gówno wiem / I know shit

(ENG.below) Ach te dni, w których mam jakiś fizyczny problem zdrowotny! Ulga od problemów psychicznych. Magia? Mój doświadczony psychiatra twierdzi, że to powszechne zjawisko; tak, jakby mózg nie potrafił ogarnąć dwóch trudności naraz. W końcu nie jestem urojeniowa, jak w zeszłym tygodniu (wydawało mi się, że ktoś zepsuł nam spłuczkę w toalecie, by doprowadzić mnie do załamania nerwowego), hipomaniakalna (również zeszły tydzień, lawina myśli w tempie Formuły 1), depresyjno-samobójcza (poprzedni weekend), nie mam wysokiego poziomu niepokoju (idą święta…). Jestem fizycznie osłabiona – ale spokojna. Trochę szkoda, że muszę wybierać pomiędzy „boli mnie brzuch” a „moja choroba psychiczna mnie zmiata”, ale – no trudno. Tak się złożyło.

Dziś wieczorem chcę się zmobilizować na spotkanie z aktorami, grającymi w mojej sztuce, żeby zrobić wprowadzenie do tematyki chorób psychicznych i facylitować dyskusję na ten temat. Towarzyszy mi mój kolaż sprzed kilku lat: bądź dobra dla innych, bo gówno wiesz na temat tego, przez co sami przeszli. Nie mam pojęcia, jakie doświadczenia wnosi ze sobą obsada, a bardzo chciałabym je uszanować. Będę więc dzielić się wyłącznie moim bagażem i historią, moimi intencjami stojącymi za tekstem, oraz zachęcać do wszelkich możliwych pytań – bo „lepiej być odważnym niż nieświadomym”. Mam nadzieję, że dołożę do tematu zaburzeń psychicznych trochę jasności. Chcę powiedzieć – spójrzcie na mnie, tworzę mimo choroby, z sukcesem. Wyglądam i zachowuję się przez większość czasu tak, że nigdy byście się nie domyślili, że cierpię na rzadką chorobę schizoafektywną plus borderline. Niech to będzie dla was punktem wyjścia do gry aktorskiej.

Myślę sobie, że pewnie dużo łatwiej byłoby obsadzie zagrać wariatów tak, jak wyobraża sobie ich historia i, jak sądzę, współczesny świat w ogóle. A tu przychodzi pani, która napisała sztukę, która zostanie wystawiona w stolicy pięknego kraju, w całkiem sporym teatrze, której książka ukaże się w przyszłym roku, a właśnie dziś kończy się szósta w 2021 wystawa, w której jej prace biorą udział. Chcę wprowadzić trochę zamętu i niewygody, dysonansu. Zobaczymy, jak mi pójdzie.

„Bądź dobra dla innych, bo gówno wiesz na temat tego, przez co sami przeszli.”

Ah, those days when I have some physical health problem! Relief from mental problems. Magic? My experienced psychiatrist says it’s a common phenomenon; as if the brain can’t grasp two difficulties at once. After all, I’m not delusional, as I was last week (I thought someone had broken our toilet flush to bring me to a nervous breakdown), hypomaniacal (also last week, an avalanche of thoughts at the speed of Formula One), depressive/suicidal (last weekend), neither with high anxiety (Christmas is coming…). I am physically debilitated – but calm. It’s a bit of a shame that I have to choose between „my stomach hurts” and „my mental illness is sweeping me away”, but – well, welcome to my life.

Tonight, nevertheless, I want to attend a meeting with the actors starring in my play, to do an introduction to the subject of mental illness and to facilitate a discussion about it. I’m thinking about my collage from a few years ago: “Be good to others because you don’t know shit about what they’ve been through”. I have no idea what experiences the cast brings with them and I would like to be respectful. So I will only share my baggage and story, my intentions behind the text, and encourage any questions they may have – because „it’s better to be brave than ignorant”. I hope to add some clarity to the topic of mental disorders. I want to say – look at me, I create despite my illness, successfully. I look and behave most of the time in a way that you would never guess that I suffer from a rare schizoaffective disorder plus borderline. Let that be a starting point for you as an actor.

I think to myself that it would probably be much easier for the cast to play the lunatics as the history portrays them and, I think, the modern world in general. And here comes a lady who has written a play that will be performed in the capital of a beautiful country, in a pretty big theatre, whose book will be published next year, and just today the sixth exhibition in 2021, in which her works are taking part, ends. I want to introduce some confusion and discomfort, dissonance. We’ll see how it goes for.

„Be good to others because you don’t know shit about what they’ve been through.”

misja / a mission

(ENG.below) Zakończyły się grupowe przesłuchania do mojej sztuki teatralnej. Kosztowały mnie dużo energii – i żalu. Odkryłam, że stereotypy na temat osób psychicznie chorych mają się doskonale. W scenie grupowej, gdy aktorzy mają odgrywać pacjentów kliniki psychiatrycznej, zachowują się doprawdy kuriozalnie; zaśmiewają się bez sensu, drapią, wiercą, wiją, mówią podniesionym głosem. Tymczasem pośród kilkuset osób, jakie poznałam w klinikach psychiatrycznych może kilkanaście mogłoby zachowywać się w tej sposób – i to wyłącznie na oddziale interwencyjnym. Większość z nas próbuje przetrwać w głębokiej depresji, otoczona przez intruzywne myśli samobójcze, załamana – bo znów się nie udało tam, „na zewnątrz”, bo się pocięłam, bo połknąłem za dużo tabletek, bo napisałam już list pożegnalny, bo upiłam się tak, że upadając na podłogę zmiażdżyłam sobie twarz, bo potrzebuję odwyku. Jesteśmy głównie spokojni i przygnębieni. Oczywiście zdarzają się też „kolorowi” pacjenci, Jezus, Mahomet, dlaczego podają mi leki, jestem przecież zupełnie zdrowy; maszty telekomunikacyjne wpływają na moje myśli; to spisek tutaj, w klinice, a ze mną wszystko jest w porządku; wypuśćcie mnie do domu…Jest ich jednak zdecydowana mniejszość. Być może wynika to z tego, że depresja wciąż trzyma się mocno i stanowi najczęstszą przyczynę poszukiwania pomocy – i hospitalizacji. Pacjenci maniakalni nie zamkną się przecież w szpitalu, bo są w najcudowniejszym okresie swojego życia. A psychotyczni – nie wiedzą, że są psychotyczni.

Ustaliliśmy z teatralną ekipą produkcyjną, że próby zaczniemy od spotkania ze mną. Chcę powiedzieć aktorom: zapomnijcie o wszelkich wyobrażeniach, jakie macie na temat chorych psychicznie. Zamiast tego spójrzcie na mnie. Czy zgadlibyście, że jestem chora? Wkrótce zagracie w mojej sztuce, która podobno jest wciągająca i dość niezwykła. Możecie, między próbami, wpaść na wystawę moich obrazów. W przyszłym roku ma ukazać się moja książka. Robię to wszystko POMIMO choroby, WŚRÓD choroby, Z chorobą. I co wy na to?

Jestem przejęta tym spotkaniem. Mam jednak nieśmiałe poczucie misji – zmieniać stereotypy dotyczące chorób i chorych psychicznie, poczynając od grupy teatralnej a na publiczności skończywszy.

Zobaczymy, jak mi pójdzie.

The group auditions for my play have ended. They cost me a lot of energy – and grief. I discovered that stereotypes about mentally ill people are perfectly common. In the group scene, when the actors are supposed to play the patients of a psychiatric clinic, they behave in a truly bizarre way; they laugh without any sense, scratch, squirm, wriggle and speak in a raised voice. However, among the several hundred people I have met in psychiatric clinics, maybe a dozen could behave in this way – and mostly only in the acute ward. The majority of us are trying to survive in deep depression, surrounded by intrusive suicidal thoughts, broken down – because we failed again out there, „outside”, because I cut myself, because I swallowed too many pills, because I already wrote a goodbye letter, because I got so drunk that I crushed my face when I fell on the floor, because I need rehab. We are mostly quiet and depressed. Of course, there are also „coloured” patients, Jesus, Mohammed, why are they giving me drugs, I’m perfectly healthy after all; the telecommunication masts are affecting my thoughts; it’s a conspiracy here in the clinic, and everything is fine with me; let me go home…But there is a definite minority of them. Perhaps this is because depression still holds firm and is the most common reason for seeking help – and hospitalisation. Manic patients, after all, will not lock themselves in hospital because they are in the most wonderful time of their lives. And psychotic ones – they don’t know they’re psychotic.

We agreed with the theatrical production team that rehearsals would begin with a meeting with me. I want to say to the actors: forget any ideas you have about the mentally ill. Instead, look at me. Would you have guessed that I am ill? You are about to star in my play, which is said to be engaging and quite unusual. You can, between rehearsals, drop in to see an exhibition of my paintings. My book is due to be published next year. I’m doing all this IN SPITE of the illness, WITH the illness, AMONG the symptoms. And what do you think about it now?

I am excited – and concerned – about this meeting. But I have a tentative sense of mission – to change stereotypes about illness and the mentally ill, starting with a theatre group and ending with the audience.

We’ll see how it goes.

sprzedam mózg / brain for sale

(ENG.below) Jestem sobą – nie jestem sobą. Jestem – nie ma mnie. Jestem jakaś, za chwilę zupełnie inna. Mówię głośno – ledwo mówię. Pływam – nie mam siły chodzić. Bryluję w towarzystwie – planuję samobójstwo. Wszystko to nie w przeciągu tygodni, nie dni…ale godzin.

Chcę zapuścić włosy – chcę obciąć włosy. Chcę wyjść z domu – nie mam siły wyjść z domu. Wiem, że rysowanie mi pomoże – nie mam siły sięgnąć po flamaster. Wskakuję do zimnej rzeki – trzy godziny później zalewam się łzami. Próbuję robić ćwiczenia oddechowe – jestem smutna, że oddychanie jest automatyczne. Cieszę się ogromnie, uśmiecham całą sobą, pozuję do zdjęć – dwie godziny później chcę skoczyć z balkonu.

Nie wiem już, która ja to ja. Czy w ogóle jest jakaś ja? Gdzie moje sedno, ziarno mnie? Dlaczego tak się męczę, tak mną szarpie, tak mną miota; moja łódeczka podczas sztormu, canoe mojego ciała z trudem unosi się na falach, lecz mimo wszystko wciąż nie tonie. Nie wczoraj, nie dziś, a więc może i nie jutro?…

Ultraszybka zmiana faz, ta przeklęta odmiana choroby dwubiegunowej. Dysregulacja emocji, ten powykrzywiany, połamany mózg, który najchętniej sprzedałabym do lombardu; może znalazłby się kolekcjoner zepsutych mózgów, a ja dostałabym w końcu rentę i mogła sobie kupić nowy. Lśniący, kolorowy, niezawodny mózg.

I znów chce mi się płakać, głównie nad sobą. Cierpienie ma wiele twarzy, podobnie jak szczęście, za którym w moim życiu drepta nieubłaganie nieszczęście; podobnie jak wysiłek, którego nie widzi nikt poza moim wiernym mężem, pytającym co chwilę „jak mogę ci pomóc? co mogę dla ciebie zrobić? czego teraz potrzebujesz?”

Nie wiem, ja nie wiem. Za chwilę przecież mogę potrzebować czegoś wręcz przeciwnego. Skoro nie czuję ja, nie wiem, co jest w tej sytuacji dla mnie dobre.

A jednak. Szuram jak paralityk i siadam przy biurku, po dwóch Lorazepamach, bo chciałam sobie zrobić krzywdę. Siadam i rysuję.

I jest lepiej.

Na jak długo? Może do wieczora, może do jutra? A może tylko na chwilę.

I am me – I am not me. I am – I am not. I am one version of me, in a moment a completely different one. I speak loudly – I barely speak. I swim – I can’t walk. I am celebrating – I am planning suicide. All this not within weeks, not days…but hours.

I want to grow my hair – I want to cut my hair. I want to leave the house – I don’t have the strength to leave the house. I know drawing will help me – I don’t have the strength to reach for a marker. I jump into a cold river – three hours later I am in tears. I try to do breathing exercises – I am sad that breathing is automatic. I enjoy myself immensely, smile with my whole self, pose for photos – two hours later I want to jump off the balcony.

I don’t know which me is me anymore. Is there any me at all? Where is my core, the seed of me? Why am I so tired, why am I so torn, so tossed about; my boat in the storm, the canoe of my body struggling to float, but still not sinking. Not yesterday, not today, so maybe not tomorrow either….

An ultra-fast change of phases, this cursed type of bipolar disorder. Dysregulation of emotions, this twisted, broken brain that I would love to sell to a pawnshop; maybe there would be a collector of broken brains and I would finally get a pension and be able to buy a new one. A shiny, colourful, reliable brain.

And again I want to cry, mostly over myself. Suffering has many faces, as does happiness, followed inexorably by misery in my life; as does effort, which no one sees except my faithful husband, who asks every now and then „how can I help you? what can I do for you? what do you need right now?”

I don’t know, I don’t know. After all, I may need the opposite in a moment. Since I don’t feel “me”, I don’t know what is right for me in this situation.

And yet. I shuffle like a paralytic and sit down at my desk, after two miligrams of Lorazepam, because I wanted to hurt myself. I sit down and draw.

And it gets better.

For how long? Maybe until tonight, maybe until tomorrow? Or maybe just for a while.

leczący gniew / healing anger

(ENG.below) Dawno nie pisałam – a ściślej, nie pisałam tutaj, bo zajmowałam się głównie właśnie pisaniem. Do początku listopada mam zamiar skończyć książkę, która ukaże się w przyszłym roku, pod na razie roboczym tytułem „Artystka przetrwania. Symptomy i strategie.” Jednocześnie rozpoczęły się przesłuchania do napisanej przeze mnie sztuki, która zostanie wystawiona w marcu, oraz pomagałam w przygotowaniach do wystawy (wernisaż w najbliższą sobotę), w której prezentowane będzie około 20 moich prac.

Oczywiście, gdybym była zdrowa, działałabym pewnie na turbodoładowaniu, ekscytacji i radości. Tymczasem jestem – oprócz momentów, gdy biorę głęboki oddech i dociera do mnie, ile właśnie osiągam – głównie spięta, niespokojna, zmartwiona, przerażona, przejęta; wczoraj nastąpiła wielka kumulacja i odpłynęłam najpierw w atak paniki, a następnie symtomy psychotyczne. Nie wiedziałam, czy jestem w domu (byłam), czy na wernisażu (nadchodzi dopiero), czy mam atak psychotyczny na wernisażu albo na przesłuchaniach i wydaje mi się tylko, że jestem w domu; czy mój mąż jest przy mnie (był), czy to kolejne urojenie, i tak dalej. Wzięłam na noc dużą dawnę Olanzapiny i rano obudziłam się spokojniejsza. Byłam w stanie pojechać powiesić resztę moich prac na wystawowym poddaszu.

Równocześnie zachodzi we mnie ciekawy proces, któremu przyglądamy się z moim psychiatrą z dużym zainteresowaniem. Otóż – przez większość czasu czuję się wkurwiona. To naprawdę duża nowość, bo w moim życiu wkurzałam się dotychczas prawie wyłącznie na siebie. A tu nagle – zwrot akcji. Wkurzam się na przyjaciół, na tak zwanych partnerów biznesowych, znajomych, organizatorów, opiekę społeczną, rząd, psa, inne psy goniące bez smyczy; czego się nie dotknę, tam czuję złość. Z tej złości – w tej złości – podejmuję różne działania, których o dziwo się nie boję, jak do tej pory. Staram się jednocześnie myśleć racjonalnie i dokonywać takich wyborów, których nie będę żałować. Jednak ten przypływ mocy, związany z gniewem, jest…hmm. Energetyzujący!

To naprawdę fajne uczucie.

I haven’t written in a while – or, more accurately, I haven’t written here, because I’ve been mostly just writing. By the beginning of November, I intend to finish my book that will be published next year, under the working title for now, „Survival Artist. Symptoms and Strategies.” At the same time, auditions have begun for a play I’ve written and that will be performed in March, and I’ve been helping to prepare an exhibition (opening this Saturday) that will feature about 20 of my works.

Of course, if I were healthy, I’d probably be operating on turbocharged excitement and joy. In the meantime, I am – apart from moments when I take a deep breath and realise how much I have just achieved – mostly tense, anxious, worried, frightened, preoccupied; yesterday there was a great accumulation and I drifted off first into panic attack and then psychotic symtoms. I didn’t know whether I was at home (I was) or at the opening of the exhibition (it is coming in two days), whether I was having a psychotic attack at the opening or at the auditions and it only seemed to me that I was at home; whether my husband was with me (he was) or whether it was another delusion, and so on. I took a large dose of Olanzapine overnight and woke up calmer in the morning. I was able to go and hang the rest of my works in the exhibition loft.

At the same time, an interesting process is taking place in me which my psychiatrist and I are watching with great interest. Well – most of the time I feel pissed off. This is a really big novelty, because so far in my life I have been pissed off almost exclusively at myself. And then suddenly there’s a twist. I’m pissed off at my friends, at so-called business partners, acquaintances, organisers, social services, government, my dog, other dogs chasing me without a leash; whatever I touch, I feel anger there. Out of this anger – in this anger – I take various actions which, surprisingly, don’t scare me out like before. At the same time, I try to think rationally and make choices that I will definitely not regret. However, this surge of power associated with anger is…hmm. Energising!

And it feels so good.

decyzje / decisions

(ENG.below) Nie wytrzymałam bez sportu, wycieczek i wysiłku fizycznego, z sennością, słabością, mdłościami, bólami głowy – w porozumieniu z lekarką pierwszego kontaktu wycofałam antydepresant. Mój psychiatra jest na urlopie.

Pierwsze dwa dni były wspaniałe. W końcu mogłam przejść 7, 8 kilometrów; poszłam na basen, na zakupy, na pracę z ciałem. Trzeciego dnia powoli zaczęłam się czuć tak, jakby zachodziło słońce mojego serca i umysłu, a dziś ogarnia mnie coraz większa ciemność, włącznie z myślami samobójczymi, które znam – „bo nie mam już siły ciągnąć tej choroby, tego życia w takiej formie”.

Pewnie istnieją antydepresanty, które lepiej współgrają z Lamotryginą, ale…mój psychiatra jest na urlopie. Pozostaje mi zacisnąć zęby i wytrzymać jeszcze tydzień. Łatwo powiedzieć, zacisnąć zęby, wytrzymać…przetrwać jakoś; myśli zasnuwa rezygnacja, mówię z wysiłkiem, uśmiecham się z wysiłkiem, cieszę się z radości mojego psa, lecz w głębi duszy chciałabym już wracać do domu ze spaceru, położyć się, zniknąć na ten tydzień, w trakcie którego nie spodziewam się pomocy.

Ostatnie pięć dni było bardzo egzotycznym czasem. Ruszyły zapisy na przesłuchania do mojej (drugiej) sztuki. Jestem tylko autorką scenariusza, od organizacji jest producent i reżyser, jednakże nie potrafię porzucić własnego, życiowego scenariusza, jakim jest branie odpowiedzialności za wszystko, wszystkich, każdy krok przedsięwzięcia, jego przebieg, efekt końcowy i potencjalny sukces lub porażkę. Wypalam się więc każdego dnia, obserwując, ile osób zapisało się na przesłuchania, manewrując tekstem, mając nadzieję, tracąc nadzieję, spinając się i szamocząc. Dziś, gdy depresja ogarnia mnie coraz bardziej, w końcu nie mam na to siły. To dobra wiadomość. Stan depresyjny przychodzi jak głębszy oddech po gorączce. Tak bardzo bym chciała wyłonić się po drugiej, spokojnej lecz nie mrocznej stronie. Napisałam sztukę – dramat, ale wolałabym nie tworzyć go we własnym życiu. Choć pewnie na to jest już za późno.

I couldn’t last without sports, hikes and exercise, with lethargy, weakness, nausea, headaches – in consultation with my GP I withdrew the antidepressant. My psychiatrist is on leave.

The first two days were great. I was finally able to walk 7, 8 kilometers; I went to the pool, shopping, body work. By the third day, I slowly began to feel like the sun was setting on my heart and mind, and today more and more darkness enveloped me, including suicidal thoughts I know – „because I don’t have the strength to continue with this illness, this life as it is”.

Sure there are antidepressants that work better with Lamotrigine, but…my psychiatrist is on vacation. I am left to grit my teeth and hold out for another week. It’s easy to say, clench your teeth, endure…endure somehow; thoughts are clouded with resignation, I speak with effort, smile with effort, rejoice at my dog’s joy, but deep down I wish I could come home from a walk, lie down, disappear for this week, during which I expect no help.

The last five days have been a very exotic time. Auditions for my (second) play have started. I’m only the author of the script, there’s a producer and director to organize the whole thing, but I can’t let go of my own life script, which is to take responsibility for everything, everyone, every step of the project, its course, the end result and potential success or failure. So I burn myself out every day, watching how many people have signed up for auditions, maneuvering the text, hoping, losing hope, tensing and grokking. Today, as depression grips me more and more, I’m finally out of it. This is the good news. The depressive state comes like a deeper breath after a fever. I would so much like to emerge on the other, peaceful – but not dark – side. I have written a play – a drama – but I would rather not create a drama in my own life. Though it is probably too late for that.

czarno-białe / black and white

(ENG.below) Pierwszy stabilny dzień od tygodnia. Jak zwykle, po raz wielotysięczny, zastanawiam się, jak długo potrwa ta zbalansowana faza. Czy to przypadek? Chorobowy wypadek przy pracy, przysnęła sobie na chwilę? A może to zasługa podwyższenia Lamotryginy? A może po prostu, tak jak ciężkie fazy przychodzą, kiedy chcą, tak samo robią stabilne?…Po siedmiu latach chorowania powinnam chyba już wiedzieć. A jednak nie.

Koleżanka pisze: podziwiam cię, że tworzysz nawet wtedy, gdy się źle czujesz. Nie rozumie, że ja MUSZĘ tworzyć. Malowanie i rysowanie jest jak podawanie sobie samej ręki w momentach, gdy tonę. Pomaga – bo rysowane przeze mnie postaci przejmują część moich emocji, albo ich brak, w związku z czym staję się lżejsza, lub bardziej ugruntowana, bądź też w większym kontakcie ze sobą.

Ostatnio mój psychiatra złapał mnie na gorącym uczynku borderline’owego, czarno-białego myślenia. Chcę czuć wszystko, intensywnie i dramatycznie, bo wtedy tylko, jak mi się wydaje, żyję pełnią życia – albo nie czuję nic. Czytanie mojej sztuki, po którym dostałam bardzo pozytywny feedback, zakwalifikowało się do kategorii „nic”, ponieważ ani się nadmiernie nie zestresowałam, ani nie uniosłam jak maniakalny balonik pod niebo, ani nie popłakałam, ani…”Czyli nic nie czułaś” – podpowiada czarno-biały system. Satysfakcja, radość, duma – nie kwalifikują się jako „pełnia życia”. Popadam więc w smutek i głód, spragniona brzegowych, granicznych, borderline’owych przeżyć.

Tymczasem życie płynie i mnie omija, zatroskaną, że nie biorę w nim udziału.

The first stable day in a week. As always, for a thousand time, I wonder how long this balanced phase will last. Is it a coincidence? The illness had an accident at work, she dozed for a moment? Or is it due to the increase in Lamotrigine? Or maybe just like the hard phases come when they want, so do the same stable ones? … After seven years of being ill, I should probably already know. And yet not.

My friend writes: I admire you, that you create even when you feel bad. She doesn’t understand that I MUST create. Painting and drawing is like lending myself a hand when I’m drowning. It helps – because the characters drawn by me take over some of my emotions, or the lack of them, and therefore I become lighter, or more grounded, or more in touch with myself.

Recently, my psychiatrist caught me red-handed in borderline black and white thinking. I want to feel everything, intensely and dramatically, because then only, as it seems to me, I live my life to the fullest – otherwise I don’t feel anything. Reading my theatre play, after which I got a very positive feedback, qualified for the „nothing” category, because I neither got overly stressed, nor lifted myself up to the sky like a maniacal balloon, nor did I cry, nor … – welcome to the black and white system. Satisfaction, joy, pride – do not qualify as the „fullness of life.” So I fall into sadness and hunger, craving for borderline, liminal experiences.

Meanwhile, life goes by and passes me by, me worried that I am not taking part in it.

nieśmiała / shy

(ENG.below) Hipomaniakalne dni przemieniły się w jeden depresyjny dzień z myślami samobójczymi, ale on też minął; mogę chyba powiedzieć, że wracam do równowagi. Oczywiście, i ona przeminie, by ustąpić jednej z wielu innych faz. Staram się jednak nie wybiegać myślami daleko w przyszłość, bo by mnie unieruchomiły.

Tak się jakoś stało, że mam teraz swoją prywatną fotografkę, która przygotowuje o mnie pracę dyplomową – fotoreportaż. Odwiedza mnie w atelier i w domu, przegląda prace sprzed lat i te najnowsze, wzdycha, patrzy mi głęboko w oczy i mówi, że są niezwykłe. Ma mnóstwo pomysłów dotyczących tego, co można z nimi zrobić. Pomaga mi także w przygotowaniach do – szóstej w tym roku – wystawy. Przepełnia mnie to wdzięcznością, a jednocześnie nieśmiałością; gdzieś w głębi czuję się jak dziwadło, jak może i ciekawostka, ale z kategorii tych niepokojących, o których do końca nie wiesz, co myśleć. Fotografka natomiast przekonuje mnie, że jestem żyłą złota. Czerwienię się, uśmiecham nieśmiało, nie wiem, co powiedzieć. Zauważyłam, że w tym kraju, gdy ludzie są skonfundowani, zakrywają się – trochę nerwowym, a jednak – śmiechem. Śmieję się więc. Wyceniam swoje prace wystawowe, a kurator mówi, że powinny być dziesięć razy droższe. Nie wiem, czy żartuje. I znów – onieśmielenie. I wycofanie. W fazie hipomaniakalnej pożądam sukcesów, w fazie depresyjnej – chowam się jak ślimak. Jak będzie w czasie równowagi – nie wiem. Zaczynam jednak…czuć się zmęczona.

The hypomanic days turned into one depressive day with suicidal thoughts, but that too was gone; I guess I can say that I’m getting back into balance. Of course, it will pass, too, to give way to one of the many other phases. However, I try not to look far ahead, because they would paralyse me.

Somehow it happened that I now have my private photographer who is preparing a diploma thesis about me – a photo reportage. She visits me in the studio and at home, looks at the works from years ago and the newest ones, she sighs, looks deep into my eyes and says that they are extraordinary. She has tons of ideas about what to do with them. She also helps me prepare for the sixth exhibition this year. It fills me with gratitude and shyness at the same time; somewhere deep inside, I feel like a freak, maybe a curiosity, but from the disturbing category, about which you do not know what to think. The photographer, on the other hand, convinces me that I am a gold mine. I turn red, smile shyly, don’t know what to say. I noticed that in this country, when people are confused, they cover themselves up – a bit nervous but still – with laughter. So I laugh. I assess prices of my exhibition works, and the curator says they should be ten times more expensive. I don’t know if he’s joking. And again – intimidation. And withdrawal. In the hypomanic phase, I desire success, in the depressive phase – I hide like a snail. What will it be like at the time of balance – I do not know. But I’m starting to… feel tired.

zamiast / instead

(ENG.below) Dla osoby zlewającej się w bliskich relacjach niemalże bez granic spędzenie trzynastu godzin w ciągu dnia w samotności przyprawia o ciarki. Lęk. Co będzie, jeśli przyjdzie atak psychotyczny? A co z myślami samobójczymi? Co jeżeli napięcie będzie tak nie do zniesienia, że znów się samookaleczę? Mnóstwo obaw przed możliwymi czarnymi scenariuszami, które tylko napędzają stres i napięcie właśnie. W dodatku mój psychiatra jest na trzytygodniowym urlopie i nie znalazł dla mnie zastępstwa…Niedziela przed samotnym poniedziałkiem – tyle niepokoju, że płaczę. Płakanie przynosi ulgę. Nie oswaja jednak strachu.

Przychodzi Straszny Poniedziałek. Najdłuższy samotny dzień od nie pamiętam już kiedy – okazał się krótszy, niż myślałam. Spotkałam się z ludźmi, spacerowałam z psem, rysowałam i wycinałam, czytałam książkę, rozmawiałam z rodziną, pisałam maile – odkryłam, że moje dni wcale nie muszą być przerażająco puste, a ja nie muszę cierpieć na BOREOUT, czyli zdemotywowanie nudą. Nie muszę też histerycznie poszukiwać aktywności, napinać się z tego powodu; mogę znaleźć równowagę między „robić” a „nie robić”. Bardzo pomogła mi w tym piątkowa sesja pracy z ciałem. Odkryłam, że udręczam się niemiłosiernie – pijąc po pięć kaw dziennie, szukając zajęcia za wszelką cenę, przejmując się moją samotnością, przeforsowując się podczas biegania. Zrobiłam więc kilka małych kroczków we właściwą stronę. Zamiast biegania do utraty tchu – biegomarsz. Odstawienie kawy. Sięganie do ludzi zamiast zamartwiania się, że to oni do mnie nie sięgają. Szukanie zajęcia nie z napięcia, ale z ciekawości. Głębokie oddychanie i podążanie za potrzebami ciała: tworzyć – czytać – leżeć i głaskać psa – wyjść na zewnątrz – poruszać się, i tak dalej.

Podjęłam także decyzję o tym, by poszukać dla siebie menedżera sztuki – który z procent od sprzedanych prac pomógłby mi w marketingu i promocji moich obrazów.

Jeśli znasz kogoś takiego lub sam/a jesteś taką osobą, napisz do mnie: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Do usłyszenia !

For a person that blends in close relationships with almost boundlessness, spending thirteen hours a day alone can be a creepy feeling. Fear. What if a psychotic attack comes? What about suicidal thoughts? What if the tension is so unbearable that I will hurt myself again? Lots of fear of possible black scenarios that only fuel stress and tension. In addition, my psychiatrist is on a three-week vacation and has not found a replacement for me … Sunday before lonely Monday – so much anxiety that I cry. Crying brings relief. However, it does not tame fear.

It’s Terrible Monday at last. The longest lonely day since I can’t remember when – turned out to be shorter than I thought. I met people, walked the dog, drew and cut, read a book, talked to my family, wrote e-mails – I discovered that my days don’t have to be terribly empty, and I don’t have to suffer from BOREOUT, i.e. demotivation from boredom. I also don’t have to hysterically seek activity, get tense because of it; I can find a balance between „doing” and „not doing”. The Friday session of bodywork helped me a lot. I discovered that I was tormenting myself mercilessly – drinking five coffees a day, looking for a job at all costs, worrying about my loneliness, overwhelming myself while running. So I took a few small steps in the right direction. Instead of running until you are out of breath – marching plus jogging. Put the coffee aside. Reaching out to people instead of worrying that they aren’t reaching to me. Seeking work not out of tension, but out of curiosity. Deep breathing and following the needs of the body: create – read – lie down and pet the dog – get outside – move, and so on.

I also made a decision to find an art manager for myself – who for a percentage of the works sold would help me in the marketing and promotion of my paintings.

If you know someone like that or you are such a person yourself, write to me: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Until next time!

pierwszy krok / first step

(ENG.below) Borderline plus napięcie przedmiesiączkowe: nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie kocha, dla nikogo nie jestem ważna, moje życie jest puste i nic nie warte, jestem zbędna, równie dobrze może mnie nie być.

Dzień wcześniej – derealizacja. Głos mojego męża dociera do mnie z daleka, mimo, że siedzi on metr ode mnie; ten głos jest jedyną nicią łączącą mnie z rzeczywistością. Znikam – zanikam, jakbym zlewała się ze wszystkim i nie miała granic; nic nie trzyma mnie w całości. Chwytam się więc nitki. Kosztuje mnie to sporo wysiłku.

Panicznie usiłuję zaplanować sobie dni, jak nakazał lekarz (struktura! struktura!) – będąc bez pracy mam z tym niemały problem. Śni mi się, że dostaję pracę, ale jest ona zupełnie absurdalna. Ileż mogę malować, rysować; to też kosztuje mnie emocjonalnie, bo nie rysuję koncepcyjnie, a „uczuciowo”; tym samym nie potrafię wypełnić sztuką całego dnia. „No wiesz” – odzywa się głos Wewnętrznego Krytyka. „Jesteś taka niewdzięczna. Powinnaś się cieszyć. Inni nie mają tyle szczęścia by robić to, co chcą, móc robić cokolwiek.” Jestem sfrustrowana tym, że mój wewnętrzny głos nie waliduje moich uczuć; rozdarta między „czuję się właśnie tak, a nie inaczej” a „powinnam czuć coś zdecydowanie innego”.

Czekam więc na maile, na SMSy, na sygnał, że ktoś o mnie myśli, że komuś na mnie zależy, że ktoś właśnie teraz chce się ze mną skontaktować czy spotkać, porozmawiać, zapłodnić mnie nowymi pomysłami, ideami.

Wysyłam witki w świat, próbując zrobić pierwszy krok. Myślę sobie z jednej strony: w tej sposób dbam o swoje potrzeby. Borderlinowa samotność podpowiada jednak: no tak, znowu ty robisz ten pierwszy krok. A nie do końca o to ci chodzi, prawda?…

Borderline plus premenstrual tension: no one likes me, no one loves me, I’m not important to anyone, my life is empty and worth nothing, I am redundant, I may as well be gone.

The day before – derealization. My husband’s voice reaches me from a distance, even though he is sitting a meter from me; this voice is the only thread connecting me to reality. I disappear – I become vague, as if I am merging with everything and have no limits; nothing holds me whole. So I grab the thread. It costs me a lot of effort.

I am trying to plan my days as my doctor told me to do (structure! structure!), in panic – being out of work I have quite a problem with that. I dream that I am getting a job, but it is completely absurd. How much can I paint, draw; it also costs me emotionally, because I do not draw conceptually, but emotionally indeed; thus I cannot fill the whole day with art. „You know,” says the voice of the Inner Critic. “You are so ungrateful. You should be happy. Others aren’t so lucky to do what they want, to be able to do anything.” I am frustrated that my inner voice is not validating my feelings; torn between “I feel what I feel” and “I should feel differently”.

So I am waiting for e-mails, for text messages, for a signal that someone thinks about me, that someone cares about me, that someone wants to contact me right now or meet, talk, fertilize me with new ideas or projects.

I send signals out into the world trying to take the first step. On the one hand, I think to myself: this is how I take care of my needs. Borderline loneliness, however, suggests: well, you are taking the first step again. And that’s not exactly what you mean, is it? …

dieta psychiczna / mental diet

(ENG.below) Przyjaciel powierzył mi swoją książkę – genialną powieść, świetnie napisaną – a ja nie jestem w stanie jej czytać. Po pierwsze, nie pamiętam już, kiedy ostatnio czytałam fikcję; cokolwiek, co nie byłoby poradnikiem/książką dla borderlinowców/książką o mindfulness. Zapomniałam więc, jak to jest utonąć w historii o kimś innym. Po drugie, książka napisana jest w tak wciągający sposób, że gdy tylko się od niej odrywam, mimo wysiłku nadal w niej jestem, a granica między rzeczywistym a nierzeczywistym niebezpiecznie się zaciera. Dla osoby z tendencjami do odrealnienia, depersonalizacji, derealizacji – bardzo ryzykowny stan. Czuję się więc jak czytelnik specjalnych potrzeb. To mnie frustruje.

Oczywiście, pojawia się we mnie też wspierający głos, wyrażający zgodę na to, że jestem, jaka jestem, i to się raczej nie zmieni. Że to dobre ćwiczenie zauważania i strzeżenia własnych granic, granic możliwości. Jednakże jestem smutna, bo książka jest świetna i chętnie pożarłabym ją w całości. Na razie jednak to ona pożera mnie, wypluwa zmęczoną i senną, nie do końca pewną, czy to majak, czy rzeczywistość. Dodatkowo napisana jest w taki sposób, że głównego bohatera podglądamy we wszystkich możliwych sytuacjach i okolicznościach, a ja nagle czuję się tak, jakbym stała w cudzej łazience i patrzyła, jak ktoś oddaje mocz, zupełnie nieświadomy mojej obecności. Dla borderlinowca, który ma problem z bliskością, granicami, podchodzi za blisko lub odpycha ze strachu, bojąc się, że to on zostanie porzucony w pierwszej kolejności, to także duże wyzwanie. Ktoś – fikcyjna postać przecież, a jednak opisana w tak ludzki, rzeczywisty sposób – nagle podchodzi na centrymentrową do ciebie odległość i nie daje ci wyboru, możesz tylko patrzeć, patrzeć, patrzeć. To mnie stresuje. I nie mogę czytać dalej.

Nie dość, że jestem osobą specjalnej troski, to jestem też czytelniczką specjalnej troski. Muszę uważać na to, co przeżywam, co przyjmuję, ale też na to, co czytam i oglądam. To tak, jakby być na permanentnej psychicznej diecie. „Muminki” – mówi moja siostra. „Teletubisie”.

Milczę, lecz protestuję.

A friend entrusted me with his book – a brilliant novel, fantastically written – and I cannot read it. First, I don’t remember the last time I read fiction; anything that would not be a guide / book for borderliners / a book on mindfulness. So I forgot what it’s like to drown in a story about someone else. Secondly, the book is written in such an engaging way that as soon as I break away from it, despite my efforts, I am still in it, and the line between the real and the unreal becomes dangerously blurred. For a person with tendencies to un-real, depersonalize, derealise – a very risky state. So I feel like a special needs reader. It frustrates me.

Of course, there is also a supporting voice in me, agreeing that I am what I am, and that is unlikely to change. That it’s a good exercise for noticing and guarding my own limits, the limits of my capabilites. However, I am sad because the book is great and I would like to eat it whole. For now, however, it is she who devours me, spits out tired and sleepy, not entirely sure if it is a dream or reality. Additionally, it is written in such a way that we watch the main character in all possible situations and circumstances, and I suddenly feel as if I am standing in someone else’s bathroom and watching someone urinate, completely unaware of my presence. For a borderliner who has problems with intimacy, borders, comes too close or pushes others away in fear, scared that she will be abandoned in the first place, it is also a big challenge. Someone – a fictional character after all, yet described in such a human, realistic way – suddenly approaches you at a centimeter distance and gives you no choice, you can only look, look, look. It stresses me out. And I can’t read any further.

Not only am I a special needs person, I am also a special needs reader. I have to be careful with what I experience, what I take in, but also with what I read and watch. It’s like being on a permanent mental diet. „Moomins,” says my sister. “Teletubbies”.

I am silent, but I protest.