was gone; I guess I can say that I’m getting back into balance. Of course, it will pass, too, to give way to one of the many other phases. However, I try not to look far ahead, because they would paralyse me.

Somehow it happened that I now have my private photographer who is preparing a diploma thesis about me – a photo reportage. She visits me in the studio and at home, looks at the works from years ago and the newest ones, she sighs, looks deep into my eyes and says that they are extraordinary. She has tons of ideas about what to do with them. She also helps me prepare for the sixth exhibition this year. It fills me with gratitude and shyness at the same time; somewhere deep inside, I feel like a freak, maybe a curiosity, but from the disturbing category, about which you do not know what to think. The photographer, on the other hand, convinces me that I am a gold mine. I turn red, smile shyly, don’t know what to say. I noticed that in this country, when people are confused, they cover themselves up – a bit nervous but still – with laughter. So I laugh. I assess prices of my exhibition works, and the curator says they should be ten times more expensive. I don’t know if he’s joking. And again – intimidation. And withdrawal. In the hypomanic phase, I desire success, in the depressive phase – I hide like a snail. What will it be like at the time of balance – I do not know. But I’m starting to… feel tired.

zamiast / instead

(ENG.below) Dla osoby zlewającej się w bliskich relacjach niemalże bez granic spędzenie trzynastu godzin w ciągu dnia w samotności przyprawia o ciarki. Lęk. Co będzie, jeśli przyjdzie atak psychotyczny? A co z myślami samobójczymi? Co jeżeli napięcie będzie tak nie do zniesienia, że znów się samookaleczę? Mnóstwo obaw przed możliwymi czarnymi scenariuszami, które tylko napędzają stres i napięcie właśnie. W dodatku mój psychiatra jest na trzytygodniowym urlopie i nie znalazł dla mnie zastępstwa…Niedziela przed samotnym poniedziałkiem – tyle niepokoju, że płaczę. Płakanie przynosi ulgę. Nie oswaja jednak strachu.

Przychodzi Straszny Poniedziałek. Najdłuższy samotny dzień od nie pamiętam już kiedy – okazał się krótszy, niż myślałam. Spotkałam się z ludźmi, spacerowałam z psem, rysowałam i wycinałam, czytałam książkę, rozmawiałam z rodziną, pisałam maile – odkryłam, że moje dni wcale nie muszą być przerażająco puste, a ja nie muszę cierpieć na BOREOUT, czyli zdemotywowanie nudą. Nie muszę też histerycznie poszukiwać aktywności, napinać się z tego powodu; mogę znaleźć równowagę między „robić” a „nie robić”. Bardzo pomogła mi w tym piątkowa sesja pracy z ciałem. Odkryłam, że udręczam się niemiłosiernie – pijąc po pięć kaw dziennie, szukając zajęcia za wszelką cenę, przejmując się moją samotnością, przeforsowując się podczas biegania. Zrobiłam więc kilka małych kroczków we właściwą stronę. Zamiast biegania do utraty tchu – biegomarsz. Odstawienie kawy. Sięganie do ludzi zamiast zamartwiania się, że to oni do mnie nie sięgają. Szukanie zajęcia nie z napięcia, ale z ciekawości. Głębokie oddychanie i podążanie za potrzebami ciała: tworzyć – czytać – leżeć i głaskać psa – wyjść na zewnątrz – poruszać się, i tak dalej.

Podjęłam także decyzję o tym, by poszukać dla siebie menedżera sztuki – który z procent od sprzedanych prac pomógłby mi w marketingu i promocji moich obrazów.

Jeśli znasz kogoś takiego lub sam/a jesteś taką osobą, napisz do mnie: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Do usłyszenia !

For a person that blends in close relationships with almost boundlessness, spending thirteen hours a day alone can be a creepy feeling. Fear. What if a psychotic attack comes? What about suicidal thoughts? What if the tension is so unbearable that I will hurt myself again? Lots of fear of possible black scenarios that only fuel stress and tension. In addition, my psychiatrist is on a three-week vacation and has not found a replacement for me … Sunday before lonely Monday – so much anxiety that I cry. Crying brings relief. However, it does not tame fear.

It’s Terrible Monday at last. The longest lonely day since I can’t remember when – turned out to be shorter than I thought. I met people, walked the dog, drew and cut, read a book, talked to my family, wrote e-mails – I discovered that my days don’t have to be terribly empty, and I don’t have to suffer from BOREOUT, i.e. demotivation from boredom. I also don’t have to hysterically seek activity, get tense because of it; I can find a balance between „doing” and „not doing”. The Friday session of bodywork helped me a lot. I discovered that I was tormenting myself mercilessly – drinking five coffees a day, looking for a job at all costs, worrying about my loneliness, overwhelming myself while running. So I took a few small steps in the right direction. Instead of running until you are out of breath – marching plus jogging. Put the coffee aside. Reaching out to people instead of worrying that they aren’t reaching to me. Seeking work not out of tension, but out of curiosity. Deep breathing and following the needs of the body: create – read – lie down and pet the dog – get outside – move, and so on.

I also made a decision to find an art manager for myself – who for a percentage of the works sold would help me in the marketing and promotion of my paintings.

If you know someone like that or you are such a person yourself, write to me: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Until next time!