wielkie oczy / big eyes

(ENG.below) Od ostatniego wpisu mój stan zmienił się tyle razy, że nie wiem, od czego zacząć pisanie. W końcu zaczęły przeważać głębokie fazy depresyjne, w trakcie których nie miałam siły wstać z łóżka, mówiłam słabym głosikiem jak jakiś ptaszek, odwołałam spotkania i rozmowy, płakałam z bezsilności i mentalnego bólu. Podjęliśmy z moim psychiatrą decyzję o włączeniu niedużej dawki leku antydepresyjnego (Venlafaxyna). W przeszłości ta substancja wyciągała mnie już z ciemności. Zobaczymy, co tym razem zdziała.

Natrafiłam ostatnio na mema: „Nie boisz się być sama w ciemności. Boisz się nie być sama w ciemności.” W zamierzeniu śmieszny, doskonale oddaje rzeczywistość depresji. Nie jesteś w ciemności sama. Ciemność ma wielkie oczy, doskonale cię widzi, wie, gdzie jesteś i po prostu gapi się na ciebie, a jej wzroku nie da się uniknąć; gdziekolwiek się nie odwrócisz, tam znajdzie cię ta pozornie ożywiona pustka.

Żeby wyciągnąć do siebie rękę, pomóc sobie, zwlekam się z łóżka i zaczynam rysować. Jednego dnia mój stan jest zły, lecz nie tragiczny, moje rysunki są więc smutne, ale nie dramatyczne. Drugiego dnia jest już tak źle, że moje prace wystraszają mnie samą. Mroczne, wykrzywione cierpieniem i łzami twarze. Kto zechce to oglądać? Kto będzie chciał oglądać mnie taką? Bliskim oszczędzam detali związanych z tym, jak się czuję; proszę tylko męża, by wcześniej wrócił z pracy. Nie chcę być sama wobec wielkich wstrętnych oczu pustki. Może przytulenie pomoże mi choć na chwilę od tej perspektywy uciec – do ciepła bliskiego ciała.

Jak zwykle w depresji, czekam na wieczór, sygnalizujący koniec dnia pełnego bólu. Towarzyszy mi jednak niepokój: co to będzie jutro? Jaka będę jutro? Na co znajdę siłę? Czy znów przeleżę popołudnie?

Obudziłam się w niezłej formie. Tylko mdłości; skutek uboczny antydepresanta. Wolę je jednak dużo bardziej niż te wielkie oczy i moją szarą, nieruchomą twarz.

Since my last post, my condition has changed so many times that I don’t know where to start writing. In the end, deep depressive phases began to prevail, during which I did not have the strength to get out of bed, I spoke in a weak voice like a tiny bird, canceled meetings and conversations, cried with helplessness and mental pain. We made a decision with my psychiatrist to introduce a small dose of an antidepressant (Venlafaxine). In the past, this medication has pulled me out of the dark. We’ll see what it does this time.

Recently I came across a meme: “You’re not afraid to be alone in the dark. You are afraid of not being alone in the dark. ” Intentionally funny, it perfectly captures the reality of depression. You are not alone in the dark. Darkness has big eyes, sees you perfectly well, knows where you are and just stares at you and its eyes cannot be avoided; wherever you turn, this apparently alive void will find you.

To reach out and help myself, I drag myself out of bed and start drawing. One day my condition is bad but not tragic, so my drawings are sad but not dramatic. On the second day it is so bad that my works scare me. Dark faces, distorted with suffering and tears. Who would want to watch It? Who would want to see me like this? I spare my loved ones the details related to how I feel; I’m just asking my husband to come home early from work. I don’t want to be alone in the face of the big hideous eyes of emptiness. Maybe a hug will help me escape from this perspective for a moment – to the warmth of my beloved’s body.

As usual in depression, I look forward to the evening signaling the end of a painful day. However, I feel anxiety: what will it be tomorrow? What will I be like tomorrow? What will I find the strength for? Will I spend the afternoon in bed again?

I woke up in good shape. Just nausea; side effect of an antidepressant. But I prefer it much more than those big eyes and my gray, still face.

światowy dzień zapobiegania samobójstwom / world suicide prevention day

(ENG.below) Dziś światowy dzień zapobiegania samobójstwom.

Jako osoba, której myśli samobójcze towarzyszą dość regularnie, mam do tego dnia nieco sceptyczne nastawienie. Kiedy jestem w ciężkiej depresji, włącza mi się widzenie tunelowe – w którym śmierć wydaje się jedynym wyjściem wobec egzystencjonalnego cierpienia. Nie wiem, jak miałbyś mi w tej sytuacji pomóc, ulżyć. Możesz jednak utrudnić mi realizację planu, bardzo konkretnie: schować leki do sejfu, noże do piwnicy, żyletki do najgłębszej szuflady; być ze mną w domu i nie wypuszczać samej na spacer. A także powtarzać: to minie, to minie, to minie; to nie ty, to choroba myśli za ciebie…Może właśnie na tym polega zapobieganie samobójstwom? Na drobnych, racjonalnych działaniach? Na byciu z chorym, by – tym razem  -przetrwał?

Mój przyjaciel spędził cały wczorajszy dzień na planowaniu własnej śmierci. Na szczęście zanim cokolwiek zrobił, upił się do nieprzytomności. Napisał mi dziś: „cholera, nie mogę. Mój syn ma w poniedziałek urodziny.” Nie wiem, co będzie we wtorek, ale jestem z nim w regularnym kontakcie, zapewniając, że nie jest sam. Nie mogę jednak pilnować go przez cały czas. Nie rozwiążę też za niego problemów, które go przytłaczają. Zapobieganie – czy bezradność? A może wybór jest większy, niż mi się wydaje?…

Dzwoni do mnie przyjaciółka; kolejny dzień chodzi w piżamie, nie kąpała się, płacze, szlocha, panicznie oddycha. Chce sobie zrobić krzywdę, nie zniesie cierpienia. Uspokajam. Opisuję plan: skontaktuj się z lekarzem. Skontaktuj się z asystentem psychiatrycznym. Weź Lorazepam. Grozi ci niebezpieczeństwo, musisz iść do szpitala. Wiem, że tego nie chcesz. Ale tam jest bezpiecznie. Idź, choćby na kilka dni. Przetrzymasz. Pomogą ci. Musisz – iść – w bezpieczne – miejsce.

Tego samego dnia partner zawozi ją do kliniki.

Tym razem się udało.

Co będzie następnym razem?

Zapobieganie – i bezradność.

Today is the World Suicide Prevention Day.

As a person who experiences suicidal thoughts quite regularly, I am somewhat skeptical to this day. When I am severely depressed, tunnel vision turns on – in which death seems to be the only solution to existential suffering. I don’t know how you could help me, relieve me in this situation. However, you can make it difficult for me to implement the plan, very specifically: put the medication in the safe, take the knives to the locked basement, hide the razor blades in the deepest drawer; be at home with me and not let me out for a walk. And also – repeat: it will pass, it will pass, it will pass; it’s not you, it’s the disease that thinks for you … Maybe that’s what suicide prevention is all about? About small, rational activities? Being with the sick so that – this time – he would survive?

My friend spent all day yesterday planning his own death. Fortunately, before he could do anything, he got passed out drunk. He wrote me today: damn it, I can’t. My son’s birthday is on Monday. I don’t know what will happen on Tuesday, but I keep in touch with him on a regular basis, reassuring him that he is not alone. But I can’t keep an eye on him all the time. Nor will I solve for him the problems that overwhelm him. Prevention – or helplessness? Or maybe the choice is broader than I think? …

A friend is calling me; she wears her pajamas the fourth day, has not bathed, cries, weeps and breathes panically. She wants to hurt herself, she cannot bear the suffering. I calm her down. I describe the plan: now, call your doctor. Contact a psychiatric assistant. Take Lorazepam. You are in danger, you must go to the hospital. I know you don’t want this. But it’s safe there. Go, if only for a few days. You will make it. They will help you. You – have to – go – to a safe place – right now.

On the same day, her partner drives her to the clinic.

This time it worked.

What will happen next time?

Prevention – and helplessness.

skorupka / empty shell

(ENG.below) Wyobraź sobie stan, w którym myślisz, że gdyby oddychanie nie było automatycznym procesem, przestałabyś oddychać, bo po prostu nie masz siły. Leżysz w łóżku i wydaje ci się, że razem z materacem będziesz się zapadać głęboko, głęboko pod ziemię. Twoje ciało jest skorupką, pustą wydmuszką. Jesteś zarazem przekonana, że jeśli się nie ruszysz, nie ruszysz się już nigdy. Wstajesz, zmuszasz się do jakiejś czynności, lecz łóżko znowu cię wzywa, bo wszystko jest niezwykle męczące. Piszesz zdanie za zdaniem, bo próbujesz skądś zaczerpnąć choć trochę energii, poczuć, że żyjesz; nie-bycie czai się jednak za każdym słowem, a umysł podpowiada „wszystko jest bez sensu”. Poddać się? Nie poddać się? Podać sobie rękę czy podstawić sobie nogę?…

Wczoraj wszystko jeszcze wydawało się normalne. Basen, spotkanie z kolegą, lekcja niemieckiego. Później sesja z terapeutą – wypłakanie morza łez; może to one sprawiły, że dziś jestem na dnie, że nie unoszę się już z prądem. Nie działam, jestem jak zepsute radio.

Depresyjne fazy przychodzą i odchodzą, zwłaszcza w odmianie szybkiej zmiany faz; zaciskam więc zęby, piszę więc w zwolnionym tempie, siedzenie mnie męczy; liczę kolejne godziny, które mogłyby przynieść odmianę.

Imagine a state where you think that if breathing wasn’t an automatic process, you would stop breathing because you just don’t have enough strength. You lie in bed and it seems to you that you will sink deep, deep underground together with the mattress. Your body is like an empty shell. At the same time, you are convinced that if you do not move, you will never move again. You get up, you force yourself to do something, but the bed is calling you again, because everything is extremely exhausting. You write sentence after sentence because you are trying to get some energy from somewhere, to feel that you are alive; but non-being lurks behind each word, and the mind tells „everything is pointless.” Give up? Do not give up? Should I lend myself a hand or knock myself out? …

Yesterday everything still seemed normal. Swimming pool, meeting with a friend, German lesson. Later, a session with a therapist – crying a sea of ​​tears; maybe they made me find myself at the bottom today, that I no longer float with the flow. I’m not working, I’m like a broken radio.

Depressive phases come and go, especially in the rapid cycling; so I grit my teeth, I write in slow motion, it makes me tired to sit; I count the following hours that could bring change.

szybko, szybko / quickly, quickly

(ENG.below) Myśli, myśli, myśli; plany, plany, plany; lista kolejnych rzeczy do zrobienia; spotkania, spotkania, spotkania, wydarzenia, przygotowania do szóstej w tym roku wystawy, stowarzyszenie teatralne, ludzie, nowi ludzie, starzy przyjaciele, maile, fotoreportaż, skype, pomysły, pomysły, a jeden lepszy od drugiego; nie mogę przestać rysować i malować; mam wrażenie, że mój mózg nie mieści mi się już w czaszce, wylewa się oczami i uszami, nie potrafię się uspokoić, drażliwy, produktywny umysł, wszystko mnie wkurwia, czy pójście biegać w ciemności wieczora mi pomoże, nie, za późno, może potańczę, nie, nie czuję muzyki, proszę, obejmij mnie, może jakoś się z powrotem zmienię w całość, którą czuję, która się nie rozbiega, która nie pędzi, nie dręczy.

Atak hipomaniakalny trwa od kilku dni i śmiem twierdzić, że jeszcze się nie skończył. W międzyczasie – depresyjne chwile i samobójcze pomysły, a więc faza mieszana, groźna. Biorę Olanzapinę na wieczór, żeby się znokautować i dłużej spać. Pomaga, bo działa też antymaniakalnie.

Dziś wchodzę w dzień na palcach.

Thoughts, thoughts, thoughts; plans, plans, plans; a list of next things to do; meetings, meetings, meetings, events, preparations for the sixth exhibition this year, theater association, people, new people, old friends, e-mails, photo reportage, skype, ideas, ideas, and one better than the other; I can’t stop drawing and painting; I have the impression that my brain does not fit in my skull anymore, it is pouring out with eyes and ears, I can not calm down, irritable, productive mind, everything pisses me off, if going for a run in the dark of the evening will help me, no, too late, maybe I’ll dance , no, I don’t feel the music, please hug me, maybe I will change back into a whole that I feel, that does not run away, that does not rush, does not torment me.
The hypomanic attack has lasted several days, and I dare say that it is not over yet. In the meantime – depressive moments and suicidal ideas, so the mixed, threatening phase. I’m taking Olanzapine for the evening to knock myself out and sleep longer. It helps, because it also has an anti-manic effect.
Today I step into the day on my tiptoes.

nie martw się / don’t worry

(ENG. below) Ach, jaki cudowny dzień przeżyłam wczoraj. Na placu w centrum miasta, w którym mieszkam, otwarto wystawę plakatów artystów żyjących z diagnozą psychiatryczną. Znalazła się na niej także moja praca. Wystawa nie jest duża, ale obrazy – niesamowicie zróżnicowane, bo każdy z twórców ma swój niepowtarzalny styl.

Przez pandemię zapomniałam już, że potrafię być zwierzęciem społecznym. Że cieszą mnie small talks, uśmiechy, pozowanie do zdjęć, rozmowy z przyjaciółmi, którzy przyszli na otwarcie, chwila małej „chwały” i „popularności”. To moja pierwsza wystawa w samym centrum stolicy, na zewnątrz, ogólnie dostępna. Może ją zobaczyć każdy, kto wraca z pracy transportem publicznym –  po prostu nie da się na nią nie natknąć.

Oczywiście, jeśli jesteś osobą cierpiącą na dysregulację emocji, takie wydarzenia nie pozostają bez echa w twoim mózgu. W noc poprzedzającą otwarcie nie mogłam zasnąć z ekscytacji i poruszenia. W noc po wystawie – podobnie. Pomagałam sobie tabletkami nasennymi, które jednak nie do końca potrafiły pomóc mi wyhamować. Popełniłam też podręcznikowy błąd, wypijając cztery łyki piwa z myślą, że może pomoże mi zasnąć. Poranek następnego dnia był naprawdę bardzo ciężki.

Na szczęście mała dawka Abilify (Aripiprazol), którą zażywam od tygodnia, skutecznie blokuje objawy psychotyczne. Mimo wielu emocji udało mi się więc nie zdysocjować ani nie zderealizować. Ten lek powoduje jednak, że waham się pomiędzy pobudzeniem a zmęczeniem, ale zgadzam się na to z uwagi na brak symptomów psychotycznych.

Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość z wczoraj: mój obraz znajdzie się na okładce katalogu kolejnej wystawy i na zaproszeniach wysyłanych do tysiąca potencjalnych odwiedzających. I znów – wielka radość. I znów – obawa, że stanę się zbyt nakręcona i pojawią się objawy manii. Lecz jednocześnie – medytacyjne przypomnienie: podobnie jak trudne emocje, i te cudowne przemijają, bo taka jest ich „falowa natura”. Nie ma więc co martwić się na zapas.

(ENG.) Ah, what a wonderful day it was yesterday. An exhibition of posters by artists living with a psychiatric diagnosis has opened on the square in the center of the city where I live. It also includes my work. The exhibition is not large, but the paintings – incredibly diverse, because each of the creators has their own unique style.

Due to the pandemic, I have forgotten that I can be a social animal. That I enjoy small talks, smiles, posing for photos, chatting with friends who came to the opening, a moment of little „glory” and „popularity”. This is my first exhibition in the very center of the capital, outside and open to the public. It can be seen by anyone who returns from work by public transport – it is simply impossible not to come across it.

Of course, if you are an emotionally disturbed person, such events do not go unnoticed in your brain. The night before the opening I couldn’t sleep because of excitement. On the night after the exhibition – similarly. I was helping myself with sleeping pills, which, however, were not quite able to help me slow down. I also made a textbook mistake of drinking four sips of beer thinking it might help me sleep. The next morning was really hard.

Fortunately, the small dose of Abilify (Aripiprazole) I’ve been taking for a week has been effective in blocking my psychotic symptoms. So despite many emotions, I managed not to dissociate. This medication, however, causes me to swing between agitation and fatigue, but I agree to it due to the lack of psychotic symptoms.

Finally, one more good news from yesterday: my painting will be on the cover of the catalog of the next exhibition and on invitations sent to 1,000 potential visitors. And again – great joy. And again, fear of getting too turned on and beginning of manic symptoms. But at the same time – a meditative reminder: just like difficult emotions, these wonderful ones pass, because this is their „wave nature”. So there is no need to worry in advance.

jedyna dostępna rzeczywistość / the only available reality

(ENG.below) Wczoraj przez cały dzień leżałam w łóżku z wysoką gorączką i bólem całego ciała – uroki drugiej dawki szczepienia na Covid. Miałam opartą na doświadczeniu nadzieję, że dolegliwości fizyczne wysuną się na pierwszy plan i nie będę cierpieć psychicznie. Tym razem się pomyliłam.

Obsesyjne myśli przychodzą najpierw powoli, a z czasem nie da się od nich opędzić. Nie potrafię skupić się na niczym innym, tylko na nich. Próbuję je hamować, blokować, zwalczać, potem – z drugiej strony – akceptować, przepuszczać, pozwalać im przepłynąć, lecz ich strumień staje się tylko szerszy i silniejszy. Nieważne, czego dotyczą; ważne, że po jakimś czasie jestem nimi i próbami radzenia sobie z nimi wycieńczona. Potem przychodzi lęk, że moje życie (znów) wymyka mi się spod kontroli; za nim maszeruje poczucie winy, a stąd już niedaleko do myśli o przyniesieniu sobie ulgi w sposób dramatyczny lub ostateczny. Żadne strategie nie łamią tego obsesyjnego kołowrotka. Nawet wyobrażanie sobie, że obsesja to smok, a ja jestem małym rycerzem, który próbuje go zabić. Smok jest pięć razy ode mnie większy. I jest niemal pewne, że mnie zje.

W końcu pomógł Lorezepam, który przerwał zaklęty krąg i pozwolił mi na chwilę odpocząć. Poprosiłam też męża, żeby swoją obecnością obok mnie pomógł mi się ugruntować w miejsce biegania w kółko po własnej głowie. Pomogło. Widok ulubionej twarzy, mocny uchwyt dłoni, zawrócenie do tu i teraz. Napisałam też do przyjaciela. Odpisał: to nasza ulubiona strategia, prawda? Biczować się za przeszłość, kiedy teraźniejszość i tak nieźle kopie nas w tyłek.

Ruminacje (obsesyjne myśli) często dotyczą właśnie przeszłości: mogłam zrobić tak, mogłam zrobić inaczej, dlaczego postąpiłam tak, a co by było gdybym, i tak dalej. Uwięzieni we własnym umyśle, prześladowani przez wybory, na które absolutnie nie mamy już wpływu, dręczeni przez duchy przeszłości obwiniamy siebie za to, że właśnie tak się czujemy, zamiast być tu i teraz, w rzeczywistości, która może nie jest dla nas łagodna i czuła, ale jest jedyną dostępną rzeczywistością, jaką mamy.

(ENG.) Yesterday I was lying in bed all day with a high fever and pain all over my body – the charms of the second dose of the Covid vaccination. I had hoped, based on experience, that my physical ailments would come to the fore and that I would not suffer mentally. This time I was wrong.

Obsessive thoughts come slowly at first, and over time, you can’t shake them off. You can’t focus on anything else. I try to inhibit them, block them, fight them, then – on the other hand – accept them, let them pass, let them flow, but their stream only becomes wider and stronger. No matter what they concern; it is important that after some time I am exhausted by trying to deal with them. Then comes the fear that my life is (again) getting out of control; guilt marches behind it, and hence it is not far to the thought of bringing yourself a dramatic or ultimate relief. No strategies break this obsessive reel. Even imagining that the obsession is a dragon and I’m a little knight trying to kill him. The dragon is at least five times bigger than me. And it is almost certain that he will eat me.

Lorezepam finally helped, breaking the vicious circle and allowing me to rest for a while. I also asked my husband to help me ground myself by his presence next to me, instead of running in circles in my own head. It helped. The sight of your favorite face, a firm grip on your hand, a return to the here and now. I also wrote to a friend. He replied: this is our favorite strategy, right? Torment yourself for the past, when the present is kicking us in the ass anyway.

Rumination (obsessive thoughts) is often about the past: I could have done this, I could have done differently, why I did this and what if I did something else, and so on. Trapped in our own mind, haunted by choices that we have absolutely no influence on, tormented by ghosts of the past, we blame ourselves for making us feel this way, instead of being here and now, in a reality that may not be gentle and affectionate to us but it is the only reality we have available.

cholernie trudne / damn hard

(ENG.below) Chciałabym być mówcą motywacyjnym. Albo chociaż napisać książkę o tym, jak „zarządzać swoją chorobą” i „złapać równowagę” (taka książka o dwubiegunówce została wydana w Polsce – i całkowicie mnie zdemotywowała, bo wyszło na to, że autor doskonale sobie radzi, a ja wprost przeciwnie). Lub może niech ktoś przeprowadzi ze mną wywiad o tym, że mimo choroby można mieć fajną pracę i projekty…Ups, zapomniałam, że nie mam pracy, a projekty zależą od tego, jak się aktualnie czuję. A czuję się tak, że w zeszłym tygodniu nie zjawiłam się w atelier, a temat książki jest dla mnie tak ciężki, że przez ostatnie trzy dni nie napisałam ani zdania.  

Piszę to wszystko z miejsca frustracji i rozczarowania, bo czuję, że znów tonę. Wynurzam się na kilka godzin dziennie, maszeruję na wycieczce, uśmiecham się, jest dobrze, po czym nagle i bez przyczyny znowu chcę umierać, chcę się pociąć, chcę poddać się eutanazji bo tak mnie wszystko nieznośnie boli wewnątrz. Nie potrafię wyjść z siebie i stanąć obok, nie potrafię sięgnąć do spokojnego centrum w medytacji, nie potrafię się ukoić. Codziennie dostaję cios w twarz i czuję się już jak bokser po dwunastu rundach. A to dopiero tydzień takich intensywnych objawów.

Przyjaciółka doradza: idź do kliniki. Chryste, przecież dwa miesiące temu stamtąd wróciłam! Nie chcę tam zamieszkać na stałe. Zaciskam zęby i myślę sobie: dobra, powoli, dzień po dniu. Żadnych oczekiwań, żadnych planów, żadnych „jak mogłoby być” czy „jak powinno”. Życie z momentu na moment. Nie przywiązywanie się do niczego, bo wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Rano jestem sobą, popołudniu zwiniętą w kłębek istotą planującą własną śmierć, wieczorem znów sobą, następnego ranka roztrzęsioną galaretą, popołudniu zderealizowaną osobą niepewną tego gdzie jest i kim jest, a wieczorem już mnie nie ma bo zażyłam tyle leków, by dać się powalić i mieć spokój.

Za dwa tygodnie mam w końcu, po wielu miesiącach przerwy, zobaczyć rodziców. Zrobię absolutnie wszystko, żeby to się wydarzyło. Pójdę na nogach do Jerozolimy, wpłacę na kościół zielonoświątkowców, wystawię ołtarz bogini Shakti i pomodlę się do matki boskiej albo latającego potwora spaghetti. Wiem, miałam się nie przywiązywać. Wiem – dzień po dniu.

Tylko dlaczego to jest tak cholernie trudne.

(ENG.) I would like to be a motivational speaker. Or at least write a book on how to „manage your illness” and „catch your balance” (such a book about bipolar disorder was published in Poland – and it completely demotivated me, because it turned out that the author is doing very well, and I am quite the opposite). Or maybe someone would interview me about the fact that despite my illness I can have a nice job and interesting projects … Whoops, I forgot that I have no job and the projects depend on how I feel at the moment. I didn’t show up at the atelier last week and the subject of the book is so hard for me that I haven’t written a sentence for the last three days.

I am writing this all out of a place of frustration and disappointment because I feel like drowning again. I emerge for a few hours a day, march on a trip, smile, it is fine, then suddenly and for no reason I want to die again, I want to cut myself, I want to undergo euthanasia because everything hurts so unbearably inside me. I cannot go out of myself and stand next to me, I cannot reach the calm center in meditation, I cannot soothe myself. I get a punch in the face every day and feel like a boxer after twelve rounds. And this is only a week of such intense symptoms.

A friend advises: go to the clinic. Christ, I got back from there two months ago! I don’t want to live there permanently. I grit my teeth and think to myself: okay, slowly, day after day. No expectations, no plans, no „as it could be” or „as it should be.” Living moment by moment. Not getting attached to anything, because everything changes like a kaleidoscope. In the morning I am myself, in the afternoon a curled creature planning her own death, in the evening I am again myself, the next morning I’m an anxious jelly, in the afternoon I am a deeralized person unsure of where she is and who she is, and in the evening I am gone because I have taken enough medication to get knocked down and have a peaceful sleep.

In two weeks, after many months of break, I am finally going to see my parents. I’ll do absolutely anything to make it happen. I will walk to Jerusalem, donate to a Pentecostal church, build an altar to the goddess Shakti, and pray to the mother Mary or a flying spaghetti monster. I know, I was not supposed to get attached. I know – day after day.

Just why is it so damn hard.

przerażająco prawdziwy / terribly real

(ENG. below) Tak bardzo skupiłam się na zaburzeniu borderline, że prawie zapomniałam, że choruję też na chorobę schizoafektywną. Ta postanowiła w tym tygodniu zapukać do drzwi po czym otworzyć je kopniakiem. W poniedziałek – atak psychotyczny. Pytam męża kim on jest, kim jestem ja, który mamy rok, gdzie jesteśmy; czemu mówi głosem swojego kolegi i czy na pewno jest tym, za kogo się podaje. Odrealnienie, odpłynięcie w mgłę, w bezczasowość i nieistnienie. Następne dni upłynęły pod znakiem dużych wahań nastroju, od nakrętu po stany depresyjne, w których wstanie z łóżka i kąpiel są osiągnięciem. Płaczę, nie wiem dlaczego, nie ma ku temu powodu. Kolejnej nocy nie mogę zasnąć, gonitwa obsesyjnych myśli, chomik w kółku. Budzę się nakręcona i zmęczona – jednocześnie wiem, że za kilka godzin mogę się znaleźć na przeciwległym biegunie i znów nie będę miała siły się ruszyć. Szybka, ultraszybka zmiana faz.

Próbuję pośród tych wszystkich symptomów medytować. Powtarzam sobie: nie jesteś swoimi myślami, nie jesteś swoimi uczuciami, nie jesteś nawet narracją na swój temat; jesteś świadomością, która obserwuje to ze współczuciem i dobrocią. Tak ciężko mi w tym stanie złapać to spokojne centrum. Co chwilę ściąga mnie w prawo lub w lewo jakaś myśl, jakiś plan, jakiś pomysł, przekonanie, fala emocji. Usiłuję sobie pomóc wyobraźnią – obrazem liścia, który spada na dno leśnego strumienia; nad nim woda pluska i wiruje, lecz on spokojnie sobie leży, zamiast być niesionym przez wodne turbulencje. Powtarzam też medytację ze słowem kluczem – „spokojna”, na wydechu. To wszystko pozwala mi nie wikłać się całkowicie…w powierzchowną siebie. Trudne.

Tej nocy miałam koszmar senny, który wybudził mnie o północy. Największy lęk – uzasadniony lub urojony – borderlinowca, czyli porzucenie, opuszczenie przez najbliższą osobę. Długo nie mogłam się uspokoić. Bezradność ze snu, zdruzgotanie, zagubienie, ból – były koszmarnie realne. Gdy się obudziłam, nie byłam pewna, czy to sen, czy rzeczywistość. Podreptałam do kuchni, gdzie mój mąż uspokajał mnie przez następne pół godziny.

Tak więc huśtam się na huśtawce nastrojów, pogubiona w znanych przecież, a jednak za każdym razem odczuwanych jakby na nowo symptomach. Mam wrażenie, że nie da się ich oswoić. Że za każdym razem przychodzą jak nieproszony gość, niechciany, bliski, a jednak obcy, bolesny i wywołujący skurcze przerażenia i rozczarowania.

Wszyscy dookoła mówią mi: to minie. Ja na to: tak, tylko po to, by wrócić.

(ENG.) I was so focused on borderline disorder that I almost forgot that I also have schizoaffective disease. She decided to knock on the door this week and then kick it open. On Monday – a psychotic attack. I ask my husband who he is, who I am, which year it is, where we are; why he speaks in the voice of his colleague and is he really who he says he is. Becoming unreal, lost in mist, timelessness and non-existence. The following days were marked by large mood swings, from feeling turned on to depressive states in which getting out of bed and bathing is an achievement. I’m crying, I don’t know why, there’s no reason. The next night I can’t sleep, chasing obsessive thoughts, a hamster in a wheel. I wake up turned on and tired – at the same time I know that in a few hours I may be on the opposite pole and I will not have the strength to get up – again. Fast, ultrafast phase change.

I am trying to meditate in the midst of all these symptoms. I keep telling myself: you are not your thoughts, you are not your feelings, you are not even a narrative about yourself; you are the consciousness that watches this with compassion and kindness. It’s so hard for me to catch this quiet center in this state. Every now and then I am drawn to the right or left by a thought, a plan, an idea, a conviction, a wave of emotions. I try to help myself with my imagination – with the image of a leaf falling to the bottom of a forest stream; above it, the water splashes and swirls, but it lies still, instead of being carried by the water turbulence. I also repeat the meditation with the key word – „calm”, exhaling. All this allows me not to become completely kidnapped by… superficial me. It’s hard to do.

That night I had a nightmare that woke me up at midnight. The greatest fear – justified or imaginary – of a borderliner, i.e. abandonment by the closest person. It took me a long time to calm down. Helplessness from this dream, devastation, confusion, pain – they were terribly real. When I woke up, I wasn’t sure if it was a dream or a reality. I dragged myself to the kitchen where my husband tried to calm me down for the next half hour.

So I am swinging on a mood swing, lost in the symptoms that are known, yet feel so new every time. I have the impression that it is impossible to tame them. That each time they come as an uninvited guest, unwanted, close, yet strange, painful and inducing fear and disappointment.

Everyone around tells me: it will pass. I say: yes, just to come back.

powiedz TAK / say YES

(ENG.below)

To ćwiczenie wymaga wyobraźni.

Wyobraź sobie, że idąc spać wieczorem nie wiesz, jaka się obudzisz. Czy będziesz w stanie wstać, mówić, czy sparaliżuje cię lęk, czy będziesz nakręcona, czy bez kontaktu z rzeczywistością, a może tym razem w dobrym stanie.

Wyobraź sobie, że każdy twój plan może w ostatniej chwili się załamać, bo przyjdzie atak choroby. Spotkania z przyjaciółmi, wyjścia, zakupy, wycieczki, sport – wszystko to wisi w powietrzu.

Wyobraź sobie, że nie wiesz, jak będzie wyglądał twój dzień, bo nie ma takiej siły woli, która pokonałaby chorobę psychiczną.

Wyobraź sobie, że gdziekolwiek idziesz i z kimkolwiek się spotykasz, możesz dostać ataku psychotycznego i stracić kontakt z rzeczywistością.

Spróbuj sobie to wszystko wyobrazić – i mimo wszystko żyć.

Mój organizm dotrwał 4 dni bez symptomów do poniedziałkowej wizyty u psychiatry, po czym, zameldowawszy dobre samopoczucie i odżegnawszy pobyt w klinice, na jeden dzień się załamał w ataku uporczywych myśli samobójczych. Brałam jedną tabletkę za drugą, aż przekroczyłam maksymalną dawkę; w końcu zasnęłam. Następnego dnia dotarło do mnie, jak bardzo motywowana strachem funkcjonuję. Wciąż czujna, wciąż niespokojna, lękowa. Poczułam, że chcę to zmienić, że musi być alternatywna droga. Pomyślałam o wszystkich moich bliskich i o tym, jak bardzo ich kocham, i że oni wcale nie potrzebują moich zmartwień i napięć, tylko spokoju i siły. Że samobójstwo czy eutanazja, o których myślę tak często, złamałyby im życie, i nie chcę już uporczywie o tym myśleć. Chcę kierować się miłością. Starać się. Być silna, ale i wyrozumiała dla siebie.  Znaleźć takie miejsce w sobie, które ma zgodę na to, co się dzieje.

Powiedzieć sobie „tak“.

This exercise requires imagination.

Imagine that when you go to bed in the evening you don’t know in what state you will wake up. Will you be able to get up, talk, will you be paralyzed by fear, will you be turned on or out of touch with reality, or maybe this time in good shape.

Imagine that any of your plans could collapse at the last minute because there would be an attack of disease. Meeting friends, going out, shopping, excursions, sports – it’s all up in the air.

Imagine that you don’t know what your day will be like because there is no willpower to overcome mental illness.

Imagine that wherever you go and whoever you hang out with, you can get a psychotic attack and lose touch with reality.

Try to imagine it all – and live anyway.

My body survived 4 days without symptoms until a Monday visit to a psychiatrist, then, having reported well-being and saying goodbye to the stay at the clinic, it broke for one day in an attack of persistent suicidal thoughts. I took one pill after another until I exceeded the maximum dose; I finally fell asleep. The next day I realized how much fear motivated me to function. Still alert, still restless, fearful. I felt that I wanted to change it, that there had to be an alternative path. I thought about all my relatives and how much I love them and that they don’t need my worries and tensions at all, but my peace and strength. That suicide or euthanasia, which I think about so often, would break their lives, and I don’t want to persistently think about it anymore. I want to be guided by love. Try to. Be strong, but also understanding toward myself. Find a place in myself that has consent to what is happening.

Say yes to how I am.

jak oszaleć i przeżyć / how to go crazy and survive

(ENG.below) Minęło siedem lat od mojej pierwszej hospitalizacji. Jakoś nie mogę uwierzyć, że aż tyle. Pamiętam swoje życie sprzed choroby – wydaje mi się piękne i niemal beztroskie, jak idylliczne dzieciństwo. Oczywiście to iluzja, miałam swoje zmartwienia i trudności, ale w porównaniu z życiem obecnym tamto wygląda jak bajka. Depresyjne symptomy wciąż nie ustępują, choć psychotyczne zniknęły. Wczoraj wieczorem miałam atak paniki dotyczący tego, że jestem chora i że już zawsze będę chora. Że jestem uwięziona, zniewolona przez chorobę, która dyktuje swoje plany, wpływa na moje emocje, poziom energii, motywację, myśli i przekonania. „Ta choroba będzie już z Panią zawsze”, jak powiedział mój ulubiony psychiatra. Pozostają mi dwa wyjścia – albo zniknąć albo nauczyć się z nią żyć. Ale jak uczyć się żyć z halucynacjami, urojeniami, depresją, manią? Jaka szkoła uczy radzić sobie z egzystencjalnym bólem nie do zniesienia? Gdzie nauczyć się nie sięgać po żyletkę, nie bać się wybuchu nuklearnego, nie podejrzewać męża o chęć otrucia mnie? Może kiedyś, kiedy już się tego wszystkiego nauczę, założę szkołę przetrwania dla wariatów. Myślę, że byłoby to bardzo potrzebne.

Mimo wszystko przez te siedem lat nauczyłam się kilku rzeczy. Tego, że sztuka mnie ocala, a codzienne rysowanie czy malowanie uspokaja. Tego, żeby zawsze nosić przy sobie leki. Że bieganie mi pomaga, oraz kontakt z naturą i przyjaciółmi. Że każda faza prędzej czy później mija – oczywiście tylko po to, by wrócić za jakiś czas.

„Jak oszaleć i przetrwać”, tak się będzie nazywała ta szkoła.

It’s been seven years since my first hospitalization. Somehow I can’t believe it’s that much. I remember my life before my illness – it seems beautiful and almost carefree to me, like an idyllic childhood. Of course it’s an illusion, I had my worries and difficulties, but compared to the present life that one looks like a fairy tale. The depressive symptoms still persist, although the psychotic symptoms have disappeared. Yesterday evening I had a panic attack about being sick and being sick forever. That I am trapped, enslaved by the disease that dictates my plans, affects my emotions, energy levels, motivation, thoughts and beliefs. „This disease will be with you forever,” said my favorite psychiatrist. I have two options – either disappear or learn to live with it. But how do you learn to live with hallucinations, delusions, depression, mania? What school teaches you to deal with unbearable existential pain? Where to learn not to reach for a razor blade, not to be afraid of a nuclear explosion, not to suspect your husband of wanting to poison you? Maybe someday, when I learn all this, I’ll start a madness survival school. I think it would be very necessary.

After all, during these seven years, I learned a few things. Art – it saves me and everyday drawing or painting calms me down. Always carry your medication with you. That running helps me as well as contact with nature and friends. That each phase will pass sooner or later – only to come back some time, of course.

„How to go crazy and survive”, that’s what this school will be called.