akuszerka / midwife

(ENG.below) Dwa lata temu napisałam konspekt książki „Jak zwariować i przeżyć”. Wydawało mi się wtedy, że jestem uprawiona do udzielania porad w tym zakresie. Kiedy patrzę na to dzisiaj, mam w sobie albo więcej pokory, albo mniej pewności siebie; wiem jednak, że takiej książki pisać nie chcę. Potem pojawił się pomysł fabuły – pięć koleżanek poznaje się na kursie gotowania i odkrywa, że ma ze sobą więcej wspólnego, niż myślały; zakładają więc kanał „Kuchnia specjalnej troski”. Zdecydowałam jednak, że fabuła nie jest moją mocną stroną i ten pomysł też umarł śmiercią naturalną.

Od kilku dni wiedziałam, że coś się we mnie wykluwa. Nie potrafiłam tego złapać, określić; wydawało mi się tylko, że jest we mnie jakaś cisza, charakteryzująca fazę inkubacji, czyli dojrzewania pomysłów, która odbywa się w zasadzie poza udziałem świadomości. Trochę się niecierpliwiłam, bo wydawało mi się, że w zasięgu ręki mam jakieś marzenie, jakiś cel, ale nie mam pojęcia, jak go dosięgnąć.

Wtedy przyszła pomoc. Akuszerka pomysłów. Koleżanka z daleka, która pracuje jako psycholożka i czyta tego bloga. Podprowadziła mnie, pokazała możliwy kierunek działania, odpowiedziała na moje wezwanie, chociaż wcale nie musiała. Co więcej, jest gotowa przetłumaczyć książkę na zagraniczny rynek – który, jak mówi ona, niezmiernie jej potrzebuje.

Konspekt napisałam w kwadrans, tak jakby cały pomysł już dawno był w mojej głowie, czekał tylko na właściwe warunki i czas narodzin. Sformułowanie „zaufaj życiu” czy „zaufaj procesowi” nigdy nie wydało mi się bardziej trafne. Moja wdzięczność dla J. jest ogromna.

Teraz muszę uważać.

W moim stanie bardzo łatwo mi się nakręcić tak, że nie dam rady wyhamować, lub znajdę się nagle na przeciwległym biegunie bezradności i nie-czucia. Wizualizuję sobie swoją amygdalę, ośrodek emocji w mózgu, i głaszczę ją uspokajająco. Chcę się cieszyć, chcę być podekscytowana, lecz moje zaburzenie polega na dysregulacji emocji i boję się, że nie będę w stanie ich pomieścić. Pomaga mi jedzenie tego tortu po małym kawałeczku, skupienie się na idei planu i planowania, rozciąganie perspektywy na tygodnie, miesiące, myślenie w kategoriach dostosowywania tempa do wyzwania. Przychodzą medytacyjne sformułowania o cierpliwości, wyrozumiałości, akceptacji tego, co czuję, co się ze mną dzieje. Nie przywiązywania się do swoich uczuć, sięgania do świadomości, która je obserwuje i pozwala im przypływać i odpływać. Pomaga równoległe czytanie książki o mindfulness, którą staram się trawić pomalutku, wbrew mojej tendencji do pożerania wszystkiego bez przeżuwania. Tę lekturę traktuję jako medytację samą w sobie.

Łapię się też na uzależniającym przekonaniu o „byciu potrzebną”. Miód na moje serce. Jak łatwo mi wpaść w przekonanie, że mam do spełnienia ważną misję – uderzające w narcystyczny rys mojej osobowości. Zawracam więc nadmuchane myśli w miejsce „chcę po prostu napisać autentyczną książkę”. Jakie to ożywcze i uziemiające.

Teraz przede mną ćwiczenie uważności, bo chciałabym, żeby książka powstała właśnie z takiego miejsca – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, skromnego i uważnego.

Trzymaj kciuki.

(ENG.) Two years ago I wrote an outline of the book „How to go crazy and survive”. At the time, it seemed to me that I was entitled to advise in this regard. When I look at it today, I have either more humility or less self-confidence; I know, however, that I do not want to write such a book. Then came the idea of ​​the plot – five friends meet in a cooking class and discover that they have more in common than they thought; so they set up the channel „Special Care Kitchen”. However, I decided that the plot was not my forte and this idea also died of natural causes.

For several days now I knew that something was hatching inside me. I couldn’t catch it, I couldn’t define it; it just seemed to me that there was a certain silence in me that characterizes the phase of incubation, that is, the maturation of ideas, which takes place basically outside the participation of consciousness. I was a bit impatient because it seemed to me that I had a dream or a goal within reach, but I have no idea how to reach it.

Then help came. Midwife of ideas. A friend from afar who works as a psychologist and reads this blog. She led me, showed me the possible course of action, answered my call, although she did not have to. Moreover, she is ready to translate the book into an overseas market – which, she says, is in dire need of it.

I wrote the outline in a quarter of an hour, as if the whole idea had long been in my head, waiting only for the right conditions and time of birth. The phrase „trust in life” or „trust the process” never seemed more accurate to me. My gratitude to J. is immense.

Now I have to be careful.

In my state, it is very easy for me to wind myself up so that I cannot stop, or find myself suddenly at the opposite extreme of helplessness and insensitivity. I visualize my amygdala, the brain’s emotional center, and stroke it soothingly. I want to be happy, I want to be excited, but my disorder means emotional dysregulation and I’m afraid I won’t be able to contain my feelings. It helps me to eat this pie one piece at a time, focus on the idea of ​​plan and planning, extend my perspective over weeks, months, and think in terms of adjusting the pace to the challenge. There are meditative phrases about patience, forbearance, acceptance of what I feel, what is happening to me. Not getting attached to my feelings, reaching for a consciousness that observes them and allows them to come and go. Reading a mindfulness book at the same time helps, and I try to digest it little by little, against my tendency to devour everything without chewing. I treat this reading as a meditation in itself.

I also catch the addictive notion of „being needed”. How easy it is for me to believe that I have an important mission to fulfill – striking the narcissistic trait of my personality. So I turn my inflated thoughts back to „I just want to write an authentic book”. How refreshing and grounding it is.

Now, before me is an exercise in mindfulness, because I would like the book to be created from such a place – however strange it may sound, humble and mindful.

Keep your fingers crossed.

przerażająco prawdziwy / terribly real

(ENG. below) Tak bardzo skupiłam się na zaburzeniu borderline, że prawie zapomniałam, że choruję też na chorobę schizoafektywną. Ta postanowiła w tym tygodniu zapukać do drzwi po czym otworzyć je kopniakiem. W poniedziałek – atak psychotyczny. Pytam męża kim on jest, kim jestem ja, który mamy rok, gdzie jesteśmy; czemu mówi głosem swojego kolegi i czy na pewno jest tym, za kogo się podaje. Odrealnienie, odpłynięcie w mgłę, w bezczasowość i nieistnienie. Następne dni upłynęły pod znakiem dużych wahań nastroju, od nakrętu po stany depresyjne, w których wstanie z łóżka i kąpiel są osiągnięciem. Płaczę, nie wiem dlaczego, nie ma ku temu powodu. Kolejnej nocy nie mogę zasnąć, gonitwa obsesyjnych myśli, chomik w kółku. Budzę się nakręcona i zmęczona – jednocześnie wiem, że za kilka godzin mogę się znaleźć na przeciwległym biegunie i znów nie będę miała siły się ruszyć. Szybka, ultraszybka zmiana faz.

Próbuję pośród tych wszystkich symptomów medytować. Powtarzam sobie: nie jesteś swoimi myślami, nie jesteś swoimi uczuciami, nie jesteś nawet narracją na swój temat; jesteś świadomością, która obserwuje to ze współczuciem i dobrocią. Tak ciężko mi w tym stanie złapać to spokojne centrum. Co chwilę ściąga mnie w prawo lub w lewo jakaś myśl, jakiś plan, jakiś pomysł, przekonanie, fala emocji. Usiłuję sobie pomóc wyobraźnią – obrazem liścia, który spada na dno leśnego strumienia; nad nim woda pluska i wiruje, lecz on spokojnie sobie leży, zamiast być niesionym przez wodne turbulencje. Powtarzam też medytację ze słowem kluczem – „spokojna”, na wydechu. To wszystko pozwala mi nie wikłać się całkowicie…w powierzchowną siebie. Trudne.

Tej nocy miałam koszmar senny, który wybudził mnie o północy. Największy lęk – uzasadniony lub urojony – borderlinowca, czyli porzucenie, opuszczenie przez najbliższą osobę. Długo nie mogłam się uspokoić. Bezradność ze snu, zdruzgotanie, zagubienie, ból – były koszmarnie realne. Gdy się obudziłam, nie byłam pewna, czy to sen, czy rzeczywistość. Podreptałam do kuchni, gdzie mój mąż uspokajał mnie przez następne pół godziny.

Tak więc huśtam się na huśtawce nastrojów, pogubiona w znanych przecież, a jednak za każdym razem odczuwanych jakby na nowo symptomach. Mam wrażenie, że nie da się ich oswoić. Że za każdym razem przychodzą jak nieproszony gość, niechciany, bliski, a jednak obcy, bolesny i wywołujący skurcze przerażenia i rozczarowania.

Wszyscy dookoła mówią mi: to minie. Ja na to: tak, tylko po to, by wrócić.

(ENG.) I was so focused on borderline disorder that I almost forgot that I also have schizoaffective disease. She decided to knock on the door this week and then kick it open. On Monday – a psychotic attack. I ask my husband who he is, who I am, which year it is, where we are; why he speaks in the voice of his colleague and is he really who he says he is. Becoming unreal, lost in mist, timelessness and non-existence. The following days were marked by large mood swings, from feeling turned on to depressive states in which getting out of bed and bathing is an achievement. I’m crying, I don’t know why, there’s no reason. The next night I can’t sleep, chasing obsessive thoughts, a hamster in a wheel. I wake up turned on and tired – at the same time I know that in a few hours I may be on the opposite pole and I will not have the strength to get up – again. Fast, ultrafast phase change.

I am trying to meditate in the midst of all these symptoms. I keep telling myself: you are not your thoughts, you are not your feelings, you are not even a narrative about yourself; you are the consciousness that watches this with compassion and kindness. It’s so hard for me to catch this quiet center in this state. Every now and then I am drawn to the right or left by a thought, a plan, an idea, a conviction, a wave of emotions. I try to help myself with my imagination – with the image of a leaf falling to the bottom of a forest stream; above it, the water splashes and swirls, but it lies still, instead of being carried by the water turbulence. I also repeat the meditation with the key word – „calm”, exhaling. All this allows me not to become completely kidnapped by… superficial me. It’s hard to do.

That night I had a nightmare that woke me up at midnight. The greatest fear – justified or imaginary – of a borderliner, i.e. abandonment by the closest person. It took me a long time to calm down. Helplessness from this dream, devastation, confusion, pain – they were terribly real. When I woke up, I wasn’t sure if it was a dream or a reality. I dragged myself to the kitchen where my husband tried to calm me down for the next half hour.

So I am swinging on a mood swing, lost in the symptoms that are known, yet feel so new every time. I have the impression that it is impossible to tame them. That each time they come as an uninvited guest, unwanted, close, yet strange, painful and inducing fear and disappointment.

Everyone around tells me: it will pass. I say: yes, just to come back.

„życie jest relatywnie głupie” / „life is relatively stupid”

(ENG.below) Od piątku czuję się jak w emocjonalnej pralce. Na horyzoncie pojawiły się, nazwijmy to roboczo, duchy przeszłości – które zadziałały na mnie tak, jakby ktoś wcisnął we mnie czerwony guzik z napisem „ALARM, wszystkie emocje na pokład!” Czuję więc ogromny lęk, napięcie, frustrację, nadzieję, oparcie w sobie, brak oparcia w sobie, strach przed utratą kontroli, zaufanie, że potrafię się kontrolować i obejmować swoje emocje, przepuszczać je przez siebie, nie, że jednak mnie porwą, że zrobię coś głupiego, że zrobię komuś lub sobie krzywdę…Taki miszmasz, jak w pralce właśnie, w której jestem jedną z kolorowych skarpetek nie do pary.

Na sesji terapeutycznej, która na szczęście miała miejsce dzisiaj, rozmawialiśmy o kontroli. Ja o tym, że chciałabym panować nad wszystkimi możliwymi scenariuszami wydarzeń i skierować życie w ten najbardziej mi pasujący, mój psychiatra zaś – naprowadzał mnie mniej lub bardziej skutecznie na myśl, że życia absolutnie nie da się kontrolować. To, że zaczęłam przygodę z medytacją, pomaga mi nie dać się wessać przez odpływ w pralce. Jestem skarpetką nie do pary, ale skarpetką świadomą, hahaha.

Na pożegnanie mój psychiatra uraczył mnie piosenką. Nie byle jaką. Refren brzmi tak: „życie jest relatywnie głupie, jesteś tu i nie wiesz dlaczego”. Naprawdę chciałabym zrozumieć, co chciał mi przez to powiedzieć…Może takie trochę „nie martw się, nic nie ma bowiem większego sensu ani znaczenia”?…Po pierwszym szoku, że specjalista uważa za cenną informację „życie jest relatywnie głupie”, myślę sobie…że to w sumie…uwalniające z powagi, napięcia; pomocne.

Czytam aktualnie książkę o mindfulness (Jon Kabat-Zinn) i natrafiłam na ciekawe zdanie: „nie traktuj swoich myśli osobiście”. Twoje myśli to nie ty, pisze autor; ty jesteś świadomością, która może je obserwować. Nie wiem, czy sam był świadomy, że dla osób z tendencją do derealizacji i dysocjacji może to być trudne do ogarnięcia. Jeśli nie jestem swoimi myślami, nie jestem swoimi emocjami, a nie potrafię się skontaktować ze swoją świadomością – kim jestem? Co zostaje?…

Mimo wszystko próbuję. Dzieje się rzecz niesamowita: wnętrze mnie się śmieje. Śmieje się z uwikłania w dramaty z przeszłości, śmieje się z prób skontrolowania rzeczywistości i wszystkich scenariuszy, śmieje się z gigantycznego napięcia, a nawet z mojej „skarpetkowości w pralce”; lecz śmieje się życzliwie, choć prawdę mówiąc dość nieubłaganie. Wszystkie moje rozterki wydają się po prostu „relatywnie głupie”, niepotrzebne i zdecydowanie nie są mną. Po prostu chwilowo się zaplątałam. A mój środek się śmieje.

(ENG.) Since Friday, I feel like in an emotional washing machine. On the horizon appeared, let’s call it this way, ghost of the past – which event influenced me as if someone had pressed a red button inside me with the words „ALARM, all emotions on board!” So I feel a huge fear, tension, frustration, hope, self-support, lack of support in myself; fear of losing control, trust that I can control myself and embrace my emotions, let them pass through me; that they will kidnap me, that I will do something stupid, that I will hurt someone or myself … Such a mishmash as in a washing machine in which I am one of the colorful mismatched socks.

In the therapy session that thankfully took place today, we talked about control. I said that I would like to control all possible scenarios of events and direct my life to the one that suits me best, and my psychiatrist – led me more or less effectively to the idea that life is absolutely beyond control. The fact that I have started my adventure with meditation helps me not to get sucked in by the drain in the washing machine. I’m a mismatched sock, but a conscious sock – hahaha.

As a farewell, my psychiatrist treated me with a song. Not just any song. The chorus goes like this: „Life is relatively stupid, you are here and you don’t know why.” I would really like to understand what he meant to me by that … Maybe something like „don’t worry, because nothing makes much sense or importance”? … After the first shock that the specialist considers the message „life is relatively stupid” as valuable, I’m thinking…that it is actually… releasing – seriousness, tension; it’s helpful.

I am currently reading a mindfulness book (Jon Kabat-Zinn) and I came across an interesting sentence: „don’t take your thoughts personally”. Your thoughts are not you, writes the author; you are the consciousness that can observe them. I don’t know if he himself was aware that for people with a tendency to derealization and dissociation it can be difficult to grasp. If I am not my thoughts, I am not my emotions, and I cannot contact my awareness – who am I? What’s left? …

I’m trying anyway. An amazing thing is happening: my interior is laughing. It laughs at being entangled in past dramas, laughs at attempts to control reality and all scenarios, laughs at the enormous tension, and even at my „sock in the washing machine”; but he laughs kindly, though quite relentlessly to tell the truth. All my dilemmas just seem „relatively stupid”, unnecessary, and definitely not me. I just got confused for a moment. And my center, my “wise mind”, is laughing.

chmury na niebie / clouds in the sky

(ENG.below) Nie musisz się zmieniać. Jesteś już kompletna. Wystarczy, że dotrzesz do swojego centrum, do świadomości myśli i emocji, która jest jak niebo – a one – jak chmury na tym niebie. Obejmij siebie współczuciem i dobrocią. A potem rozszerz je na swoje bliskie otoczenie, później dalsze, następnie – cały świat.

Brzmię jakbym zwariowała, prawda? Odkleiłam się od rzeczywistości! Jakby to był kolejny epizod psychotyczny.

A nie jest. Poza tym, zwariowałam już dawno temu.

Zapamiętałam się po prostu w praktyce medytacji i mindfulness. A że lubię się uczyć nowych rzeczy, chłonę je jak gąbka. Zamykam oczy i jestem w spokojnym świecie własnego oddechu i bicia serca. Przez większość czasu już nie targana emocjami, choć oczywiście wciąż mi się to zdarza – że ciężko mi je pomieścić. Jak wczoraj. Okazało się, że na przełomie czerwca i lipca moje prace biorą udział w czterech wystawach w trzech różnych miastach. Zupełnie bez sensu wzięłam na siebie odpowiedzialność za to, by „dobrze wypaść”. A przecież są od tego kuratorzy i organizatorzy…W zasadzie nic nie muszę robić, no, może zaproponować jakiś wybór prac. Jednakże moja potrzeba bezpieczeństwa – realizowana przez strategię kontrolowania wszystkiego w duchu obsesyjno-kompulsywnym – wzięła wczoraj górę, i nawet krótkie medytacje w ciągu dnia na niewiele się zdały. Czy już wspominałam, że w testach robionych w klinice na skali zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych osiągnęłam wysoki wynik?…

Dziś jest jednak nowy dzień i jestem dużo spokojniejsza. Może dlatego, że rano wzięłam udział w prowadzonej przez Jona Kabat-Zinna medytacji – wytrzymałam kwadrans – i jakoś lepiej osadziłam się w sobie. Oczywiście, nie mam pewności, że nowe praktyki zostaną ze mną na dłużej. Może wrócę do swojego dramatu, do uwikłania w swoje symptomy, skonfliktowanych emocji, lęku i napięcia, cierpienia. Taki scenariusz też jest możliwy. Na razie jednak łapię się na swoich zmartwieniach możliwą przyszłością i staram się je puszczać jak łódeczki na rzece. Bo teraz, w tej chwili – jestem spokojna. A tylko bycie teraz jest byciem naprawdę. Reszta to chmury na niebie.

(ENG.)

You don’t have to change yourself. You are complete as you are now. It is enough for you to reach your center, to the awareness of thoughts and emotions, which is like the sky – and they are like the clouds in this sky. Embrace yourself with compassion and kindness. And then extend it to your immediate surroundings, then further, then – to the whole world.

I sound like I’m crazy, right? As if it were another psychotic episode.

But it is not. Besides, I became crazy a long time ago.

I just totally fell for practicing meditation and mindfulness. And since I like to learn new things, I absorb them like a sponge. I close my eyes and am in the tranquil world of my own breathing and heartbeat. Not tormented by emotions, although of course it still happens – that it’s hard for me to contain them. Like yesterday. It turned out that in June and July my artworks take part in four exhibitions in three different cities. Completely pointless, I took responsibility for „looking good”. And yet there are curators and organizers who take care of this … In fact, I don’t have to do anything, well, maybe I can propose a selection of works. However, my need for security – pursued by the strategy of controlling everything in an obsessive-compulsive spirit – prevailed yesterday, and even brief daytime meditations were of little use. Did I mention that I scored high on the Obsessive Compulsive Disorder Scale Tests at the clinic? …

But today is a new day and I am much calmer. Maybe because in the morning I took part in a meditation led by Jon Kabat-Zinn – I managed to participate for a quarter of an hour – and somehow settled into myself better. Of course, I am not sure that the new practices will stay with me for longer. Maybe I will return to my drama, to being entangled in my symptoms, conflicting emotions, anxiety and tension, suffering. This scenario is also possible. For now, however, I catch my worries about the possible future and try to let them go like paper boats on the river. Because now, right now – I am calm. And just being now means really “being”. The rest are clouds in the sky.

współczucie / compassion

(ENG.below) Mindfulness – jak powiedział mój psychiatra – ma potwierdzony w licznych badaniach wpływ na zdrowie psychiczne. Jest ponoć długofalowo skuteczniejsze niż antydepresanty. Pomaga w napięciu, lękach, obezwładnieniu emocjami, stanach depresyjnych. Szkoda, że nie sprzedają go w kolorowych pastylkach…zamiast tego czytam – i ćwiczę.

Zaczęło się od ćwiczeń oddechowych, następnie – obserwacji własnych doznań z ciała oraz doznań zmysłowych. Później – świadomość emocji i ich obserwacja, tak, aby przychodziły i odchodziły jak fale. Następnie świadomość ocen i sądów – i puszczanie ich jak stateczków na rzece. Niesamowite, jak bardzo się oceniam; za wszystko, za nic, serwując sobie samej osądy pełne sprzeczności. Bądź produktywna – co, znowu chcesz być produktywna? A miałaś nie chcieć! Zaplanuj – nie, nie planuj wszystkiego, miałaś się wyluzować! Zrób coś – nie, nie rób niczego, miałaś się nauczyć nicnierobienia…I tak w kółko. Zamiast wkurzać się na siebie, staram się obserować i wypuszczać stateczki na rzekę. W mojej wyobraźni – moją ukochaną rzekę przepływającą przez miasto, w którym mieszkam; zielono-szafirową, czasem rwącą, czasem łagodną, zawsze w ruchu przed siebie.

Na dziś trafiło ćwiczenie współczucia dla samej siebie. Mąż: założę się, że się poryczysz. Ja: no co ty, to tylko ćwiczenie. Jakiś czas później oczywiście płaczę; przygotowana oddechowo, powtarzając zdania medytacji:

Niech będę spokojna.

Niech będę bezpieczna.

Niech będę zdrowa.

Niech będę szczęśliwa, bez cierpienia.

Tak trudno mi współczuć samej siebie. Od razu przychodzi mi na myśl, że to inni zasługują na współczucie. Autorzy książki, którą czytam oczywiście to przewidzieli. Pytają mnie – z jakiego powodu myślę o sobie jako o niezasługującej na współczucie?…Dlaczego potrafię podejść do innych z łagodnością i wyrozumiałością, której sobie nie umiem podarować?

Powoli, licząc oddechy, powtarzam więc:

Niech będę spokojna.

Niech będę bezpieczna.

Niech będę…

(ENG.) Mindfulness – as my psychiatrist said – has an impact on mental health confirmed in numerous studies. It is said to be more effective than antidepressants in the long term. It helps in tension, anxiety, overwhelming emotions and depression. It’s a pity they don’t sell it in colored pills … instead, I read – and I practice.

It started with breathing exercises, then – observation of own experiences from the body, and sensory experiences. Later – awareness of emotions and their observation so that they come and go like waves. Then awareness of judgments – and setting them off like paper boats on a river. Amazing how much I judge myself; for all, for nothing, serving myself contradictory “I should”. Be productive – what, you wanna be productive again? And you weren’t supposed to! Plan – no, don’t plan everything, you were supposed to chill out! Do something – no, don’t do anything, you were supposed to learn to do nothing … and so it keeps going. Instead of getting pissed off at myself, I try to watch and release the paper boats into the river. In my imagination – my beloved river flowing through the city where I live; green-sapphire, sometimes rushing, sometimes gentle, always moving forward.

Today we have an exercise in self-compassion. My husband: I bet you’ll cry. Me: come on, it’s just an exercise. Some time later, of course, I’m crying; prepared after breathing meditation, repeating the following sentences:

May I be peaceful.

May I be safe.

May I be healthy.

Mey I be happy and without suffering.

It’s so hard for me to feel compassion for myself. It immediately comes to my mind that others deserve it. The authors of the book I am reading, of course, anticipated this. They ask me – why do I think of myself as undeserving of compassion? Why am I able to approach others with a gentleness and understanding that I cannot give myself?

So slowly, counting the breaths, I’m repeating:

May I be peaceful.

May I be safe.

May I be…

trochę dziwaczna / a bit weirdo

(ENG.below) To niebywałe, ile 5mg – malutka tableteczka – może czynić różnicy. Jestem spokojniejsza, na tyle, że nie zaczęłam nowej przyjaźni z uspokajającym antydepresantem. Schudłam dwa kilo w ciągu tygodnia – mam dużo mniejszy apetyt i nagle zerowy na słodycze. Mimo obaw, nie włączyły się objawy psychotyczne ani działania impulsywne. Funkcjonuję całkiem nieźle.

Oczywiście, jest i ale, jak to w psychiatrii. Przyszły wyniki testów, jakie robiono mi w klinice. Okazało się, że nie tylko wykazuję symptomy zaburzenia typu borderline, ale i wysoko wypadłam na skalach kilku innych zaburzeń. Kiedy otrzymałam feedback, byłam załamana. Jak jeszcze bardziej zaburzonym można być?! Co – jeszcze – może się we mnie spierdolić? Czy naprawdę nie ma we mnie żadnej zdrowej części?…Wściekła, smutna, przestraszona. A potem powoli zaczęłam oswajać tę informację i przyjmować tyle, ile jestem w stanie przyjąć. Mam różnorodną osobowość. W różny, czasem nie najlepszy sposób staram się przystosować do otaczającej mnie rzeczywistości. Moja wrażliwość wykracza poza skalę, podobnie jak moja emocjonalność, a pozostałe rysy osobowości są próbami jej zmieszczenia w świecie, który nie za bardzo jest dla wrażliwych. Bywam zbyt skoncentrowana na sobie, ale potrafię też być empatyczna – przynajmniej tak twierdzą moi przyjaciele. Lubię porządek, ale nie poświęcam mu obsesyjnie większości swojego czasu. Kontrola jest dla mnie bardzo ważna, czuję się bezpiecznie, gdy mam strukturę i plan, ale w twórczości zwykle improwizuję. Jestem bardzo blisko związana z moim mężem, lecz potrafię też funkcjonować niezależnie od niego – pisać, malować, tworzyć. Owszem, mam czasem dziwaczne myśli i dysocjacje, ale na co dzień nie jestem paranoidalna. Tak więc z miejsca „jestem chora jak ja pierdole” przesunęłam się powoli do miejsca „cierpię na zaburzenie typu borderline, a dodatkowo mój charakter jest dość specyficzny”. Tak lepiej. Łatwiej mi to strawić.

Pożegnalne słowa od ordynatorki z kliniki brzmiały: „proszę siebie i swojego stanu nie patologizować”. Tak więc – nie zamierzam.

Jak mawia mój mąż, może i jestem trochę dziwaczna, ale mam dobre serce. Ha!

It is incredible how much 5 mg – a tiny pill – can make a difference. I’m calmer enough that I haven’t started a new friendship with the sedative antidepressant. I lost two kilos in a week – my appetite is much smaller and suddenly zero for sweets. Despite the fears, neither psychotic symptoms nor impulsive actions were triggered. I function pretty well.

Of course, there is also but, as is always the case in psychiatry. The results of the tests done for me at the clinic came back. It turned out that I not only show symptoms of borderline disorder, but also scored high on the scales of several other disorders. When I got the feedback, I was devastated. How even more disturbed can you be?! What – else – can be fucked up in me? Is there really no healthy part of me? … Furious, sad, scared. And then I slowly began to tame this information and take as much as I can accept. I have a diverse personality. I try to adapt to the reality around me in various, sometimes not the best ways. My sensitivity is out of scale, as is my emotionality, and the rest of my personality traits are attempts to fit them into a world that is not very kind to sensitive people. I can be too self-centered, but I can also be empathetic – at least that’s what my friends say. I like order, but I don’t obsessively devote most of my time to it. Control is very important to me, I feel safe when I have structure and plan, but in my creativity I usually improvise. I am very closely bonded with my husband, but I can also function independently of him – write, paint, create. Yes, I do have bizarre thoughts and dissociations sometimes, but I’m not paranoid on a daily basis. So from „I’m sick as fuck” I moved slowly to „I have borderline disorder, plus my character is quite specific.” That’s better. It’s easier for me to digest it.

The farewell words from the head of the clinic were: „Please do not pathologize yourself and your condition.” So – I’m not going to.

As my husband says, I may be a bit of a weirdo, but I have a good heart. Ha!

uspokajanie / calming down

(ENG.below) Czytam i czytam i nadziwić się nie mogę, ile strategii radzenia sobie z niepokojem już wymyślono. Każdego dnia przeżywam niepokój graniczący z paniką. Wyłączyliśmy już jeden lek, który – być może, jak to zwykle w psychiatrii, nie na pewno – mógł się przyczyniać do wzrostu napadów lękowych. Trochę pomogło. Od środy włączamy natomiast nowy, uspokajający antydepresant. Tak więc znów, po raz trzysta trzydziesty piąty, biorę udział w loterii medykamentów.

Uspokajające techniki, które może i tobie mogą się przydać – moje ulubione – to:

  1. Oddech ze słowem kluczem, mający na celu szybką relaksację mięśni: wdech – na wydechu powtarzasz w głowie słowo-klucz (ja wybrałam „spokojna”). I tak przez dwie minuty. Działa.
  2. Oddech z zatrzymaniem: wdech do brzucha, zatrzymanie na pięć sekund, długi wydech ustami.
  3. Wizualizacja bezpiecznego miejsca: prawdziwego lub wyobrażonego. Z tym było mi na początku trudno. Każde miejsce wydawało mi się potencjalnie niebezpieczne. W końcu jednak utkałam z wyobraźni moje własne, istniejące tylko w mojej głowie, sekretne bezpieczne miejsce, i tam się udaję, by się uspokoić i zregenerować.
  4. Afirmacje: nie znoszę afirmacji, ale znalazłam takie, które brzmią realistycznie i wspierająco; nie są życzeniowe ani nadęte. „Przetrwałam już wiele kryzysów, przetrwam i ten.” „Moje emocje przychodzą i odchodzą, nie muszę się do nich przywiązywać.” „Jestem silna, potrafię przetrwać trudności”. „Nie jestem doskonała, mam swoje trudne strony, ale jestem dobrym człowiekiem.”
  5. Radykalna akceptacja: to prawdziwe wyzwanie; zamiast niezgody na stan, w którym jestem, pogodzenie się z tym, że TERAZ tak właśnie się czuję. Przynosi spokój, zapewniam.
  6. Podłączenie się do „czegoś większego”: mnie pomaga przypomnienie, że jestem częścią natury, tak jak ona podlegam cyklom i zmianom; jestem częścią wszechświata i mam w nim swoje miejsce.

Szukam jednocześnie nowej nazwy dla mojego bloga – jako że zmieniła się moja diagnoza, nie chciałabym wprowadzać w błąd czytelników, że blog poświęcony jest chorobie dwubiegunowej. Tak było, lecz już nie jest – aktualnie skupiam się na zaburzeniu związanym z dysregulacją emocji, czyli borderline. Jeśli masz jakiś pomysł na nową nazwę, daj znać w komentarzu.

Powodzenia w uspokajaniu!

I’ve been reading and reading, and I am amazed at how many strategies for dealing with anxiety have already been discovered and used. Every day I experience anxiety at the edge of panic. We have already turned off one medication that, perhaps, as is usual in psychiatry, not for sure, may have contributed to the increase in anxiety attacks. It helped a little. Starting on Wednesday, however, we will include a new, calming anti-depressant. So again, for the three hundred and thirty-fifth time, I’m in the medication lottery.

Calming techniques that you also may find useful – my favorite – are:

1. Breathing with a keyword, aimed at quick muscle relaxation: inhale – when you exhale, you repeat the keyword in your head (I chose „calm”). And so for two minutes. It works.

2. Breathing with hold: inhale into abdomen, hold for five seconds, long exhale through mouth.

3. Visualization of a safe place: real or imagined. It was difficult for me at first. Every place seemed potentially dangerous to me. In the end, however, I imagined my own secret safe place, existing only in my head, and there I go to calm down and recuperate.

4. Affirmations: I hate affirmations, but I found ones that sound realistic and supportive; they are not wishful or puffed up. „I have survived many crises, I will survive this too.” „My emotions come and go, I don’t have to get attached to them.” „I am strong, I can endure difficulties.” „I’m not perfect, I have my hard sides, but I’m a good person.”

5. Radical acceptance: this is a real challenge; instead of disagreeing with the state I am in, accepting that this is what I feel NOW. Brings peace, I assure you.

6. Connecting to „Something Greater”: It helps to remind to myself that I am part of nature as I am subject to cycles and changes; I am part of the universe and I have my place in it.

I am also looking for a new name for my blog – as my diagnosis has changed, I would not like to mislead readers that the blog is about bipolar disorder. It was, but it is no longer – I’m currently focusing on borderline disorder. If you have any idea for a new name, let me know in the comment.

All the best with calming down!

czterdzieści lat, od nowa / forty years, anew

(ENG.below) Istnieje lista kryteriów zaburzenia osobowości typu borderline, z której należy spełniać co najmniej pięć, by móc zostać zdiagnozowanym (uwaga, nie diagnozować się samemu; w książce poświęconej temu zaburzeniu znalazłam ciekawą analogię – tak jak nie diagnozujemy samodzielnie u siebie samych niedoczynności nerek, choroby serca ani nowotworu). Spełniam sześć. Coraz bardziej myślę o tym, że po siedmiu latach diagnozowania, eksperymentowania, próbowania, leczenia, bezskutecznych prób wyjścia na dłuższą prostą w końcu znaleźliśmy (dwie panie doktor z pomocą danych ode mnie i mojego psychiatry, testów i obserwacji) klucz do Tajemnicy. Co w niej się kryje?

  1. Tendencje samobójcze (myśli, plany, impulsy) i tendencje do samookaleczania. 2. Szybkie wahania nastrojów (czyżby moja diagnoza choroby dwubiegunowej w wariancie ultrarapidcycling była błędna?). 3. Lęk przed prawdziwym lub wyimaginowanym porzuceniem (wyjścia mojego męża z kolegami w tygodniu przeżywam jak zsyłkę na Sybir, choć bardzo się staram pielęgnować w sobie spokój i poczucie bezpieczeństwa). 4. Poczucie pustki wewnętrznej (trochę jakbym była z powietrza, albo miała w środku dziurę – i ogromny lęk przed konfrontacją z nią). 5. Dysocjacje w momentach napięcia i stresu, myśli paranoidalne (zakwalifikowane dotychczas jako element mojego zaburzenia schizoafektywnego). 6. Niestały obraz własnej osoby (człowiek-kameleon; jak ja wspaniale potrafię się dostosować do rozmówców; płynność mojej tożsamości płciowej i seksualnej, zmieniająca definicje, określniki; moje włosy zmieniające kolor co kilka dni/maksymalnie tygodni; kim ja właściwie jestem, do czego/kogo/dokąd przynależę).  

Brnę ( z ulgą, odrazą, nadzieją, beznadzieją, frustracją, ciekawością) przez kolejne książki dotyczące borderline i myślę sobie – jak to dobrze, że ktoś o mnie napisał…Jak to dobrze, że już nie jestem trudnym, skomplikowanym przypadkiem, przy którym lekarze rozkładają ręce. Dysregulacja emocji – w skrócie: czuję za dużo i nie potrafię tych uczuć pomieścić. Być może moje ciało migdałowate jest za małe, może moje emocje nie były uznawane, gdy byłam mała (zwłaszcza złość czy strach), być może to zasługa traumy z wczesnych lat dziecięcych, albo/i zaburzeń dopaminowo-serotoninowych. A może wszystkiego naraz.

Uczę się siebie jeszcze raz. Powoli i uważnie, z dużą dozą lęku. Lecz tym razem w rękach trzymam przewodnik – mapę takich osób, jak ja.

Mam czterdzieści lat.

There is a list of criteria for borderline personality disorder, of which at least five must be met in order to be diagnosed (attention, do not self-diagnosed; in a book devoted to this disorder, I found an interesting analogy – just as we do not diagnose ourselves with kidney failure, heart disease nor cancer). I meet six. I think more and more about the fact that after seven years of diagnosing, experimenting, checking out, treating, unsuccessfully trying to succeed, we finally (two doctors with the help of data from me and my psychiatrist, tests and observation) found the key to the Secret. What’s in it?

1. Suicidal tendencies (thoughts, plans, impulses) and self-harm tendencies. 2. Rapid mood swings (is my diagnosis of bipolar disorder in the ultrarapidcycling variant wrong?). 3. Fear of real or imaginary abandonment (my husband’s departure with friends during the week is like a deportation to Siberia, although I try very hard to cultivate peace and a sense of security). 4. A feeling of inner emptiness (a bit as if I were out of thin air or had a hole in the middle – and a huge fear of confronting it). 5. Dissociation in moments of tension and stress, paranoid thoughts (so far classified as part of my schizoaffective disorder). 6. An inconstant image of myself (chameleon-woman; how wonderfully I can adapt to my interlocutors; fluidity of my gender and sexual identity, changing definitions, determinants; my hair changing color every few days / maximum weeks; / who / where do I belong).

I wade (with relief, disgust, hope, hopelessness, frustration, curiosity) through subsequent books on borderline and I think to myself – how good it is that someone wrote about me instead of spreading their hands saying “we tried everything”. Emotional dysregulation – in short: I feel too much and cannot contain these feelings. Maybe my amygdala is too small, maybe my emotions were not validated when I was small (especially anger and fear), maybe it was due to early childhood trauma and / or dopamine-serotonin dysregulation. Or maybe all at once.

I am learning myself again. Slowly and carefully, with a lot of fear. But this time I have a guide in my hands – a map of people like me.

I am forty years old.

miłość, która ocala / love that saves

(ENG.below)

Obchodziliśmy z mężem wczoraj dwunastą rocznicę ślubu. Dlaczego piszę o tym na blogu poświęconym zaburzeniom psychicznym? 

Po pierwsze, kiedy się pobraliśmy, nie byłam chora. Byłam zupełnie zdrowa. Podróżowaliśmy, nurkowaliśmy, wspinaliśmy się, świetnie się razem bawiliśmy. W momencie pierwszego ataku nie wiadomo było, jak dalej rozwinie się choroba, jakie będą prognozy. Później przez jakiś czas było znośnie, potem coraz, coraz gorzej, aż do codziennych ataków.

Moim zdaniem każdego dnia mój mąż ma wybór: zostać – albo zniknąć. Są dni, kiedy ma dość. Są dni, kiedy musi wyjść z domu, bo sam by oszalał. Są takie, w których musi mnie pilnować, mówić do mnie, przekonywać, uzasadniać, że warto żyć, że jestem warta życia. Był taki czas, kiedy złamałam mu serce. A może łamię je za każdym razem, gdy planuję samobójstwo. Tylko on ma kluczyk do sejfu z lekami. On jest pierwszym emergency, które uruchamiamy, gdy jest źle. Takie życie kosztowało go już miesiące depresji, stany lękowe i nerwicowe, problemy ze snem i odżywianiem. 

W naszym małżeństwie czas chorobowy przerósł już czas zdrowy; jesteśmy dłużej razem w chorobie. A jednak mimo wszystko on mówi do mnie codziennie: kocham cię. Mówi: nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Jesteś mądra, błyskotliwa, piękna, zabawna, twórcza, czuła. I wtedy ja się rozjaśniam, widząc swoje odbicie w jego oczach, i świat staje się na chwilę lepszy i bezpieczniejszy. Co ciekawe, jemu też się przy mnie łatwiej zasypia. 

Wiesz, wielu z nas, chorych, nie ma przy sobie najbliższej osoby, bo naprawdę ciężko z nami żyć – w roli ukochanego-opiekuna czy ukochanej-opiekunki. Nie każdy jest w stanie taką rolę unieść, nie każdy chce, nie każdy ma do niej przygotowanie czy predyspozycje. A jednak gdy zakładamy miłosne soczewki, widzimy POPRZEZ chorobę – osobę, nie jej zaburzenie. I to tę osobę kochamy, niezależnie od jej ciężaru, a może właśnie i z nim. 

Jestem kochana i to mnie wspiera, cieszy – i ratuje. 


(ENG.) Yesterday, my husband and I celebrated our twelfth wedding anniversary. Why am I writing about this on a mental disorder blog?

First, when we got married, I wasn’t sick. I was completely healthy. We traveled, we dived, we climbed, we had a great time together.At the time of the first attack, it was not known how the disease would develop further, what the prognosis would be. Later it was tolerable for a while, then it got worse and worse, until the daily attacks.

In my opinion, every day my husband has a choice: to stay – or disappear. There are days when he has enough. There are days when he has to leave the house because he would go mad himself. There are those in which he has to look after me, talk to me, convince me, justify that life is worth living, that I am worth living. There was a time when I broke his heart. Or maybe I break it every time I plan to kill myself. Only he has the key to the safe with medicines. He’s the first emergency we trigger when it’s going wrong. Such a life has cost him months of depression, anxiety and neurosis, problems with sleep and eating.

In our marriage, the time of sickness has already exceeded the healthy time; we are sick together for longer.

And yet, despite everything, he says to me every day: I love you. He says: I can’t imagine my life without you. You are smart, brilliant, beautiful, funny, creative, tender. And then I brighten up, seeing myself reflected in his eyes, and the world becomes better and safer for a moment.Interestingly, he also falls asleep more easily by my side.

You know, many of us, the sick, do not have the closest person in our lives, because it is really hard to live with us – as a beloved-caretaker. Not everyone is able to take on such a role, not everyone wants to, not everyone has preparation or predispositions for it. Yet when we put on the love lenses, we see THROUGH the disease – the person, not the disorder. And we love this person, regardless of their burden, and maybe even with it.

I am loved and it supports me, makes me happy – and saves me.

kocha, lubi, gardzi / loves, likes, despises

(ENG.below) I znów taniec z chorobą: trzy kroki do przodu, dwa kroki wstecz. Mój psychiatra zawsze mawia, że powinnam sobie oszczędzać zarówno zbyt intensywnych przeżyć negatywnych, jak i pozytywnych. To ostatnie nie brzmi zdroworozsądkowo, a jednak – wczoraj doświadczyłam sporo emocji pozytywnych, których nie byłam w stanie pomieścić w sobie. Z minuty na minutę czułam się coraz bardziej rozdygotana, a mój mąż niestety (na szczęście dla niego) miał w tym czasie gości – usiłowałam więc sobie pomóc sama. Włączyłam wszystkie znane strategie, ale było tylko gorzej, bo wróciły do mnie wspomnienia związane z tym, że cierpię i jestem w tym sama; inni się w tym czasie bawią. Próbowałam przemawiać do swojej dorosłej części, ale było to jak krzyczenie pod wiatr za kimś, kto znajduje się naprawdę bardzo daleko. Zaczęłam się trząść, przypłynęły myśli samobójcze, a napięcie było tak ogromne, że wydawało mi się, że rozładuję je tylko zadając sobie fizyczny ból. Rozsadzało mnie od środka. Wzięłam Lorazepam, potem drugi. Ten uspokoił mnie na tyle, że potrafiłam skorzystać ze strategii „relaksująca kąpiel”, nie bojąc się już, że będę miała impuls samobójczy w wannie.

Osoby z zaburzeniami ze spektrum borderline panicznie boją się samotności i odrzucenia. Jak rekin, który wyczuwa kropelkę krwi na mile, tak one interpretują „zwyczajne” dla ludzi zdrowych sytuacje jako dramat odtrącenia, samotności i ogromnej pustki, której panicznie się boją. Błyskawicznie regresują do stanu dziecka, które przerażone wyciąga ręce, ale łapie tylko powietrze. To wzmacnia tylko symptomy i znajdują się w błędnym kole lęku przed wyimaginowanym odrzuceniem i lęku przed samą sobą, bo w tym stanie zdolne są niemal do wszystkiego, by poradzić sobie z napięciem.

Czytam ostatnio książki o borderline i są jak lustro – nie w każdym aspekcie, ale w wielu. Dysregulacja emocji – tak, zdecydowanie; odczuwanie wszystkiego mocniej, niż inni; porwanie przez emocje; regresowanie; paniczny lęk przed odrzuceniem i poczucie wewnętrznej pustki. Ostatnio utknęłam na ćwiczeniu „rzeczy, które w sobie kochasz”. Nie potrafiłam wymyśleć absolutnie nic. Słowo „kochasz” wydało mi się całkowicie nieadekwatne w opisie mojej relacji z samą sobą. „Lubię” brzmi łatwiej, ale i tak niełatwo. „Rzeczy, których się w sobie boję, którymi gardzę i które odrzucam” – o, takie ćwiczenie przyszłoby mi z łatwością. I tu znów odzywa się BPD (bordeline personality disorder) i propozycja autorów książki, by jednak szukać i drążyć, i znaleźć – choćby jedną rzecz, za którą się kochamy.

To naprawdę trudne ćwiczenie.

And… dancing with the disease again: three steps forward, two steps back. My psychiatrist always says that I should spare myself both overly intense negative and positive experiences. The latter does not sound common sense, and yet – yesterday I experienced a lot of positive emotions that I was not able to contain inside myself. Every minute I felt more and more shaky, and my husband, unfortunately (fortunately for him), had guests at that time – so I tried to help myself. I turned on all the known strategies, but it only got worse because the memories of suffering and being alone in it came back to me; others are having fun at the time. I tried to speak to my adult part, but it was like shouting into the wind for someone who is really far away. I started to tremble, suicidal thoughts surged, and the tension was so great that I thought I could only relieve it by giving myself physical pain. I was bursting from the inside. I took Lorazepam, then another. This calmed me down enough that I was able to use the „relaxing bath” strategy, not being afraid any longer that I would have a suicide impulse in the bathtub.

People with borderline disorder fear loneliness and rejection. Like a shark that senses a drop of blood for miles, so they interpret „ordinary” situations for healthy people as a drama of rejection, loneliness and a huge emptiness that they fear. They instantly regress to the state of a child who, frightened, stretches out her arms, but only grasps air. This only strengthens the symptoms, and they are in the vicious cycle of fear of imaginary rejection and fear of themselves, because in this state they are capable of almost anything to deal with the tension.

I have been reading books on borderline recently and they are like a mirror – not in every aspect, but in many. Emotional dysregulation – yes, definitely; feeling everything stronger than others; kidnapped by emotions; regressing; panic fear of rejection and a feeling of emptiness inside. Recently, I got stuck practicing „the things you love about yourself.” I couldn’t think of anything. The word „love” seemed to me to be completely inadequate in describing my relationship with myself. „Like” sounds easier, but still not easy. „Things I fear about myself, which I despise and reject” – oh, such an exercise would come easily to me. And here again comes BPD (bordeline personality disorder) and the proposition of the authors of the book to search and drill down and find – at least one thing for which we love ourselves.

This is a really hard exercise.