ocean oddycha / the ocean breathes

(ENG.below) Huśtam się na huśtawce nastrojów, ruch tak bardzo mi znany, a jednak wciąż pobolewa, jak niewygodny ząb. Wczoraj popołudniu – tryb zombie. Leżę w łóżku i gapię się w sufit, tak, jakby stamtąd miał przyjść jakiś przełom. Przychodzą tylko myśli samobójcze. Mąż: weź Lorazepam, tylko się nie zapadaj…Tabletka pomaga. I oczywiście nowa farba do włosów, popielaty blond. Takiego odcienia jeszcze nie miałam…

Mój nastrój nie zmienia się już w ciągu dni, tylko w ciągu godzin. Nie mam pojęcia, jaka będę popołudniu, co dopiero wieczorem, mimo, że wstaję pełna energii i pomysłów. Za kilka godzin mogę nie mieć siły chodzić, mówić. Nic nie mogę z tym zrobić, nie mogę z tym walczyć. Podwyższenie balansera nastrojów, Lamotryginy, na razie nie wchodzi w grę – mój organizm mocno reaguje na podwyższoną dawkę, czerwonymi, rozlanymi plamami na szyi; znak ostrzegawczy. Nie mam czym się ratować, poza sprawdzoną strategią: nie nakręcać się – nie zapadać się. Szukać drogi środka. Tyle to kosztuje energii…jak się wypośrodkować, gdy siły odśrodkowe są tak intensywne?

Mimo wszystko śni mi się oddychający ocean. Fale są duże, rozległe, jak głębokie wdechy i wydechy. Patrzę na nie z daleka i się boję. Tymczasem kąpiący się wydają się zupełnie spokojni. Nic im nie jest, nie uciekają panicznie z wody, raczej – dostosowują swoją pozycję do rytmu oceanu. Wyglądają nawet na zadowolonych. Jak oni to robią?…

Wczoraj całkowicie się przeciążyłam trzema rozmowami telefonicznymi. Dla zdrowej osoby może wydać się to niepojęte. Kiedyś potrafiłam tak rozmawiać, utrzymywać uwagę i kontenerować emocje przez wiele godzin. Dziś myślę, że jedna rozmowa dziennie to mój szczyt możliwości. Trochę mi z tego powodu wstyd, za swoją niemoc, swoją słabość, kondycję psychiczną, która na tak niewiele pozwala. Mam jednak wybór, jak zwykle: podążać za głosem Wewnętrznego Krytyka (jesteś do niczego, spójrz tylko na siebie, jak ty w ogóle chcesz funkcjonować?) albo Opiekuńczego Rodzica (wszystko jest w porządku; najważniejsze, że teraz znasz swoje granice i uczysz się je szanować).

Wybieram to drugie.

I swing on mood swings, a movement so very familiar to me, and yet it still hurts, like an uncomfortable tooth. Yesterday afternoon – zombie mode. I’m  in bed, staring at the ceiling, as if some kind of breakthrough would come from there. Only suicidal thoughts come. Husband: take Lorazepam, just don’t collapse…The pill helps. And of course a new hair dye, ash blonde. I have never had such a shade before…

My mood no longer changes in days, but in hours. I have no idea what I will be like in the afternoon, let alone in the evening, even though I get up full of energy and ideas. In a few hours, I may not have the strength to walk or talk. I can’t do anything about it, I can’t fight it. Increasing the mood balancer, Lamotrigine, is out of the question for the time being – my body reacts strongly to the increased dose with red, diffuse spots on my neck; a warning sign. I have nothing to save myself with except a proven strategy: don’t turn myself on – don’t sink. Look for the middle way. It costs so much energy…how to centre myself when the centrifugal forces are so intense?

Few days ago I had a dream about a breathing ocean. The waves were large, expansive, like deep inhales and exhales. I looked at them from a distance and got scared. Meanwhile, the bathers seemed completely calm. They looked fine, they did not panic, they did not run away from the water, rather – they adjusted their position to the rhythm of the ocean. They even looked happy. How do they do it…?

Yesterday I completely overloaded myself with three phone calls. For a healthy person this may seem inconceivable. I used to be able to talk like that, maintain attention and contain emotions for hours. Today, I think that one conversation a day should be my best result. I am a little ashamed of this, ashamed of my powerlessness, my weakness, my mental condition which does not allow me to do so much. But I have a choice, as usual: to follow the voice of the Inner Critic (you suck, just look at yourself, how do you even want to function?) or the Caring Parent (everything is fine; the most important thing is that now you know your limits and learn to respect them).

I choose the latter.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.