wielkie oczy / big eyes

(ENG.below) Od ostatniego wpisu mój stan zmienił się tyle razy, że nie wiem, od czego zacząć pisanie. W końcu zaczęły przeważać głębokie fazy depresyjne, w trakcie których nie miałam siły wstać z łóżka, mówiłam słabym głosikiem jak jakiś ptaszek, odwołałam spotkania i rozmowy, płakałam z bezsilności i mentalnego bólu. Podjęliśmy z moim psychiatrą decyzję o włączeniu niedużej dawki leku antydepresyjnego (Venlafaxyna). W przeszłości ta substancja wyciągała mnie już z ciemności. Zobaczymy, co tym razem zdziała.

Natrafiłam ostatnio na mema: „Nie boisz się być sama w ciemności. Boisz się nie być sama w ciemności.” W zamierzeniu śmieszny, doskonale oddaje rzeczywistość depresji. Nie jesteś w ciemności sama. Ciemność ma wielkie oczy, doskonale cię widzi, wie, gdzie jesteś i po prostu gapi się na ciebie, a jej wzroku nie da się uniknąć; gdziekolwiek się nie odwrócisz, tam znajdzie cię ta pozornie ożywiona pustka.

Żeby wyciągnąć do siebie rękę, pomóc sobie, zwlekam się z łóżka i zaczynam rysować. Jednego dnia mój stan jest zły, lecz nie tragiczny, moje rysunki są więc smutne, ale nie dramatyczne. Drugiego dnia jest już tak źle, że moje prace wystraszają mnie samą. Mroczne, wykrzywione cierpieniem i łzami twarze. Kto zechce to oglądać? Kto będzie chciał oglądać mnie taką? Bliskim oszczędzam detali związanych z tym, jak się czuję; proszę tylko męża, by wcześniej wrócił z pracy. Nie chcę być sama wobec wielkich wstrętnych oczu pustki. Może przytulenie pomoże mi choć na chwilę od tej perspektywy uciec – do ciepła bliskiego ciała.

Jak zwykle w depresji, czekam na wieczór, sygnalizujący koniec dnia pełnego bólu. Towarzyszy mi jednak niepokój: co to będzie jutro? Jaka będę jutro? Na co znajdę siłę? Czy znów przeleżę popołudnie?

Obudziłam się w niezłej formie. Tylko mdłości; skutek uboczny antydepresanta. Wolę je jednak dużo bardziej niż te wielkie oczy i moją szarą, nieruchomą twarz.

Since my last post, my condition has changed so many times that I don’t know where to start writing. In the end, deep depressive phases began to prevail, during which I did not have the strength to get out of bed, I spoke in a weak voice like a tiny bird, canceled meetings and conversations, cried with helplessness and mental pain. We made a decision with my psychiatrist to introduce a small dose of an antidepressant (Venlafaxine). In the past, this medication has pulled me out of the dark. We’ll see what it does this time.

Recently I came across a meme: “You’re not afraid to be alone in the dark. You are afraid of not being alone in the dark. ” Intentionally funny, it perfectly captures the reality of depression. You are not alone in the dark. Darkness has big eyes, sees you perfectly well, knows where you are and just stares at you and its eyes cannot be avoided; wherever you turn, this apparently alive void will find you.

To reach out and help myself, I drag myself out of bed and start drawing. One day my condition is bad but not tragic, so my drawings are sad but not dramatic. On the second day it is so bad that my works scare me. Dark faces, distorted with suffering and tears. Who would want to watch It? Who would want to see me like this? I spare my loved ones the details related to how I feel; I’m just asking my husband to come home early from work. I don’t want to be alone in the face of the big hideous eyes of emptiness. Maybe a hug will help me escape from this perspective for a moment – to the warmth of my beloved’s body.

As usual in depression, I look forward to the evening signaling the end of a painful day. However, I feel anxiety: what will it be tomorrow? What will I be like tomorrow? What will I find the strength for? Will I spend the afternoon in bed again?

I woke up in good shape. Just nausea; side effect of an antidepressant. But I prefer it much more than those big eyes and my gray, still face.

czarno-białe / black and white

(ENG.below) Pierwszy stabilny dzień od tygodnia. Jak zwykle, po raz wielotysięczny, zastanawiam się, jak długo potrwa ta zbalansowana faza. Czy to przypadek? Chorobowy wypadek przy pracy, przysnęła sobie na chwilę? A może to zasługa podwyższenia Lamotryginy? A może po prostu, tak jak ciężkie fazy przychodzą, kiedy chcą, tak samo robią stabilne?…Po siedmiu latach chorowania powinnam chyba już wiedzieć. A jednak nie.

Koleżanka pisze: podziwiam cię, że tworzysz nawet wtedy, gdy się źle czujesz. Nie rozumie, że ja MUSZĘ tworzyć. Malowanie i rysowanie jest jak podawanie sobie samej ręki w momentach, gdy tonę. Pomaga – bo rysowane przeze mnie postaci przejmują część moich emocji, albo ich brak, w związku z czym staję się lżejsza, lub bardziej ugruntowana, bądź też w większym kontakcie ze sobą.

Ostatnio mój psychiatra złapał mnie na gorącym uczynku borderline’owego, czarno-białego myślenia. Chcę czuć wszystko, intensywnie i dramatycznie, bo wtedy tylko, jak mi się wydaje, żyję pełnią życia – albo nie czuję nic. Czytanie mojej sztuki, po którym dostałam bardzo pozytywny feedback, zakwalifikowało się do kategorii „nic”, ponieważ ani się nadmiernie nie zestresowałam, ani nie uniosłam jak maniakalny balonik pod niebo, ani nie popłakałam, ani…”Czyli nic nie czułaś” – podpowiada czarno-biały system. Satysfakcja, radość, duma – nie kwalifikują się jako „pełnia życia”. Popadam więc w smutek i głód, spragniona brzegowych, granicznych, borderline’owych przeżyć.

Tymczasem życie płynie i mnie omija, zatroskaną, że nie biorę w nim udziału.

The first stable day in a week. As always, for a thousand time, I wonder how long this balanced phase will last. Is it a coincidence? The illness had an accident at work, she dozed for a moment? Or is it due to the increase in Lamotrigine? Or maybe just like the hard phases come when they want, so do the same stable ones? … After seven years of being ill, I should probably already know. And yet not.

My friend writes: I admire you, that you create even when you feel bad. She doesn’t understand that I MUST create. Painting and drawing is like lending myself a hand when I’m drowning. It helps – because the characters drawn by me take over some of my emotions, or the lack of them, and therefore I become lighter, or more grounded, or more in touch with myself.

Recently, my psychiatrist caught me red-handed in borderline black and white thinking. I want to feel everything, intensely and dramatically, because then only, as it seems to me, I live my life to the fullest – otherwise I don’t feel anything. Reading my theatre play, after which I got a very positive feedback, qualified for the „nothing” category, because I neither got overly stressed, nor lifted myself up to the sky like a maniacal balloon, nor did I cry, nor … – welcome to the black and white system. Satisfaction, joy, pride – do not qualify as the „fullness of life.” So I fall into sadness and hunger, craving for borderline, liminal experiences.

Meanwhile, life goes by and passes me by, me worried that I am not taking part in it.

skorupka / empty shell

(ENG.below) Wyobraź sobie stan, w którym myślisz, że gdyby oddychanie nie było automatycznym procesem, przestałabyś oddychać, bo po prostu nie masz siły. Leżysz w łóżku i wydaje ci się, że razem z materacem będziesz się zapadać głęboko, głęboko pod ziemię. Twoje ciało jest skorupką, pustą wydmuszką. Jesteś zarazem przekonana, że jeśli się nie ruszysz, nie ruszysz się już nigdy. Wstajesz, zmuszasz się do jakiejś czynności, lecz łóżko znowu cię wzywa, bo wszystko jest niezwykle męczące. Piszesz zdanie za zdaniem, bo próbujesz skądś zaczerpnąć choć trochę energii, poczuć, że żyjesz; nie-bycie czai się jednak za każdym słowem, a umysł podpowiada „wszystko jest bez sensu”. Poddać się? Nie poddać się? Podać sobie rękę czy podstawić sobie nogę?…

Wczoraj wszystko jeszcze wydawało się normalne. Basen, spotkanie z kolegą, lekcja niemieckiego. Później sesja z terapeutą – wypłakanie morza łez; może to one sprawiły, że dziś jestem na dnie, że nie unoszę się już z prądem. Nie działam, jestem jak zepsute radio.

Depresyjne fazy przychodzą i odchodzą, zwłaszcza w odmianie szybkiej zmiany faz; zaciskam więc zęby, piszę więc w zwolnionym tempie, siedzenie mnie męczy; liczę kolejne godziny, które mogłyby przynieść odmianę.

Imagine a state where you think that if breathing wasn’t an automatic process, you would stop breathing because you just don’t have enough strength. You lie in bed and it seems to you that you will sink deep, deep underground together with the mattress. Your body is like an empty shell. At the same time, you are convinced that if you do not move, you will never move again. You get up, you force yourself to do something, but the bed is calling you again, because everything is extremely exhausting. You write sentence after sentence because you are trying to get some energy from somewhere, to feel that you are alive; but non-being lurks behind each word, and the mind tells „everything is pointless.” Give up? Do not give up? Should I lend myself a hand or knock myself out? …

Yesterday everything still seemed normal. Swimming pool, meeting with a friend, German lesson. Later, a session with a therapist – crying a sea of ​​tears; maybe they made me find myself at the bottom today, that I no longer float with the flow. I’m not working, I’m like a broken radio.

Depressive phases come and go, especially in the rapid cycling; so I grit my teeth, I write in slow motion, it makes me tired to sit; I count the following hours that could bring change.

nieśmiała / shy

(ENG.below) Hipomaniakalne dni przemieniły się w jeden depresyjny dzień z myślami samobójczymi, ale on też minął; mogę chyba powiedzieć, że wracam do równowagi. Oczywiście, i ona przeminie, by ustąpić jednej z wielu innych faz. Staram się jednak nie wybiegać myślami daleko w przyszłość, bo by mnie unieruchomiły.

Tak się jakoś stało, że mam teraz swoją prywatną fotografkę, która przygotowuje o mnie pracę dyplomową – fotoreportaż. Odwiedza mnie w atelier i w domu, przegląda prace sprzed lat i te najnowsze, wzdycha, patrzy mi głęboko w oczy i mówi, że są niezwykłe. Ma mnóstwo pomysłów dotyczących tego, co można z nimi zrobić. Pomaga mi także w przygotowaniach do – szóstej w tym roku – wystawy. Przepełnia mnie to wdzięcznością, a jednocześnie nieśmiałością; gdzieś w głębi czuję się jak dziwadło, jak może i ciekawostka, ale z kategorii tych niepokojących, o których do końca nie wiesz, co myśleć. Fotografka natomiast przekonuje mnie, że jestem żyłą złota. Czerwienię się, uśmiecham nieśmiało, nie wiem, co powiedzieć. Zauważyłam, że w tym kraju, gdy ludzie są skonfundowani, zakrywają się – trochę nerwowym, a jednak – śmiechem. Śmieję się więc. Wyceniam swoje prace wystawowe, a kurator mówi, że powinny być dziesięć razy droższe. Nie wiem, czy żartuje. I znów – onieśmielenie. I wycofanie. W fazie hipomaniakalnej pożądam sukcesów, w fazie depresyjnej – chowam się jak ślimak. Jak będzie w czasie równowagi – nie wiem. Zaczynam jednak…czuć się zmęczona.

The hypomanic days turned into one depressive day with suicidal thoughts, but that too was gone; I guess I can say that I’m getting back into balance. Of course, it will pass, too, to give way to one of the many other phases. However, I try not to look far ahead, because they would paralyse me.

Somehow it happened that I now have my private photographer who is preparing a diploma thesis about me – a photo reportage. She visits me in the studio and at home, looks at the works from years ago and the newest ones, she sighs, looks deep into my eyes and says that they are extraordinary. She has tons of ideas about what to do with them. She also helps me prepare for the sixth exhibition this year. It fills me with gratitude and shyness at the same time; somewhere deep inside, I feel like a freak, maybe a curiosity, but from the disturbing category, about which you do not know what to think. The photographer, on the other hand, convinces me that I am a gold mine. I turn red, smile shyly, don’t know what to say. I noticed that in this country, when people are confused, they cover themselves up – a bit nervous but still – with laughter. So I laugh. I assess prices of my exhibition works, and the curator says they should be ten times more expensive. I don’t know if he’s joking. And again – intimidation. And withdrawal. In the hypomanic phase, I desire success, in the depressive phase – I hide like a snail. What will it be like at the time of balance – I do not know. But I’m starting to… feel tired.

szybko, szybko / quickly, quickly

(ENG.below) Myśli, myśli, myśli; plany, plany, plany; lista kolejnych rzeczy do zrobienia; spotkania, spotkania, spotkania, wydarzenia, przygotowania do szóstej w tym roku wystawy, stowarzyszenie teatralne, ludzie, nowi ludzie, starzy przyjaciele, maile, fotoreportaż, skype, pomysły, pomysły, a jeden lepszy od drugiego; nie mogę przestać rysować i malować; mam wrażenie, że mój mózg nie mieści mi się już w czaszce, wylewa się oczami i uszami, nie potrafię się uspokoić, drażliwy, produktywny umysł, wszystko mnie wkurwia, czy pójście biegać w ciemności wieczora mi pomoże, nie, za późno, może potańczę, nie, nie czuję muzyki, proszę, obejmij mnie, może jakoś się z powrotem zmienię w całość, którą czuję, która się nie rozbiega, która nie pędzi, nie dręczy.

Atak hipomaniakalny trwa od kilku dni i śmiem twierdzić, że jeszcze się nie skończył. W międzyczasie – depresyjne chwile i samobójcze pomysły, a więc faza mieszana, groźna. Biorę Olanzapinę na wieczór, żeby się znokautować i dłużej spać. Pomaga, bo działa też antymaniakalnie.

Dziś wchodzę w dzień na palcach.

Thoughts, thoughts, thoughts; plans, plans, plans; a list of next things to do; meetings, meetings, meetings, events, preparations for the sixth exhibition this year, theater association, people, new people, old friends, e-mails, photo reportage, skype, ideas, ideas, and one better than the other; I can’t stop drawing and painting; I have the impression that my brain does not fit in my skull anymore, it is pouring out with eyes and ears, I can not calm down, irritable, productive mind, everything pisses me off, if going for a run in the dark of the evening will help me, no, too late, maybe I’ll dance , no, I don’t feel the music, please hug me, maybe I will change back into a whole that I feel, that does not run away, that does not rush, does not torment me.
The hypomanic attack has lasted several days, and I dare say that it is not over yet. In the meantime – depressive moments and suicidal ideas, so the mixed, threatening phase. I’m taking Olanzapine for the evening to knock myself out and sleep longer. It helps, because it also has an anti-manic effect.
Today I step into the day on my tiptoes.

zamiast / instead

(ENG.below) Dla osoby zlewającej się w bliskich relacjach niemalże bez granic spędzenie trzynastu godzin w ciągu dnia w samotności przyprawia o ciarki. Lęk. Co będzie, jeśli przyjdzie atak psychotyczny? A co z myślami samobójczymi? Co jeżeli napięcie będzie tak nie do zniesienia, że znów się samookaleczę? Mnóstwo obaw przed możliwymi czarnymi scenariuszami, które tylko napędzają stres i napięcie właśnie. W dodatku mój psychiatra jest na trzytygodniowym urlopie i nie znalazł dla mnie zastępstwa…Niedziela przed samotnym poniedziałkiem – tyle niepokoju, że płaczę. Płakanie przynosi ulgę. Nie oswaja jednak strachu.

Przychodzi Straszny Poniedziałek. Najdłuższy samotny dzień od nie pamiętam już kiedy – okazał się krótszy, niż myślałam. Spotkałam się z ludźmi, spacerowałam z psem, rysowałam i wycinałam, czytałam książkę, rozmawiałam z rodziną, pisałam maile – odkryłam, że moje dni wcale nie muszą być przerażająco puste, a ja nie muszę cierpieć na BOREOUT, czyli zdemotywowanie nudą. Nie muszę też histerycznie poszukiwać aktywności, napinać się z tego powodu; mogę znaleźć równowagę między „robić” a „nie robić”. Bardzo pomogła mi w tym piątkowa sesja pracy z ciałem. Odkryłam, że udręczam się niemiłosiernie – pijąc po pięć kaw dziennie, szukając zajęcia za wszelką cenę, przejmując się moją samotnością, przeforsowując się podczas biegania. Zrobiłam więc kilka małych kroczków we właściwą stronę. Zamiast biegania do utraty tchu – biegomarsz. Odstawienie kawy. Sięganie do ludzi zamiast zamartwiania się, że to oni do mnie nie sięgają. Szukanie zajęcia nie z napięcia, ale z ciekawości. Głębokie oddychanie i podążanie za potrzebami ciała: tworzyć – czytać – leżeć i głaskać psa – wyjść na zewnątrz – poruszać się, i tak dalej.

Podjęłam także decyzję o tym, by poszukać dla siebie menedżera sztuki – który z procent od sprzedanych prac pomógłby mi w marketingu i promocji moich obrazów.

Jeśli znasz kogoś takiego lub sam/a jesteś taką osobą, napisz do mnie: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Do usłyszenia !

For a person that blends in close relationships with almost boundlessness, spending thirteen hours a day alone can be a creepy feeling. Fear. What if a psychotic attack comes? What about suicidal thoughts? What if the tension is so unbearable that I will hurt myself again? Lots of fear of possible black scenarios that only fuel stress and tension. In addition, my psychiatrist is on a three-week vacation and has not found a replacement for me … Sunday before lonely Monday – so much anxiety that I cry. Crying brings relief. However, it does not tame fear.

It’s Terrible Monday at last. The longest lonely day since I can’t remember when – turned out to be shorter than I thought. I met people, walked the dog, drew and cut, read a book, talked to my family, wrote e-mails – I discovered that my days don’t have to be terribly empty, and I don’t have to suffer from BOREOUT, i.e. demotivation from boredom. I also don’t have to hysterically seek activity, get tense because of it; I can find a balance between „doing” and „not doing”. The Friday session of bodywork helped me a lot. I discovered that I was tormenting myself mercilessly – drinking five coffees a day, looking for a job at all costs, worrying about my loneliness, overwhelming myself while running. So I took a few small steps in the right direction. Instead of running until you are out of breath – marching plus jogging. Put the coffee aside. Reaching out to people instead of worrying that they aren’t reaching to me. Seeking work not out of tension, but out of curiosity. Deep breathing and following the needs of the body: create – read – lie down and pet the dog – get outside – move, and so on.

I also made a decision to find an art manager for myself – who for a percentage of the works sold would help me in the marketing and promotion of my paintings.

If you know someone like that or you are such a person yourself, write to me: zuzanna.koronska.itten@gmail.com

Until next time!

nie martw się / don’t worry

(ENG. below) Ach, jaki cudowny dzień przeżyłam wczoraj. Na placu w centrum miasta, w którym mieszkam, otwarto wystawę plakatów artystów żyjących z diagnozą psychiatryczną. Znalazła się na niej także moja praca. Wystawa nie jest duża, ale obrazy – niesamowicie zróżnicowane, bo każdy z twórców ma swój niepowtarzalny styl.

Przez pandemię zapomniałam już, że potrafię być zwierzęciem społecznym. Że cieszą mnie small talks, uśmiechy, pozowanie do zdjęć, rozmowy z przyjaciółmi, którzy przyszli na otwarcie, chwila małej „chwały” i „popularności”. To moja pierwsza wystawa w samym centrum stolicy, na zewnątrz, ogólnie dostępna. Może ją zobaczyć każdy, kto wraca z pracy transportem publicznym –  po prostu nie da się na nią nie natknąć.

Oczywiście, jeśli jesteś osobą cierpiącą na dysregulację emocji, takie wydarzenia nie pozostają bez echa w twoim mózgu. W noc poprzedzającą otwarcie nie mogłam zasnąć z ekscytacji i poruszenia. W noc po wystawie – podobnie. Pomagałam sobie tabletkami nasennymi, które jednak nie do końca potrafiły pomóc mi wyhamować. Popełniłam też podręcznikowy błąd, wypijając cztery łyki piwa z myślą, że może pomoże mi zasnąć. Poranek następnego dnia był naprawdę bardzo ciężki.

Na szczęście mała dawka Abilify (Aripiprazol), którą zażywam od tygodnia, skutecznie blokuje objawy psychotyczne. Mimo wielu emocji udało mi się więc nie zdysocjować ani nie zderealizować. Ten lek powoduje jednak, że waham się pomiędzy pobudzeniem a zmęczeniem, ale zgadzam się na to z uwagi na brak symptomów psychotycznych.

Na koniec jeszcze jedna dobra wiadomość z wczoraj: mój obraz znajdzie się na okładce katalogu kolejnej wystawy i na zaproszeniach wysyłanych do tysiąca potencjalnych odwiedzających. I znów – wielka radość. I znów – obawa, że stanę się zbyt nakręcona i pojawią się objawy manii. Lecz jednocześnie – medytacyjne przypomnienie: podobnie jak trudne emocje, i te cudowne przemijają, bo taka jest ich „falowa natura”. Nie ma więc co martwić się na zapas.

(ENG.) Ah, what a wonderful day it was yesterday. An exhibition of posters by artists living with a psychiatric diagnosis has opened on the square in the center of the city where I live. It also includes my work. The exhibition is not large, but the paintings – incredibly diverse, because each of the creators has their own unique style.

Due to the pandemic, I have forgotten that I can be a social animal. That I enjoy small talks, smiles, posing for photos, chatting with friends who came to the opening, a moment of little „glory” and „popularity”. This is my first exhibition in the very center of the capital, outside and open to the public. It can be seen by anyone who returns from work by public transport – it is simply impossible not to come across it.

Of course, if you are an emotionally disturbed person, such events do not go unnoticed in your brain. The night before the opening I couldn’t sleep because of excitement. On the night after the exhibition – similarly. I was helping myself with sleeping pills, which, however, were not quite able to help me slow down. I also made a textbook mistake of drinking four sips of beer thinking it might help me sleep. The next morning was really hard.

Fortunately, the small dose of Abilify (Aripiprazole) I’ve been taking for a week has been effective in blocking my psychotic symptoms. So despite many emotions, I managed not to dissociate. This medication, however, causes me to swing between agitation and fatigue, but I agree to it due to the lack of psychotic symptoms.

Finally, one more good news from yesterday: my painting will be on the cover of the catalog of the next exhibition and on invitations sent to 1,000 potential visitors. And again – great joy. And again, fear of getting too turned on and beginning of manic symptoms. But at the same time – a meditative reminder: just like difficult emotions, these wonderful ones pass, because this is their „wave nature”. So there is no need to worry in advance.

jedyna dostępna rzeczywistość / the only available reality

(ENG.below) Wczoraj przez cały dzień leżałam w łóżku z wysoką gorączką i bólem całego ciała – uroki drugiej dawki szczepienia na Covid. Miałam opartą na doświadczeniu nadzieję, że dolegliwości fizyczne wysuną się na pierwszy plan i nie będę cierpieć psychicznie. Tym razem się pomyliłam.

Obsesyjne myśli przychodzą najpierw powoli, a z czasem nie da się od nich opędzić. Nie potrafię skupić się na niczym innym, tylko na nich. Próbuję je hamować, blokować, zwalczać, potem – z drugiej strony – akceptować, przepuszczać, pozwalać im przepłynąć, lecz ich strumień staje się tylko szerszy i silniejszy. Nieważne, czego dotyczą; ważne, że po jakimś czasie jestem nimi i próbami radzenia sobie z nimi wycieńczona. Potem przychodzi lęk, że moje życie (znów) wymyka mi się spod kontroli; za nim maszeruje poczucie winy, a stąd już niedaleko do myśli o przyniesieniu sobie ulgi w sposób dramatyczny lub ostateczny. Żadne strategie nie łamią tego obsesyjnego kołowrotka. Nawet wyobrażanie sobie, że obsesja to smok, a ja jestem małym rycerzem, który próbuje go zabić. Smok jest pięć razy ode mnie większy. I jest niemal pewne, że mnie zje.

W końcu pomógł Lorezepam, który przerwał zaklęty krąg i pozwolił mi na chwilę odpocząć. Poprosiłam też męża, żeby swoją obecnością obok mnie pomógł mi się ugruntować w miejsce biegania w kółko po własnej głowie. Pomogło. Widok ulubionej twarzy, mocny uchwyt dłoni, zawrócenie do tu i teraz. Napisałam też do przyjaciela. Odpisał: to nasza ulubiona strategia, prawda? Biczować się za przeszłość, kiedy teraźniejszość i tak nieźle kopie nas w tyłek.

Ruminacje (obsesyjne myśli) często dotyczą właśnie przeszłości: mogłam zrobić tak, mogłam zrobić inaczej, dlaczego postąpiłam tak, a co by było gdybym, i tak dalej. Uwięzieni we własnym umyśle, prześladowani przez wybory, na które absolutnie nie mamy już wpływu, dręczeni przez duchy przeszłości obwiniamy siebie za to, że właśnie tak się czujemy, zamiast być tu i teraz, w rzeczywistości, która może nie jest dla nas łagodna i czuła, ale jest jedyną dostępną rzeczywistością, jaką mamy.

(ENG.) Yesterday I was lying in bed all day with a high fever and pain all over my body – the charms of the second dose of the Covid vaccination. I had hoped, based on experience, that my physical ailments would come to the fore and that I would not suffer mentally. This time I was wrong.

Obsessive thoughts come slowly at first, and over time, you can’t shake them off. You can’t focus on anything else. I try to inhibit them, block them, fight them, then – on the other hand – accept them, let them pass, let them flow, but their stream only becomes wider and stronger. No matter what they concern; it is important that after some time I am exhausted by trying to deal with them. Then comes the fear that my life is (again) getting out of control; guilt marches behind it, and hence it is not far to the thought of bringing yourself a dramatic or ultimate relief. No strategies break this obsessive reel. Even imagining that the obsession is a dragon and I’m a little knight trying to kill him. The dragon is at least five times bigger than me. And it is almost certain that he will eat me.

Lorezepam finally helped, breaking the vicious circle and allowing me to rest for a while. I also asked my husband to help me ground myself by his presence next to me, instead of running in circles in my own head. It helped. The sight of your favorite face, a firm grip on your hand, a return to the here and now. I also wrote to a friend. He replied: this is our favorite strategy, right? Torment yourself for the past, when the present is kicking us in the ass anyway.

Rumination (obsessive thoughts) is often about the past: I could have done this, I could have done differently, why I did this and what if I did something else, and so on. Trapped in our own mind, haunted by choices that we have absolutely no influence on, tormented by ghosts of the past, we blame ourselves for making us feel this way, instead of being here and now, in a reality that may not be gentle and affectionate to us but it is the only reality we have available.

cholernie trudne / damn hard

(ENG.below) Chciałabym być mówcą motywacyjnym. Albo chociaż napisać książkę o tym, jak „zarządzać swoją chorobą” i „złapać równowagę” (taka książka o dwubiegunówce została wydana w Polsce – i całkowicie mnie zdemotywowała, bo wyszło na to, że autor doskonale sobie radzi, a ja wprost przeciwnie). Lub może niech ktoś przeprowadzi ze mną wywiad o tym, że mimo choroby można mieć fajną pracę i projekty…Ups, zapomniałam, że nie mam pracy, a projekty zależą od tego, jak się aktualnie czuję. A czuję się tak, że w zeszłym tygodniu nie zjawiłam się w atelier, a temat książki jest dla mnie tak ciężki, że przez ostatnie trzy dni nie napisałam ani zdania.  

Piszę to wszystko z miejsca frustracji i rozczarowania, bo czuję, że znów tonę. Wynurzam się na kilka godzin dziennie, maszeruję na wycieczce, uśmiecham się, jest dobrze, po czym nagle i bez przyczyny znowu chcę umierać, chcę się pociąć, chcę poddać się eutanazji bo tak mnie wszystko nieznośnie boli wewnątrz. Nie potrafię wyjść z siebie i stanąć obok, nie potrafię sięgnąć do spokojnego centrum w medytacji, nie potrafię się ukoić. Codziennie dostaję cios w twarz i czuję się już jak bokser po dwunastu rundach. A to dopiero tydzień takich intensywnych objawów.

Przyjaciółka doradza: idź do kliniki. Chryste, przecież dwa miesiące temu stamtąd wróciłam! Nie chcę tam zamieszkać na stałe. Zaciskam zęby i myślę sobie: dobra, powoli, dzień po dniu. Żadnych oczekiwań, żadnych planów, żadnych „jak mogłoby być” czy „jak powinno”. Życie z momentu na moment. Nie przywiązywanie się do niczego, bo wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie. Rano jestem sobą, popołudniu zwiniętą w kłębek istotą planującą własną śmierć, wieczorem znów sobą, następnego ranka roztrzęsioną galaretą, popołudniu zderealizowaną osobą niepewną tego gdzie jest i kim jest, a wieczorem już mnie nie ma bo zażyłam tyle leków, by dać się powalić i mieć spokój.

Za dwa tygodnie mam w końcu, po wielu miesiącach przerwy, zobaczyć rodziców. Zrobię absolutnie wszystko, żeby to się wydarzyło. Pójdę na nogach do Jerozolimy, wpłacę na kościół zielonoświątkowców, wystawię ołtarz bogini Shakti i pomodlę się do matki boskiej albo latającego potwora spaghetti. Wiem, miałam się nie przywiązywać. Wiem – dzień po dniu.

Tylko dlaczego to jest tak cholernie trudne.

(ENG.) I would like to be a motivational speaker. Or at least write a book on how to „manage your illness” and „catch your balance” (such a book about bipolar disorder was published in Poland – and it completely demotivated me, because it turned out that the author is doing very well, and I am quite the opposite). Or maybe someone would interview me about the fact that despite my illness I can have a nice job and interesting projects … Whoops, I forgot that I have no job and the projects depend on how I feel at the moment. I didn’t show up at the atelier last week and the subject of the book is so hard for me that I haven’t written a sentence for the last three days.

I am writing this all out of a place of frustration and disappointment because I feel like drowning again. I emerge for a few hours a day, march on a trip, smile, it is fine, then suddenly and for no reason I want to die again, I want to cut myself, I want to undergo euthanasia because everything hurts so unbearably inside me. I cannot go out of myself and stand next to me, I cannot reach the calm center in meditation, I cannot soothe myself. I get a punch in the face every day and feel like a boxer after twelve rounds. And this is only a week of such intense symptoms.

A friend advises: go to the clinic. Christ, I got back from there two months ago! I don’t want to live there permanently. I grit my teeth and think to myself: okay, slowly, day after day. No expectations, no plans, no „as it could be” or „as it should be.” Living moment by moment. Not getting attached to anything, because everything changes like a kaleidoscope. In the morning I am myself, in the afternoon a curled creature planning her own death, in the evening I am again myself, the next morning I’m an anxious jelly, in the afternoon I am a deeralized person unsure of where she is and who she is, and in the evening I am gone because I have taken enough medication to get knocked down and have a peaceful sleep.

In two weeks, after many months of break, I am finally going to see my parents. I’ll do absolutely anything to make it happen. I will walk to Jerusalem, donate to a Pentecostal church, build an altar to the goddess Shakti, and pray to the mother Mary or a flying spaghetti monster. I know, I was not supposed to get attached. I know – day after day.

Just why is it so damn hard.

akuszerka / midwife

(ENG.below) Dwa lata temu napisałam konspekt książki „Jak zwariować i przeżyć”. Wydawało mi się wtedy, że jestem uprawiona do udzielania porad w tym zakresie. Kiedy patrzę na to dzisiaj, mam w sobie albo więcej pokory, albo mniej pewności siebie; wiem jednak, że takiej książki pisać nie chcę. Potem pojawił się pomysł fabuły – pięć koleżanek poznaje się na kursie gotowania i odkrywa, że ma ze sobą więcej wspólnego, niż myślały; zakładają więc kanał „Kuchnia specjalnej troski”. Zdecydowałam jednak, że fabuła nie jest moją mocną stroną i ten pomysł też umarł śmiercią naturalną.

Od kilku dni wiedziałam, że coś się we mnie wykluwa. Nie potrafiłam tego złapać, określić; wydawało mi się tylko, że jest we mnie jakaś cisza, charakteryzująca fazę inkubacji, czyli dojrzewania pomysłów, która odbywa się w zasadzie poza udziałem świadomości. Trochę się niecierpliwiłam, bo wydawało mi się, że w zasięgu ręki mam jakieś marzenie, jakiś cel, ale nie mam pojęcia, jak go dosięgnąć.

Wtedy przyszła pomoc. Akuszerka pomysłów. Koleżanka z daleka, która pracuje jako psycholożka i czyta tego bloga. Podprowadziła mnie, pokazała możliwy kierunek działania, odpowiedziała na moje wezwanie, chociaż wcale nie musiała. Co więcej, jest gotowa przetłumaczyć książkę na zagraniczny rynek – który, jak mówi ona, niezmiernie jej potrzebuje.

Konspekt napisałam w kwadrans, tak jakby cały pomysł już dawno był w mojej głowie, czekał tylko na właściwe warunki i czas narodzin. Sformułowanie „zaufaj życiu” czy „zaufaj procesowi” nigdy nie wydało mi się bardziej trafne. Moja wdzięczność dla J. jest ogromna.

Teraz muszę uważać.

W moim stanie bardzo łatwo mi się nakręcić tak, że nie dam rady wyhamować, lub znajdę się nagle na przeciwległym biegunie bezradności i nie-czucia. Wizualizuję sobie swoją amygdalę, ośrodek emocji w mózgu, i głaszczę ją uspokajająco. Chcę się cieszyć, chcę być podekscytowana, lecz moje zaburzenie polega na dysregulacji emocji i boję się, że nie będę w stanie ich pomieścić. Pomaga mi jedzenie tego tortu po małym kawałeczku, skupienie się na idei planu i planowania, rozciąganie perspektywy na tygodnie, miesiące, myślenie w kategoriach dostosowywania tempa do wyzwania. Przychodzą medytacyjne sformułowania o cierpliwości, wyrozumiałości, akceptacji tego, co czuję, co się ze mną dzieje. Nie przywiązywania się do swoich uczuć, sięgania do świadomości, która je obserwuje i pozwala im przypływać i odpływać. Pomaga równoległe czytanie książki o mindfulness, którą staram się trawić pomalutku, wbrew mojej tendencji do pożerania wszystkiego bez przeżuwania. Tę lekturę traktuję jako medytację samą w sobie.

Łapię się też na uzależniającym przekonaniu o „byciu potrzebną”. Miód na moje serce. Jak łatwo mi wpaść w przekonanie, że mam do spełnienia ważną misję – uderzające w narcystyczny rys mojej osobowości. Zawracam więc nadmuchane myśli w miejsce „chcę po prostu napisać autentyczną książkę”. Jakie to ożywcze i uziemiające.

Teraz przede mną ćwiczenie uważności, bo chciałabym, żeby książka powstała właśnie z takiego miejsca – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, skromnego i uważnego.

Trzymaj kciuki.

(ENG.) Two years ago I wrote an outline of the book „How to go crazy and survive”. At the time, it seemed to me that I was entitled to advise in this regard. When I look at it today, I have either more humility or less self-confidence; I know, however, that I do not want to write such a book. Then came the idea of ​​the plot – five friends meet in a cooking class and discover that they have more in common than they thought; so they set up the channel „Special Care Kitchen”. However, I decided that the plot was not my forte and this idea also died of natural causes.

For several days now I knew that something was hatching inside me. I couldn’t catch it, I couldn’t define it; it just seemed to me that there was a certain silence in me that characterizes the phase of incubation, that is, the maturation of ideas, which takes place basically outside the participation of consciousness. I was a bit impatient because it seemed to me that I had a dream or a goal within reach, but I have no idea how to reach it.

Then help came. Midwife of ideas. A friend from afar who works as a psychologist and reads this blog. She led me, showed me the possible course of action, answered my call, although she did not have to. Moreover, she is ready to translate the book into an overseas market – which, she says, is in dire need of it.

I wrote the outline in a quarter of an hour, as if the whole idea had long been in my head, waiting only for the right conditions and time of birth. The phrase „trust in life” or „trust the process” never seemed more accurate to me. My gratitude to J. is immense.

Now I have to be careful.

In my state, it is very easy for me to wind myself up so that I cannot stop, or find myself suddenly at the opposite extreme of helplessness and insensitivity. I visualize my amygdala, the brain’s emotional center, and stroke it soothingly. I want to be happy, I want to be excited, but my disorder means emotional dysregulation and I’m afraid I won’t be able to contain my feelings. It helps me to eat this pie one piece at a time, focus on the idea of ​​plan and planning, extend my perspective over weeks, months, and think in terms of adjusting the pace to the challenge. There are meditative phrases about patience, forbearance, acceptance of what I feel, what is happening to me. Not getting attached to my feelings, reaching for a consciousness that observes them and allows them to come and go. Reading a mindfulness book at the same time helps, and I try to digest it little by little, against my tendency to devour everything without chewing. I treat this reading as a meditation in itself.

I also catch the addictive notion of „being needed”. How easy it is for me to believe that I have an important mission to fulfill – striking the narcissistic trait of my personality. So I turn my inflated thoughts back to „I just want to write an authentic book”. How refreshing and grounding it is.

Now, before me is an exercise in mindfulness, because I would like the book to be created from such a place – however strange it may sound, humble and mindful.

Keep your fingers crossed.